Panny szczerbate

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
<<< Dane tekstu >>>
Autor Marian Pilot
Tytuł Panny szczerbate
Pochodzenie Panny szczerbate: opowiadania
Wydawca Czytelnik
Data wydania 1962
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron


PANNY SZCZERBATE

Natala, Łuca, Ula, panny były szczerbate.
Z początku tyle, potem były też ładne. Ludzie widzieli to zaraz, wiosną; Bartosik wtedy dopiero, kiedy babka Roguźna poszła na wędry.
Bartosik twardy był, zajadły; zmógł wszystkich Roguźnych, choć to trwało lata całe. Najsampierw skruszył swego świger-ojca, Roguźnego; a też ze swojej kobiety wytrząsł wszystko, co było w niej z Roguźnych, i już nie miała mu słowa naprzeciw i w ogóle mało do kogo jakie słowo; szwagrów też zmógł; została tylko świger-matka, Roguźna, i choć dwadzieścia parę lat minęło od czasu, jak nastał, zmóc jej nie mógł.
Babusia Roguźna szła w lata, ale nie popuszczała w niczym; tak ją zahartowały wojny z Bartosikiem, mówili, że ogień już jej nie sięgnie i woda, sto lat żyć będzie i pół dnia.
Warli też na siebie jak wściekłe psy; Bartosik nieraz grzmocił starą, czym się dało i gdzie się dało, choćby na środku drogi; wielkiego jej krzyku się nie bał i ludzi się wcale nie wagował. I tak wiedział, że są mu naprzeciw. Zawzięty był na wszystko, co nie jego, i chciał, żeby jak najwięcej było jego; granice przyorywał milczkiem, nocą; kłócił się na widły z byle kim i o byle co: mocna w nim była złość, cały był mocny, choćby bieda ostatnia pchała mu się do drzwi, przed nikim się nie zgiął, racji nie przyznał nikomu. Tak i ze staruchą Roguźną; wypomniał mu ksiądz z ambony — choć przez chusteczkę — i jego miejsce w kościelnych ławach zostało próżne tak długo, póki nie nastał nowy proboszcz: a na starą jak powstawał, tak powstawał dalej, i grzmocił, kiedy mógł.
Roguźna mu też nie popuszczała, chudzina malutka, pomarszczona, ledwie-ledwie już była: ale jak zobaczyła Bartosika, prostowała się, ile mogła, kostur wznosiła jak sołdat giwerę i dyrdała ku niemu po cichutku, celowała tym kosturem-giwerą w ciemię. Panny kukały z okna, patrzyły, co się stanie. Czasem walił się na ziemię, wszystko z rąk wypuszczając. Roguźna żegnała się wtedy szeroko i wysoko, skrzeczała:
— Żyć nie będzie, żyć nie będzie jak amen w pacierzu! — popluwała na niego rzadką śliną.
A czasami odwracał się i wtedy starucha leżała na ziemi, oplatając sobą kostur, wywrzaskiwała pacierze i klątwy. Ale jedno drugiego zmóc nie mogło. Starucha, kiedy chudus-biedus zbytnio jej dokuczył, zbierała graty w starą turecką chustę i szła na wędry, ale przed zimą wracała. Znów było jak zawsze, aż znów szła na wędry.
Wtedy więc Bartosik miał spokój w domu.
Tego lata, jak poszła, mógł zauważyć, że panny były szczerbate, ale i ładne.
Choć wszystkie trzy, jedna w drugą, były jego córy, każda ładna była inaczej.
Przyglądał się im długo, jak siedziały na podizbiu i obierały kartofle na wieczerzę.
— Dziewuchy — powiedział, uniosły głowy znad koszyków. Ale on tyle tylko chciał powiedzieć, więc jak obejrzały się na niego, powtórzył: — Dziewuchy. Dziewuchy żeście.
Zaczęły znów skrobać młode kartofle, bo nie całkiem wiedziały, o co staremu chodzi: zawsze były dziewuchami i nie wiedziały, co może być w takim powiedzeniu. Potem dopiero Łuca zachichotała.
Bartosik stał jeszcze i patrzył na nie.
— Powiedzcie no — ozwał się — miały co do was jakie chłopaki?
Dziewuchy nie mówiły nic.
— Natala?
— Nie...
(Raz pasła krowy, jaki miesiąc temu. Na dróżce pasła między zbożami, w niedzielę. Trzymała łańcuch, pilnowała, żeby krowy nie robiły szkody, łase były na żyto. Nudno było, żyto już wysokie, kłoszące, nie widać nikogo. Mruczała jakąś śpiewkę, aż posłyszała, że zboże porusza się tak, jak kto idzie przez nie, człowiek albo sarna. Potem ktoś zakrył jej dłonią oczy i nic nie mówił, a ona nie mogła zgadnąć, kto. Długo tak trzymał ręce na jej oczach, słyszała jak krowy idą sobie, żrą żyto, wyszarpują z korzeniami. Odkrył potem jej oczy, ale rąk nie wziął, zsunął je na piersi, przycisnął, zrobiło się jej boleśnie i też łaskotliwie, ale nie śmiesznie-łaskotliwie, tylko łaskotliwie-strachliwie, jakoś jeszcze łaskotliwie, sama nie wiedziała, jak. Wyrwała się zaraz i poleciała do krów, które już na dobre zabrały się do żyta. Sylwer Koświdów — bo to był on — stał i śmiał się, kiedy ona tak szarpała się z krowami. Patrzyła na niego, ale nic nie mówiła, nie wiedziała, co.
— Pewnie nudzi ci się jak diachrzy — ozwał się Sylwer i śmiał się, trafiła go łokciem w brodę, aż mu zęby szczęknęły. Wtedy dał spokój i tylko śmiał się dalej.
— Coś ci powiem — odezwał się.
— No — zapytała, bardzo była ciekawa.
— Powiedz, jakie drzewo jest najlepsze?
— A bo ja wiem? — mruknęła, bo zdawało się jej, że coś ciekawego chciał jej powiedzieć, a nie tak byle co.
— Może dębina?
Śmiał się.
— Nie a nie! Pniaki!
— A czemu pniaki?
— Bo przy pniaku trzy razy się zagrzejesz: raz przy kopaniu, drugi raz przy rąbaniu, a trzeci raz, jak włożysz do pieca! No nie?
Śmiał się, ona też się śmiała i myślała o tym, jak to sągarze umieją o swojej robocie takie rzeczy wymyślać; potem, jak przestała się śmiać, usłyszała, jak on się śmieje, i od nowa zaczęła się śmiać.
Wtedy jej się zachciało. Chciała mu powiedzieć, żeby potrzymał krowy, wtedy by poszła i przycupnęła gdzie w życie, ale wstyd ją wziął, nie mówiła nic. Dziwowała się sobie, że taki wstyd ją brał, nigdy nikomu, choćby to był sam proboszcz, nie wstydziłaby się powiedzieć, a tu teraz się wstydziła. Sylwer gadał i gadał, i śmiał się z tego, co gadał — ale ona już nic nie słuchała, bo chciało się jej mocno.
— Szedłbyś sobie już — powiedziała mu.
— Kiedy nic a nic mi się nie chce... Gryfnaś ty dziewucha, mógłbym patrzeć na ciebie bez końca-miary — znów chciał jej dotknąć, ale trąciła go łokciem.
— Idź sobie!
Ale on nie szedł i gadał dalej. Nie słyszała go już nic a nic, siedziała w kucki i zaciskała kolana, ile mogła. Siedziała tak na jednym miejscu, nie poruszała się, krowy wyżarły już wszystką trawę dokoła, szarpały łańcuch, ale ona nie popuszczała. Krowy uniosły potem łby i ślepiły się na nią, ale i wtedy nie ruszała się z miejsca. Siedziała, cała zaciśnięta, żeby tylko to się nie stało.
A i tak się stało. Poczuła nagle, że nogi ma mokre i ciepłe i zaraz też usłyszała znów, co Sylwer mówi, i jeszcze jak kuwiczki latają nad łąkami, i zobaczyła, że już wielki ćmok się zrobił. Wszystko to słyszała i widziała, choć myślała już tylko o tym, żeby Sylwer nie zauważył.
— Trzeba gnać do domu — podniosła się z kucek. Zrobiła dwa kroki, usłyszała głośne mlaśnięcie swoich drewnianych pantofli. Skurczyła palce, próbowała nimi przytrzymać te pantofle, ale to było już całkiem na nic. Sylwer patrzył na jej nogi i śmiał się:
— Coś tak mi się wydaje... Coś tak...
— Nic ci się nie wydaje! — krzyknęła i w wielkiej złości zdjęła jeden pantofel i rzuciła w niego. Pantofel wpadł do bruzdy. Wyciągnął go stamtąd jednym palcem i podał jej. Szła, kuśtykając w jednym pantoflu, nie odwracała się. Nie umiała już na tego Sylwera patrzeć.
— Nic się nie turbuj — śmiał się. — I tak żeś gryfna dziewucha.
Odwróciła się nagle i ślugnęła go z całej siły biczem przez plecy.)
— Nie — powtórzyła.
— Łuca?
— Nie...
(Raz kiedyś nikogo nie było w chałupie, sama została, miała wysadzać chleb. Był ładny dzień, ale nie wychodziła na dwór, bo chleb mogło zawiać w przeciągu. Siedziała tak w ciemności i raz po raz zaglądała do sabatnika, oglądając chleby. Uznała na koniec, że mają już dość ognia, i teraz dopiero uchyliła drzwi od sieni, wygarnęła resztki węgla do wiaderka i zalała je wodą, przyniosła z kuchni kobiałki, położyła sobie pod ręką, drewniałą łopatę wepchnęła w głąb sabatnika, wysadziła pierwszy bochenek. Włożyła go do kobiałki, przyjrzała się przy dziennym świetle, oderwała kawałek: dobry był chleb! Klękła znów, wsunęła łopatę pod następny bochen, szarpnęła, ale wyszła sama łopata. Spróbowała jeszcze raz, ale bochenek jakby kto trzymał, za nic nie chciał wyleźć. Płakać jej się chciało.
Nagle ktoś pojawił się w drzwiach, szeroki, bo zasłonił wejście tak, że przez chwilę w sieni zrobiło się ciemno, jak przy zamkniętych drzwiach.
