Partja winta (1926)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Anton Czechow
Tytuł Partja winta
Pochodzenie Partja winta
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „Rój”
Data wydania 1926
Druk Sp. Akc. Zakł. Graf. „Drukarnia Polska“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Mieczysław Birnbaum
Tytuł orygin. Винт
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Partja winta.

Pewnej szkaradnej jesiennej nocy Andrzej Stepanowicz wracał z teatru. Jechał i myślał o tem, jakiby to pożytek przynosiły teatry, gdyby wystawiano w nich sztuki o treści moralnej. Mijając swoje biuro, przerwał rozmyślania i spojrzał w okna domu, w którym, jak mówią poeci i szyprowie, dzierżył ster. Dwa okna „dyżurnego pokoju“ były jasno oświetlone.
— Czyżby się nie mogli jeszcze uporać ze sprawozdaniem? — pomyślał Peresolin. — Siedzi tam czterech durniów i dotychczas nie skończyli! Ludzie pomyśleć gotowi, że im w nocy też nie daję spokoju. Pójdę i przynaglę ich... Stań no, Gurij!
Peresolin wyszedł z powozu i skierował się do urzędu. Brama frontowa była zamknięta, natomiast boczne wejście, mające zepsutą zasówkę, stało otworem. Peresolin wszedł przez nie i po upływie minuty stanął u progu „dyżurnego pokoju“. Przez szparę niedomkniętych drzwi zajrzał do środka i oczom jego przedstawił się niezwykły widok. Przy stole zawalonym blankietami obrachunkowymi, w świetle dwu lamp siedziało czterech urzędników, grających w karty. Skupieni, nieruchomi, z twarzami, na które abażur rzucał zielony odblask, przywodzili na myśl gnomów z bajki, lub, co nie daj Boże, fałszerzy pieniędzy. Jeszcze więcej tajemniczości dodawała im ich gra. Sądząc z ich zachowania i terminologji karcianej, która od czasu do czasu przerywała ciszę, — grali w winta, natomiast wszystko to, co później doszło do uszu Peresolina, nie wskazywało bynajmniej, by to był wint, ba! tego wogóle nie można było nazwać grą w karty.
Fantastyczne, dziwne, tajemnicze...
W siedzących przy stole Peresolin poznał urzędników: Serafina Zwizdulina, Stepana Kułakiewicza, Jeremjasza Niedojechowa i Iwana Pisulina.
— W cóżeś ty wyszedł, djable rogaty — oburzył się Zwizdulin, patrząc z wściekłością na siedzącego naprzeciw partnera. — Czy można tak wychodzić? Miałem w ręku drugiego Dorofiejewa, Szepielewa z żoną i Stepkę Jerłakowa, a ty walisz w Kofejkina. Leżymy bez dwuch! Trzeba było, głowo kapuściana, wyjść w Pogonkina!
— Na cóżby się to zdało? — żachnął się partner. — Wychodzę w Pogonkina, a Iwan Andreicz ma w ręku Peresolina.
— Moje nazwisko w coś tu wmieszali, wzruszył ramionami Peresolin. — Nie rozumiem!
Pisulin rozdał karty. Urzędnicy kontynuowali.
— Bank Państwa...
— Dwa. — Izba skarbowa...
— Bez atu...
— Bez atu? Ty? Hm!... Urząd gubernjalny dwa! Raz kozie śmierć. Dopiero co w oświeceniu publicznem położyłem się bez jednej, teraz znów rozłożę się jak długi w urzędzie gubernjalnym. Et! Gwiżdżę!
— Szlemik w oświeceniu!
„Nic nie rozumiem“, szepnął Peresolin.
— Wychodzę w radcę stanu! Dorzuć Wania jakiegoś tytularnego lub gubernjalnego.
— Po co tytularny? Mogę w Peresolina...
— A my twojego Peresolina w zęby, w zęby. Mamy Rybnikowa. Będzie legenda bez trzech! Pokażcie no Peresolinową. Niema co kanalji skrywać...
„Moją żonę teraz poruszyli“, pomyślał Peresolin. „Nic nie rozumiem“...
Chcąc rozproszyć wątpliwości, jakie nim owładnęły, Peresolin otworzył drzwi i wszedł do „dyżurki“. Zjawienie się djabła z rogami i ogonem nie wywołałoby wśród urzędników takiego wrażenia i nie napędziłoby im tyle strachu, ile nagłe zjawienie się przed nimi postaci zwierzchnika. Gdyby przed nimi stanął zmarły przed rokiem egzekutor i przemówił grobowym głosem: „Chodźcie za mną, aniołki, tam, gdzie jest przygotowane miejsce dla wszelkiego rodzaju kanalji“, i gdyby tchnął na nich cmentarnym chłodem, z pewnością nie zbledliby tak, jak zbledli, poznając Peresolina. Niedojechowowi ze strachu krew się puściła nosem, a Kułakiewiczowi załomotało w prawem uchu i krawat sam się ze strachu rozwiązał. Urzędnicy rzucili karty, powoli wstali, spojrzeli na siebie i uporczywie wlepili wzrok w podłogę. Dobrą minutę panowała w „dyżurce“ cisza.