— Dobre południe! — posłyszała i już wiedziała, jest to Mieciuchna Waligóra, nikt inny, tylko Mieciuchna Waligóra; razem z nim chodziła do szkoły i wtedy wszyscy się z niego śmieli, bo trzeci rok do tej samej klasy chodził, choć był bardzo przemądrzały. Wszyscy się z niego śmieli, starzy też; nie lubili przemądrzałka; piecownik Zaguba, jak raz piec w szkole reperował, wysłał go do kowala po wyrwasy i Mieciuchna wrócił z bardzo czerwonymi uszyma, porządne mu dał kowal wyrwasy! Ale przemądrzałkiem Mieciuchna i tak nie przestał być, na dobre mu to zresztą wyszło, kontraktował teraz Mieciuchna żywiec, po wsiach jeździł, wszyscy mu dogadzali, jak mogli, tłusty się zrobił od tego swojego fachu.
— Coś ci się nie wiedzie — powiedział teraz.
— Bochenki się pokochały... Za nic nie chcą się rozerwać.
— Pomóc ci?
— Jak ta umiesz, to pomagaj.
Mieciuchna położył swoją skórzaną teczkę przy drzwiach i podciągnąwszy nogawki sztruksowych spodni, w jakich chadzają handlarze świń, przyklęknął koło niej. Złapał za stylisko łopaty i razem je wykręcali na wszystkie strony, żeby oderwać bochen od drugiego. Mieciuchnę jakby kto w jusze umoczył, tak miał gębę czerwoną od żaru z sabatnika, zasapał się też cały. Puścił nagle stylisko, zadarł jej suknię, klepnął po wypuczonym zadzie.
Krzyknęła, zerwała się z klęczek. Ale on ciągle trzymał swoją rękę. Odskoczyła, klęczał, gapił się na nią z rozwartą gębą.
— Jakbyśmy się tak spięli, to całkiem jak te bochenki — śmiał się mocno, żegotliwie. Wtedy się rozgniewała i złapała pomietło.
— Idziesz ty! Idziesz? — a on, jak był, na kolanach, łapsnął spod drzwi teczkę, podniósł się, wyskoczył za drzwi. Już na śmiech jej się zbierało, ale dalej nacierała na niego pomietłem, umazanym w sadzy, wołała jak na kozła: — A ciuj! Ciuj! Ciuj!
Gruby brzuch zasłaniał tą teczką, bo nic, tylko chciała mu uczernić koszulę. Wołał przestraszony:
— Coś ty, coś ty, czegoś ty taka? Ja przecie urzędowo do twojego ojca, niechby co zakontraktował!
A ona wołała jeszcze: — Ciuj! ciuj! — dopóki nie doszedł do wrót, gdzie stał jego rower, i póki na nim nie umknął. Stała jeszcze i kielcowała się z niego, zadek na siodełku chodził mu jak żarna.
— Idź ty! — wołała. — Będziesz mi tu fizmatenta wyprawiał!
— Nie — jeszcze raz teraz powiedziała. — Nie!
— Ula — dopytywał Bartosik. — A ty?
— Nie — powiedziała. — Nie. Nic ja tam nie wiem takiego.
To było w Boże Ciało, w kościele pełno, pachnąco i gorąco, paliły się wszystkie świece. Ludzie śpiewali pieśni ostatkiem tchu, a kiedy odzywał się ksiądz, wycierali sobie palcami spocone twarze, oddychali ciężko i głośno. Nie chciało się jej już niczego, odmawiać różańca ani litanii, ani nawet na nabożeństwo uważać, nic, tylko stała i czekała, kiedy będzie procesja, tak było gorąco. Sapała i rozglądała się na wszystkie strony, bo już nie mogła wytrzymać, a jak tak patrzyła, to przynajmniej jej się nie nudziło, zawsze zobaczyła kogoś albo jaką suknię której z dziewuch, korale nowe. Jak się tak rozglądała, ujrzała, że od strony chłopaków ktoś na nią patrzy. Odwróciła się szybko, zawstydzona, nie chciała patrzeć w tamtą stronę, ale czuła, że on ciągle jeszcze patrzy i nawet wiedziała, gdzie patrzy, na plecy, czuła to przez bluzkę. Nie wytrzymała, obejrzała się jeszcze, znalazła oczy wielkie, mokre: i on te oczy położył na jej oczy, patrzyła w nie i już nie umiała nie patrzeć, przejmowało ją to całą, ze wstydu, że tak patrzy, i jeszcze nie wiadać czemu. Nie mogła i nie mogła odjąć swoich oczu, kiedy już spojrzała w tamte oczy, a oczy były duże, ogromne i mokre, i za nimi, gdzieś z tyłu, jakby coś przemieniało się ustawicznie. Potem on opuścił te swoje oczy i ona mogła odwrócić głowę, pomyśleć, kto to jest, zaraz też i wiedziała, kto to jest, Pawluś Miernotów, mówili o nim, że przygłupi, ale nikt na pewno nie wiedział, więcej zawsze ludzie stworzą, tak bywa.
Zaczęła się procesja, ludzie zaczęli wychodzić, ksiądz na przedzie pod baldachimem, tłok się zrobił przy drzwiach i nie widziała go już nigdzie. Potem dopiero, jak procesja ze śpiewem obchodziła cztery ołtarze, bardzo ładnie wystrojone, i kiedy ona tak szła i śpiewała, znów poczuła, jak na plecach kładzie się mocne słońce. Obejrzała się, a on położył oczy na jej oczy, mocno, że musiała aż stanąć, i ludzie zaczęli ją popychać ze wszystkich stron. Aż zdjął jej oczy ze swoich oczu.
Kołowało jej się w oczach od tego patrzenia, tak jak patrzyłaby na zaćmienie słońca nie przez zakopconą szybkę, wtedy też, gdy się przestanie patrzeć, dziwny blask trwa jeszcze pod powiekami. Aż się tego przestraszyła, szeroko otwarła powieki i patrzyła na monstrancję, błyszczącą w słońcu. Dopiero wtedy przewidziała do reszty.
Po nabożeństwie razem ze wszystkimi wyszła z kościoła. Wtedy on znów pojawił się blisko i patrzył na nią. Potem, choć szła coraz szybciej, roztrącając ludzi, dognał ją.
— Co się tak na mnie ślepiasz — powiedziała mu.
— Bo cię lubię.
Lepiej byś nie patrzył na mnie tak, jakbyś dziesięć wilków zjadł, a jedenastego chciał łyknąć.
— Bez końca-miary mógłbym tak się na ciebie patrzeć.
— Nie chcę.
— Nie bądź ty taka — owinął się koło niej, zajrzał w oczy.
— Poszedłbyś już sobie — powiedziała. Potem on poszedł. I tak miała go pełne oczy.)
— Nie — powtórzyła — Nie.
— No — powiedział ojciec. — No... Trzeba będzie... — I poszedł pomału ku szopie. Dziewuchy chrabęściły nożami, skrobały kartofle tylko z wierzchu, bo były młode.

W niedzielę jedna zawsze miała grzech: dwie mogły iść do kościoła na sumę, jedna musiała gnać krowy. W tę niedzielę mszy słuchała Natala z Łucą; jak wróciły, Uli jeszcze nie było. Obie przez to mocno były złe. Rade-nierade usłuchały matki, przewlekły się z niedzielnych sukien, byle jak zrobiły to, co powinna robić pasterka, i usiadły w opłotkach, bo dalej iść im się nie chciało, pod krzakiem dzikiego bzu. Ula w końcu zjawiła się, dąsały się na nią za to przebieranie, nie chciały jej pomóc napoić bydła ani nic, nawet opowiedzieć, kto był w kościele, czyje ksiądz wyczytał zapowiedzi, ani nawet, co mówił na kazaniu. Tak się jej wywdzięczały. Ula siedziała trzy kroki od nich, na słońcu, dłubała w paznokciach nóg i mamrotała:
— Takieście wy, takieście wy, czekajcie, czekajcie... Też coś wiem i wam nie powiem. Nie powiem!
— Ale tam — mruknęła Łuca.
Natala powiedziała za to:
— Gadaj, bo jak nie, to...
Ula dalej dłubała sobie przy paznokciach.
— Nie powiesz?
— Nie powiesz? — przyłączyła się teraz Łuca.
Wzięły się z sobą za kudły, Ula kopała i wrzeszczała, ale we dwie dawały jej radę jak nic. Aż ktoś wziął je obie i odciągnął; i po tym, jak to zrobił, poznały kto to: ojciec. Aż skuliły się wszystkie trzy, jak tak nad nimi stał. Nic nie mówiły i czekały, jak zacznie grzmocić po łbach, ale on tylko stał i patrzył.
— Kupię wam jutro na suknie, co? — powiedział. — Ile to trzeba?
Nie wiedziały. Ula powiedziała:
— Mama wiedzą.
— Na jutro wieczór wołajcie Józię, żeby wam od razu poszyła.
To powiedział i poszedł, wielki i odmienny w swoim czarnym, ślubnym jeszcze, połyskliwym od lat i używania ubraniu.
Siedziały dalej, teraz już wszystkie trzy w cieniu, i myślały, że ma coś do nich, ale za nic nie umiały wiedzieć, co. Gadały sobie o tym, ale nie mogły nic wymyślić. Przypomniały sobie o sukniach i zapomniały o wszystkim, poleciały szybko do Józi i kazały jej być jutro pod wieczór.
Pod wieczór ojciec wrócił z miasta i zaraz też przyszła Józia. Panny przykucnęły wszystkie trzy obok ławki pod ścianą, na której ojciec rozwijał materiał, który im kupił, cieniutki zwitek; rozwijał i rozwijał, a końca nie było widać. Podtrzymując ręką, żeby materiał nie upadł na ziemię, pytał krawcowej, czy to aby wystarczy. A kiedy mu odpowiedziała, nie zapytał już ani jej, ani ich, czy im się podoba to, co kupił; a żadna z nich nie dziwiła się temu, wiedziały wszystkie, że nie dopuścił sobie nawet do głowy, że którejś z nich mogłoby się nie podobać coś, co on kupił, co wybierał długo i wziął najlepsze z tego, co widział, co w najgorszym razie — za najlepsze mu się wydało, za co w dodatku zapłacił nielekki grosz. Nie o tym myślały, bo zresztą wielkie róże podobały się im wszystkim, a pewnie także matce, która przez kuchenne okno kukała lękliwie i może zazdrośnie, jeśli mogła mieć w sobie jeszcze jaką zazdrość; myślały, dlaczego on to kupił i dlaczego kupił coś takiego ładnego, na pewno drogiego; więc rozmyślały wszystkie trzy, a pewnie także i matka, czego chciał, że kupił, bo nigdy nie kupował.
On zaś zwinął wszystek towar i złożywszy sobie na kolanach, powiedział, że suknie, wszystkie trzy, muszą być gotowe na środę; a potem, siedząc tak jeszcze, ciągnąc do ostatka dym z wiśniowej, na wpół spalonej i przeżartej tytoniem lufki, zaczął krawcowej mówić, jak mają być uszyte te suknie: a właściwie jedna tylko suknia, bo wszystkie miały być uszyte tak samo.
Krawcowa kiwała głową, a one nie dziwiły się, bo wiedziały, że jest tylko dwoje ludzi, którzy wszystko wiedzą i których wszyscy słuchają, choć są sobie przeciwni aż do rozbicia głów na drzazgi: on i babusia Roguźna. Przykucnąwszy na ganku, dłońmi podparłszy brody, słuchały i próbowały sobie wyobrazić, jak będą wyglądały te suknie. Opisywał dokładnie każde byle co i doprawdy mogłyby się zastanowić, skąd on tak dobrze wie, jak powinna wyglądać suknia, i to nie taka zwykła suknia, tylko taka, że z wielką trudnością mogły sobie ją wyobrazić: a to już musiała być taka, jakiej żadna dziewucha z okolicy nie nosiła do kościoła.
Józia wysłuchała wszystkiego do ostatniego słowa, a kiedy on poszedł wolnym krokiem w stronę stodoły, zaczęła je obmierzać wyciągniętą z kieszeni fartucha ceratową centymetrówką. Kiedy tak mierzyła, Łuca zapytała jeszcze, jakie to mają być suknie. Józia przestała mierzyć, zamyśliła się, dotknęła ręką swojego fartucha z poprzypinanymi do niego agrafkami różnych wielkości.
— Prawie jakby do ślubu — powiedziała. — Uszyję... Zobaczycie.
Nie pytały więcej; Józia mierzyła je z wszystkich stron, pilnowały jej i przypominały cyfry, jakie okrawkiem ciesielskiego ołówka zapisywała sobie na skrawku oddartego z gazety papieru. Potem, kiedy już odchodziła, odprowadziły ją aż za opłotki. Tu dopiero zapytały:
— Będą aby te suknie na środę?
A ona stanęła, odwróciła się ku chałupie, powiedziała:
— Musi.
One też wiedziały: jak on powiedział — musi — zawsze musiało tak być, jak on powiedział, chyba żeby to powiedział babce Roguźnej; ale teraz tak chciały, żeby te suknie były na środę, że jeszcze raz musiały zapytać.
Suknie włożyły na siebie od razu w środę pod wieczór, jak tylko Józia je przyniosła.
Pozwolił im na to; patrzył, jak szybko, tak, jak kośnik pije wodę, wciągają te suknie przez głowy na wszystkie ubrania, jakie już na sobie miały; a potem, ledwo widząc, z włosami przez to wkładanie zsuniętymi na oczy, obciągają te suknie, przygładzają je, rozprostowują fałdy ruchami, które naraz przestały być nieruchawe, ale też i trzpiotowate, stały się, delikatnie-łaszące do tej tęczowej, jaskrawo kolorowej materii, która otaczała je ze wszystkich stron; trzepotały się w tych sukniach jak kury w gorącym piachu w kwietniowe, nagle ciepłe popołudnie: aż było im tego dość, zaczęły się rozglądać wokół błędnie i ośleple, i wiadomo było, czego im trzeba, lustra, wielkiego jak wrota stodoły, albo choćby i byle jakiego. Spłoszone nagle i dzikie poszukiwały tego lustra, same może nie wiedząc, że właśnie tego szukają, ale nie znajdowały, i już były całkiem ogłupiałe i niewiedzące, co robić, kiedy nagle spotkały się nawzajem wzrokiem i patrzyły na siebie jak w to lustro, którego nie było; patrzyły chciwie, natarczywie, aż twarze im wybuchły radością i nagle, nic nie mówiąc, poderwały się wszystkie trzy, furkocząc tymi nowymi sukniami i jeszcze śmiechem drobniutkim, bryzgającym jak wiosenny deszcz, skoczyły nagle w sień otwartą na przestrzał, w ogród, rozsypały się pomiędzy drzewami, zakołowały wysoko, szczęśliwie, krążyły, potrząsały sobą i swoimi sukniami.
Ale nie pojął tego, tak to się szybko i bez niczego, bez żadnego słowa, porozumienia, znaku, stało. Podźwignął się z ławki, poszedł do drzwi i przez parę chwil patrzył przez sień na tęczowe migotanie sukien.
— Chodźcie tu — krzyknął, ale one, ciągle w furkotaniu, śmiechu i pisku, nie dosłyszały, choć krzyk był głośny, nie słyszały, nie słuchały niczego, prócz swoich furkotliwych śmiechów i pisków. Wtedy zawołał jeszcze raz, Łuca dojrzała go w tym krzyku, bo i teraz nie dosłyszała, tyle że akurat była naprzeciw sieni, w tym punkcie, z którego mogła go dojrzeć — i zawołała tamte. Wróciły.
— Dobre suknie? — spytała Józia.
Spojrzał na nią, powiedział półgębkiem:
— Dobre. — I zaraz krzyknął: — Matka!
Wyszła teraz z kuchni, skąd, przykucnięta przy oknie, patrzyła na te nowe suknie. Stanęła na ganku i spojrzała na niego, a ponieważ nie mówił nic, zeszła ze stopni i podeszła bliżej. Teraz dopiero powiedział:
— Niech zdejmą i włóż do szafy. I żebym żadnej nie oglądał w tym przed czasem.

Czekały na to co dzień, słuchały, co mówi, kiedy czasem co mówił przy wieczerzy, rozdzielał im robotę na rano, ale nie powiedział ani słowa. Miały nadzieję wielką w niedzielę od rana, ale nie powiedział nic: czekały, kiedy wkładał buty, szukał książeczki do nabożeństwa i drobnych na tacę, patrzyły, jak to wszystko robił, ale on nie powiedział nic.
Nie odzywając się do siebie, poszły za nim. Łuca, która gnała krowy, pokazała im z radości język.
Kiedy wróciły, nie było go jeszcze. Czekały, ale wróciwszy nie powiedział nic, zdjął marynarkę i krawat, poszedł do szopy i wyniósł stamtąd garść owsa. Kury zleciały się do niego, kiedy tak powoli sypał owies wokół siebie. Stał i patrzył, jak kury latają wokół niego za tym owsem. Siostry przyglądały się temu i dziwiły, co mu się stało z tym owsem i tymi kurami, bo nigdy nie zdarzyło mu się myśleć o kurach. A teraz stał i drobno rzucał owies, marszczył czoło, coś sobie myślał. Patrzyły ciągle na niego: wszedł znów do szopy, wabił kury do środka, potem wypłaszał je stamtąd i od nowa wabił. To też było zastanawiające, nad tym też myślały, choć od chwili, gdy zamknął szopę, zostawiwszy w niej tylko jednego koguta, wiedziały już, o co mu chodzi. Ale nawet pisk koguta, cierpki, ostatni, przywalony głuchym dudnieniem gnatka do rąbania drzewa, też był niepojęty, nie z tego, co robi, ale dlaczego to robi.
Drzwi szopy otwarły się, stał w nich, trzymał koguta, trzepoczącego się jeszcze, sikającego krwią, za nogi, za nim był gnatek, czerwony, z wpiętą w niego siekierą, czerwoną.
Skubały tego koguta wszystkie trzy nad wielką miednicą, potem opalały go w spirytusie, a on ciągle stał nad nimi i patrzył.
— Zrób klusek na parze — powiedział do matki, a ta obejrzała się na niego, one trzy też się obejrzały i na chwilę przestały zajmować się kogutem, że aż przypalił się i swąd poszedł po izbie. Wybierały wnętrzności, powoli, żeby żółć się nie rozlała i mięso nie zgorzkniało, płatały go na części.
Patrzył na zegar, powiedział:
— Nie możecie szybciej?
Jak już wyjęły żółć, robiły szybko, wrzuciły wreszcie mięso do garnka. Ojciec ciągle chodził po izbie i patrzył na zegar. Aż powiedział:
— Ubierzcie się.
Tyle powiedział, ale już wiedziały, w co mają się ubrać. Poleciały do drugiej izby, wyciągnęły z szafy te nowe piękne suknie, szybko je wdziały, wróciły do kuchni. Patrzył na nie.
— Dobrze! — powiedział.
Chciały wyjść na dwór, ale nie dał:
— Pobrudzicie się jeszcze.
Chodziły po izbie powoli, ostrożnie, tak, żeby jak najmniej było znać, że chodzą, żeby go tym chodzeniem nie drażnić i nie zmusić do powiedzenia czegoś, czego lepiej, żeby nie mówił. Chodziły cicho i patrzyły na siebie. Trwało to długo, chodzenie, zmęczyły się i wtedy Łucy przyszło na myśl, jak będzie wyglądała w tej sukni siedząc; bo jeszcze w niej nie siedziała. Przysiadła na ławie, tamte zobaczyły, usiadły też zaraz. Siedziały i patrzyły na siebie: bardzo ładnie wyglądały, jak nigdy.
Tak je zastał Sylwer Koświdrów.
— Dobry — krzyknął na progu i zaraz je zobaczył. — Hoho, panny wy moje, hoho! — Poleciał do nich. — Takieście ładne, że aż od razu mi się chlipnąć zachciało! — I nic się nie certując, grzmotnął w stół półlitrem wódki.
— Przybywaj, lisie, póki co na misie — powiedział ojciec, podniósł głos, ale, zauważyły, inaczej, wesoło, chciał widać być wesoły.
Matka przyniosła na stół jedzenie, a ojciec znów zatarł ręce i zawołał:
— Wyżerantus, wyżerantus, kluseczki ze serwatką! — znów rechotał wesoło, zacierał ręce.
Sylwer już usiadł, wziął w paluchy gorącą, parującą kluskę, umoczył w sosie, nadgryzł:
— Powiedzcie wy o takich paparuchach wrótniemu, to wrótni już każdemu!
Zjadał szybko, raz maczając kluskę w sosie, raz w kompocie z rabarbaru.