— Świetnie panowie przepisują sprawozdanie! — rozpoczął Peresolin. — Teraz rozumiem, dlaczego panowie tak się lubią nad niem męczyć. Coście robili przed chwilą?
— Myśmy tylko na momencik, ekscelencjo... — szepnął Zwizdulin. — Oglądaliśmy fotografje... odpoczywaliśmy.
Peresolin podszedł bliżej i leniwie poruszył ramionami. Na stole nie było kart. Natomiast leżały tam fotografje zwykłego formatu, zdarte z tektury i naklejone na karty do gry. Fotografji było dużo. Przyjrzawszy się im, Peresolin poznał siebie, swoją żonę, wielu podwładnych, znajomych.
— Co za głupie gadanie?... Jak wy w to gracie?
— Nie nasz to wynalazek, ekscelencjo... Niech Pan Bóg broni! My naśladujemy tylko...
— Zwizdulin, objaśnij mi to! Jakżeż gracie? Wszystko widziałem i słyszałem, jakeście mnie Rybnikowym bili... No, czego się wahasz? Przecież cię nie zjem. Opowiadaj!
Zwizdulin przez dłuższy czas był zażenowany. Ogarnął go lęk. Wreszcie, gdy Peresolin zaczął się gniewać, parskać i poczerwieniał z niecierpliwości, — wykonał rozkaz. Pozbierał fotografje, potasował i, rozkładając je, począł wyjaśniać.
— Każdy portret, za pozwoleniem waszej ekscelencji, tak, jak każda karta, ma swoją wartość... swoje znaczenie. Tak samo, jak w talji, mamy tu 52 karty i cztery kolory. Urzędnicy izby skarbowej — to kiery, urząd gubernjalny — trefle, funkcjonarjusze ministerstwa oświecenia publicznego — kara, kolor pikowy wreszcie reprezentowany jest przez oddział banku państwa. A teraz dalej. Rzeczywiści radcy stanu są tu asami, radcy stanu — królami, żony urzędników IV i V stopnia służbowego — damy, radcy kolegjalni — walety, radcy dworu — dyski i tak dalej. Ja, naprzykład (oto moja fotografja), jako sekretarz gubernjalny, jestem trójką.
— No, proszę... Wobec tego jestem asem.
— Treflowym, a żona waszej ekscelencji — dama...
— Hm!... Zabawne. Chyba zagramy... Sprobuję. — Peresolin zrzucił płaszcz i z uśmiechem, wyrażającym niedowierzanie, zajął miejsce przy stole. Urzędnicy na jego rozkaz też siedli.
Gra się rozpoczęła.
Gdy stróż Nazar o godzinie 7-ej rano przyszedł zamiatać „dyżurny pokój“ — zdębiał. Obraz, jaki ujrzał, wchodząc ze szczotką, był tak zdumiewający, że ma go przed oczyma nawet i teraz, gdy urżnie się do utraty przytomności. Peresolin blady, niewyspany, rozczochrany, stał przed Niedojedowym i, trzymając go za guzik, prawił:
— Zrozum-że. Przecież nie powinieneś był wyjść w Szeplewa, wiedząc, że ja mam siebie czwartego w ręku. Zwizdulin miał Rybnikowa z żoną, trzech nauczycieli gimnazjalnych, moją żonę, a Niedojechow — bankowców i trzy blotki z urzędu gubernjalnego! Cóż cię to obchodzi, że oni wychodzą w izbę skarbową! Każdy gra dla siebie.
— Ekscelencja wybaczy, wyszedłem w tytularnego, gdyż przypuszczałem, że oni mają rzeczywistego.
— Ależ panie drogi, tego nie wolno panu było nawet przypuszczać! To nie jest gra! Tak grają szewcy. Zrozum-że! Kiedy Kułakiewicz wyszedł w radcę dworu urzędu gubernjalnego, tyś powinien był zrzucić Iwana Iwanowicza Grenlandzkiego, ponieważ wiedziałeś, że ma on w ręku trzecią Natalję Dmitrównę z Jegorem Jegoryczem. Spartoliłeś pan! Zaraz to panu dowiodę. Panowie, proszę siadać, zagramy jeszcze jednego robra.
Odprawiając zdumionego Nazara, urzędnicy zajęli swe miejsca. Grano dalej.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Anton Czechow i tłumacza: Mieczysław Birnbaum.