— Jakie fizmatenta — chwalił. — Jakie fizmatenta! — I jeszcze szybciej łykał kluski.
Ojciec za to długo nie zabierał się do jedzenia. Kręcił się w miejscu, podśmiewał, obracał łyżką, aż, naraz, zdjął z głowy czapkę, szybko wziął z miski kluskę, umaczał w sosie i prędko zaczął jeść. Wtedy one jeść przestały, nawet Sylwer na trochę. Patrzyły na niego wszystkie, mocnym zezem, żeby czasem tego patrzenia nie zauważył. Dziwny był jakiś, jasny, uroczysty bez tej swojej czapki, rogatywki starej i uświechtanej, wielkiej, zapadającej się na uszy; robił w niej wszystko, chodził za pługiem i do wychodka, siadał przy stole i na ławce na gromadzkim zebraniu w szkole, a zdejmował tylko wtedy, gdy w niedzielę szedł do kościoła, jeśli nie liczyć chwil, kiedy spał. Więc to teraz było dziwne i one patrzyły na niego wszystkimi oczyma, na głowę, jakby przepołowioną gdzieś pośrodku czoła, z dołu brunatną, z góry bijącą połyskliwą białością.
Patrzyły to na jednego, to na drugiego w zdumieniu, a oni jedli i kluski na parze znikały jedna za drugą, matka, która przychodziła z garnkiem i ze szmaty zrzucała świeże, za nic nie mogła nadążyć, bo teraz to już nie mówili nic, jedli i jedli, popijając rabarbarem.
Aż ustali; Sylwer odetchnął głęboko, beknął od samego dna, na którym leżała ta pierwsza zjedzona przez niego kluska, i zaraz sięgnął po flaszkę lewą ręką, a prawą już równocześnie się rozmachiwał; i kiedy lewą już dobrze trzymał, prawą grzmotnął w dno tak, że korek wyskoczył od razu, wyskoczył razem ze słupem płynu, który jednak, w przeciwieństwie do korka, z powrotem schował się do środka butelki, tak że rozprysło się ledwie kilka kropel.
— No to — powiedział i postawił flaszkę na stole pomiędzy talerzami. Ojciec zrobił ruch głową i mimo że był bez czapki, zrozumiały i one, i matka, o co w tym kiwnięciu, które nie było kiwnięciem, ale gwałtownym i szybkim szarpnięciem, które tylko dlatego wydawało się zwykłym skinieniem głowy, że był właśnie bez czapki, chodzi. Podniosły się wszystkie, matka, która dopiero co przysiadła i zaczęła jeść, wstała też i pojadając jeszcze na stojąco, sprzątała naczynia ze stołu. Pomogły jej, starły resztki sosu, zdmuchnęły okruszyny klusek, które powpadały pomiędzy szpary blatu, i postawiły przed nimi kieliszki.
— No to — powiedział Sylwer i napełnił je wódką.
Panny wyszły na dwór i ostrożnie huśtały się na poręczach ganku, przyglądając się wiewaniu swoich sukien. Naraz z kuchni doszło rechotanie Sylwera. Natala zeskoczyła z poręczy i poleciała pod okno, zajrzała do środka, a potem usiadła na ławie z głową przyciśniętą do ściany. Skoczyły za nią.
— Co mówią?
— Cicho — szepnęła. — Siedźcie aby cicho.
Patrzyły na nią, siedziała z zaciśniętymi pięściami, cała była biała.
— Co? — pytały znów szeptem.
— Psińco — szeptała z wielką złością, z zaciśniętymi zębami.
— Co? — piłowały ją.
— Cuda-niewidy — mówiła. — Cuda-niewidy opowiada.
Nie mówiła znów nic, czaiła się przy ścianie.
— Matysek — szeptała. — Hamster.
— Pewnie — odszeptywała Łuca. — Żre jak świnia, aż mu w brzuchu kłuka...
— Wichlac — szeptała zaciekle. — Wichlac...
— Śniadanie z nim zjesz — przydawała Ula — ale obiadu nie czekaj...
— Jezusek — pomstowała. — Jezusek...
— Pluć, łapać, po plecach się drapać, tyle umie — z przejęciem obgadywała Łuca.
— Ciii — syknęła Natala. — Ciii — I znów, z głową przyciśniętą do ściany tuż przy okiennej futrynie, nasłuchiwała.
— Natasia — doniosło się z izby. Wołał ojciec. Podniosła się, obciągnęła suknię zło, szarpliwie, poszła; siostry ruszyły za nią niepewnie. Nie mówiąc nic, doszła do samego stołu, inne zostały w tyle. Stała przy tym stole, oni gadali nie zauważając jej, nie chcąc może zauważać.
— Co? — zapytała głośno, zaczepnie.
— Kieliszek przynieś.
Przyniosła i postawiła obok tamtych dwu, ale osobno, z boku trochę.
— Siadaj — nakazał ojciec.
Wypiła, otrząsnęła się jak kot po wiadrze wody.
— Aż ci w brzuchu od tego kieliszka chrabęści — krzyknął Sylwer i zaczął się śmiać dudniąco, za nim ojciec.
— Śportowny ten twój kawalir, śportowny — mówił i śmiał się jeszcze. — Śportowny...
Siedziała z rękami opuszczonymi w dół, w jednej z nich trzymała kieliszek i nie mówiła nic. Siostry stały przy piecu i patrzyły.

Zbudziła je Łuca skoro świt.
— Patrzcie, patrzcie — szeptała szarpiąc je po kolei za włosy. Poleciała do okna, za nią siostry.
W prześwicie pomiędzy stodołą i chlewem stało dwu chłopów. Jeden — to był Mieciuchna, drugiego, który stał rozkraczony, oparty o wielki trójkąt z drewnianych listew, nie znały. Stali obaj i palili papierosy, potem ruszyli na przełaj przez zboże, nieznajomy przodem, krokując tym swoim trójkątem, Mieciuchna za nim; nie było go widać, tylko żyto rozkołysywało się szeroko w miejscach, gdzie stąpał.
— Idzie — szepnęła Natala.
— Kto?
Ojciec wypadł z izby ledwie jeszcze ubrany, zaciągał pasek od spodni, wkładał swą rogatywkę, podbiegając w chwilach, gdy mniej go zajmowało ubieranie; ale wtedy coś mu się plątało, opadało, zwalniał. Patrzyły na to i same szybko wciągały suknie. Potem, kiedy już zniknął za rogiem, wypadły z izby i poleciały za nim. Wychynęły zza węgła, ale stali tuż, mogli je dojrzeć. Spojrzały po sobie, na palcach poleciały do chlewa. Łuca złapała stołek, na którym siadało się przy dojeniu krów, i przystawiwszy do zawleczonego pajęczyną okienka, wlazła na ten stołek, ostrożnie pchnęła zardzewiałą ramę okna. Zgrzytnęło, uchyliło się nieco. Łuca oparła się o parapet i wsunęła głowę w szparę.
— Posuń się ty — szepnęła Natala Łucy i też poczęła wchodzić na stołek. Ale nie zmieściła się, z powrotem opadła na ziemię, zatoczyła, oparła się o grzbiet krowy. Ula przystawiła sobie kosz od siana, wlazła na niego, ale kosz się rozpłaszczył.
— Coś ty narobiła! — wystraszyła się Ula. Dały już spokój Łucy, próbowały dosłyszeć co, przycupnąwszy przy jej stołku, ale dochodził tylko mamrot, czasami jakiś wykrzyknik. Sennie im się zrobiło, bo też trwało to długo. Sama Łuca cierpła, przestępowała z nogi na nogę, ale głowę jeszcze bardziej wysuwała przez okienko. Aż zerwała się nagle, poleciała do drzwi, zatrzasnęła je, potem znów uchyliła odrobinę.
— Poszli do izby — szepnęła siostrom. Kuląc się z zimna i ze strachu wybiegły z chlewu, poleciały za Łucą do szopki. Łuca przymknęła drzwi, usiadła na snopku owsa.
Stały przed nią, pytały dygocąc:
— No co?
— Wichlac! — wyrzekła Łuca. — Miglanc! Psianyga, jaki miglanc! Jeje, jaki!
— Ale co — pytały. — Ale co?
— Tata na niego z gębą: „A ty mi tu co, Mieciuchna? Czego? Blaszkę od trzewika żeś zgubił?” A Mieciuchna nic, stoi i się śmieje, ten drugi z tym czymś też się śmieje, ale nie tak jak Mieciuchna, aby-aby. To tata na Mieciuchnę z pyskiem: „Wynocha! Będziesz mi tu na prześpiegi chodził!” A Mieciuchna nic, tylko się śmieje, stoi sobie jakby nigdy nic. A potem powiada: „Słuchajcie, Bartosik, to jest geometra, on tu przyszedł, żeby ziemię waszą obmierzyć... Sąsiady coś na was jadą, podobno zawsze tam sobie po skibce przyorzecie... Urzędowo my — powiada — ale ja tam nie taki... Znam was od tyciego, za dobrego gospodarza mam, może jeszcze zięciem waszym przyjdzie mi być”. A tata na to: „Wiesz ty sam, Mieciuchna, jak to z ludźmi, każdego obgadają... Co ja tam im zawinił? Złość mają”. A Mieciuchna powiada: „Co tam dużo gadać będziemy, jakbym to nie wiedział... Może za zięcia wam będę...”
— Za zięcia, powiedział?
— No. Powiedział. A tata mówią: „To chodź ty, Mieciuchna, i ten pan niech idą do domu, zjeść trzeba co o taki czas... Wcześnie żeście pewnie wstali, w domu ledwo co łyknęli, to wam kobieta co da... „My ta nie od tego” — powiedział ten wichlac.
— Ślepie to ma jak ślimaki!
— Na tłustej kobyle jeździł!
Od izby doszło wołanie ojca. Pojedynczo wymykały się z szopy i przeczesując sobie palcami włosy, biegły do izby.
— Hoo, panny moje szczyrbate! — zawołał głośno Mieciuchna i aż z krzesła się przypodniósł, ale tylko trochę, bo zaraz widać było, że opadłby nawet wtedy, gdyby naprawdę chciał wstać: bo z jednej strony haczył brzuchem o stół, z drugiej rzyć ciężka staczała się na stołek; musiał sobie już dobrze podjeść i podpić, bo zauważyły parę dni temu, ojciec wódkę przywiózł do domu. Teraz to wszystko stało na stole: wódka, kiełbasa i musztarda, i Mieciuchna jadł jak najęty, nawet gadał przez jedzenie. Dopiero jak Łucę zobaczył — a wchodziła na samym końcu — przełknął od razu wszystko, co miał w gębie, przyszło mu to z trudem, aż spurpurowiał od tego.
— Łuca! — zawołał i wysilając się jeszcze raz, jeszcze bardziej, wstawał, odpychając się równocześnie brzuchem i rękami od stołu, a potem szybko ręce przenosząc do tyłu, żeby odepchnąć krzesło i wstać już zupełnie. — Mojaś ty panna! — wołał głośno całym sobą i całym tym brzuchem, który falował przy każdej głosce. — Jak tam te twoje chleby, kochają się jeszcze czy może już przestały, odechciało im się?
Łuca stała, zakudłana, czerwona cała, a on wrzeszczał jeszcze tym swoim brzuchem:
— To jak, Łuca, kiedy niesiemy na zapowiedzi? Bo kochamy się lepiej niż te dwa bochenki?
— Starczy ci aby na zapowiedzi? — wypaliła, choć nikt się po niej, nawet ona sama po sobie, słowa nie spodziewał. — Ta starczy ci na życie i pokrycie — skudłaną głową skinęła w stronę jego brzucha. — Ale żeby na co jeszcze?
— Łuca — krzyknął Bartosik. — Łuca! — Aż przywstał, aż mignęło mu coś w oczach, w tej łysinie znowu dzisiaj gołej. — Wynocha do izby!
— E, ojciec, czego to — łagodził Mieciuchna. — Prosię kwiczy i miech drze, nie wiecie to? Handlarz kobitę też musi mieć handlarę i patrzcie, jest! Kto by się spodziewał! — Wydobywał się znów spod stołu, znad krzesła, wyważał je sobą, wywalał, aż w końcu jego kompan podtrzymał wszystko i handlarz się wytoczył, poleciał za Łucą. Ale ona już zatrzasnęła drzwi. Szarpał się z nimi, walił cielskiem, ale zaparła się, nie puszczała. Odwrócił się z wielkim śmiechem: — Patrzcie no, ojciec!
— Łuca — powiedział ojciec, ale tamten znowu przerwał mu wielkim śmiechem. — Nie, ojciec, już ja sobie radę dam, co to na mnie, tyle co na byka pyrek. Dziocha z pyskiem i ze wszystkim, co byście chcieli!
Tak gadał, wrzeszczał, żrąc i śmiejąc się do wszystkiego. Tymczasem Natala i Ula poleciały do drugiej izby za Łucą, stały przy uchylonych drzwiach, słuchały, gadały źle:
— Chwalidupa.
— Zobacz te giry, na tłustej kobyle jeździł.
— Na tłustym wieprzku.
— Brzuch jak bania.
— Kłaki na łbie jak pieluchy.
— Świński blondas.
— Czochra się o stół jak wieprz w klatce.
— Siąka, kwiąka.
— Ślipska ma jak dwa ślimaki.
— Ciulika pod tym brzuszyskiem całkiem może nie mieć.
Chichotały.
— Idzie gdzieś.
— W dupę na raki po kąsek tabaki — krzyknęła Łuca i znów zatrzasnęła drzwi, bo szedł do nich i teraz pukał, podrapywał błagalnie.
— Ale.
— Chce mu się czegoś.
— Ale!
— Brzuch se przedtem obstrugaj!
— Heblem.
— Nos obkróć.
— Klupkiem.
Słyszały, jak odchodzi, i znów uchylały drzwi. Usiadł przy stole i gadał z ojcem. Patrzyły na jego plecy i śmiały się głośno, ale ojciec na nie popatrzył, może i nie to, uniósł tylko głowę ponad ramieniem Mieciuchny — i przycichły.

Robiły aż do ćmoku, a i potem jeszcze nie ustawały. Hakały kartofle, bo ojciec raz przylazł tu i od razu z wielką złością zagnał je do roboty. Mroczniało już, a one ciągle jeszcze zażarcie darły hakami zielska, choć już prawie nic nie było widać.
Wtedy na miedzy, pomiędzy jeżynami, ktoś się pojawił. To było z boku, ale zaraz wiedziały, że tam ktoś stoi, czuły jakoś, bo jak spojrzały, to nie widziały nic albo prawie nic. Popatrzyły wszystkie razem, podniosły się i zaraz schyliły się znów do swojej roboty.
— Jest ktoś — upewniła je szeptem Natala.
Hakały bardzo zaciekle, nie patrząc, co tną, kartofle czy osty. Słyszały nawzajem swoje dyszenie, a potem ptaka, śpiewał gdzieś w krzakach po ludzku, nawołująco, przyzywająco...
— Co, jazgotki? — posłyszały nagle za plecami. Ustały, rozprostowały grzbiety, ale nie śmiały się obejrzeć. W końcu Natala odwróciła się trochę:
— Jak bym tak cię zdzieliła tą haką przez łeb!
— Ale! — powiedział głupkowato i już wiedziały wszystkie, kto to. Odwróciły się:
— Po coś tu przyszedł! — wsiadły na niego.
— Ale — powiedział.
— No co, ty mądrzejszy od sołtysa sługi?
— Ale!
— Masz tu hakę, jużem dość się narobiła!
— Ale! — powiedział to samo i haki nie wziął. Pogrzebały jeszcze trochę pomiędzy radlonkami, ale tak aby, żeby tylko co robić.
— Co za zgniły chłop!
A on już nic nie mówił, nawet tego swojego „Ale”, i Ula czuła, jak położył na niej swoje oczy. Ciemno było, nie widziała, ale czuła.
— Zaśpiewałbyś co — powiedziała nieswojo. Nie dał się prosić, zaczął:
— Pamiętasz Capri...
Zawsze to śpiewał, Natala i Łuca chichotały, ale Ula słuchała i było, jakby dotykał ją też tym śpiewaniem.
— No, dziochy, pójdziemy — zarządziła Natala i Pawluś przestał śpiewać. Wzięły haki pod pachy i ruszyły, on za nimi.
— Pawluś, a po co żeś tak przyszedł o ćmoku? — pytała Łuca i zaczęła się śmiać. Mruknął coś.
— Naparstek żeś zgubił?
— Nie — powiedział. — Co to, to nie.
Ula położyła sobie hakę na ramionach, szeroko rozłożyła ręce na stylisku i szła, nic nie mówiła, nie patrzyła nawet na niego, choć szedł koło niej. Łuca i Natala przygadywały:
— Powiedziałbyś coś.
— Ale co? — pytał bezradnie.
— Co do śmiechu.
— Nie mogę tak na idący.
— To se przykucnij — powiedziała Natala i śmiała się, za nią Łuca, a potem on sam też.
Doszły już do wrót, a on jak szedł, tak i zabierał się iść dalej.
— Pójdziesz to z nami? — upewniła się Łuca. — Naharowały się my, nie chciałeś pomóc, to teraz prosto do łóżka idziemy. Jak chcesz z nami...
— To ja z wami nie — powiedział przestraszony i skręcił za stodołę. — To ja sobie...
Umyły nogi pod studnią, a potem w kuchni, gorącej i ciemnej już, zjadły trochę chleba, popiły mlekiem, ciepłym jeszcze, poleciały spać.
Ula słyszała, jak usypiają, oddechy cichną i prześcieradła, poduszki, sienniki przestają szeleścić, gdzieś w ciemnym kącie izby skrobie coś, świerszcz może jaki ukryty w ścianie, a może nawet nie w izbie, w sadzie osika dygocze szorstkim, bezustannym drżeniem, w wielkiej letniej ciszy w chlewie poruszy się krowa, dźwięknie łańcuchem. Wybuchnie nagły chrap ojca, jego złe mruknięcie przez sen. Potem w oknie, w księżycu łagodnym i żółtym jak woda na dnie glinianki, pojawia się on. Nie przestrasza się, nawet nie kłopoce, co ma robić teraz, sama czuwająca w izbie, bez sióstr, które by wiedziały, co zrobić z nim, stojącym za oknem w wielkim miesiącu, z oczyma jak dwa miesiące. Wylazła z łóżka, ciągle nie wiedząc, co robić, i w tym wielkim miesiącu, w jego oczach jak dwa miesiące, powoli, bo boleśnie, ciało stało się czułe i ostre, wciągała suknię, suknia zdawała się dotykać samej krwi, szła cicho przez izbę, przez kuchnię stopami, które też całe były we krwi. Odsunęła skobel, objęło ją powietrze miękkie, duszne zapachem lipowego kwiecia.
— Chodź — dotknął jej sobą całym, przesycił zapachem pokrzywy, ostrym, żrącym. Szli sadem, cichym, rzęsistym od rosy, przeleźli przez płot i powoli szli przez łąkę zapadając się po łydki w trawę.
— Lubię cię — szedł i dotykał jej. — Jak sól wodę cię lubię... Zaśpiewam ci co... Zaśpiewam.
— Nie — mówiła z zaciśniętymi zębami. Wszystko dotykało ciała, ostro, dotkliwie, jego dłonie, trawa i kamyki, powietrze i zapachy, niebo i szept owadów.
— O — wymawiała z trudem i znów dotykały ją jego dłonie, i zatrzymywał ją na chwilę, by dotknąć całym ciałem. — O...
Potem nie mogli już iść.

Kiedy tak patrzyła chwilę, chustkę nisko ściągnąwszy na czoło i przysłoniwszy oczy rękojeścią sierpa, zostawił ją już o kilkanaście metrów i nim się spostrzegła, nim znów schyliła, pobiegła z sierpem popod stertami zwalonego zboża — już zawrócił, usłyszała szum kosy za sobą. Zbierała teraz zboże biegnąc, jak maszyna, nie myśli się przy takiej robocie, tym bardziej że teraz musiała dumać o tych maleńkich czarnych punkcikach na miedzy pośród białych zbóż. Przystanęła znów, choć był parę kroków za jej plecami, patrzyła tak, póki kosa nie musnęła jej pięt.
— No! — warknął, schyliła się, biegnąc zbierała zboże w przygarstki. Ale kiedy zziajana dobiegła do końca zagonu, usłyszała za sobą już tylko zgrzyt osełki o ostrze kosy, rzadki, jakby niedbały, aż naraz zawzięty, natarczywy, ostry. Rozprostowała się, poleciała na drugi koniec zagonu, szepnęła Uli, która ustawiała snopki:
— Babusia Roguźna idą i jeszcze jakieś...
Natala, która wiązała snopki, zwiedziała się też jakoś, stanęła wyprostowana z powrósłem naciągniętym na ramiona; patrzyli teraz wszyscy na dróżkę, którą szło czterech ludzi: na przedzie babka ze swoim tłumokiem na plecach, za nią trzej mężczyźni. Gadała coś do nich, pokazywała palcem, przystawała czasami, a oni słuchali, śmieli się czasem, głośno, niosło się aż tu.
Niedługo to trwało, bo kosa szurnęła nagle w zboże, potem znów i znów, długimi, szerokimi i głębokimi cięciami. Zaraz też schyliły się do roboty, ale już wiedziały, że nie nadążą za nim. Ciął strasznie, zwijając się w ruchu półokrągłym, biorąc rozmach aż gdzieś zza swoich pleców, tak że każdy inny dociągałby podobny pokos ostatnim wysiłkiem, ale jemu kosa od początku do końca szła równo, nie hacząc się ani opóźniając, ani też po tym, po dokonaniu każdego z tych ogromnie długich cięć, nie odpoczywając ani chwili. Znów brał zamach zza pleców, z wysokości głowy, ostrze z furkotliwym jękiem, zwijając się prawie w spiralę, zjeżdżało w dół i aż dziwne było, że rozedrgana stal zdolna jest ciąć: ale cięła ostro, szybko, dokładnie i nowy snop — bo tyle odwalał za jednym zamachem — spadał na ścianę stojącego jeszcze zboża.
Zauważyły, kiedy przechodzili obok nich, ale nie miały nawet czasu podnieść oczu i spojrzeć. Babka Roguźna krzyknęła:
— Szczęść Boże! — a Natala odkrzyknęła: — Bóg zapłać! — ale może nawet tego nie było słychać, bo nad wszystkim górował wysoki, zgrzytliwy, aż straszny jęk kosy. Pracowali tak aż do samego zmierzchu, bo nie ustawał ani na chwilę, sekundę dłużej, niż trzeba, nie ostrzył kosy; nie wiedziały, skąd brał taką siłę, ale pojęły prędko, że coś więcej to było niż siła, to, czym kosił zboże niczym maszyna jaka. Aż się go bały, jego koszuli mokrej od potu i już szeleszczącej, wyschłej na blachę, znów już od nowa przesiąkającej potem, twarzy zszarzałej i ściągniętej, warg spieczonych, spękanych, czarnych. Nie mówiły ani słowa, starały się nadążać za nim: bo choć podbierały dwie, trudno im było nadążyć, dopiero jak złapała je złość — na niego złość, wtedy stały się jak on, jak maszyny, i nie potrzebowały już nic, żeby robić, nawet łyka kwaśnego mleka, którego dzbanek pozostał daleko za nimi, obleziony przez mrówki.
Aż odłożył kosę i wtedy wiedziały, że nareszcie już koniec na dzisiaj. Pomyślały też, nareszcie mogły choć słowo pomyśleć, że nareszcie zostaną same i zestawiając snopki w baby, będą sobie mogły w końcu coś o tym wszystkim powiedzieć, ale on, wbrew swoim zwyczajom, razem z nimi zabrał się do roboty, choć niewiele tego było, parenaście snopków, których nie zdążyła ustawić Ula; a robił to, jak kosił, wściekle i zło, szybko. Więc i teraz nie mogły powiedzieć do siebie ani słowa, ani potem, kiedy szli wszyscy razem, one na przedzie z grabiami i sierpami, z tym dzbankiem pełnym potopionych mrówek, on za nimi, klekocąc osełką w kużoju, milcząco i ponuro. Szli tak cicho, przy klekocie tej osełki tylko, i im bardziej zbliżali się do domu, tym bardziej czekały. On, zauważyły, też czekał, słuchał, zatajał oddech, potem wydobywał mu się z płuc nagle szorstki, świstliwy, że aż zagłuszał klekotanie tej osełki. Ale nie słychać było niczego i szli wszyscy coraz szybciej, biegiem prawie ku temu, co stać się musiało, ale w nich była ciekawość, też odrobina strachu przed sprawami, które musiały być, skoro była tu w tym domu o porze tak niezwyczajnej kobieta, która odtąd, odkąd najstarsza z nich pamiętała, zawsze była przeciw temu człowiekowi, który był ich ojcem, a który zmógł wszystkich prócz niej — i jeszcze ich trzech; i teraz szły w ciekawości i strachu, bo czuły, wiedziały, że teraz nie będą już tylko patrzeć na to, co być musi.
Natala pchnęła uliczki, stanęła, nie chciało się jej jakość iść; inne ją popychały, przystając jednak z wolna; aż dopiero ojciec powiedział „no” i wtedy nagle skoczyły do przodu.
Widać było wszystko na tle wieczornego nieba, nasiąkającego powoli księżycem: stół wytaszczony przed izbę, cztery osoby przy nim, nawet to, co stało na stole: flaszka, miski. Szły i patrzyły, jak od stołu podnosi się ktoś, babusia Roguźna, kuśtyka w ich stronę. Była jeszcze daleko, ale one stanęły, a ojciec powiedział jeszcze raz jak w uliczkach „no” — ale już nie tak, by mogły posłuchać, albo też nagle starczyło im na tyle odwagi, by tego polecenia nie wykonać, albo też, najpewniej, bały się teraz iść naprzeciw babusi Roguźnej, same już nie wiedziały, stały. Babusia kuśtykała ku nim, to odpychając się swoim kosturem od ziemi, to znów wyrzucając go wysoko w powietrze. Czekały, ojciec stanął obok nich, trochę w przedzie, zdjął kosę z ramienia, ostrzem oparł o ziemię.
— Gdzie, stara oblodro?
Stanęła teraz i bez tych skoków, którymi szła naprzód, była malutka jak pajączek babiego lata. Ale to była tylko chwila, zaraz wprawiła się w ruch razem ze swoim koślawym kosturem:
— Nie takich bać się chciałam i się nie bałam! Nie mam ja do ciebie żadnego interesu, chaziaju ty zasrany, ciubaryku ciemny, ty... Paparuchu ty galicjański, tyyy! Pochwalony, dzioszki, widzicie, wróciła wasza babusia, nie pozabijał was tu on aby? Urosłyżeście, jak mnie tu nie było, urosły — dotykała ich chudą swoją, zgrabiałą ręką, plaskała po piersiach. — Panny z was urosły, panny... Kawalirów wam przyprowadziłam, patrzcie, siedzą, podobają wam się kawaliry?
— Idź! — krzyknął i usłyszały kosę w tym samym dźwięku, jaki miała wtedy, kiedy jednym zamachem ciął pas zboża szerokości półtora metra. Cofnęły się w popłochu, ale on tej kosy już nie podniósł, wparł ją w ziemię tak, że stylisko zatrzeszczało cienko.
Nie zauważyły nawet, kiedy babusi nie było przy nich. Stała kilka kroków w przedzie, wznosząc do góry swój kostur i drugą rękę, zwiniętą w pięść; wrzeszczała:
— Niedoczekanie! Niedoczekanie twoje! — śmiała się, rzegotała, kielcowała pod niebiosa, aż echo niosło: — Mnie żeś rady nie dał, im też nie dosz, wspomnij moje słowo, wspomnij moje słowo! — Tak wrzeszczała, rzegotała, aż niosło po polach. — Nie zmożesz mnie, ich też nie zmożesz, czas twój przychodzi i moja pomsta za wszystko, co żeś zrobił, co żeś nachachmęcił, już nie czas, żebyś je jak bydlęta gonił, jeich jeszcze rękami się bogacił, nie, niedoczekanie twoje, nie! — Tak wołała i znów się od nowa śmiała, aż to wszystko nosiło po polach. — Już jeich rękami nie będziesz do się grabił, już nie, nie! Nie dostaną ich twoje parobki, żeby za nich i za ciebie harowały do końca żywota, nie! W świat sobie pójdą, do ludzi, aż zdechniesz, poczekają, potem wezmą ziemię, ja im ją daję, ja!
Stały i słuchały, patrzyły na niego. Wyjął zza pasa naczynie z osełką, wylał z niego wodę, przewiesił na sznurku, podtrzymującym pałąk kosy. Podnosił potem kosę z ziemi za pałąk, robił to długo, raz kosa, raz stylisko przeważało, opadało na ziemię, ale w końcu znalazł odpowiednie miejsce i podniósł w ten sposób to wszystko — kosę i naczynko z osełką — do szopy. Wszedł tam, położył i jeszcze coś w ciemnościach robił, może tylko stał i myślał nad tym, co należy mu robić, kiedy wyjdzie znów na podwórze, i bały się, że to będzie coś strasznego, to, co postanowi. Wyszedł; babusia też przestała mówić i żegotać, wiedziała też, co tam najpewniej robił. Ale tylko spojrzał na dziewuchy:
— Do izby!
Poszły, on za nimi. Szły, znów nie mówiły nic, nie patrzyły na siebie, bo nie należało, kiedy on szedł, sapiąc za nimi. Brnąc w ciemnościach po nierównej polepie sieni, weszły do kuchni, gdzie w małych blaskach paleniska siedziała milcząco matka.
— Jeść — zarządził. Siadły więc za stołem, matka postawiła miskę z kartoflami, donicę kwaśnego mleka. Mleko było gęste, kroiły je łyżkami i łykały prędko, nie tykając kartofli.
— Chcieli tu co? — spytał.
— Nie, nie — powiedziała szybko, zachłystując się słowami, matka.
Nie patrzył na nie, ale przypomniało im się wszystko i odechciało nawet kwaśnego mleka. Myślały o tym, co będzie chciał od nich, kiedy skończy jeść. Ale miał do nich tylko tyle:
— Idę. Nie będzie mnie jaką godzinkę. Jakby tu co, to kopyścią po łbie. I nie wychodzić mi z izby. Zrozumiane?
Kiwnęły głowami wszystkie, a on obejrzał je sobie po kolei i wyszedł. Ustały jeść, czekały. Krzątał się w sieni, potem słychać było, jak pompuje rower. Jadły jeszcze pomału, pomalutku, żeby aby co robić. Zerkały w okno. Ujrzały wreszcie, jak prowadzi rower, rozpędza się i wskakuje na siodełko, niepewnie mija wąską furtkę. Wstały teraz szybko i poleciały do drugiej izby. Gadały:
— Co też babusia chcą...
— Z takimi chłopami przyszli...
— Mówili przecie, kawaliry do nas...
— I co będzie?
Nie wiedziały. Stłoczyły się przy oknie, z tej strony, skąd widać było babusine skrzydło domu, ale ciemniało już mocno, ledwie co widniało na tle nieba. Tyle że siedzą jeszcze przy tym wystawionym przed sień stole i gadają, a właściwie gada babusia Roguźna. Cicho otworzyły okno, ale nie było słychać. Zniechęcone wróciły do kuchni.
— Mama, a babusia nie mówili nic?
— Babusia do mnie nic nie mają.
— A do kogo?
— Do was.
— Do taty nie?
— Do was aby.
Nie mówili nic.
— Co z nami będzie — powiedziała Natala. — Jak babusia mają do nas co, to tata będzie też miał, jeszcze więcej.
— Ciii — szepnęła Ula. — Idą...
— Ja sobie pójdę — szepnęła Łuca. — Po co kto ma mieć co do mnie.
— Nie kazał — odezwała się matka też szeptem. Nie słuchała, wyskoczyła do sieni i na oślep, obijając się o wiadra i beczki, poleciała ku tylnym drzwiom, trzasnęła nimi mocno, poleciała w ogród. Zatrzymała się przy samym płocie. Stała trochę dysząc, potem wlazła na najbliższe wiśniowe drzewo. Jak to we żniwa, wszystkie prawie wiśnie były dojrzałe, słodkie. Szarpała je całymi garściami, pakowała do ust, wypluwała potem liście i pestki. Naraz przestała, przycisnęła się do drzewa. Słychać było czyjeś kroki; potem, kiedy ucichły, dojrzała, że ktoś stoi pod drzewem.
— Idź — krzyknęła. — Idź!
— Czemu mam iść — zapytał ten z dołu. — Przyszedłem do ciebie, dokąd mam iść?
— Idź — krzyknęła znów, ale on się nie ruszał. Zastanowiła się.
— Idź... choć pod tamto drzewo.
— No — powiedział i odszedł parę kroków. — Ale po co?
— Bo tak mi się chce! — krzyknęła i zrobiło się jej wesoło. Próbowała mu się przyjrzeć. Był wysoki, tykowaty, jakby obstrugany z góry.
— Gdzie ty masz ręce? — zawołała nagle w wielkim zdumieniu. — Ty nie masz rąk!
— Nie mam — doszło ją z dołu. — A co?
— To babusia cię przyprowadzili?
— Babusia.
— To takich kawalirów nam przyprowadziła!
— Taki już ja gorszy?
— Nie — powiedziała prędko. — Ja aby tak... Nie o tobie. — Zamyśliła się. Potem zapytała: — A wiesz, czemu żem ci kazała pod tamto drzewo iść?
— No?
— A tak... Gorąco dzisiaj było...
Zaśmiał się i poruszył.
— Nie chodź! — wystraszyła się. — Tak aby żem ci powiedziała...
— A co ty tak dziwnie mówisz?
— Co dziwnie? Że nie po pańsku?
— Nie, tylko tak seplenisz.
— A... — zastanowiła się. — Bo żem szczerbata.
— A ja nie.
— Ale rąk nie ma u ciebie.
— Prawie na jedno wychodzi.
Zamyśliła się:
— Prawie.
Usłyszała znów jakieś kroki. Wiedziała: to on. Wczepiła się w drzewo, szepnęła w dół: „Ciii”, siedziała z zamkniętymi, zaciśniętymi powiekami. Próbowała sobie zatkać też uszy, nie mogła słuchać kroków, ale bała się spaść.
Kroki zatrzymały się:
— Złaź.
Nie mogła się odważyć, aby otworzyć oczy.
— Złaź.
Poczęła schodzić, ciągle jeszcze nie otwierając oczu, zgrabiałymi ze strachu rękami czepiając się gałęzi. Ześliznęła się po pniu i stanęła obok niego, tuż, bo nie poruszył się nawet wtedy, gdy majtała mu pod nosem nogami, zsuwając się w dół.
— Co było powiedziane?
Nie odzywała się nic, nie umiała.
— Co? — pytał łapiąc ją za włosy, unosząc jej głowę i, puściwszy włosy, tą samą ręką zamierzając się do uderzenia.
Ale nie uderzył. Pomiędzy nimi nagle, jakby zasłona, jakby mignęła jakaś bariera, opadła skądś z góry. Stali przez chwilę zdumieni, ona już skrzywiona, prawie płacząca, czująca to uderzenie, to grzmotnięcie pięścią na policzku, cios, który jednak nie nastąpił, on z ręką dygocącą uderzeniem, które dla niego też już nastąpiło; i dopiero trzeba było im chwili, aby pojąć, że stało się zupełnie nie to, co stać się było zamierzone. Ta ręka zaczęła mu drżeć, opadać, niknąć jakoś prawie, i jeszcze przez chwilę zgubiony był zupełnie.
Aż pojęli oboje, że to był on, bezręki, i jego noga rozdzieliła ich tak nagle, niespodziewanie i zaskakująco. Teraz odwrócili się ku tamtemu i patrzyli ze zdumieniem, a ojciec, kiedy już to paraliżujące zdumienie, a może przerażenie, minęło, powiedział cicho (a ona wiedziała, kiedy on tak mówił cicho, tak cicho: wtedy kiedy po prostu nie może krzyknąć, bo zaraz krzyknie samym sobą): — Ty niemrawo!
Więc, zanim jeszcze skończył, krzyknęła: — Nie — wpadając już tym słowem, powtórzonym raz czy drugi, w jego skok ku tamtemu, bezrękiemu. Krzycząc, bezsłownie, a może i bezgłośnie, skoczyła za nim, ale już nie napotkała go rękami, otarła się o jakieś drzewo, o mało nie upadła. Stała, przerażona, trzęsiona zimnem, przyciskając do policzka swoją rękę pachnącą starym mchem, patrzyła na dwa cienie, znaczone w ciemnościach już tylko swoim ruchem, nie tyle już może widzialne, co słyszalne, odczuwalne tym ruchem szybkim bardzo, grzmiącym i milkliwie rozwścieczonym. Kucnęła i wodziła oczyma, modląc się o ruch, o jego nieustawanie, modliła się tak długo, dopóki nie stało się z nią coś, co było jakby zanurzeniem nagle w bardzo zimną albo bardzo gorącą wodę — był to śmiech wielki, ogromny, basowy, zadyszany, a pochodził właśnie z tego ruchu, który tam snuł się pomiędzy drzewami. Nie patrzyła już, śledziła tylko przemieszczanie się tego śmiechu i uśmiechała się do niego najpierw z przerażeniem, potem już tylko z wielką uciechą.
Potem zatrzymał się; przygasł. Słyszała już tylko kroki, to były kroki ojca. Czekała.
Ale nie uderzył. Szarpnął za ramię, popchnął w stronę domu.
Weszli do sieni. Tu dopiero chlasnął ją dłonią w twarz, wepchnął do kuchni.
— Nie słucha ojca-matki, słucha psiej skóry.
Siostry siedziały w ubraniach na łóżkach.
— Co?
— Co?
— Rąk nie ma — powiedziała. — I taki... Jakiś dobry taki.
— Rąk nie ma. Przez to.
— Jak ma ręce... Jak mają ludzie ręce, to...
— Nic — powiedziała. Jak wróciła z tego sadu, o wszystko pytały się jej, jakby to była nie wiadomo jak mądra, i samej się jej zdawało, że była mądra. — Ktoś nas pozabija. Jak nie on, to babusia. Każde na swoje chce... Jak tego kociaka nas rozedrą, co go pomiędzy drzwi włożyli i za ogon ciągną...
— I co my, biedoty? Co my?
— A tu co? — przerwała im labiedzenie.
— Sylwer z tatą przyszedł... Na ganku teraz siedzą.
— A tamci?
— Byli, ale uciekli, jak tata przyszedł... Jeden winny blondyn, drugi stary, klątewnik taki...
Zbliżał się jakiś szum; ojciec z Sylwerem polecieli ku nagle oświetlonym reflektorami wrotom. Dwa motocykle wjechały na podwórze i przystanęły pośrodku, przygaszając światła.
— Milicjanty! — szepnęła Natala.
— I twój kawalir...
— Taki on mój kawalir, jak z koziej dupy trąba...
Pięciu mężczyzn pośrodku podwórza gadało o czymś szybko, gestykulując i przerywając sobie nawzajem. Milicjanci zgasili motory i wszyscy szybko poszli w stronę izby babki.
— Do więzienia ich wezmą? — niepewnie powiedziała Łuca. Rozległ się krzyk. Zatupotały kroki, gęste, splątane. Czekały. Milicjanci zataczając się wyszli z izby, trzymali pod pachy szarpiącą się babusię.
— Puścić — rzęziła rzucając się na wszystkie strony. — Puszczać, policaje! Jakie wasze prawo, haręzy przebrzydłe? Znam ja wasze prawo na rzymską piątkę! Pieniądze wam ciepnął, za pieniądze chce się mnie pozbyć, boi się mnie, żebym mu w handlu nie przeszkodziła, dziochy swoje czas mu przedawać. Jak kocięta chce je przedawać w miechu, po groszu, po groszu... Nie dejcie się, dziochy, sprzeda was, sprzeda, jak wszystkich sprzedał! W świat idźcie, przed siebie!
Milicjanci doprowadzili ją do motocykla i uniósłszy za ramiona, wrzucili do kosza. Wyrywała się stamtąd, chciała wstawać, ale jeden z milicjantów trzymał ją za ramię, nie pozwalał się podnieść. Mężczyźni gadali coś ze sobą, potem ruszyli w stronę ogrodu, przy babce został tylko Mieciuchna. Usiadł na siodełku i wielką łapą wciskał ją do kosza, kiedy próbowała się podnieść.
— Idź, ty brzydoku! — wrzeszczała na cały świat, szarpiąc się z nim. — Moimi dziochami przyszedłżeś handlować jak swoimi wieprzami? Wynoś się, ty handlaro, puszczaj, zasrańcu!
— Puść! — krzyknęła Łuca. — Puść! — przyłączyły się inne.
Odwrócił gębę i tylko zarechotał ku nim.
Gdzieś skrzypnęły drzwi. Odwróciły się, Natala krzyknęła.
— Cicho — powiedział bezręki. — Cicho.
Za nim był jeszcze ktoś. Ula poznała jego oczy. Pawluś.
— Co wy — powiedziała. — Co wam?
— Cicho — powtórzył bezręki. — Szukają nas.
— Gdzie tamci? — spytała Natala. — Co?
Bezręki zaśmiał się cicho.
— Poszli — powiedział. — Poszli. Uciekli.
— A ty? — szepnęła Łuca. — A ty? Jak tak cię złapią? Polecieli gdzieś. Po coś tu przyszedł? Skądżeś Pawlusia wziął?
— Ja sam — szepnął tamten. — Sam — patrzył na Ulę. — Tak...
— Co to się u nas nie dzieje — powiedziała Natala. — Świat nie widział.
— I co wy? — zapytał bezręki.
— Co my mamy za słowo? Zrobią, co będą chcieli. Tata albo babusia. Co my? — szeptały.
— Jakbyście żyć nie chciały, mówicie... Jakbyście przed siebie żyć nie chciały, tylko żeby kto...
— Ty co? — syknęła Łuca. — Pójdę może z tobą? Z tobą na węder? — śmiała się przez płacz. — Na drogę?
— Wcale mi cię nie trzeba... Nie trzeba. Ja sam przed siebie.
— Patrz, jaki on — powiedziała Natala. — Taki... — Patrzyła na niego w ciemności. — Idź, ty — krzyknęła prawie. — Idź!
— Pójdę — powiedział. — Nie bój się, ty... Ja swoje drogi znam. Znam.
— Ciii — szepnęła Ula.
Tamci wracali sami, poklinając. Skupili się koło motocykli, rozprawiali o czymś; babka żegotała szyderczo. Milicjanci zapuścili motory, odjeżdżali.
— Wrócę — wrzeszczała babka. — Ja tu wrócę... Nie ciesz się, ty...
— Czego oni chcą — szepnęła Ula. — Czego babusia chcą... I tata...
— Muszą... Ludzie zawsze. A jak mocno — skinął brodą w stronę podwórza — to tak.
— Ty też? Też?
Kiwnął głową.
Zaśmiała się zgrzytliwie.
— I ręce... Twoje ręce... Ha!
— Ręce... — zająknął się, potem spokojnie: — Nie mam... Ale nie mogło, żeby inaczej... Nie narzekam tam... Bo ja sam. Ale ty? Wy? Ojciec z twoimi rękami zrobi, co będzie chciał, nie ty...
— Na babusine nas chcesz przekabacić? Tata chcą mnie Sylwerowi dać. Nie chcę paskudnika... A babusia? Oni też za swoim ciągną, co mnie wielkiego do tego... Co mnie...
— Ale do swojego...
— Głupiś — powiedziała ze złością tak mocną, że poczuła łzy na policzkach. — Głupi...
— Ciii — uciszała Łuca.
Mężczyźni, poklinając, szli w stronę izby.
— Uciekajcie! — szepnęła Łuca.
Bezręki i Pawluś poruszyli się niespokojnie, przemknęli do okna.
Tamci trzej zatrzymali się na ganku; do środka wszedł tylko ojciec, wrócił po chwili.
— Kiedy tę oblodrę puszczą? — pytał.
Mieciuchna: — Dobrzem załatwił, ale za długo nie mogą... Parę dni i puszczą.
— Nie wyjdzie, jak tu wróci... Nie wyjdzie stąd.
— Dajcie se spokój, Bartosik. Nie powiekuje starucha, nie. Lepiej córy żeńcie, będzie po ptokach.
— Może ty i masz prawie — poweselał ojciec. — Pomału możecie na zapowiedzi dawać... Kabany rosną, będzie można jesienią bić... i weseliska.. Nawet powiem wam, chłopy, czosnku jużem kupił na kiełbasy, bo coś nie obrodził u nas latoś... Czosnek mam — chwalił się. — No, to lu...
— Psińco — powiedziała Łuca. — Nie pójdę za takiego wieprzodoja... Choćbym...
— Na mnie czas, dziewuszki — szepnął bezręki. — Ruszę się...
— Przyjdź no kiedy... Albo lepiej nie idź. Jeszcze cię złapią.
— Mnie? — zaśmiał się. — Nikt mnie nie złapie, powiadam. Nie zauważą nawet, ćmoki!
Zauważyli. Nawet nie było słychać, żeby co powiedzieli, skoczyli za nim zaraz wszyscy trzej. Słuchały z napięciem zaciekłego tupotu kroków, trzasku płotu, potem nagle zwaliło się coś, zadudniła ziemia, wszystko ucichło. Aż krzyk, jeden, drugi, potem splątane głosy nad tym krzykiem. Wlekli go na podwórze; szamotał się z nimi, wyślizgiwał. Wprowadzili go do domu, przez kuchnię wciągnęli do izby dziewuch. Zdrętwiałe stały przy oknie, którym przed sekundą wyskoczył Pawluś.
— Światło! — krzyknął ojciec. Odebrał od matki naftową lampę i trzęsącą ręką postawił na stole.
— Łuca — przywołał. — On do ciebie?
Nie mówiła nic, chlasnął ją w twarz.
— Gdzie tamci?
— Nie było.
— Cyganisz. Gdzie są?
— Nie było.
— Czego ten od ciebie chciał?
— Nie chciał nic.
— Odechce ci się go — uderzył ją znów. — Odechce... — Odwrócił się ku tamtym: — Jojka mu wybrać!
Nie mogli mu dać rady, ślizgał się im w rękach, kopał, walił głową i kolanami. Dopiero stary przyskoczył, ucapił go za głowę. Teraz już nie mógł się nawet ruszyć.
Stały w kącie i patrzyły, dygotały. Bezręki już się nie szarpał i tylko ten kawałek twarzy, jaki widać było spod łokcia starego, był mocno blady. Łuca patrzyła na tę bladość, nie wytrzymała, krzyknęła:
— Puść!
Gruby Mieciuchna tylko zachichotał. Dziewuchy wcisnęły się w kąt.
— Patrzeć — krzyknął Bartosik. I musiały, choć wcale nie chciały.
— Macie go — chrypiał ojciec. — Macie!
— Puśćcie go! — krzyknęła Łuca i zaszlochała.
— Nie — usłyszała, jak tamten mówi przez rękaw ojca. — Nie.
Wtedy jakby zapomniała o wszystkim i skoczyła na Sylwera, kopnęła go, wczepiła się we włosy i zaczęła szarpać. Siostry krzyknęły. Bartosik puścił bezrękiego, schylił się po nią, schwytał, rzucił na podłogę, znów podniósł i zaczął grzmocić pięściami, gdzie popadło.

Obudziły się zaraz i podniósłszy głowy, spojrzały na siebie, a potem na puste łóżko Łucy i zrozumiały, dlaczego obudziły się o takiej godzinie, bo rano musiało być jeszcze bardzo, ledwie niebieszczało na dworze.
Łucy nie było. Zerwały się z łóżek, poleciały do okna.
Łuca szła przez podwórek z rowerem, wprowadzała go na górkę ubitego gnoju. Tam odwracała go, trzymając mocno kierownicę, właziła pod ramę i przysiadłszy na pedałach, szeroko rozstawiwszy nogi, zjeżdżała w dół. Ale kiedy podkurczała lewą nogę, rower natychmiast przechylał się na tę samą stronę i czym prędzej musiała się tą nogą odepchnąć o ziemię, żeby się nie przewrócić. Kiedy zaś podkurczała obie nogi — bez żadnego „ale” waliła się na ziemię. Oczywiście, przewracała się czasami i wtedy, gdy podkurczała tylko jedną nogę, ale niezależnie od tego, ile razy się przewracała — wdrapywała się z powrotem na tę gnojową górkę i zaczynała od nowa. Potem, kiedy już prawie nie przewracała się — zaczęła inaczej jeździć: postawiła lewą stopę na pedale, prawą odpychała się od ziemi. Waliła się co krok, nadziewała brzuchem na rogi kierownicy, wstawała, podnosiła rower i z powrotem kładła lewą nogę na pedał. Aż, kiedy przewracała się już mniej często, zuchwale poczęła przerzucać prawą nogę przez ramę: i tu już zdawało się, że nic z tego nie wyjdzie. Chciały jej krzyknąć: „Zostaw”, ale ona tak jeździła, że wiedziały, nie dość, żeby ich nie usłuchała, ale nawet nie usłyszałaby pewnie tak, jak ich nie widziała, choć już dobry kwadrans sterczały w oknie. Więc chcąc nie chcąc pozwoliły jej przekładać tę nogę przez ramę i walić się za każdym razem, i próbować zrobić to samo na nowo. Aż znów, cudem jakimś, nie wywaliła się w momencie, kiedy noga znajdowała się nad siodełkiem, zdołała ją opuścić, nacisnąć na prawy pedał, lewy pedał poszedł do góry... wtedy dopiero się przewróciła. Więc już od tej chwili przewracała się, nacisnąwszy przedtem raz czy drugi na pedały. Aż zaczęła jechać, to było tak, jakby ona była pijana i rower też był pijany, podwórka obojgu brakowało, utykali na płotach; potem, jak gdyby Bóg pokarał ich kołowacizną, robili najpierw małe kręgi, potem naraz większe i większe. Coraz bliżej byli, w końcu dojechali pod okno i tu dopiero się przewrócili.
— Co ty wyprawiasz? — szepnęła Natala. — Jak zobaczy, Jezus!
— Po co? — szeptem też zapytywała Ula.
— Nie chcę tu wiekować... Pójdę sobie — mówiła Łuca wstając z ziemi i odłączając się od roweru. Cała była podrapana, przez podartą bluzkę widać było siniaki jeszcze od ojcowskiego bicia.
— Do PGR-u pojadę, bo nie mogę... Nie mogę — patrzyła na nie, świeciły jej się w oczach łzy. — Nie chcę, żeby ten gruby byk... Do PGR-u sobie pojadę abo gdzie, wy jak tam chcecie.
— Weź mnie na bagażnik — szepnęła Natala.
— Ja się nie zmieszczę już — powiedziała Ula.
— Czemu nie? — oburzyła się Łuca. — Na ramę... Ale trochę jeszcze muszę się pouczyć, bo w więcej, to trudniej jechać.
Wsiadła znów na rower, jechała trochę, przewróciła się, rower nakrył ją z głową.



Tekst udostępniony jest na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska.