Panna Leokadja/całość

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adam Asnyk
Tytuł Panna Leokadja
Podtytuł Opowiadanie hreczkosieja

z przedmową Władysława Prokescha

Data wydania 1923
Wydawnictwo „Lektor“ Instytut Literacki Sp. z o. odp.
Druk Zakłady Graficzne H. Neumana
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
ADAM ASNYK
PANNA LEOKADJA
(OPOWIADANIE HRECZKOSIEJA)
Z PRZEDMOWĄ WŁADYSŁAWA PROKESCHA
Lektor logo.jpg


WYDAŁ LEKTOR“  INSTYTUT LITERACKI   SP. Z. O. ODP.
LWÓW — WARSZAWA — POZNAŃ — KRAKÓW — LUBLIN
1923.





№  409
SKŁADY GŁÓWNE:
WE LWOWIE:
„LEKTOR“, MIKOŁAJA 23.
(Dom własny) Tel. 525.
W WARSZAWIE:
„LEKTOR“, SIENKIEWICZA 5.
Tel. 253-99.
W POZNANIU:
„LEKTOR“, RATAJCZAKA 33.
Tel. 39-23.
W KRAKOWIE:
„LEKTOR“, RYNEK GŁ. 22.
W LUBLINIE:
„LEKTOR“, SZOPENA 5.
OKŁADKĘ PROJEKTOWAŁ
EDMUND JOHN W WARSZAWIE.


alt= ZAKŁADY GRAFICZNE WE WŁOCŁAWKU H. NEUMANA








W rozległej działalności literackiej Adama Asnyka, która doczekała się już wielostronnej oceny i analizy krytycznej, zgoła nieznaną jest nie tylko szerszemu ogółowi wielbicieli talentu znakomitego poety, ale nawet krytykom literackim, twórczość jego w zakresie noweli i powieści. Jest to zupełnie naturalnem, gdyż spuścizna jego w tym dziale literatury pięknej jest więcej niż skromna. Pozostało w plonie nowelistycznej jego prozy zaledwo trzy utwory. Jedna większa nowela, mogąca być nazwaną powieścią: „Panna Leokadja“ — opowiadanie hreczkosieja — jak ją sam autor nazwał — ukazała się w „Dzienniku literackim“ lwowskim w r. 1868 pod pseudonimem Jana Stożka, którym to pseudonimem Asnyk podpisywał także pierwsze swoje utwory poetyckie, oraz dwie mniejsze nowele „Opiekunowie“, drukowaną w r. 1882 w „Reformie“ i „Wśród lasu“, opowiadanie, ogłoszone w warszawskim dzienniku „Echo“ w r. 1877.
Wszystkie te trzy utwory — aczkolwiek według dzisiejszych pojęć odbiegają od metod i form tworzenia artystycznego pokolenia, jakie nastąpiło po Asnyku, mają wybitne piętno ducha wyższego, pełnego inspiracji, która na każdem polu twórczości potrafi zaznaczyć swój niepowszedni indywidualizm. Żaden z wymienionych utworów nowelistycznych nie został zamieszczony ani w zbiorowych wydaniach „Pism“ Asnyka, ani w osobnem wydaniu książkowem, czego następstwem było, że niedocenione na szpaltach pism, uległy zapomnieniu.
Z zapomnienia tego wydobywamy obecnie największe rozmiarami i artystycznie najwyżej stojące opowiadanie, p. t. „Panna Leokadja“.
Asnyk napisał ten utwór, mając lat 29, pod świeżem wrażeniem swych osobistych przeżyć i zawodu miłosnego, jaki go spotkał w tym czasie. Jestto rzecz pełna pierwszorzędnych zalet literackich, doskonała w pomyśle, subtelna w traktowaniu, wycyzelowana w formie stylistycznej z tą precyzją, jaka cechowała tego prawdziwego wirtuoza słowa. Czytając to opowiadanie z przed 54 lat, trudno się oprzeć przykremu uczuciu stwierdzenia faktu, żeśmy w tak poważnym okresie czasu niezbyt wiele postąpili w dziedzinie ustalenia artystycznej formy noweli. Mogą nas razić w „Pannie Leokadji“ pewne drobne odchylenia poety w zakresie porzuconych już dygresyj — całość ujmie zawsze niepospolitym wdziękiem słowa, barwnością akcji, humorem i skoncentrowaną budową, wreszcie świetną charakterystyką pewnych typów ludzi z doby popowstaniowej, jak niemniej pojęć, jakie ci ludzie reprezentowali.
„Panna Leokadja“ stworzona w okresie, kiedy forma noweli nie miała jeszcze zarysów ustalonych, mimo to ma wszystkie artystyczne dane po temu, aby ją zaliczyć do pereł belletrystyki polskiej. Pisana doskonale, stylem jasnym, wytwornym i wypolerowanym, jak na poetę przystało, jest utworem pełnym wdzięku i przynosi treść bardzo interesującą. Nadto pod pozorami najściślejszego objektywizmu posiada tę zaletę, że trzyma uwagę czytelnika w niesłabnącem naprężeniu. Przedstawione w niej typy, choć na swój czas były jeszcze bardziej charakterystycznemi, bardzo niewiele straciły ze swoich cech najistotniejszych. Jako satyra na społeczeństwo popowstaniowe doskonale ujmuje ich śmieszności i wady, ich obłudę i chęć pozowania na co innego niżeli są w istocie, ich snobizm, ich artystyczne pretensje, tak właściwe naszej szlachcie wogóle.
Bohaterka romansu panna Leokadja, pierwsza rzuca się w oko, jako typ z galerji współczesnych kobiet. Typowa panna na wydaniu, aspiruje do świetnego zamążpójścia, marzy o wejściu do sfery arystokratycznej, o zrobieniu świetnej partji. Zresztą lalka bez duszy.
Typami kapitalnie naszkicowanymi są oboje rodzice panny, państwo Bąbalińscy, spanoszona szlachta, zadzierająca nos do góry, pragnąca za wszelką cenę wzniesienia się. Bąbaliński ojciec, szlachcic głupi jak but, nie orjentujący się w stosunkach społecznych, pozbawiony wszelkiej ideologii i jasnego poglądu na sprawy publiczne jest okazem kopalnym, którego szczątki i dziś jeszcze spotkać tu i ówdzie można.
A owe kosmopolityczne typy obu rycerzy przemysłu, grasujących wśród rzeszy naiwnych i łatwowiernych, jakże plastycznie wychodzą z ram opowiadania! Sam bohater powieści, Jan Stożek, w którym autor portretuje w części samego siebie, uosabia przeciętny typ poczciwego hreczkosieja z Wólki, prostaka w uczuciach ale z gruntu naturę szlachecką, czysto polską w działaniu i sposobie myślenia.
Konkury imć Pana Stożka do panny Leokadji Bąbalińskiej rzucone są na tło dziejów popowstaniowych 1863 r. i to dodaje niemało wagi i powagi całemu utworowi. W wynurzeniach niefortunnego konkurenta pana Stożka zamknął autor swoje własne poglądy na rok 1863, jak nie mniej charakterystyczne zapatrywania przedstawiciela szlachty pana Bąbalińskiego. Ponieważ Asnyk jak wiadomo był członkiem rządu narodowego przez pewien krótki okres początków ruchu, przeto wynurzenia jego włożone w usta bohatera powieści J. Stożka, są dla nas niesłychanie ciekawe i cenne, a jako okrasa powieści, dźwigają jej walory społeczne bardzo wysoko.
Panna Leokadja — pomimo że należy do pierwocin pisarskich Asnyka, ma wszystkie cechy dojrzałego, pełnego talentu pióra. W tem napozór bezpretensjonalnem „opowiadaniu hreczkosieja“, spotyka się co chwilę ustępy pierwszorzędnej piękności, pełne plastyki opisy krajobrazu, subtelne analizy psychologiczne i obserwacje zdradzające umysł trzeźwo i krytycznie patrzący na otaczający świat, i posługujący się nierzadko wykwintnym humorem, lub ironizującą satyrą dla zaznaczenia swego stanowiska.
W belletrystyce polskiej popowstaniowej „Panna Leokadja“ jako utwór powieściowy zajmie poczesne i honorowe miejsce, nie tylko jako utwór literacki wartościowy, dzieło wielkiego poety i droga po nim pamiątka, ale także jako dokument chwili współczesnej i pożądany materjał do oceny ludzi i ich poglądów na ruch narodowy 1863 roku.
Wydanie tej powieści jest spłaceniem długu winnego pamięci poety w 25-tą rocznicę jego zgonu.

Władysław Prokesch.
Kraków 2 Sierpnia 1922.

Panna Leokadja była to bardzo miła i wykształcona panienka. Przymioty ciała i duszy, któremi została obficie wyposażona od natury, jak również i dotykalniejszy posag składający się ze znacznej gotówki i dobrze zagospodarowanej wioski, kazały ją uważać za jedną z najlepszych partji w powiecie. Dla mnie co mieszkałem o miedzę od posiadłości jej rodziców i miałem sposobność poznać i ocenić bliżej szlachetne jej serce i wyborową glebę Borowca, była ona poprostu ideałem, po nad który w marzeniach moich nie sięgałem. Błogosławiłem losowi, który mnie uczynił szczęśliwym sąsiadem tylu skarbów i otworzył mi tym sposobem dom państwa Bąbalińskich, czcigodnych rodziców tej powabnej jedynaczki. Znajomość nasza sąsiedzka była dość dawnej daty i jeszcze pamiętam młodym studencikiem bawiłem się nieraz podczas wakacji z małą Łodzią w ogrodzie Borowieckim. Na dobre atoli zacząłem przebywać w Borowcu, odkąd sam po śmierci rodziców osiadłem na gospodarce w mojej maleńkiej Wulce. Właśnie bowiem w tym czasie, było to jakoś w lipcu 1862 roku, panna Leokadja ukończywszy pięknie nauki w jednem z sławniejszych pensjonatów w Krakowie powróciła na wieś do domu swoich rodziców. Pamiętam, że z pewnem biciem serca wybierałem się do Borowca z uroczystą wizytą, dowiedziawszy się o przybyciu panny Leokadji. Dawne wspomnienia, ciekawość co się to zrobiło z mojej małej Lodzi, jakieś niejasne marzenie o przyszłości, słowem różne obawy i nadzieje nie dawały spokoju mojej wyobraźni. Przeczekałem przecież tydzień, żeby nie okazać gwałtownego pośpiechu i nareszcie pewnej pięknej niedzieli przed wieczorem ubrawszy się w najświetniejszy mój tużurek i zawiązawszy jak można najartystyczniej najświeższą krawatkę, dosiadłem kasztanka i popędziłem wprost do Borowieckiego dworu.

Pan Bąbaliński stał jak raz na ganku ponad pałacykiem i ledwiem zdążył zeskoczyć z siodła, pochwycił mnie w swoje ramiona z radośnym okrzykiem:
— A kochanego sąsiada witam, witam! Ha ha! to zapewne naszej Lodzi winniśmy tę wizytę! A widząc moje zakłopotanie dodał: No, no, nie mieszaj się chłopcze, nic w tem dziwnego! Gdzie miód tam pszczoły, gdzie panna tam się chłopcy zbiegają a moja Lodzia warta tego, żeby się do niej o sto mil zjeżdżano, a nie dopiero jak o miedzę, chociem ojciec, ale ci powiadam, że to ósmy cud świata, no ale sam się najlepiej przekonasz.
Łaskawych czytelników, których może zgorszy ta obcesowość i nieceremonialność pana Bąbalińskiego muszę objaśnić, że raz jego stosunki sąsiedzkie i przyjazne z memi rodzicami upoważniały go do pewnej ze mną poufałości, a powtóre, że był on znanym całej okolicy jako demokrata i postępowiec, szczepiony na pniu szczerego szlachcica polskiego dawnej daty. Miał on zawsze jak to sam o sobie opowiadał, co w myśli to i na języku, nic w bawełnę nie obwijał, fumów nie znosił, etykiety nie zachowywał, arystokratycznych form i tytułów nie szanował, a co gorsze śmiał się nawet publicznie chlubić, że nie był żadnym hrabią lub baronem, ale prostym sobie szlachcicem, o co jak utrzymywał, trudno teraz w Galicji na te ciężkie czasy.
Po skończeniu wstępnej, przytoczonej tu oracji i należytem wyściskaniu, poprowadził mnie pan Bąbaliński do salonu, gdzie wprawdzie nie znaleźliśmy jeszcze panny Leokadji, ale za to zastaliśmy samą panią domu, z książką w ręku, na fotelu. Skorzystam ze zdarzonej sposobności, by wam mili czytelnicy przedstawić choć w kilku słowach panią Bąbalińską. Była to osoba lat czterdziestu ze śladami piękności na twarzy, chuda, poważna, z cieniem melancholji, pewnej dystynkcji w postawie, ruchach i obejściu. Była bardzo oczytaną szczególnie w romansach francuskich, bo to było jej główną namiętnością, czuła się nieco nieszczęśliwą z mężem, który wyższego polotu jej ducha ocenić i zrozumieć nie mógł, mięsa nie jadała wcale żywiąc się wyłącznie konfiturami, sardelami i cukrami, które po romansach francuskich stanowiły drugą jej namiętność, ubóstwiała Lamartina, księżycowe noce, lubiła często rozmawiać o powinowactwie dusz i cierpiała stale na nerwy. Zresztą bardzo dobra Polka, pomimo uwielbienia literatury francuskiej, z mężem żyła przykładnie, znosząc jego rubaszność z prawdziwie chrześcijańską rezygnacją i kochała sercem matki swoją jedynaczkę, dla której marzyła o jakiejś wielkiej i heroicznej miłości. Na mnie była bardzo łaskawą ze względu na pamięć mojej matki, której była wielką przyjaciółką i raczyła się nawet dopatrywać we mnie pod zwierzchnią szlachecką korą podobieństwa do niejednego ze swych ulubionych bohaterów romansów. Przekroczywszy próg salonu pospieszyłem ucałować z gracją podaną mi rękę, a obdarzony łagodnym nieco znaczącym pół-uśmiechem i lekką wymówką, żem tak długo nie był, zabrałem miejsce koło pani Bąbalińskiej.
— A wiesz pan — odezwała się po krótkiej przerwie — wyskoczył z wieży i rękę sobie złamał. — Kto taki? — zapytałem zdziwiony, nie pamiętając, że przed dziesięciu dniami przywiozłem jej z miasta parę najnowszych romansów, między któremi znajdował się sławny „Le roman d’un jeune homme pauvre“ Feuilleta.
— Któżby, jeśli nie szlachetny, bohaterski Maxime. O, gdyby moja Lodzia mogła być tyle szczęśliwą i napotkała w życiu takiego człowieka!
Nie wiedziałem właściwie co odpowiedzieć, ale wybawiła mnie z kłopotu panna Leokadja swoim ukazaniem się w salonie. Jakaż piękna panna wyrosła z mojej małej Lodzi — pomyślałem, oddając głęboki ukłon i ciekawie wpatrując się w towarzyszkę zabaw dziecinnych. W samej rzeczy urocze to było zjawisko. Wysmukła blondynka o zaokrąglonych i wykończonych formach, pięknych i pociągających rysach twarzy, dużych niebieskich oczach i przecudnej lekkoróżowej karnacji, żywo przedstawiała ideał cielesnej piękności Rubensa z dodatkiem tego nie uchwyconego wdzięku i blasku, który tylko jeden Correggio z pod pędzla swego umiał wydobywać. Może tam zanadto było Rubensa a za mało Correggia, alem się nad tem w tej chwili nie zastanawiał. Matka przedstawiła mnie córce. Pan Jan Stożek sąsiad z Wulki a dawny twój znajomy, przyczem panna Leokadja raczyła sobie mnie przypomnieć jakoteż inne drobne wypadeczki w naszych latach dziecinnych. Wkrótce rozmowa stała się ogólną i coraz bardziej ożywioną. Mówiliśmy po trochu o wszystkiem, o pogodzie, o Krakowie i literaturze, sztuce ba nawet i o polityce. Panna Leokadja zawstydzała mnie na każdym punkcie zarówno wdziękiem i łatwością swojej wymowy, jak i bogactwem swoich wiadomości, które nawet w sferze politycznej przesięgały daleko — przynajmniej jak mi się zdawało — zakres mojej wiedzy. Nadewszystko zaś pobiła mnie znajomością literatury angielskiej i estetycznemi poglądami o sztuce. Głos jej dźwięczny i mile wpadający przez ucho do serca, odebrał mi resztę przytomności, tak, że wkrótce jak się to mówi w dobrej polszczyźnie trzech nie umiałem zliczyć. Siedziałem więc przy pannie i słuchałem, a choć nieco upokorzony w swojej miłości własnej, czułem się przecież pod wpływem dość przykrego uczucia. Pan Bąbaliński tymczasem zacierał ręce z uśmiechem zadowolenia i rzucał mi od czasu do czasu wyzywające spojrzenie, jakby chciał powiedzieć: a co, nie mówiłem, że to ósmy cud świata? Nareszcie przeszliśmy do jadalni na kolację, co naturalnie odmieniło tok rozmowy. Panna Leokadja błyszczała znów lekkim dowcipem i humorem, a ja nieszczęśliwy przestraszony prawie tylu doskonałościami napróżno usiłowałem dodać sobie fantazji i polotu kilku kieliszkami wytrawnego wina. Nie łatwą będzie sprawa — pomyślałem sobie w duchu z głębokiem westchnieniem — zyskać serce takiego feniksa, a tu panie Janie gotóweś się zakochać po same uszy. I rzuciłem przeciągłe spojrzenie na pannę Leokadję w ostatniej nadziei, że może dojrzę jakiej małej plamki na moim słońcu, która mi doda nieco nadziei, ale niestety oczy moje spotkały się z jej błękitnemi oczami, których bijący promień olśnił mnie i przejął całego rozkosznym dreszczem. Zadrżałem jak pod dotknięciem galwanicznego stosu i odsunąłem podawanego mi przez pana domu jarząbka, zwierzyny, której nigdy nie mam odmawiać zwyczaju. Znak to był oczywisty, że zostałem rażony strzałą Kupidyna i pani Bąbalińska zajadając z całym spokojem ducha konfiturę z róży spojrzała na mnie z tryumfującym uśmiechem. Wstaliśmy od stołu, ja chcąc się wyzwolić z pod magnetycznego wpływu, jaki wywierała na mnie panna Leokadja, rzuciłem się z całą heroiczną odwagą na dyskusję z panem Bąbalińskim o przyszłości demokracji w Europie, co stanowiło jego ulubiony temat. Rozpacz dodała mi sił i natchnienia i jednym tchem wypowiedziałem ogromną moc frazesów godnych figurować w jakiem rozumnem konserwatywnem czasopiśmie. Pan Bąbaliński sam się zdziwił, że znalazł dziś we mnie tak twardego przeciwnika, ale chwila mego tryumfu krótko trwała, bo niebawem zbliżyła się panna Leokadja na pomoc ojcu i zagadnęła mnie — z ironiczną minką — Pan widzę należysz do kategorji tych, co poświęcają przyszłość przeszłości. Na taki argument nie znalazłem co odpowiedzieć i uchyliłem czoło, przed wyrokiem wydanym przez piękność. Panna Leokadja widząc moją porażkę, bądź to w celu osłodzenia jej, bądź też uczynienia więcej stanowczą, zasiadła do fortepianu i zaczęła grać i śpiewać na przemiany. Przysunąłem się mimo woli do fortepianu, słuchałem w niemym zachwycie namiętnej arji Hernaniego, Trowatora i Trawiaty. Czułem, że tonę coraz bardziej w niewysłowionem upojeniu, lecz nie miałem już dość władzy nad sobą, by stawić skuteczny opór, rzuconemu na mnie urokowi. Głos panny Leokadji do reszty rozbroił moje szlacheckie nerwy i wpół nieprzytomny łowiłem chciwie uchem każdą nutę a wzrokiem każde spojrzenie, przybliżając się coraz bardziej pod pretekstem przewracania nut.
Byłbym przetrwał tak całą wieczność, gdyby nie refleksja, że to już pora spóźniona i że czas myśleć o odwrocie. Ucałowałem więc rączki pani, ośmieliłem się nawet złożyć o ile można najeteryczniejszy pocałunek na malutkiej atłasowej rączce Lodzi i wyściskany przez pana Bąbalińskiego, obsypany zaprosinami częstych odwiedzin, życzeniami dobrej nocy i t. d. dosiadłem konia i puściłem się ku Wulce. Przecudna była noc księżycowa i ja przy czulszem niż zwykle usposobieniu zacząłem się nią rozkoszować, ni mniej ni więcej jak sama pani Bąbalińska. Puściłem wolno cugle koniowi z oczyma wlepionemi w jasny nieba błękit, wciągałem całemi piersiami aromatyczne powietrze lipcowej nocy i chwytałem ostatnie dolatujące mnie z otwartych okien pałacyku brzmienie serenady Szuberta. Jeszcze nigdy natura nie wydała mi się tak piękną: podziwiałem rozlewający się w srebrnych falach blask księżyca, czerniejące w dali lasy, śpiące pod delikatną mgieł tkaniną fantastycznie rysujące się grupy drzew i zagięcia pagórków, słowem podziwiałem wszystko jakbym dopiero po raz pierwszy na to patrzał, a po nad tem wszystkiem migały błękitne oczy Lodzi zwrócone z miłością ku mnie — Alea jacta est — wykrzyknąłem ucieszony stosownem przypomnieniem sobie łacińskiego przysłowia tak silnie, że aż koń się nastraszył — Ona musi być moją! Czemużby nie — rozumowałem w dalszym ciągu — wszakże jestem człek przyzwoity i inteligentny, młody, dość przystojny nawet, mogę się podobać; rodzice mi sprzyjają, na ich zezwolenie mógłbym liczyć, chodzi więc tylko o to, żeby zdobyć serduszko panny, to przecież nie filozofia. Przy silnej woli i wytrwałości wszystkiego dokazać można, tylko panie Janie odważnie a naprzód. Zrobiwszy tak silne postanowienie uczułem się dumnym, jak Cezar po przejściu Rubikonu, i popędziwszy konia przybyłem do domu z miną tryumfatora. Odtąd datuje się pierwsza faza moich do panny Leokadji zalotów, których całe dzieje, w krótkości dać Wam zamierzyłem. Naturalnym porządkiem rzeczy stałem się coraz częstszym gościem w Borowcu, i po upływie mniej więcej trzech tygodni zainstalowałem się tamże na dobre, nie opuszczając dnia żadnego w składaniu hołdów mojej wybranej piękności. Rodzice i panna przyjmowali mnie bardzo serdecznie i mile, mimo to jednak nie mogę powiedzieć, żeby rzeczy szły pożądanym trybem, bo tylko ja jeden rozpłomieniałem się coraz bardziej miłośnemi afektami, gdy tymczasem panna zdawała się być przyjaźnie dla mnie usposobioną ale nic więcej. Wspólne przechadzki, zabawy, muzyka, śpiew i rozmowy działały na mnie jak potężne narkotyki, pod wpływem których w czarujących fantasmogorjach i rozkosznych wrażeniach przesypiałem życie. Nieznacznie, mało po mału, z łych chwytanych w locie i rzucanych na stos jeden iskier, wyrosła jedna wielka silna namiętność, do jakiej nie przypuszczałem, że będę zdolnym, namiętność, odejmująca mi możność rachuby i rozumowania, wobec której wszystkie plany konsekwentnego postępowania w osiągnięciu mego skarbu w przyszłości jak mgły się rozwiały. Zacząłem żyć teraźniejszością bez myśli o jutrze, upojony wrażeniami, które każdy dzień przynosił, uszczęśliwiony pielęgnowanem w własnej piersi uczuciem i pragnący tylko przeciągnąć w wieczność ten stan rozkosznej ekstazy. Parę godzin spędzonych w Borowcu dostarczały mi dostatecznego na resztę dnia zapasu szczęścia, kilka spojrzeń, kilka uśmiechów panny Leokadji, jeden tęskny mazurek Szopena, jedna zanucona na pożegnanie śpiewka, były dla mnie najwyższemi skarbami, które unosiłem do Wulki, marząc o nich przez noc całą i wyciągając z nich różne dla siebie wróżby. A jednakże mimo całego szału i upojenia w jakiem zostawałem, czułem przecież instynktem raczej a nie zastanowieniem, że interesa moje, jak to już mówiłem nie idą wcale pomyślnie. Żadnych bowiem z tych symptomatów, które na mnie aż nadto były widomemi, nie mogłem dostrzec na pannie. Owszem w całem jej postępowaniu ze mną mogłem zauważyć najwyższy spokój i nawet pewien przebijający się odcień odczutej wyższości nademną. Nigdy się nie mieszała, ani nie zapłoniła na moje przybycie, nigdy też nie okazała żalu, gdym ją opuszczał. Zdawała się lubić mnie jako dobrego znajomego, który jest w stanie uprzyjemnić jej nie jedną chwilę na wsi, ale też żadnem czulszem uczuciem pierś jej nie zadrgała. Próżno śledziłem w rozmowach często nawet podnioślejszych i patetycznych jakiego śladu wzruszenia, któreby się dało na korzyść moją tłumaczyć, rozmawiała ze mną zazwyczaj jak siostra z uczniem swoim i zapalając się w toku rozmowy, zapalała się jedynie do swojej własnej myśli, mało zważając na takiego jak ja oponenta. Z natury romantyczna i usposobiona do marzeń wszelkiego rodzaju, panna Leokadja poetyzowała i marzyła bezwzględnie, bez żadnego jednak śladu zastosowania swych poetycznych fantazji do kochanka z ciała i krwi, jakim ja być pragnąłem. Ideał jej jak to zmiarkować mogłem był jeszcze o sto mil od rzeczywistości. Był to zawsze jakiś rycerz lejący krew za Ojczyznę (panna Leokadja miała bowiem bardzo wyegzaltowane patrjotyczne uczucie), dokonywujący długiego szeregu dzieł wiekopomnych i heroicznych poświęceń, coś na kształt awanturniczego Beniowskiego, na pół dzikiego Sawy lub mitycznego Polelum, coś nareszcie zarywającego więcej na Donkiszota, niż na pospolitego jak ja hreczkosieja. Tak więc w bohaterach poematów Słowackiego arcyniebezpiecznych znalazłem rywalów, z którymi walka w sferze fantazji i urojenia, stawała się dla mnie niepodobną. Napróżno sprowadzony staraniem panny Leokadji na poetyckie credo Słowackiego, z poświęceniem ulubionego dawniej Mickiewicza zacząłem przejmować się duchem gorączkowej podniosłości, która go cechuje, napróżno przyswoiłem sobie jego styl i język odczytując nieustannie wspólnie z moją Korynną jego przecudownie kreślone obrazy, próżno usiłowałem pojąć i rozwikłać takiego Króla Ducha: wciąż bowiem w oczach panny Leokadji zostawałem zwykłą i poziomą figurą ni mniej ni więcej jak Grabiec w Balladynie.
Położenie więc moje nie było do pozazdroszczenia. Czułem się głęboko upokorzonym w mojej miłości własnej, śmiesznym w tej niewłaściwej dla mnie roli Damona wzdychającego do nieczułej pasterki i niezdolnym co gorsza do żadnego heroicznego środka coby mnie wyprowadził z tej drażliwej sytuacji. Tym sposobem upływały dnie i tygodnie całe. Jako niewolnik włożony do słodkiego jarzma, kochałem, wzdychałem i..... milczałem. Śmieszna to była zaiste rola dla takiego jak ja, dość niezgrabnego amanta, i dziś gdy to wszystko minęło jako człek porządny i rozsądny wstydzić się jej muszę należycie przed szanowną publicznością, ale wtedy w czasach uniesień bicia serca i zawrotów głowy, miłosna na oczach przepaska nie dozwalała mi widzieć własnej śmieszności! Zaniedbałem gospodarkę, nie sypiałem po nocach, marzyłem na jawie, usiłowałem nawet skleić jakieś wiersze, które mi się Bogiem a prawdą (z czego dziś dumny jestem) zupełnie nieudały. Jako najwyższy symptomat złego przytoczyć mogę, że nawet widoki na Borowiec i gotówkę wypadły mi zupełnie z głowy, a jedna tylko panna Leokadja wypełniła wszystkie moje myśli i marzenia. Kto nie popełnił podobnych głupstw za młodu, niech ciśnie na mnie kamieniem, ja bowiem sądzę, że taka czysta idealno-bezinteresowna miłość jest niezbędną do przebycia w młodości, mając za zadanie bronić nas w przyszłości, tak jak szczepiona dziecku ospa przeciw gwałtowniejszym napadom podobnej choroby. Tymczasem przez gościnne progi borowieckiego dworu dużo się przesunęło kawalerów, czyhających na powabną jedynaczkę i jeszcze powabniejszy posag. W żadnym z nich atoli nie znalazłem na serjo rywala, dzięki bowiem wybornym galicyjskim szkołom i panującej przy tem u nas narodowej nieprzyjaźni dla Guttenberga, żaden z młodych paniczów przyjeżdżających próbować szczęścia, nie mógł wytrzymać tych jak je nazywali egzaminów panny Leokadji. Wynosili się więc niebawem, narzekając po cichu lub głośno na dzisiejszą górnolotną edukację panien, która to sprawiła, że dziś prosta szlachcianeczka nie znajduje już przyjemności w rozmowie o pogodzie, psach, koniach, polowaniu, a nawet o modach i strojach a chce zaraz jakieś ciężko uczone prowadzić dyskursa. Ja w skrytości ducha przyznawałem rację tym dzielnym chłopakom, nie mniej przeto cieszyłem się z ich szybkiego odwrotu. Czułem, że wszystkie podobne próby kochanych Władziów, Stasiów, Kaziów i t d. kończące się w dość krótkim czasie, wychodzą ostatecznie na moją korzyść, przypatrywałem się więc i przysłuchiwałem tym wszystkim egzaminom panny Leokadji z zadowoleniem studenta, który źle zdał egzamin, ale go zdał przynajmniej. Tak rzeczy stały za nadejściem jesieni i byłyby może przeciągnęły się na czas nieograniczony, gdyby nie romantyczna przygoda, którą los zawsze w pogotowiu chowa dla zakochanych.
Było to mniej więcej w połowie października. Powróciłem do domu późnym wieczorem z Borowca więcej niż kiedykolwiek rozmarzony, nie wiem bowiem, czy to przypisać wpływowi jesieni roztaczającej łagodną melancholję łąk w naturze jakoteż i w sercu człowieka, czy innym jakim okolicznościom, dość, że znalazłem pannę Leokadję więcej uczuciowo dla mnie usposobioną. Nastrój jej wprawdzie zawsze był mocno sentymentalnym, ale jak mówiłem sentymentalność ta obracała się dotąd w sferze czystej fantazji i nie zdawała się szukać dla siebie żadnego przedmiotu, z którego nowe życie czerpać by mogła. Otóż teraz właśnie zauważyłem tę lekką zmianę, że moją ubóstwiana Lodzia zaczyna odczuwać potrzebę bliższych i więcej określonych wrażeń, że pragnienia tych słodkich wzruszeń, które dać tylko może urzeczywistniona miłość, zaniepokoiły w części jej serduszko. Znalazłem ją rozdrażnioną, wrażliwą, nieco tęskną skłonną do zwierzeń i serdecznej rozmowy. Mówiliśmy dużo o przeczuciach, o przeznaczeniu, sympatji, przyjaźni, a ztąd naturalnym przejściem dotknęliśmy lekko niebezpiecznego przedmiotu — miłości. W rozmowie czułem, że jakkolwiek nie jestem wybranym bohaterem, któryby miał urzeczywistnić idealne pragnienia mojego bóstwa, mogłem już jednakże oddziaływać na poczynającą wibrować zmysłowo poetyczną strunę serca panny Leokadji. Zrealizowałem na swój wyłączny benefis tego dnia szczęśliwego nie jeden żywy rumieniec Lodzi, niejedno przeciągłe i powłóczyste spojrzenie i niejeden cieplejszy uścisk ręki. Tak więc powróciłem do domu upojony tem nie określonem nic, którego zanalizować nie można, a które mimo to ma czarowną władzę wypełniać szczęściem serce młodego człowieka. Nie mogłem ani pomyśleć o spoczynku, rozkołysany marzeniami, z piersią pełną pragnień, obaw i nadziei, potrzebowałem pieścić się wrażeniem dnia ubiegłego. Chodziłem więc długo w noc po swoim ogródku, przypatrując się przelatującym chyżo chmurom, które dość silny wiatr po niebie przesuwał. Tak samo przesuwały się moje myśli w szybkim locie, coraz tylko więcej zamglone i niewyraźne, bo senność i zmęczenie zaczęły coraz bardziej ciężyć na moich zmysłach. Chciałem pomyśleć o odwrocie i położyć się w łóżko, gdy w tem jaskrawe światło od strony Borowca zwróciło moją uwagę. Przetarłem oczy spojrzałem uważniej i przekonałem się, że to nie mniej nie więcej tylko — pożar. W jednej chwili rozbudziłem swoich ludzi nakazując im czemprędzej pospieszyć na ratunek i sam co koń wyskoczy pogalopowałem na miejsce wypadku. Ogień widocznie musiał pochodzić z podpalenia, bo przybywszy na miejsce, zastałem trzy budynki folwarczne dość odległe od siebie, jakoto: stodołę, stajnię i owczarnię w płomieniach. W Borowcu panował zamęt nie do opisania; pan Bąbaliński stracił zupełnie głowę, służba dworska i gospodarze również; trudno też zaiste było zadanie ratować trzy płonące budynki w trzech różnych rogach podwórza, bronić reszty od zajęcia się i pamiętać o inwentarzu. Wszystko co żyło biegało tylko z kąta w kąt bez ładu i składu, krzyczało i przeszkadzało sobie wzajemnie, a nic w gruncie rzeczy nie robiło dla położenia skutecznej tamy pożarowi. Pani Bąbalińska na środku pokoju, oświecona blaskiem łuny, stała nieruchoma jak Sybilla, wykrzykując od czasu do czasu: C’est grandiose! c’est sublime mais c’est terrible! Boże co za nieszczęście! Pan Bąbaliński biegał po podwórzu, wydawał sprzeczne dyspozycje, łapał się za głowę i lamentował. — Moje merynosy nie zaasekurowane! — wołał w ostatniej rozpaczy i zwątpieniu. Panna Leokadja stała poważna i milcząca, przestraszona a podziwiająca zarazem mimowolnie ten straszny a malowniczy widok.
W jaskrawem oświetleniu wydała mi się piękniejszą i wznioślejszą niż zwykle.
— Ratuj panie Janie! wykrzyknięto jednogłośnie, gdy mnie zobaczono.
Ja na szczęście umiem w takich razach zachować zimną krew i przytomność umysłu, tem bardziej jeszcze, gdy podobna katastrofa nie u mnie ma miejsce. Na swoje bowiem zawsze człowiek drażliwszy i łatwiej się mięsza. Objąłem więc natychmiast ogólną dyrekcję i wypowiedziałem stanowczą walkę nieszczęsnemu żywiołowi. Tymczasem nadbiegli moi ludzie, jakoteż i z innych okolicznych wsi, przez co siły pozostawione do mojej dyspozycji znacznie się powiększyły. Pana Bąbalińskiego uprosiłem żeby stał spokojnie i do niczego się nie mieszał a sam z całą żywością i energią wziąłem się do roboty. Nasamprzód musiałem pomyśleć o zabezpieczeniu nietkniętych jeszcze zabudowań, na to więc odrazu wszystkie wytężyłem siły, rzuciwszy znaczną ilość sikawek na najbardziej zagrożone stanowiska. Tego dokonawszy, resztę podzieliłem na trzy gromady, z których każdej przeznaczyłem ratunek jednego z trzech pięknych budynków.
Sam wszędzie czynny, wszędzie obecny, dozorowałem na każdym punkcie, wydawałem potrzebne rozkazy, sam najskuteczniej kierowałem sikawkami i rzucałem się z hakiem w ręku na odrywanie i rozrzucanie przepalonych belek. Czułem się w swoim właściwym żywiole i zwijałem się jak mucha w ukropie. Rozgorączkowany wrażeniami dnia poprzedniego, bezsennością, widokiem ognia i gwałtownością ratunku, znajdowałem potrzebną siłę na wszystko i osmolony, opalony, zziajany w płomieniach i dymie mogłem przedstawiać doskonale szczytny ideał członka straży ogniowej. Udało mi się jako tako poskromić ogień w stajni i stodole i ustrzedz inne budynki od ognia, ale z owczarnią najcięższa była sprawa. Owiec nie udało się w żaden sposób uratować, bo te głupie stworzenia w czasie pożaru jeszcze bardziej tracą przytomność niż ludzie. Zbijają się w jednę kupę i beczą żałośnie na wszystkie tony, ale ani rusz nie dadzą się wyprowadzić z ognia. Trzeba więc było zostawić je losowi, rachując jedynie na to, że jeżeli ogień jeszcze w czas się pokona, a one nie uduszą się dymem, to będzie to jedyny możliwy sposób ich ocalenia.
Ale niestety małe na to były widoki, bo owczarnia najgwałtowniej ze wszystkich budynków płonęła.
I kiedy tak w najlepsze na wszystkie strony obracam się i zwijam, nagle powstaje krzyk i przybiegają do mnie pod stajnię, do najwyższego stopnia przerażone pani Bąbalińska z panną Leokadją.
— Co się takiego stało? zapytuję również zaniepokojony.
— Pan Bąbaliński gdzieś się zapodział — odpowiadają mi obiedwie z rozpaczą.
Z ich słów urywanych tyle tylko wyrozumieć mogłem, że przed niedawnym czasem widziały go, jak z głośniejszym okrzykiem: „moje merynosy nie zaasekurowane“ puścił się pędem ku owczarni i znikł im z oczu w płomieniach. Odtąd nie widziały go więcej i były pewne, że pozostał w palącej się owczarni.
Czyżby zmysły stracił pomyślałem sobie w prostocie ducha, czyżby nie mogąc ocalić, chciał przynajmniej zginąć heroicznie na czele swych owiec? Trzeba się prawdy dowiedzieć.
Podbiegliśmy wszyscy pod owczarnię i zaczęliśmy dopytywać się ludzi. Jedni zajęci gaszeniem nie uważali go wcale, drudzy w samej rzeczy widzieli go wchodzącego we drzwi, ale nikt nie umiał powiedzieć co się z nim stało. Oglądamy się na wszystkie strony, krzyczymy, prosimy żeby wychodził, jeżeli jest w owczarni, a tu panie nikt się nie odzywa, i pana Bąbalińskiego jak nie ma tak nie ma.
Nastąpił przestrach i lament niesłychany: różne przypuszczenia, że zemdlał, że wydostać się z poza owiec nie może, że się dymem udusił, następowały jedne po drugich. Jakoż w rzeczy samej ogień zaczął się już do wnętrza dostawać i mogło mu tam być ciepło między owcami.
W takiej krytycznej chwili panna Leokadja zwróciła ku mnie swoje zbielałe od przestrachu lica i błagalne rzucając wejrzenie:
— Panie Janie — szepnęła ledwie dosłyszalnym głosem, ratuj mego ojca, wyszukaj, wyprowadź... bo ja umrę w takiej niepewności... — i zachwiała się jakby omdlewać miała, a łzy sznurkiem pereł puściły się po jej twarzy.
Na widok tych łez miękko mi się na sercu zrobiło, spojrzałem okiem znawcy na dach i oceniłem, że jeszcze niezły kawałek czasu wytrzyma.
— Tanim kosztem wyjdę na bohatera — pomyślałem — w to mi graj!
W tem przypomniałem sobie znaczną korpulencję pana Bąbalińskiego, którego może dźwigać przyjdzie, i uczułem, że mnie odwaga odstępuje. Spojrzałem w oczy pani Bąbalińskiej i wyczytałem w nich myśl: „Maxime w tem położenia byłby się ani chwili nie zawahał.“ Raz jeszcze rzuciłem wzrokiem, dla nabrania serca na zapłakaną Lodzię i raz, dwa trzy śmiałym krokiem przymróżywszy oczy przestąpiłem próg owczarni z niesłychaną wiarą nie mniej ni więcej jak jeden z trzech biblijnych młodzieńców, wrzucanych do rozpalonego pieca.
Mimo tej niezłamanej wiary, gorąco mi się zaraz na samym wstępie zrobiło; nie byłem z łaski nieba bynajmniej nerwowym, ale panujący tu dym, para, gdzieniegdzie przebijające się płomienie, beczenie owiec, trzask belek nad głową mogły najśmielszemu odebrać przytomność.
Postąpiłem z wielką trudnością kilkanaście kroków naprzód w duszącym dymie i nieznośnym upale i zacząłem medytować, jak to będzie można odszukać pana Bąbalińskiego między zawalającemi drogę baranami. Postąpiłem jeszcze kilka kroków, przeciskając się mozolnie między zgłupiałemi i wpół zaduszonemi zwierzętami, w tem patrzę w górę — powała na dobre się pali.
— Źle będzie panie Janie — westchnąłem sobie — nie w porę wybrałeś się z heroizmem, może cię on więcej kosztować niżeś myślał, upieczesz się jako prawdziwy baran, jakim jesteś — i tak rozglądałem się, o ile mi na to dym piekący pozwalał, czy gdzie nie ujrzę potężnych kształtów pana Bąbalińskiego. Ale nigdzie nic dojrzeć nie mogłem i zacząłem wahać się w sobie, czy przeciągać te niebezpieczne poszukiwania, czy myśleć o własnej skórze. Instynkt zachowawczy przemagał i zacząłem się powoli posuwać ku drzwiom, i tylko ta myśl mnie trapiła, jak się pokażę na oczy pannie, nic nie wskórawszy.
Dym coraz gęściejszy, nie pozwalający prawie oddychać i tę okoliczność wybił mi nareszcie z głowy. Zacząłem cofać się bezwstydnie, nie myśląc już ani o wyrzutach panny Leokadji ani o pogardliwym wykrzykniku „Takby Raoul nie zrobił“, pani Bąbalińskiej.
Na szczęście dobrej sławy mego bohaterstwa, zanim zdążyłem połowę drogi ku drzwiom przebyć, gdy naraz dał słyszeć srebrny głos p. Leokadji, wołający z całej siły:
— Panie Janie, na miłość Boga, wychodź czemprędzej! ojciec się znalazł! Był wprawdzie w owczarni, ale cofnął się niepostrzeżony i poszedł do dworu zabrać klucze od kasy, których zapomniał.
Usłyszawszy te słowa, zaśmiałem się mimowolnie z całej tej romantycznej przygody, która tak komiczne a proste znalazła rozwiązanie i nie mając dłużej co popasać, z całym pospiechem usiłowałem się wydobyć na świeże powietrza. Ale nie tak to łatwo przychodziło, jakbym był pragnął; trudność położenia zwiększała się z każdą chwilą, kłęby czarnego dymu nic mi już prawie widzieć nie dozwalały, — szedłem prawie na oślep ksztusząc się dymem i wciągając mozolnie rozpalone powietrze; przeklęte zwierzęta jak na złość plątały się pod nogami i nie dozwalały żadnego pewnego kroku zrobić, padałem prawie co chwila, lecz powstawałem natychmiast, z całą zawziętością walcząc o życie. Tymczasem słyszałem wciąż wołania:
— Panie Janie wychodź! Spiesz się! O Boże co za nieszczęście!
I głos p. Bąbalińskiego:
— Czyście oszalały posyłać chłopaka na oczywistą zgubę; zkąd wam taka dzika fantazja przyszła do głowy, że ja tam pozostałem na złamanie karku! Dach lada chwila runie, biedaczysko na węgiel się upiecze!
Poczem pani Bąbalińska wyjąkała:
— Oh! mon Dieu c’est affreux d’être brùle' vif! Mężu ratuj, siły mnie opuszczają!
Słyszałem to wszystko będąc już przy samych drzwiach, ale nie mogłem znaleźć w piersiach głosu, by się im odezwać. Wytężyłem tylko resztę sił, przesadziłem kupę leżących już owiec, stanąłem prawie cudem tuż we drzwiach i dziękując Bogu za cudowne ocalenie, przekroczyłem próg stając na wolnem powietrzu, witany rozjaśnionemi twarzami wszystkich świadków tej sceny — gdy w tem wielka paląca się głownia z trzaskiem załamała się nademną i przelatując końcem dotknęła mojej głowy. Uczułem wielki ból i gorąco, dosłyszałem jeszcze okrzyk zgrozy obecnych i jak długi runąłem na ziemię...
Kilkanaście dni podobno upłynęło, które spędziłem wpół nieprzytomnie w dzikich gorączkowych marzeniach. Zdawało mi się tylko ciągle, że znajduję się jeszcze w palącej się owczarni, że wynoszę na rękach pana Bąbalińskiego, że go podźwignąć nie mogę, i upadam pod tym strasznym ciężarem, który mnie przygniata. Próżne usiłowania, żeby go zrzucić z siebie, pan Bąbaliński leżał jak zmora na moich piersiach i dusił mnie, gniótł mi głowę i śmiał się szyderczo z wszystkich moich wysileń. Czasami nawet zdawało mi się, że widzę z poza płomieni bladą a uroczą twarz Leokadji, wołającej na mnie swoim najsłodszym głosikiem:
— Panie Janie wychodź, spiesz się!
Chciałem jej odpowiedzieć, ale p. Bąbaliński położył swoją szeroką dłoń na moje usta. Czasami czułem, że mi się głowa pali i że ze wszech stron starają się ten straszny pożar ugasić.
Gdy po kilkunastu dniach przyszedłem nareszcie do zupełnej przytomności, znalazłem się w Borowcu, w starannie dla chorego urządzonym pokoiku, na miękkiej pościeli, otoczony całą troskliwością i pieczołowitością. Pani Bąbalińska, muszę to wyznać, krzątała się koło mnie jako prawdziwa matka, nie szczędziła starań ni trudu, ani też całej kobiecej troskliwości, przewidującej wszystkie pragnienia a nawet i kaprysy chorego. Miałem najlepszego doktora ze Lwowa i stałego chirurga przy sobie, słowem, opływałem we wszystkie wygody i wszelką możliwą pomoc.
Pierwsze też wrażenia, otrzymane po wyjściu z gorączki były nadzwyczaj przyjemne. Każda choroba ma to do siebie, że po przesileniu ustępując z placu, sprawia reakcję w całym organizmie. Jakże się wtenczas chciwie chwyta nowo wstępujące życie, odnajduje się w niem wtedy nowe powaby, których przedtem nigdy nie miało! Najmniejszy drobiazg bawi i zachwyca, każde wrażenie czuje się mocniej i głębiej, samo towarzyszące osłabienie jest połączone z niejakiem rozkoszowaniem się tem przymusowem a słodkiem farniente, a zarazem pretekstem do pieszczot i zaspokojenia wszechwładnej fantazji chorego.
Tak i ja witałem powracające zdrowie z całą rozkoszą wypoczywającego sybaryty, któremu każdy dzień nowy zasób szczęścia przynosi...
Nareszcie moja rekonwalescencja tyle już postąpiła, iż mogłem opuścić łóżko i spędzać długie czarujące chwile w towarzystwie panny Leokadji. O czemuż ta piękna jesień tak szybko i bezpowrotnie minęła! Dla mnie była ona jedyną życia wiosną i nie mógłbym o niej dziś bez żalu a zarazem bez goryczy mówić.
Nie chcę dotykać szyderstwem tej niewinnej sielanki w głębi Borowieckiego ogrodu pod jasnem sinem niebem jesieni, wśród zwiędłych astrów i klombów ubranych w złoto, lub purpurowe liście. Nie chcę potrącać myślą tych pierwszych wyznań, dobywających się mimowoli z wezbranej uczuciem piersi, tych słodkich uniesień wyznanej a podzielonej miłości, tych słów namiętnych, wypełniających zda się świat cały, a które dziś niestety możeby się tylko śmiesznemi wydały! Wolę zarzucić na ten jaśniejący czystem światłem obraz szarą zasłonę gęstych mgieł jesieni. Dość mi wspomnieć dla utrzymania jakiego takiego ciągu w opowiadaniu (o które mi zresztą, jak to mogliście zauważyć, nie wiele chodzi), że byłem kochany i czułem się wyłącznym wybrańcem losu, powołanym do najwyższego szczęścia na ziemi, słowem, uprzywilejowanym, szczęśliwym wielbicielem panny Leokadji.
Ubolewałem nad losami tylu miljonów ludzi, którzy mogą pędzić nędzną egzystencję, nie mając nawet wcale takiego anioła, jakim była moja najdroższa Lodzia. Nie posiadałem się z dumy na samą myśl, że to ja a nie kto inny, napotkałem ją na drodze mojego życia, a co większa, zyskałem jej miłość. Zacząłem dobrodusznie podziwiać sam siebie jako istotę wyższą, przeznaczoną na niezwykłe życia koleje, którą jasnowidzący Geniusz panny Leokadji przeczuł, odszukał w tłumie pełzającego robactwa i podniósł na przynależny piedestał potęgą własnego uczucia.
W upojeniu i w rojonych o przyszłości marzeniach szybko ulatywały chwile, z których każda unosiła lepszą cząstkę mej duszy w odmęt przeszłości. Tymczasem państwo Bąbalińscy przyjęli mnie z radością na oficjalnego aspiranta do ręki ubóstwianej Lodzi, przyczem korzystając ze zdarzonej sposobności pan Bąbaliński palnął mi sążnisty traktat o swoich demokratycznych przekonaniach, w którym dowodził, że nigdyby nie powierzył losu swej jedynaczki żadnemu człowiekowi zapleśniałej arystokracji, będącej jedynie tamą postępu społeczeństwa, lecz że go chętnie odda w ręce takiego człowieka jak ja, aczkolwiek nie majętnego, po którym spodziewa się, że zerwawszy raz na zawsze z konserwatyzmem, stanie się jednym z filarów wojującej idei.
Słysząc to wszystko wypowiedziane w sposób godny i wspaniały, rozczuliłem się niewymownie tą wspaniałomyślnością pana Bąbalińskiego i dziękowałem w głębi serca niebu, że nie urodziłem się żadnym hrabią lub baronem i że mam stąd wszelką swobodę do zerwania z przyrodzonym mi nieco konserwatyzmem.
Scena z panią Bąbalińską była jeszcze więcej rozczulającą.
Je vous regardais toujours comme mon fils bienaimé, parceque je vous croyais capable d’un grand et veritable sentiment — wyrzekła z głębokiem westchnieniem.
— Ty nigdy nie przestaniesz jej kochać — dodała po chwili podnosząc dłoń w górę.
Gotów byłem z dobrą wiarą składać wszystkie możliwe przysięgi, więc rzecz cała skończyła się na macierzyńskim uścisku i łzach rozrzewnienia ze strony mojej przyszłej matki.
Tym sposobem stałem się na serjo uznanym i przyjętym konkurentem i miłość moja mogła swobodnie galopować sobie po gładkiej drodze do wygodnej i spokojnej przystani małżeństwa.
Że byłem najszczęśliwszym na całej kuli ziemskiej człowiekiem, o tem już wspominać nie potrzebuję. Żadnej znikąd chmurki na mojem niebie, kochałem coraz mocniej i głębiej, spokojny o przyszłość odkrywając coraz nowe zalety i doskonałości w mojem bożyszczu.
W tej szczęśliwej fazie mojego życia zastał mnie rok 1863. Smutna, okropna data — ile razy mi się z pod pióra wysuwa, tyle razy radbym zamiast niej „kleksa“ postawić. Cóż kiedy nie da się ona tym sposobem z serca i pamięci wymazać! Nadszedł więc ów rok bolesnej pamięci 1863 i z nim ta cała katastrofa, która znowu raz jeszcze tragiczną klęską zakończyć się miała.
Od dawna już wprawdzie dawała się przeczuwać ta wisząca burza w powietrzu po gorączkowym nastroju całego społeczeństwa z pod zaboru rosyjskiego. Egzaltacja patrjotyczna zapalała serce, ogarniając coraz to większe koło, młodzież szalała, starcy tracili głowę, namiętni pchali do czynu, umiarkowani nie śmieli iść naprzód ani też cofnąć się, wsteczni kryli się i walczyli podstępem. Postawiono ideał wielki, święty i wierzono w jego urzeczywistnienie, kto nie wierzył, ten udawał, że wierzy lub milczał.
Patrjotyzm stał się modą, popisem, koniecznością towarzyską. Nawet salony zaczęły naginać się pod jarzmo tej egzaltacji d’une haute nouveauté. Wszechwładny duch czasu pędził w płomienie i krew upojoną bohaterskiemi marzeniami rzeszę, porywając zarazem ze sobą bezwiedną masę panurgowych owiec.
U nas w Galicji, zdala od płomienistego ogniska, zapatrywano się na tę rzecz statecznej i rozważniej. Nie mogliśmy z zaufaniem zapatrywać się na ten ruch, wyszły z łona zapaleńców, po którym spodziewać się było można, iż wiele ofiar od nas wymagać będzie.
Nie brakło wprawdzie i tu na gorących patrjotach, którzy gorącemi słowami dawali moralne poparcie wielkiej idei odrodzenia, większość przecież w racjonalnem zamknięta milczeniu, wyczekiwała okoliczności, żeby stosownie do nich, bądź to wziąć udział w ruchu, bądź to stanowczo go potępić.
Na czele patrjotów stał bez zaprzeczenia dom państwa Bąbalińskich. Pan Bąbaliński na podstawie demokratyczno-narodowych zasad nie wahał się ani chwili dać swoją aprobatę kipiącej Warszawie i wypowiedzieć śmiertelną wojnę rosyjskiemu imperium; pani jak dobra Polka rozczulała się bezustannie nad dolą męczeńskiego narodu i entuzjazmowała się już przed czasem do przyszłych bohaterów, nadewszystko zaś panna Leokadja, która przywiozła z sobą z Krakowa znaczny zapas defraudowanego patrjotyzmu, przejęta duchem poetycznych natchnień Słowackiego, porwana zapałem na widok idealnej strony sposobiącego się do heroicznego wysiłku narodu i uniesiona w nadziemskie sfery poświęcenia, stała na wysokości niedosięgłej oczom zwykłego śmiertelnika.
Co do mnie, muszę w szczerości ducha wyznać, że nie zastanawiałem się nic a nic nad położeniem, zamknięty egoistycznie w jednem wyłącznem uczuciu. Jedynie propaganda panny Leokadji zdolna mnie była utrzymać na pewnej podniosłości patrjotycznego nastroju i przejąć mnie niezłomną wiarą we własne bohaterstwo, od którego jednakże spodziewałem się ochronić.
Jednakże po wybuchu powstania, gdy ono po paru tygodniach istnienia zostało nareszcie zaadoptowane i wzięte w opiekę przez całe stronnictwo poważnie myślących, gdy „biali“ — jak ich nazywał z niechęcią tryumfujący teraz pan Bąbaliński — zaczęli przyjmować na siebie ciężar politycznego przewodnictwa, składając doświadczony rozum stanu i dyplomatyczne zdolności na ołtarzu ojczyzny, gdy jeszcze obok tego Galicja zaczęła dostarczać powstaniu swoich Zuzüglerów, uczułem, że zbliża się i dla mnie chwila stanowcza.
W Borowieckim dworze coraz to gwarniejsze odbywały się zebrania, i coraz żywsze toczyły się dyskusje. Zapał wzrastał i potęgował się z każdą chwilą, coraz to nowe dawały się słyszeć okrzyki.
— Wspomagać powstanie aż do upadłego! Francuzi lada chwila nadejdą! Pójdziemy wszyscy do oddziałów.
A panna Leokadja patrzała się na mnie niewysłowionym wzrokiem, z którego wyraźnie czytałem myśli:
— Ty jeszcze tutaj?
Nie było co robić, trzeba się było decydować. Szczęściem u mnie decyzja długiego czasu nie potrzebuje. Ideał mój potrzebował widzieć we mnie bohatera, ergo ja musiałem iść szukać laurów. Było to rozumowanie prostej, a nieubłaganej logiki. Jednego więc pięknego wieczora po długiej i szczerej rozmowie z Lodzią o obowiązkach Polaka, o wielkich czynach i nieśmiertelnej sławie wojujących za wolność kraju i t. d. oświadczyłem od niechcenia, że za trzy dni wyjeżdżam do oddziału.
Jakkolwiek moja Lodzia chciała się już oddawna dosłyszeć tego z ust moich, uważając ten krok za stanowczy probierz mojego ducha, przecież tak nagła wiadomość wywołała u niej głębsze i rzewniejsze wzruszenie.
— Tak prędko? Czyż to być może? wyszeptała tym dziwnie miękkim i pełnym słodyczy tonem, w którym się mieściło trochę smutku i obawy, trochę nadziei i niewieściej dumy.
Niebieskie, a lekko zawilgotnione oczy spojrzały na mnie tak czarująco, że czułem się gotów w tej chwili rzucać na gołe bagnety dla tego jedynego spojrzenia i towarzyszącego mu uśmiechu, pełnego anielskiej tęsknoty.
Przyklęknąłem i pocałowałem podaną mi rączkę, od której niestety miałem się na długo, może na zawsze oderwać.
Pan Bąbaliński, jak się dowiedział o mojem postanowieniu, porwał mnie w swoje objęcia, przycisnął czule do serca i wyrzekł uroczystym głosem:
— To chwat chłopak, zawsze to mówiłem, on się nie cofnie przed niczem i poniesie śmiało sztandar narodowo-demokratycznej idei, pokąd go nie zatknie na gruzach barbarzyństwa!
Pani spojrzała na mnie z wyrazem uwielbienia i dumy matki Spartanki, poświęcającej syna, nic nie mówiła, ale jej milczenie i postawa wymowniejszemi były nad wszystkie słowa. Tym więc sposobem spaliłem wszystkie mosty za sobą i musiałem pomyśleć o jak najspieszniejszem wykonaniu moich zamiarów. Przygotowania wszystkie już poprzednio porobiłem, nie pozostawało mi więc nic, jak wydać ostatnie dyspozycje gospodarskie, załatwić niektóre drobne interesy i co najważniejsza, uroczyście się pożegnać z moją lubą i jej rodzicami.
Postanowiłem wybrać się z całym rynsztunkiem wojskowym do Borowca, tam spędzić ostatni może błogi wieczór mojego życia, i stamtąd nie oglądając się już na moją Wulkę, wyruszyć wprost do oddziału.
Jak pomyślałem tak i zrobiłem; ubrałem się jak przystoi na przyszłego obrońcę ojczyzny, przypasałem szablicę, nastrzępiłem wąsy, przywdziałem minę jak najbardziej wojenną i tak w całej pełni marsowych wdzięków stawiłem się przed panią mojego serca.
Już to kto mnie widział wówczas, musi przyznać, że wcale dziarsko wyglądałem, to też jak mnie tak zobaczyła Lodzia z rycerskim animuszem i doskonałą fantazją wjeżdżającego na dziedziniec, wybiegła rozpromieniona na moje spotkanie i rzuciła mi się z czułością na szyję.
Podobne wyjątkowe a stanowcze chwile mają niezmierny przywilej łamania wszelkich lodów. Obojętne nawet serca drgają wtedy nieznanem przedtem uczuciem, a cóż dopiero mówić o sercach kochanków!
Lepsza, szlachetniejsza strona ludzkiej natury bierze wówczas górę nad przyrodzonemi jej słabostkami i śmiesznościami, potęga sytuacji podnosi i uszlachetnia walkę sprzecznych uczuć, a prawdziwy zapał rzuca nawet blask na smutne Donkiszotów postacie.
Nigdy też nie wyjdzie mi z pamięci ten pożegnalny wieczór w Borowcu. Zamieniliśmy pierścionki z Lodzią, otrzymaliśmy błogosławieństwo rodziców, uprzedzając tym sposobem chwilę rozłączenia uroczystemi zaręczynami. Nigdy też moja Lodzia nie okazała mi tyle miłości, tyle prawdziwie niewieściej tkliwości! Zapomniała na chwilę o wszystkich swoich marzeniach wielkości i poświęceń, i tuliła się do mnie drżąca z całym niepokojem i trwogą kochającej kobiety. Blada, poważna i milcząca, rozmawiała ze mną raczej uściskiem ręki, łzawem spojrzeniem i przytłumionem westchnieniem, niżeli słowami. Lecz możeż być wymowniejsza rozmowa od łez i westchnień?
Pani Bąbalińska od czasu do czasu ucierała oczy chustką. Pan Bąbaliński chrząkał chodząc po pokoju i mruczał:
— Tfu, głupstwo! — coście tak posowieli wszyscy? Nie ma się czego martwić, wszystko pójdzie dobrze, nasza idea musi zwyciężyć.
Zapatrzyłem się mimowolnie na czarną sukienkę Lodzi, nasuwającą mi różne czarne myśli i okrywałem namiętnemi pocałunkami drobniutką jej rączkę, znajdując w tem słodkiem zajęciu jedyne skuteczne lekarstwo przeciw ogarniającemu mnie wzruszeniu.
Tak upływały powoli lecz nieubłaganie te uroczyste chwile, odmierzane coraz to bardziej przyspieszonem biciem serca, nadszedł ostateczny czas pożegnania i całe życie moje skupiło się na ustach Lodzi. Ta upadając w objęcia moje, szepnęła tylko:
— Gdybyś zginął, ja ciebie nie przeżyję — i łzy długo wstrzymywane puściły się nareszcie wolnym biegiem.
Upiłem się temi łzami, na szczęście w tej chwili wniósł pan Bąbaliński ogromny kielich starego węgrzyna, żeby dawnym obyczajem wypić strzemiennego, tak więc zapiłem łzy winem i tym sposobem przyszedłem do pewnej moralnej równowagi.
Tysiące pożegnalnych wykrzykników, życzeń, błogosławieństw, spadły na mnie jak burza, wyrwałem się nareszcie z potężnych objęć pana Bąbalińskiego i żegnany jeszcze ostatniem „do widzenia“ z najdroższych ust Lodzi, popędziłem jak wicher, uciekając przed własnego serca słabością.
Nie będę tu opisywał moich przygód obozowych ani kreślił obrazu powstania, znajdziecie to wszystko mili czytelnicy w moich pamiętnikach, jeżeli je kiedykolwiek napiszę.
Potrzebuję wam tylko w kilku słowach nadmienić, co się ze mną działo.
Otóż dostałem się szczęśliwie do obozu Langiewicza i odbyłem jako prosty żołnierz całą dyktatorjalną kampanię. Po zwycięstwie naszem pod Grochowiskami, a zarazem po dyplomatycznej ucieczce dyktatora, przez dziwną sprzeczność natury ludzkiej ja, który nie czułem w sobie pierwiastkowo wielkiego powołania do męczeńsko bohaterskich rozpraw, postanowiłem sobie na złość dyktatorowi nie wstępować w jego ślady. Zdawało mi się, że raz zdecydowawszy się na krok tak stanowczy, nie godziło się bez żadnego rezultatu uchodzić z pola walki. Uważałem moje postanowienie za święte zobowiązanie się tak względem kraju, jak i względem mojej ubóstwianej Lodzi. Postanowiłem więc bądź co bądź dalej pozostać.
Podzielałem smutne losy kilku nowych oddziałów, które także w krótkim czasie zostały rozbite. Nareszcie los mi do tyla posłużył, że dostałem się do oddziału Chmielińskiego, który miał przynajmniej niejakie podobieństwo do regularnego wojska i gdzie można było spotykać się i rozprawiać z Moskalami. Dotychczasowy bowiem systemat cofania się, praktykowany przez poprzednich moich dowódców, wcale mi nie przypadł do smaku. Na prosty bowiem rozum szlachecki wyrachowałem, że większe jest bezpieczeństwo tam, gdzie się porządnie biją, niż tam, gdzie bez ładu uciekają, i że milej jest zginąć w bitwie jak żołnierz, aniżeli być zostawionym na pastwę kozaków. Dlatego też cały czas partyzantki pod Chmielińskim mimo wszystkich niewygód, niebezpieczeństw, próżnych wysiłków i smutnych widoków na przyszłość, uważałem przecież za rodzaj wypoczynku po dawniejszych demoralizujących przejściach.
Nie spodziewałem się wprawdzie wyjść cało z tych różnych tarapatów, ale los jakoś opiekował się mną w sposób nadzwyczajny. Wychodziłem cało z każdej przeprawy, ani razu nie zostałem ranny, a jakkolwiek nie odznaczyłem się niczem i wciąż pozostawałem w stopniu prostego żołnierza, przecież powiedzieć mogę, że sumiennie spełniłem swoją powinność. Wprawdzie coraz to więcej traciłem nadzieji co do pomyślnego rezultatu naszych wysileń i ten brak wszelkiej nadzieji był dla mnie najnieznośniejszym ze wszystkiego. Chęć powrócenia do mojej najdroższej paliła mnie nieustannie, ale jako żołnierz chciałem dotrwać na raz zajętem stanowisku. Smutno mi było pomyśleć, że powrócę bez tej sławy, na którą ona tyle liczyła, bez zwycięskiego lauru i bez wszelkiej pomyślnej wieści o przebiegu świętej naszej sprawy.
Smutno mi było wracać z pola ruin i płomieni, zaprzepaszczonych ofiar i bezowocnych męczeństw, unosząc z sobą piekącą myśl „wszystko stracone“! Bo w trudach wojennych, w ogniu i niebezpieczeństwie zrosłem się całą duszą z tą ojczyzną, pełną łez i krwi, a każda klęska, każdy upadek coraz to nowem przykuwały mnie do niej ogniwem miłości! Jednakże po niefortunnej potyczce, która się zakończyła zabraniem w niewolę naszego dowódcy, uczułem tyle zwątpienia i tyle rozpaczy w sercu, że nie mogłem już pozostać dłużej w obozie.
Dla mnie z tą chwilą wszystko się już skończyło — potrzebowałem wyrwać się czemprędzej z pod nacisku tylu okropnych wrażeń.
Smutny to był zaiste powrót do domowej zagrody. Przykre rozczarowanie, ciężki żal do Boga i ludzi, jakiś wstyd przed samym sobą towarzyszyły mi w tej ostatniej niebezpiecznej wędrówce. A przecież wracałem na łono tych, którzy mnie kochali, do własnej siedziby, do normalnych życia warunków, a nadewszystko do kochanej i kochającej kobiety, w której miłości spodziewałem się znaleść zapomnienie, spoczynek i niezachwiane szczęście w przyszłości.
Wobec przykrych uczuć, które mną miotały, mogłem sobie dopiero jasno wyobrazić los tych, którzy po tak strasznem moralnem rozbiciu nie mają zakątka, gdzieby mogli powrócić, ani też serc kochających, przy którychby odżyć mogli. Ja bowiem, który miałem wszystkie podstawy nowego życia i dla którego ta niefortunna wyprawa winna pozostać tylko mało znaczącym epizodem, czułem się przecież nad miarę zgubionym, jakbym większe pół życia zostawił w tej fantasmagorji krwawych świateł, w którą wplątany zostałem.
Szczęście myślałem sobie, że mam takiego anioła, który mą zranioną duszę weźmie pod swe jasne skrzydła. Najdroższa Lodziu, ciebież to przyjdzie mi przywitać tą, wymowną boleścią, strofą z Beniowskiego:

„Patrzaj! powracam bez serca i sławy,
Jak obłąkany ptak, i u nóg leżę“.

W miarę jak przebywszy szczęśliwie granicę, zacząłem przybliżać się do Borowca, myśli moje zaczęły jednocześnie coraz to weselszą przybierać barwę. Z góry wystawiałem sobie radość całego domu państwa Bąbalińskich, te pierwsze przywitania, te tysiące wykrzykników i pytań przeplatanych uściskami, któremi mnie moja Lodzia obsypie.
Po dziesięciu miesiącach rozłączenia, co za rozkosz, co za upojenie! To pierwsze przyjęcie wynagrodzi mi wszystko, com dotąd przebolał, przecierpiał. Czyż może być większe szczęście nad to, którego się doznaje wobec uszczęśliwionej swym powrotem kochanki!
Tak rozmyślając, dobiłem się wieczorem do Borowca. Chcąc zrobić zupełną niespodziankę, wysiadłem z bryczki, która mnie wiozła, przy karczmie, a sam przez furtkę dostałem się do ogrodu.
Smutno wyglądał wspaniały park borowiecki! Ogołocone z liści drzewa trzęsły się jak w febrze w podmuchach wiatru, chrzęszcząc nagiemi konarami, pochmurne niebo odbijało żałobnie od rozesłanego białego całunu śniegu, ciemno, mroźno i wietrzno, a ja jak złodziej, z bijącem sercem skradałem się po skrzypiącym pod nogami śniegu do ogrodowych drzwi pałacu.
Ciemność nie dozwalała mi nic widzieć z początku, ale stanąłem wkrótce przed samym domem, nie dostrzegając żadnego światła w oknach. Wszędzie ciemno, pusto i głucho, ani śladu ruchu i życia, chociaż jeszcze nie było dziewiątej godziny.
Obszedłem dom naokoło, wszędzie tak samo. Psy tylko, dosłyszawszy szelest moich kroków, rzucały się na mnie, zajadle naszczekując, lecz wkrótce mimo ciemności i długiego niewidzenia, poznały dawnego znajomego, zaczęły się łasić do mnie, okazując najwyższą radość z mojego powrotu. Wdzięczny im byłem za ich pamięć i za to powitanie.
Zacząłem się przecież na serjo niepokoić tym niezwykłym spoczynkiem, w którym dwór borowiecki zdawał się być pogrążonym. Fantazja moja znarowiona niezwykłemi przejściami, zaczęła w okamgnieniu budować jakiś straszny dramat.
Ponury wieczór styczniowy, szalejący wicher na dworze, zimno i zmęczenie zaczęły mnie usposabiać do fantastycznych i nieprawdopodobnych przypuszczeń. Bałem się formalnie ruszyć z miejsca i zapukać do drzwi, żeby nie otrzymać jakiej przerażającej wieści. Stałem długo jakby przykuty pod oknami, wyciągając coraz to bardziej rozpaczliwe wnioski. Nareszcie zdobyłem się na krok stanowczy i zacząłem szturmować do drzwi.
Po długiem zaledwie pukaniu otworzył mi je zaspany służący, wyklinając po cichu niesfornego gościa.
— Państwo Bąbalińscy! Panna Leokadja! wykrzyknąłem z całą gwałtownością.
— Wyjechali na zimę do Krakowa — otrzymałem w odpowiedzi.
Odetchnąłem — ciężki kamień spadł z mojego serca, ale zarazem uczułem wielką przykrość z doznanego zawodu.
Nie jestże to prawdziwa rozpacz gotować się całą drogę na chwilę rozkosznego upojenia, liczyć na pewno, że ten wieczór zostanie spędzonym w zachwycie pierwszego a niespodzianego widzenia, cieszyć się przedwcześnie jak dziecko radością, którą się sprawi, objawami miłości, które się otrzyma, i natomiast nie zastać nikogo i widzieć w niwecz obrócone wszystkie nadzieje pierwszych błogich wrażeń i uniesień?
Czyż późniejsze widzenie może wynagrodzić poniesiony zawód i czy może zastąpić straconą chwilę, na którą się tyle liczyło?
Smutny i zgniewany na tę psotę losu, zabrałem się do Wulki. Po wypoczynku kilkudniowym, nie miałem nic spieszniejszego, jak udać się czemprędzej do Krakowa. Udało mi się odszukać państwa Bąbalińskich, lecz niestety pierwsze powitanie moje odbyło się w towarzystwie obcych osób i ztąd nie mogło odpowiedzieć moim nadziejom i moim wymaganiom. Zostałem wprawdzie przyjęty z radością, jak stracona owieczka, która się znalazła, ale nie była to radość, o której marzyłem.
Moja narzeczona widocznie nadto się krępowała względami konwenansu i powitanie jej dalekiem było od namiętnego nastroju pożegnalnej sceny. Pierwsze więc wrażenie zupełnie chybiło. Uczułem się onieśmielony wobec tej, która przecież miała być moją żoną i przeklinałem w duchu niepotrzebnych świadków, których obecność nakazywała przymus sercu mojej najdroższej Lodzi.
Zostaliśmy przecież sami i wtedy dopiero zawiązała się żywsza między nami rozmowa. Zdziwienie moje było niezmiernem, gdy mało pomału zacząłem dowiadywać się w ciągu tejże z ust samych państwa Bąbalińskich, jak wielce zawiniłem przeciwko nim i przeciw ich córce.
— Czyż to się godziło — wyrzucała mi pani Bąbalińska — przez cały ten czas nie pokazać się ani razu u nas? Wszyscy inni przyjeżdżali z oddziałów, aby uspokoić swoje rodziny lub przyjaciół, ty tylko jeden bez względu na to, że zostawiłeś rozpaczającą Lodzię, której miłości nie wart jesteś, awanturowałeś się bez końca, nie dając oprócz rzadkich listów, żadnego znaku życia.
— Czyż się to godziło, mówił znowu pan Bąbaliński — nie mieć tyle zastanowienia i prawdziwych zasad, aby pójść w usługi anarchii, wstrząsającej krajem i rujnującej prawdziwy postęp demokratycznej idei, a co gorsza, bić się pod dowództwem człowieka, dopuszczającego się nadużyć na obywatelach i uznanego za szkodliwego przez naszych wielkich mężów stanu?
Panna Leokadja tymczasem nic nie mówiła, ale w jej twarzy poznać mogłem, że głęboko czuje swoją krzywdę i moje złe postępki.
Tak przywitany na wstępie, nie posiadając się ze zdumienia, nie mogłem nawet słów znaleźć na moją obronę i stałem jako prawdziwy winowajca, pytając się sam siebie, czy dobrze słyszę? Czułem wprawdzie całą niesprawiedliwość i niekonsekwencję czynionych mi zarzutów i chciałem nawet odeprzeć je jaką gwałtowniejszą odpowiedzią, ale panna Leokadja była tak zachwycającą, a serce moje tak słabe, że nie znalazłem dosyć potrzebnej na to odwagi i zdecydowałem się na pokorę.
Udało mi się wyjednać sobie przebaczenie i powrócić do niejakiej harmonii, ale zawsze mogłem zauważyć dość znaczną zmianę w całej rodzinie państwa Bąbalińskich, zmianę, która mnie zaniepokoiła. Spodziewałem się przecież, że z czasem zatrą się chwilowe uprzedzenia i że powróci nasz dawny a serdeczny stosunek,
Jako narzeczony Lodzi nie miałem żadnego powodu do obawy, na jej miłości zawsze śmiało polegać mogłem, pewny więc byłem, że wkrótce nasze węzły się utrwalą i postanowiłem nawet o ile można przyspieszyć krok stanowczy.
Tak więc zająłem dawne stanowisko konkurenta, wyczekując pomyślnej chwili, w którejby można było o rychłem zawarciu małżeństwa pomówić. Kraków jednakże nie był pomyślnem miejscem dla mojej miłości, nie były to już te słodkie chwile, spędzane niegdyś w Borowcu, rzadko bowiem kiedy sam na sam zdarzało mi się z Lodzią rozmawiać. Liczniejsze towarzystwo, otaczające zazwyczaj państwa Bąbalińskich, było dla mnie nieustanną przeszkodą i moje zabiegi o odzyskanie straconego długiem rozłączeniem serdeczniejszego zbliżenia się i wzajemnego wylania, rozbijały się o próżnię salonowych plotek lub zabaw.
Moja Lodzia z przyjemnością widziała się podziwianą przez wszystkich i otoczoną tłumem wielbicieli, pochlebiało to jej próżności błyszczeć dowcipem i pięknością, zasmakowała więc w tem lekkiem, salonowem życiu i nie miała dość czasu myśleć o swoim narzeczonym. Ja w tem wszystkiem najsmutniejszą odgrywałem rolę. Oddzielony od mojej najdroższej tłumem obojętnych, niezdolny z natury i usposobienia do salonowej szermierki i popisów, zgryziony i nieco już zazdrośny, nie mogłem dobrze się wydawać w tem całem otoczeniu. Źle odbijała figura prostego hreczkosieja, niekorzystnie nacechowanego długim pobytem w obozie, na tle wyższego etykietalnego życia.
W oczach ludzi dobrego towarzystwa byłem niesmacznym prostakiem, człowiekiem niebezpiecznym, anarchistą, socjalistą, komunistą, jednem słowem wyrzutkiem społeczeństwa. Musiałem znosić tysiące przeciwieństw i przekąsów, pogardliwych spojrzeń i grzecznych impertynencyj. Znalazły się nawet litościwe osoby, które głośno wyraziły swe ubolewanie przed państwem Bąbalińskimi i przed Lodzią nad tym nieszczęsnym krokiem przyjęcia mnie za narzeczonego.
Przekonanie o mojej małej wartości zaczęło znajdować pomału przystęp do samej pani. Wprawdzie romantyczna podniosłość jej ducha, nie pozwalała, aby dać mi odprawę, ale zawsze jako matka cierpiała nad poświęceniem i ofiarą swej córki. Pan Bąbaliński, który z upadkiem powstania coraz mniej mówił o swych demokratycznych zasadach i przytakiwał nawet czasami hrabiom i baronom, zaczął mnie uważać coraz to więcej za szaleńca, odpowiedzialnego za wszystkie grzechy powstania, za człowieka, na którego sumieniu ciąży ruina kraju.
Jakkolwiek dziwną się może wydawać taka metamorfoza w przekonaniach gorącego patrjoty, przecież ubiegłe lata pokazały nam ich tyle, iż śmiało rzec można, że pan Bąbaliński był prawidłem, a nie wyjątkiem. Wszystkie te okoliczności drażniły mnie i jątrzyły nieustannie; gdybym nie kochał Lodzi prawdziwie, nie wytrwałbym ani chwili dłużej na mojem stanowisku, ale miłość uczyniła mnie słabym i nie mogłem się oderwać od tej uroczej postaci, którą w wspomnieniach moich widziałem, tulącą się do piersi mojej z całą namiętnością kochającej kobiety.
Postanowiłem zaryzykować un coup d’etat i upatrzywszy dogodną porę, ośmieliłem się prosić państwa Bąbalińskich, żeby naznaczyli dzień ślubu.
Widocznie zuchwałość moja nie była na swojem miejscu, bo pan Bąbaliński, słysząc moje słowa, skamieniał z podziwu, panna Leokadja zmierzyła mnie wzrokiem d’une reine outragée, a pani, podnosząc ręce w górę, wykrzyknęła:
— O egoisto! Miałżebyś śmiałość na świeżych ruinach budować własne szczęście; wobec ogólnej boleści narodu, wobec powszechnej żałoby, powinienbyś się wstydzić twoich żądań.
Pan Bąbaliński, ochłonąwszy z pierwszego zakłopotania, rozwinął dalej temat żony i przekonał mnie najdokładniej, że sam pokutuję za własne grzechy, że powinienem poprawić się poprzednio z moich błędów i zasłużyć swem postępowaniem na posiadanie takiego skarbu jak Lodzia.
Panna Leokadja przebaczyła mi łaskawie wyrządzoną jej obrazę i pozwoliła mieć nadzieję w przyszłości.
— Piękna mi nadzieja — pomyślałem sobie, ale co robić, trzeba czekać — i pocałowałem podaną mi na znak zgody rączkę. Tak więc pozostałem na dotychczasowem niewygodnem stanowisku, wyczekując zapowiedzianej lepszej przyszłości.
Nastała wiosna, a z nią odżyły moje nadzieje. Znalazłem bowiem nieco więcej sposobności do przebywania bez niepotrzebnych świadków z panią serca mojego. Bielany, Wola, Łobzów pozwoliły mi znaleźć kilka swobodnych chwil serdeczniejszej i głębszej rozmowy i przypomnieć tę uroczą jesień, spędzoną w borowieckim ogrodzie.
Tymczasem pani Bąbalińska cierpiała coraz więcej na swoje nerwy, pan Bąbaliński czuł się zrujnowanym na zdrowiu ostatniemi, jak mówił przejściami, a że i Lodzia była zawsze dość delikatnego zdrowia, więc cała familia postanowiła wyjechać do wód za granicę.
Ja jak się można łatwo domyśleć, postanowiłem im towarzyszyć choćby na koniec świata, wiedząc z doświadczenia, że les absents oni toujours tort.
Do połowy czerwca załatwiliśmy się ze wszystkiemi przygotowaniami, ja ze swej strony powierzyłem gospodarstwo w Wulce jednemu zaufanemu przyjacielowi, zaciągnąłem pożyczkę dwóch tysięcy guldenów, otrzymałem paszport i byłem zupełnie gotów do wyjazdu. Przyklaskiwałem w duchu, jak najmocniej przedsięwzięciu państwa Bąbalińskich, ciesząc się z opuszczenia nieprzyjaznego mej miłości Krakowa i pewny będąc, że wspólna podróż i pobyt u wód, zdoła mi zapewnić wyłączne towarzystwo Lodzi. Zdawało mi się, że wrócim mimowolnie do tej pierwszej uroczej sielanki miłości i że kalejdoskopowe wrażenia podróży uwydatnią naturalny liryzm dwojga serc młodych. Bawiłem się jak dziecko myślą czarownych wycieczek, romantycznych przygód, które nas z sobą zbliżą, połączą, widziałem przed sobą całe nieprzerwane pasmo rozkosznych dni, ulgę, wypoczynek i wzrastający z każdym dniem cudny poemat miłości.
Wyjechaliśmy nareszcie w ostatnich dniach czerwca, udając się do Baden-Baden, które miało, wedle zdań światłych lekarzy zapewnić zdrowie całej familii Bąbalińskich. Podróż minęła jak jeden sen przyjemny; zmiana miejsca, nowe widoki, rozmaitość wrażeń, wpłynęły korzystnie na całą rodzinę. Wróciła dobra harmonia i różowy humor, Lodzia stała się ożywioną, więcej serdeczną dla mnie, słowem przewidywania moje zaczęły się sprawdzać.
Zabawiliśmy trzy dni w Dreźnie dla wypoczynku, a zarazem dla zwiedzenia miasta i jego sławnej galerji obrazów, zachwycaliśmy się według przyjętego obyczaju przed Madonną Rafaela, oglądaliśmy „Grünes Gewölbe“ i japoński pałac, byliśmy w Grossgartenie i na Brühlsche Terasse, słowem zwiedziliśmy wszystko, co można było w tak krótkim czasie, bawiąc się wyśmienicie i obiecując sobie z powrotem dłuższy czas tam spędzić.
Kochana moja Lodzia zrobiła mi małą scenę zazdrości, żem się zanadto unosił w galerji nad pięknością obrazu kobiety pędzla Alessandra Varotari, a ja czułem się znów niewymownie szczęśliwym.
W tak doskonałem usposobieniu przybyliśmy do Baden-Baden. Kto zna to przecudowne miejsce, ten łatwo pojąć może wrażenie, jakiegośmy doznali, tam przybywając. Cała droga od Oos w prześlicznej dolinie między jarami, jest już niejako zapowiedzią tego zaczarowanego zakątka, który słowami nie da się w żaden sposób odmalować.
Prześliczne ugrupowanie otaczających w koło gór Schwarzwaldu, pokrytych na szczytach ciemni jodłowemi lasami, sterczących gdzieniegdzie nagiemi spadzistemi skałami, ubranych w ruiny zamków, w altany i kolumny, czarowny wąwóz nad małą bystrą rzeczką z prześlicznemi willami, wspaniałemi hotelami, ogrodami i biegnącemi wzdłuż doliny alejami Lichtentala, oto jest mniej więcej widok, na pierwszy rzut oka przedstawiający się oczom przybywającego.
Taka harmonia rozlana we wszystkiem, wdzięk i świeżość natury, piękność rozrzuconych w dole, lub drapiących się po górach domków, musi na pierwszym wstępie zachwycać wędrowca. Cóż dopiero, kiedy oko jego rozpatrzy się w tej całej bogatej rozmaitości miniaturowych widoków, gdy zacznie chwytać każdy szczegół z osobna i podziwiać po kolei wszystkie wysypane tam skarby pięknej natury, upiększone jeszcze przemyślną ręką człowieka? Cóż dopiero, gdy w tak szczęśliwie wyposażonem miejscu napotka jeszcze nagromadzony cały przepych i wykwint europejski, gdy ujrzy przepyszne sale i ogrody kursalu, najświetniejsze toalety, kosztowne konie i ekwipaże, czarujące kobiety, zbytek i wytworną elegancję na każdym kroku?
Pierwsze wrażenie jest prawdziwie imponującem i każdy wstępujący poraz pierwszy do tej zaczarowanej doliny, musi się czuć koniecznie olśnionym i upojonym temi blaskami, pięknością i tą atmosferą roztoczonego zbytku.
Powitaliśmy Baden-Baden tysiącami wykrzykników podziwu i zachwytu. Lodzia nie mogła się napatrzeć na urocze krajobrazy, na rozkoszne wille i na przesuwające się powozy. Nawet sam pan Bąbaliński nie mógł się oprzeć tym nowym dla siebie wrażeniom, egzaltacja zaś samej pani nie miała granic. Wyrazy: pittoresque! sublime! magnifique! sypały się jedne po drugich. Szczęściem przybycie do hotelu położyło tamę temu wezbranemu wylewowi estetycznych wzruszeń.
Pierwsze dni pobytu poświęciliśmy wyłącznie odpoczynkowi i zwiedzaniu okolic. Pogoda służyła prześliczna, to też na każdym kroku znajdowaliśmy niewyczerpane źródło nowych przyjemności. Zwiedziliśmy w jednym ciągu ruiny zamku Ebersbach, aleje Lichtenthalu, Felsen, górę Merkurego, djablą ambonę i mnóstwo innych pięknych rzeczy. Ja nie posiadam się z radości widząc moją Lodzię ożywiającą się coraz bardziej wobec tej pięknej natury, promieniejącą swobodnym wdziękiem, obsypującą mnie jak dawniej wesołemi żartami, tkliwemi spojrzeniami i wiele obiecującemi uśmiechami.
Tryumfowałem w mojem szczęściu, ciesząc się z już dokonanej kuracji, i przyznając głęboki rozum lekarzom, którzy nas tu wysłali.
W ślad za Lodzią i rodzice stali się znowu dla mnie więcej serdecznymi i słodkimi i zdawali się zapominać swoich poprzednich uprzedzeń. Nawet ogólna boleść narodowa poszła w zapomnienie i nie płoszyła nam słodkich chwil egoistycznego szczęścia.
Tak żyliśmy czas niejaki w zupełnem odosobnieniu. Ze znajomych w Baden-Baden nie zastaliśmy nikogo, nowych też znajomości zawiązywać nie usiłowaliśmy, trzymając się zdaleka od całego zgiełku wielkoświatowego, od koncertów i balów kursalowych, i poprzestając jedynie na własnem towarzystwie i na niewinnych przyjemnościach urozmaiconych wycieczek.
Pan Bąbaliński przyglądał się z coraz wzrastającem zgorszeniem prawdziwego polskiego szlachcica i demokraty temu niepojętemu dla siebie wirowi podłych uciech, gwałtownych namiętności, szalonego zbytku i kolosalnej próżności. Nie mógł się on dość nadziwić tej fantastycznej wystawności codziennego życia tamecznego towarzystwa i omijając z daleka dom gry, ochrzczony przez ironię władz miejscowych nazwiskiem domu konserwacji, czynił gorzkie uwagi nad zepsuciem i upadkiem społeczeństwa w dzisiejszym czasie.
Panna Leokadja zapatrywała się również z wyższego filozoficznego stanowiska na przepyszne ekwipaże i toalety, na te wszystkie brylanty, koronki, drogie materje, rzadkie kwiaty i rozliczne gustowne błyskotki, któremi jaśniał w około nas cały świat elegancki. Mówiła mi nieraz przy tłumionem westchnieniu, że nie pojmuje tych ludzi, jak mogą żyć w takiej próżni moralnej bez żadnej głębszej myśli, bez rozpoznania istotnych zadań życia, ulegając tylko jedynie kaprysom nienasyconej fantazji i ubiegając się bezustannie o możność błyszczenia i użycia.
— Co za życie! — dodawała — jaka w niem czczość i nędza, tytuł i pieniądze są tu jedyną skalą wartości człowieka, próżność i wyszukiwanie coraz to nowych przyjemności głównemi bodźcami, szał i zbytek koniecznemi warunkami egzystencji.
Ja w zupełności podzielałem oburzenie mojej Lodzi już z tej samej prostej przyczyny, że będąc posiadaczem bardzo skromnej fortunki czułem się na każdym kroku przygniecionym tym rzucającym się w oczy impertynenckim przepychem.
Jakże mnie nie miała gniewać ta lekkomyślna zgraja rzucająca na każdym kroku tysiącami, zamieszkująca wspaniałe wille, paradująca najmodniejszemi powozami zaprzężonemi bajecznej ceny końmi, ubierająca się z najwyższym gustem wedle najświeższej mody, dogadzająca wszystkim swoim najmniejszym zachceniom i obfitująca we wszystko, kiedy, ja Jan Stożek miałem zaledwie na opędzenie najpierwszych potrzeb życia i musiałem się aż zapożyczyć, aby do Baden-Baden przyjechać. Chcąc pojąć ile się może zgromadzić w sercu człowieka goryczy i zawiści dla szczęśliwych wybrańców losu, trzeba się koniecznie znaleźć samemu w wirze zbytkowego życia, trzeba wmieszać się w tłum elegantów i elegantek w swojem nieświeżem i przez zaściankowego krawca sporządzonem odzieniu, trzeba idąc piechotą być obryzganym przez pędzące powozy i upokorzonym przez ironiczne spojrzenia siedzących w nich strojnych i pełnych wdzięku kobiet, trzeba przyglądając się codzień wystawnym obiadom stołować się samemu w jakiej pokątnej garkuchni, być lekceważonym przez kelnerów i lokajów a ignorowanym przez resztę świata.
Wtedy dopiero będąc wystawionym na wszystkie pokusy, a zarazem na wszystkie prywacje i czując się co chwila dotkniętym w swojej miłości własnej, można się wznieść mimowolnie do najkrwawszych ideałów Marata i Robespierre’a i marzyć o czerwonej republice śpiewając pod nosem:

Ah! ça ira, ça ira
Les aristocrates a la lanterne!

Jeżeli się zaś jest przypadkiem niekrwawego usposobienia, jak to obecnie ze mną miało miejsce, to nie pozostaje nic innego, jak tylko pocieszać się swoją własną moralną wyższością i czuć nieskończoną pogardę do tego lekkomyślnego zepsutego świata.
Możeby ta moja wyższość i ta pogarda, w którą się zbroiłem, nie były dostateczną tarczą przeciw tysiącznym pokusom, ale za to miłość Lodzi wystarczała, by mnie uczynić obojętnym na wszystkie marności światowe. Ona czciła we mnie tylko przymioty mej duszy, a zatem mogłem śmiało chodzić choćby przez cały tydzień w tych samych rękawiczkach.
Dziesiątego dnia naszego pobytu wybraliśmy się na przydłuższą nieco wycieczkę, kierując się do znanej ze swej dzikiej a romantycznej piękności doliny rzeki Murg. Pogoda była prześliczna, ciepło umiarkowane, niebo jasne bez chmurki, więc nie było sposobu namówić państwa Bąbalińskich do odbycia tej ekskursji powozem. Pan Bąbaliński twierdził, że nic tak nie pomaga do zdrowia, jak agitacja dłuższej przechadzki, pani utrzymywała, że będziemy swobodniejsi i będziemy mogli dowoli rozkoszować się cieniem, świeżością i aromatycznem powietrzem lasów, perspektywą gór itd. Słowem, zadecydowano większością wyruszyć na piechotę.
Jakoż w rzeczy samej większa część przechadzki odbyła się w sposób bardzo zadawalniający. Jasna pogoda, świeże powietrze gór i lasów, piękność widoków działają zazwyczaj ożywczo i pobudzająco na ludzkie usposobienia. Trzpiotaliśmy się też nie pomału, to jest ja i moja Lodzia przez całą drogę.
Goniliśmy motyle, drapaliśmy się na skały, zrywaliśmy kwiaty, spychaliśmy ciężkie kamienie w toń potoków, śledziliśmy wzrokiem migające forelle, piliśmy wodę z kaskad, zaczepialiśmy echa z gór, słowem dokonywaliśmy tysiące pustot, tak zajmujących dla kochanków lub dzieci.
Jakże cudownie wyglądała wtenczas ta swawolna figlarka w swojej bieluchnej sukience z crepe de Chine, w słomkowym, białym kapelusiku, ubranym w zielony wieniec drobnych skalnych paprotek, gdy przelatując nad brzegiem potoku zarumieniona szybkim biegiem przeglądała się w jego zwierciadlanej toni i rzucała na mnie zalotnym wzrokiem, bym ją podziwiał w wodzie i na powietrzu!
Przechylona nad wodą, dręczyła mnie i rodziców udając, że pada w przeźroczyste nurty i odpowiadając dźwięcznym, harmonijnym śmiechem, gdym ją ratować przybiegał. Ile swobody, wdzięku i uroczej wesołości w każdym jej ruchu, w każdym żarciku, w każdem słowie!...
Jeszcze teraz przypominając ją sobie, widzę pląsającą jak rusałka pod zielonem drzew sklepieniem, znikającą wśród zieleni, zawieszoną drobnemi rączkami na szczycie pagórków, oświetloną promieniami słońca, bijącą blaskiem młodości niewinnej pustoty i dziewiczego powabu, a przypominając sobie, tęsknię za temi szafirami jej oczu, które dla mnie miały słodki a niezapomniany nigdy wyraz miłości!
Lecz po dniu pogodnym częstokroć następuje burza, jakoż doświadczyliśmy tego na własnych osobach powracając z naszej przechadzki do Baden-Baden. Zaledwie bowiem zdołaliśmy połowę drogi z powrotem przebyć, gdy niebo nagle zasłoniło się chmurami, huk grzmotów rozległ się podawany przez góry górom, wicher zaszumiał z całą gwałtownością, a co najgorsza po chwili spłynął deszcz ulewny, którego przemocy ujść było niepodobna. Napróżno z rozpaczą oglądaliśmy się po drodze, czy nie dojrzymy, gdzie jakiego domku, do któregoby się schronić było można, niestety jak na złość nigdzie żadnego nie było. Trzeba się było poddać losowi i moknąć w przerażający sposób, pod drzewa bowiem nie pozwalał nam pan Bąbaliński żadną miarą się chronić, zapowiadając gromy niebieskie na nasze głowy.
W jednej chwili panie nasze zamieniły się na istotne Ondyny szwarcwalderskich jezior, a wszyscy razem stanowiliśmy grupę tragiczniejszą i rozpaczliwszą bez zaprzeczenia od owej sławnej Laokoońskiej. W tak okropnej sytuacji turkot nadjeżdżającego powozu obudził w sercach naszych słabą iskierkę nadzieji.
— Może to będzie próżna dorożka! wykrzyknęliśmy jednomyślnie, ale złudzenie nasze krótko trwało, bo niedługo przekonaliśmy się, że to był powóz zajęty przez dwóch młodych elegantów.
Zaczęliśmy się na nowo oddawać rozpaczy. Gdy w tem o dziwy, powóz przystanął i obydwaj młodzi ludzie wyskoczywszy zeń z niezwykłą galanterją, oświadczyli w francuskim języku swą gotowość do wyrwania nas z tej opłakanej doli i odwiezienia do naszego mieszkania. Rozumie się, że taka propozycja nie została odrzuconą, lecz z radością i wdzięcznością przyjętą. Usadowiliśmy się o ile to możliwem było w sześć osób i nastąpiło wzajemne przedstawienie, z którego pokazało się, że jeden z tych panów był Hiszpan, markiz della Santa Florez, drugi zaś Rossjanin, kniaź Kuryszkin.
Markiz de Santa Florez, był to młody człowiek, lat 26, bardzo przystojny brunet o palących czarnych jak węgiel oczach, średniego wzrostu, zgrabnej budowy ciała, marmurowej lekko śniadej cery i misternie wyciętych rysów, nosił arystokratycznie ułożone czarne wąsiki i takąż hiszpankę.
Ubrany z prostotą prawdziwej elegancji, która nie bijąc w oczy niczem, odznacza się doskonale harmonią całości i polega na wykształconym estetycznym smaku; przedstawiał obejściem i rozmową człowieka z jak najlepszego świata.
Kniaź Kuryszkin całą swoją osobą nie sprawiał podobnie miłego wrażenia. Był to otyły i pospolity blondyn z twarzą nic nie znaczącą; ubrany nieco za jaskrawo i obwieszony kosztownościami, wszelako mogący uchodzić za typ bogatego panicza i ekscentrycznego eleganta.
Za to markiz, ten był nieporównanym, nie mogłem się dość napatrzeć jego pięknej twarzy, artystycznemu krojowi jego sukien, przeźroczystej cienkości gorsu jego koszuli, nieskazitelnej białości i zgrabności kołnierzyków, słowem wszystkim tym drobiazgom, których prawie uchwycić nie podobna, które jednakże stanowią subtelne wykończenie prawdziwie estetycznie rysującej się postaci.
Nie wiem czy moja Lodzia podobne jak ja poczyniła uwagi, bo zasunęła się w kącie zaambarasowana całą tą przygodą, a mianowicie stanem toalety, do jakiego ją ten ulewny deszcz przyprowadził.
Rozmowa toczyła się głównie między panią Bąbalińską i markizem, który wysławiał się z niezwyczajnym wdziękiem i dystynkcją. Nie było wszakże wiele czasu do szczerej rozmowy, wkrótce stanęliśmy szczęśliwie przed naszym hotelem i pożegnaliśmy naszych wybawców, składając im najszczersze dzięki za wyświadczoną przysługę.
Pani Bąbalińska nie mogła się dość dochwalić grzeczności, dobrego tonu i arystokratycznego wzięcia tych panów, pan Bąbaliński czuł się także rozczulonym ich uprzejmem znalezieniem się, jedna tylko Lodzia zdawała się nie podzielać naszych wrażeń i chodziła zachmurzona i milcząca przez cały ten wieczór.
Nie małem było nasze zdziwienie, gdy następnego dnia koło pierwszej z południa, zaanonsowano nam, że panowie Santa Florez i Kuryszkin przyszli dowiedzieć się o zdrowie pań i pytają czy mogą być przyjęci.
Pan Bąbaliński wybiegł zaraz na schody prosić, a Lodzia zemknęła do drugiego pokoju, żeby się trochę przebrać.
Weszli obadwaj w rannym wizytowym stroju, z całą swobodą i wdziękiem ludzi znających świat i zwyczaje. Oświadczyli, że niepokój czy wczorajszy wypadek nie pociągnął jakich złych skutków za sobą, znaglił ich do tak szybkich odwiedzin.
Pani Bąbalińska dziękowała im za troskliwość, ozdobiwszy swe usta swoim najdystyngowańszym uśmiechem. Pan Bąbaliński jąkał się i przepraszał dowodząc, że to jego powinnością było pójść podziękować za ich czyn szlachetny, ale z tem większą rozkoszą wita ich u siebie.
Wkrótce wróciła i Lodzia w całym blasku strojnej piękności Markiz rzucił jej od niechcenia kilka zgrabnych i nie rażących komplementów.
Markiz miał prawdziwy talent opowiadania. Lekko, żywo, dowcipnie potrącał wszystkie przedmioty, zestawiał obrazy i wypadki, charakteryzując wybornie jednem dosadnem słowem typy i położenie. Umiał pociągnąć i zająć swobodnym i wesołym kolorytem, ruchliwością swojego umysłu, i zgrabnem przerzucaniem rozmowy z jednego pola na drugie.
Opowiadał nam o swoich stosunkach na dworze hiszpańskim, o ścisłej etykiecie tam panującej, przytaczając w kształt ilustracji różne anegdotki historyczne i wypadki z własnego życia. Dał nam potem w kilku rzutach swoją genealogię, wspominając, że tradycja jego familii zalicza Cyda w poczet swoich przodków, scharakteryzował ducha tradycji hiszpańskiej, podniósł jej rycersko-arystokratyczną stronę, a wszystko czego dotknął w rozmowie, umiał uczynić nadzwyczaj zajmującem dla słuchaczów. Pani Bąbalińska też z panną Leokadją chwytały chciwie każde słowo markiza, spoglądając z pewnem uwielbieniem na potomka Cyda.
Gospodarz uczęstował w zamian gości genealogią domu Bąbalińskich, którego początek ginie również w pomroce dziejowej. Uskarżał się, że wskutek nieuregulowanej pisowni pierwotne nazwisko Bombalińskich, mające swój źródłosłów w wyrazie Bombon, zmieniło się na mniej charakterystyczne Bąbalińskich, wyliczał wszystkich swoich znakomitych przodków i dodał z westchnieniem, że dotychczas przez zbytni demokratyczny skrupuł wstrzymywał się od używania przynależnego tytułu hrabiego, do którego ród jego niezaprzeczone ma prawo, większe bez porównania od galicyjskich rodów Dyndalskich, Ciaputkiewiczów i Lejbowiczów, które go jednakże używają.
Po półgodzinnej rozmowie goście nasi odeszli, pozostawiając nas zachwyconych tak miłem towarzystwem, do którego nas wypadek zbliżył. Co się mnie tyczyło osobiście, nie byłem tak zbyt zadowolony z tego wypadku, ale nie śmiałem głośno odzywać się z mojem zdaniem, sądząc, że rzecz cała na kilku wzajemnych grzecznościach się zakończy.
Naturalnem następstwem tej wizyty było, że ja z panem Bąbalińskim musieliśmy się wybrać do naszych nowych znajomych z rewizytą. Z największym pospiechem kazał mój przyszły teść wybić sobie nowe bilety wizytowe, opatrzone napisem: Le Comte de Bomba Bombaliński i herbem przedstawiającym na krwawem polu pękającą bombę między skrzyżowanemi miarami.
Trzeciego dnia byliśmy już u markiza i księcia Kuryszkina, którzy wspólnie zajmowali mieszkanie. Przyjęci zostaliśmy bardzo mile i w zajmującej pogadance, paląc wyborne regalia, któremi nas poczęstowano, spędziliśmy niepostrzeżenie blisko godzinę czasu. Pan Bąbaliński odchodząc, zapraszał obu tych panów, żeby w razie gdy nie będą mieli co lepszego robić, uczynili ten zaszczyt jego domowi i przybyli czasami na wieczór. Odpowiedzieli, że nie omieszkają korzystać z pozwolenia i na tem się rozstaliśmy.
Jakoż zaledwie kilka dni upłynęło od naszej u nich bytności, gdy w tem zjawiają się powtórnie wieczorem.
Wieczór był świetny, państwo Bąbalińscy wysadzili się na przyjęcie tak znakomitych gości, panna Leokadja miała na sobie świeżą już w Baden-Baden sporządzoną toaletę i była cały ten wieczór w nadzwyczaj świetnym humorze. Żywo prowadziła rozmowę, sprzeczała się dowcipnie z księciem Kuryszkinem, który rozwijał w całej pełni zasady nihilizmu i zarzucała markizowi zbytnie przywiązanie do rodowego legitymizmu.
Matka z dumą patrzała się na córkę, dziwiąc się, jak ta potrafi stawić czoło potomkowi Cyda, jakby ni mniej ni więcej wychowała się w towarzystwie samych grandów hiszpańskich. Ja tylko jeden siedziałem skwaszony i milczałem, przysłuchując się śmiałym teorjom księcia Kuryszkina i śledząc zarazem każdy ruch i słowo Lodzi.
— Co to za ciasnota pojęć — mówił zwracając się do mnie Kuryszkin — przywiązywać jakąś wagę do narodowego partykularyzmu, fanatyzować się do jakiejś mrzonki odrębnego istnienia i tym sposobem zaprzeczać ogólnym celom ludzkości.
— W mojem przekonaniu — ciągnął dalej — narodowe różnice ustąpić muszą przed ideałem całości, dzisiejszy patrjotyczny fanatyzm jest jeszcze zabytkiem przesądu i ciemnoty, prawdziwa racjonalna cywilizacja zgładzić musi tę donkiszoterję polityczną i religijną. Materjalizm jest religią przyszłości, wszelka wiara, wszelkie zasady, wszelkie zachcianki heroizmu i poświęcenia ogłupiają tylko ludzkość i oddalają ją od celu, którym jest rozkoszne używanie egzystencji. Pojęcie nicości jest niezbędnem do wrócenia społeczeństwa z dziedziny mrzonek na praktyczną drogę zdobywania i używania, w pojęciu nicości znajdujemy ostateczne rozwiązanie wszystkich bądź to społecznych, bądź filozoficznych kwestyj, ono więc musi być podstawą nowego socjalnego bytu.
Słuchałem tego wszystkiego z wewnętrznem oburzeniem, ale nie mogłem zebrać się na odpowiedź, bo uwaga moja została zwróconą żywszą rozmową między markizem a Lodzią.
Markiz utrzymywał, że arystokracja całego świata stanowi jedno tylko ciało i że jej członkowie bliżsi są sobie swym duchem, usposobieniem i obyczajem niż członkowie tego samego narodu z różnych warstw społecznych.
Z niemałem zdziwieniem zauważyłem, że panna Leokadja zgodziła się na tak postawioną tezę, sama z zapałem zaczęła mówić o tej łączności przekonań, wyobrażeń i gustów ludzi wyższego towarzystwa.
Markiz dowodził dalej, że jest pewna wybitna cecha, po której poznać można osoby dobrego urodzenia, jak delikatność rysów, kształtów, wykończenie ruchów, odrębny dźwięk głosu i ogólna harmonia całości.
— Jak tylko spotkałem państwa — dodał — podczas tej ulewy, zaraz poznałem w nich ludzi najlepszego świata.
Panu Bąbalińskiemu zatrząsł się brzuch z radości. Pani ułożyła się w jak najbardziej harmonijną całość a panna Leokadja, zarumieniona spuściła oczy przed palącym wzrokiem markiza.
Nareszcie skończył się ten przeklęcie głupi wieczór; po tysiącznych wzajemnych grzecznościach zabrali się goście do domu i zostawili nas samych. Ale było już późno i nie udało mi się zawiązać rozmowy z Lodzią dla zbadania niektórych zmian w jej opiniach i postępowania.
Oddaliłem się więc do swego numeru w najgorszym w świecie humorze. Nazajutrz Lodzia była cierpiącą i nie mogłem jej przez cały dzień widzieć.
Następnego poranku zastałem całą familję państwa Bąbalińskich, pijącą już wodę u źródła. Zdziwiło mnie nie pomału, że tak wcześnie wyszli z domu, a tem więcej, że mnie nie uwiadomili, jak to dotąd było w zwyczaju, o tem, że wychodzą.
Zaledwie miałem czas się przywitać, gdy w tem z drugiej strony nadchodzą w rannym prześlicznym negliżu Santa Florez z Kuryszkinem i przyłączają się do naszego towarzystwa. Uważałem, że Lodzia lekko się zapłoniła na ich widok, tak, jak to dawniej przy naszem spotkaniu bywało, a oczy jej wyrażały zdziwienie, które u kobiety trzeba tłumaczyć myślą:
— Spodziewałam się, że was tu spotkam.
Piękna pogoda dostarczyła pierwszego wątku konwersacji, następnie zwróciła się rozmowa na romantyczne piękności Schwarzwaldu. Markiz, wielki wielbiciel pięknej natury, unosił się nad cudami całej tej okolicy, którą znał wyśmienicie, opisywał swoje wycieczki po najdzikszych zakątkach Schwarzwaldu, a widząc wzbudzone zajęcie w damach i nietajone uwielbienie dla majestatycznych piękności natury, zaproponował najnaturalniej w świecie wspólną przejażdżkę na dzień dzisiejszy do położonego o cztery mile Seebach, zkąd jak mówił, będzie można zwiedzić panujący nad otaczającemi górami szczyt Hornisgrinde i tuż przy wierzchołku położone fantastyczne i sławne z przywiązanych doń legend jeziorko Mummelsee.
Żywiłem niejaką nadzieję, że państwo Bąbalińscy odrzucą tę, na tak krótką znajomość nadto śmiałą propozycję, ale u wód znajomości szybko postępują, więc po lekkiem wahaniu się i słabo stawianych trudnościach stanęło na tem, że wybieramy się natychmiast po śniadaniu.
Panna Leokadja tak była rozciekawiona do tego Mummelsee, które codziennie oglądała przy źródle na fresku, wyobrażającym taniec Ondyn na powierzchni tego jeziora, że nie taiła nawet radości, jaką jej ta wycieczka sprawiała.
Markiz zdawał się cieszyć naiwną radością Lodzi i wlepiając w nią swe duże, czarne oczy, opowiadał jakąś straszną legendę, będącą w związku z wyżej wspomnianym freskiem. Ja tylko jeden nie czułem się bynajmniej zadowolonym. Miłoby mi było wprawdzie z moją Lodzią zwiedzać choćby nawet lodowe szczyty Mont Blanc, ale towarzystwo tych panów uważałem za zbyteczne.
Dla zakochanych każdy obcy świadek jest nieznośnym natrętem, a cóż dopiero dla mnie taki przystojny Hiszpan o palących oczach, elegant z wielkiego świata. Gniewała mnie też radość Lodzi, potulność jej rodziców, z jaką przystali na zaprojektowaną przejażdżkę, a co najwięcej moje nieokreślone stanowisko, na jakiem zostawałem.
Powróciłem do hotelu w najgorszem usposobieniu, nie usiłując nawet rozmawiać z panną Leokadją. Nie zdążyliśmy jeszcze wstać od śniadania, gdy zajechały dwa powozy i panowie Santa Florez i Kuryszkin przyszli oznajmić, że wszystko gotowe do wyjazdu. Wybraliśmy się bez straty czasu, panie wsiadły do jednego powozu, gdzie zaprosiły do siebie markiza, a ja z panem Bąbalińskim zostaliśmy zaciągnięci przez usłużnego Kuryszkina do drugiego.
Takowy rozdział powiększył jeszcze moje niezadowolenie i nie odpowiadałem jak tylko półsłówkami na troskliwe dopytywania Kuryszkina, czym nie cierpiący. Ze złością patrzałem na przesuwającą się panoramę coraz to nowych widoków, któremi w tej chwili pewnie musiała się Lodzia wspólnie z Santa Florezem zachwycać.
Lasy mi się wydały ponure, góry nieznośnie jednostajne, doliny bez wdzięku, a powietrze duszne.
— Co oni teraz mówią ze sobą? — myślałem co chwila i ukradkiem spoglądałem na pędzący przed nami powóz.
Tymczasem Kuryszkin bawił wpółdrzemiącego pana Bąbalińskiego obszernym wywodem nihilistycznej teorji, którą ten lekkiem kiwaniem potwierdzał.
W trzy godziny stanęliśmy w Seebach.
Jestto niewielka osada nad strumieniem tego nazwiska, u stóp Hornisgrinde położona. Stanęliśmy przed skromnym wiejskim zajazdem, w którym przecież wszelkie możliwe dogodności znaleźć można.
Markiz, który pamiętał o wszystkiem, zajął się na prędce urządzeniem obiadu. Znakomite pstrągi, w które Seebach obfituje, dostarczyły głównego materjału. Markiz sam przyrządził zupę i sos do pstrągów, które były prawdziwemi gastronomicznemi arcydziełami i przyznam się, że zajadając te jego utwory, zacząłem chwiać się w mojej ku niemu nienawiści. Zimny pasztet ze zwierzyny przywieziony z Baden-Baden i parę butelek wina dopełniły reszty obiadu.
Po skończonym posiłku pospieszyliśmy czemprędzej pod górę. Nie zdążyłem dość wcześnie podać rękę Lodzi, bo mnie markiz uprzedził, pan Bąbaliński poprowadził żonę, ja zaś pozostałem wynagrodzony towarzystwem Kuryszkina, który mnie wziął pod swoją szczególną opiekę.
Drapaliśmy się dobrze z jakie dwie godziny po niewygodnych kamienistych ścieżkach, ja nudzony nieustanną rozmową mojego towarzysza, dręczony widokiem Lodzi, opierającej się na ramieniu Santa Floreza i prowadzącej coraz to więcej ożywioną rozmowę, zmęczony nieprzyjemną drogą i rozdrażniony coraz to bardziej wkradającem się w serce uczuciem zazdrości, kipiałem od wewnętrznego gniewu.
Jedynie widok pana Bąbalińskiego, upadającego na siłach z powodu swej olbrzymiej korpulencji, obcierającego lejący się obficie pot z czoła, wzdychającego, a nie śmiejącego się skarżyć głośno, przywodząc mnie mimowolnie do śmiechu, przynosił mi niejakie roztargnienie.
Przecież stanęliśmy po tylu trudach na najwyższym szczycie, który nosi nazwisko Katzenkopf i jest uwieńczonym niewielką piramidą kamienną, na której tysiące wędrowców zapisuje swoje nazwisko.
Co za widok uderzył nasze oczy! Na chwilę zapomniałem o mojej zazdrości i stanąłem jak wryty, nie wiedząc, gdzie spozierać. Pod nogami w całej rozciągłości pasmo piętrzących się wzgórz Schwarzwaldu, czarne wierzchołki, wpół pokryte mgłami doliny, słowem nieprzejrzana panorama wąwozów i lesistych szczytów, daleko na południu majaczące szczyty śnieżnych Alp szwajcarskich, a na zachód za kilkoma kondygnacjami coraz to łagodniej spływających pagórków, nieprzejrzana okiem równina, oświecona jaskrawo zbliżającem się do zachodu słońcem, na której Ren jak niebieska wstęga zda się rozpostarta przed okiem od źródeł do ujścia, wije się w kapryśnych skrętach.
Tyle światła i barw jaskrawych rozlewa się po tej uroczej dolinie Renu, tyle cienia, szarych mroków i posępnej barwy jodłowych lasów, pokrywa z drugiej strony tonące w ciemności zasłony górzystych szlaków! Co za wspaniały kontrast w tem przeciwstawieniu gorących blasków i posępnych cieni, purpurowych ogni i szarzejących mgławisk!
Powitaliśmy wszyscy ten widok uroczystem milczeniem, nawet pani Bąbalińska uznała za stosowne nie ekstazować się zbyt głośno i tylko cichym szeptem dawała oznaki swego najwyższego nastroju ducha. Długo nie mogliśmy oderwać oczu od tego wspaniałego obrazu, lecz słońce zbliżające się do zachodu ostrzegało nas, byśmy pomyśleli o odwrocie tem bardziej, że mieliśmy jeszcze po drodze zwiedzać sławne Mummelsee.
Przed odejściem na jednej ścianie kamiennej piramidy, markiz wyrył imię i nazwisko Lodzi, a pod niem zaczął z najzimniejszą krwią kreślić swoje, jakby to miejsce nie do mnie z prawa należało. Chciałem przeszkodzić temu świętokradzkiemu na moje dobro zamachowi, ale nie mogłem znaleźć dostatecznych powodów do interwencji i bojąc się okryć śmiesznością, przypatrywałem się z udanym spokojem, jak on po wyryciu swego nazwiska dodał jeszcze jeden wiersz z Bajrona, który brzmiał:
„I sądź, że tu me serce pochowano!“
Lodzia bynajmniej się nie obrażała podobną cytatą i owszem zdawała się z żalem odchodzić od miejsca, gdzie serce potomka Cyda znalazło chwilowy przytułek.
Zstępowaliśmy w dół pospiesznym krokiem w tym samym porządku, w jakim wstępowaliśmy na górę. Ja ciągle pod strażą nieubłaganego dozorcy Kuryszkina na samym ostatku, Lodzia z markizem na przodzie, a państwo Bąbalińscy w środku. Słońce szybko chyliło się na horyzoncie i właśnie tylko co stanęliśmy nad brzegami fantastycznego jeziorka, gdy jego ostatnie promienie pożegnały ziemię. Na niebie za to zarysował się wyraźnie ostry i błyszczący sierp księżyca, błękit niebios ciemniał między górami i łagodne Chiaro oscuro harmonizowało z ogólnym widokiem tego dzikiego i legendowego krajobrazu.
Przed nami w niewielkiej kotlinie rozpościerało swoje posępne i ciemne tonie mistyczne Mummelsee, żaden wietrzyk nie poruszał jego wód milczących. Żadna fala nie marszczyła wygładzonej powierzchni, zdawało się spoczywać, ujęte w czarną oprawę lasów snem nieprzespanym. Gdzieniegdzie blady, słaby jeszcze szlak księżycowych promieni drzemał nieruchomo na wodzie, oddalone brzegi niknęły w powstającej mgle i zdawały się przedłużać w nieskończoność świat duchów, ukryty w tajemniczem wód łonie, zdawał się nakazywać całej naturze uroczystą ciszę, wnikającą w serca śmiertelników.
Lodzia, wysunięta na sam skraj jeziora, zatapiając wzrok swój w nieprzejrzanej głębi, dumała w milczeniu, jakby wyczekiwała mającej za chwilę wypłynąć z ciemnej toni dziewicy wód z rozpuszczonym włosem, w wieńcu rdzawego sitowia. Twarz jej blada, zdawała się pytać duchów jeziora o jakieś ciemne wróżby. Za nią stał markiz i twarz jego w grze świateł i cieni zdawała się przybierać jakiś dziki wpół szyderczy uśmiech, jego demoniczna piękność lekko oświetlona słabem światłem księżyca, harmonizowała doskonale z całem otoczeniem.
Nagle Lodzia wydała lekki krzyk i pochyliła się bardziej nad wodę.
Poskoczyłem zaraz za markizem, lecz ten już pytał o przyczynę przestrachu.
— To nic! — odpowiedziała drżącym i cichym głosem to obrączka, do której przywiązywałam wielką wagę, zsunęła mi się z mojego palca i upadła w wodę.
Była to moja obrączka, wymieniona w dniu zaręczyn.
— Jeżeli pani jeszcze przywiązujesz taką wagę — podchwycił szybko markiz — to ona musi się znaleźć, chociaż to jezioro wedle podań ma być bezdennem — i zrobił poruszenie, jakby chciał wskakiwać w wodę.
— Nie taką — odparła szybko zmięszana — żeby dla niej zakłócać świat duchów i wydzierać ją Ondynom, które pewnie już ją za swoją własność uważają.
Słowa te dotknęły mnie boleśnie.
— Miałżeby to być poetyczny rozwód ze mną, dokonany w obliczu wodnych bożyszcz? — i oddaliłem się nieco od towarzystwa, aby pokryć moje wzruszenie.
Za chwilę wracaliśmy wszyscy do Seebach.
Jakaś melancholia zawisła nad całem towarzystwem, nikt się nie odzywał, każdy szedł pogrążony w dumaniach, nawet mój nieubłagany nihilista milczał. Po skromnym posiłku w Seebach, gotowaliśmy się do odjazdu.
Lodzia zauważyła moją niezwykłą ponurość i zaprzestała wszelkiej rozmowy z markizem. Przy wsiadaniu pani Bąbalińska zawezwała mię, bym towarzyszył jej i córce z powrotem, czego oczywiście nie omieszkałem uczynić.
Jak tylko konie ruszyły, zacząłem gorzkie czynić wyrzuty Lodzi za wypadki dnia tego. Naturalnie byłem niepomiarkowanym w wyrzutach i pretensjach, jak to zwykle w takich razach bywa, i przez to samo dawałem broń w rękę przeciwnej stronie.
— Jakto — mówiła panna Leokadja — chcesz mi poczytywać za zbrodnię winę prostego przypadku i obrzucać mnie wyrzutami wobec przykrości, jakiej sama doznaję ze straty tego pierścionka? Nie wart jesteś, by ci się usprawiedliwiać.
— Ale te słowa, wyrzeczone do markiza — wykrzyknąłem.
— Chciałżebyś — odparła — żebym go narażała na szukanie w tej głębi pamiątki, która przecież zastąpioną być może i na której podjęcie nie powinieneś sam nikomu drugiemu pozwolić?
Gdy zacząłem wyrażać niejakie powątpiewanie, czyby markiz w istocie poszedł był szukać na dno jeziora, matka, która słuchała moich zarzutów z coraz wzrastającem oburzeniem, nie mogąc już dłużej wytrzymać, przerwała:
— Jesteś poziomym człowiekiem, sam nie czując się zdolnym do podobnego kroku, sądzisz po sobie drugich, ale ja poznałam charakter markiza, wiem, że co powie, to wykona.
Na wszystkie moje dalsze zarzuty, zawsze się znalazła jakaś dobra racja w odpowiedzi.
Trzeba było pokazać — mówiły panie — że jesteśmy przecież ludzie z lepszego świata, umiejący żyć w towarzystwie. Grzeczność nasza dla tych panów była rzeczą zupełnie naturalną. Zresztą tak miłe towarzystwo powinniśmy wszyscy cenić i ty — dodawały, zwracając się do mnie — gdybyś nie był tak uprzedzonym, winienbyś czuć się szczęśliwym z tego poznania i skarbić sobie przyjaźń tak szlachetnego i dystyngowanego członka jednego z pierwszych rodów w Europie. Ale ciebie opanowała niska zawiść, zląkłeś się wyższości, którą w nim widzisz pod każdym względem i ośmielasz się jeszcze brać za złe nam i Lodzi, że mu nie robim impertynencji w zamian za jego grzeczności!
Tak więc skończyło się na tem, że to ja jeszcze dostałem porządną reprymendę, musiałem przepraszać zamiast żądać przeproszeń i upokorzony choć nieprzekonany, zajechałem do naszego hotelu.
Od czasu tej naszej wycieczki do Seebach, markiz z Kuryszkinem stali się prawie nierozłącznem towarzystwem rodziny Bąbalińskich.
Szybkie postępy, jakie ta znajomość w krótkim czasie zrobiła, przypisać należy tej tajemniczej sympatji, która zbliża i łączy w okamgnieniu wyższe, szlachetniejsze natury. Pani Bąbalińska odgadła w markizie ów typ idealny, o którym tyle marzyła. Lodzia musiała zapewne choć w części podzielać przekonanie swej matki, bo ulegała coraz to bardziej urokowi tej nowej znajomości.
Co się zaś ze mną działo, tego nie jestem wypowiedzieć w stanie: raz oskarżałem w duchu pannę Leokadję o kokieterję, zdradę, niestałość i wszystkie inne najczarniejsze dla kochanka zbrodnie, drugi raz obwiniałem sam siebie o zbyteczną podejrzliwość, brak zaufania i wszystkie ciężkie krzywdy, które tym sposobem wyrządzam szlachetnemu sercu Lodzi.
Cóż dziwnego, — myślałem sobie — że znajduje przyjemność w towarzystwie tak wykształconych ludzi, cóż dziwnego, że korzysta ze sposobności, by się zabawić i rozerwać! Śmiesznością przecież byłoby przypuszczać, że ma jakieś zamiary na markiza. Ona, co mnie tak kochała miałażby się sprzeniewierzyć mojej miłości, miałażby zaprzeczyć wyznawanym przez siebie zasadom, dając się uwodzić zwodniczym blaskom światowej próżności, którą tyle gardziła? Nie, to być nie może!
— Ale zkąd pochodzi — dodawałem w myśli — ta coraz bardziej wzrastająca obojętność dla mnie, ten pewien chłód, który od pewnego czasu między nami panuje — to pewnie, ja sam temu wszystkiemu winien, ona ma tyle szlachetnej dumy, a ja ją zraniłem niesłuszną podejrzliwością, krzywdzącą jej charakter zazdrością, słusznie więc, że mnie karze za to.
Tak bijąc się z myślami, postanowiłem nie pozwolić sobie wydrzeć bez ostatecznej walki tego najwyższego dla mnie skarbu, serca Lodzi. Uzbroiłem się więc w cierpliwość, usiłowałem stłumić w sobie wszelkie uczucie żalu lub zazdrości, udawałem zupełny spokój i podwoiłem starań i attencji, by się tylko ile można najwięcej mojej Lodzi przypodobać.
Chcąc rywalizować na każdym punkcie, przebrałem się wedle najświeższej mody (krawiec mnie zapewniał, że tak ubrany mogę robić furorę) założyłem na nos binokle, które mnie strasznie żenowały, przybrałem maniery bien degagées, zacząłem wyłącznie posługiwać się językiem francuskim, starałem się być lekkim, ożywionym, dowcipnym, słowem przerobiłem się na człowieka zupełnie comme il faut.
W zamian za te wszystkie ofiary i poświęcenia nie otrzymałem najmniejszej nagrody; panna Leokadja zdawała się nawet nie uważać tej świetnej metamorfozy, jaką przebyłem, zajęta wiecznie markizem, który stał się prawdziwym reżyserem wszystkich zabaw i przyjemności naszego towarzystwa, dla mnie nie miała najmniejszego uśmiechu, najmniejszego tkliwego spojrzenia.
Witała mnie bez radości, żegnała bez żalu, traktując mnie przez dzień cały obojętną rozmową, lub zbywając krótkiemi słówkami. Ja co dzień odchodziłem z rozpaczą, mówiąc sobie, że tak dłużej być nie może i codzień powracałem z nową nadzieją, że znajdę Lodzię taką, jak dawniej dla mnie bywała.
Wiele, ach! wiele razy zbierałem się na stanowczą rozmowę, by przeciąć te wszystkie mnożące się w sercu mojem wątpliwości, lecz zawsze w ostatniej chwili zabrakło mi na to odwagi dowiedzieć się, żem stracił jej miłość. Toby było okropnem, lepiej już wieki całe przeżyć w dręczącej niepewności, byle się tylko łudzić jeszcze. Wolałem więc znosić z rezygnacją obojętność, drobne upokorzenia, rażące przycinki i uwagi, widok nawet poufałego obejścia markiza z Lodzią, byle tylko łudzić się, że to sen zwodniczy, z którego przebudziwszy, się, znajdę ją jak przedtem w objęciach moich.
Ileż to razy wzdrygałem się mimowolnie, słysząc uwagi pani Bąbalińskiej, która wskazując na swą córkę idącą z markizem, mówiła zwracając się do mnie:
— Patrz Janie, co za piękna para, jakby stworzeni dla siebie, on brunet, ona blondyna.
Chciałem to uważać za żart delikatny, ale pani Bąbalińska, była to osoba, tak subtelnych uczuć, że nie można ją było żadną miarą o niedelikatne żarty posądzić.
Wrzałem więc tylko wewnętrznie, ale znosiłem wszystko w biernem milczeniu, bojąc się przyspieszyć niewczesną porywczością smutne dla siebie rozwiązanie. Jak spadający z jakiego gmachu człowiek czepia się z zaciętością każdego gzymsa, każdej framugi, o którą tylko ręką lub nogą zahaczyć się może, walczy do ostatka z rozpaczą o życie i choć widzi, że mu to nic nie pomoże, że nareszcie upaść i rozbić się musi, przecież chce na jedną chwilę przedłużyć jeszcze swoją męczarnię, spodziewając się cudu, tak ja strącony z gmachu własnego szczęścia, starałem się czepiać najwątlejszego oparcia, byle tylko odwlec jeszcze chwilę ostatecznego upadku. Szczęściem, że w takiem położeniu słabym charakterom sam los przychodzi w pomoc, krusząc pod ich nogami ostatnią cegiełkę, na której się wspierają.
Jednego dnia przyniosłem ukochanej Lodzi bukiet rzadkich, jak na tę porę roku przecudownych, różowych kamelji. Sama Lodzia była zachwycona tym darem i podziękowała mi zań swoim uroczym, oddawna przezemnie niewidzianym uśmiechem.
Byłem sowicie wynagrodzonym za podjęte trudy w wyszukaniu i kupieniu tych kwiatów; kwiaty moje spoczęły na jej piersiach a ja mogłem tylko zazdrościć ich losu.
Niezadługo swoim zwyczajem nadeszli Santa Florez z Kuryszkinem.
— Co za prześliczne kamelje! — zawołał Santa Florez zbliżając się do Lodzi — jakże pani zachwycająco z niemi wyglądasz, obie strony zdają się tu wygrywać nieporównanie: kwiaty żywią się blaskiem, jaki na nie piękność pani rzuca, a same dają swe barwy dla podwyższenia wdzięku swej królowej!
— To dar pana Stożka — przerwała zapłoniona Lodzia.
— Doprawdy? powinszować panu dobrego gustu! — mówił zwracając się do mnie i dodając ze znaczącym uśmiechem:
— Pan umiesz wyszukiwać piękne kwiaty, można panu pozazdrościć jego szczęścia.
W tym samym tonie prowadził dalszą rozmowę z Lodzią.
— Jaki pan Stożek szczęśliwy, że jego kwiaty znalazły tak godne siebie pomieszczenie, innym możeby przyszło więdnąć gdzie zapomnianym na stronie.
— Dlaczegoż tak dziwna myśl — odparła Lodzia — ja wszystkie kwiaty zarówno cenię, jeżeli są równie piękne.
— Kiedy są kwiaty uprzywilejowane, które, oprócz piękności mają inne znaczenie dla serca, na którem spoczywają.
— Być może, ale ja takich kwiatów dotąd nie miałam.
— Ale pani jednakże przypuszcza, że one mogą mieć także nieskończenie wyższe znaczenie dla innych ludzi.
— Nie mogłabym o tem sądzić.
— Pani nie wierzysz, że jeden taki kwiat otrzymany z ukochanej ręki, może wypełnić całą egzystencję człowieka?
— Ach, przesadzasz markizie, nie znałam pana z tej wysoce sentymentalnej strony!
— Śmiej się pani do woli, ale za rycerskich czasów, kawaler otrzymawszy gałązkę kwiatu od kobiety, której już może nigdy nie miał spotkać w życiu, unosił go ze sobą w boje, jako swoje godło, dotrzymywał bierności tej czysto idealnej marze i zwiędła gałązka wraz z nim zstępowała do grobu.
— Od czasu jak Cerwantes napisał Donkiszota, zabrakło takich rycerzy.
— Donkiszot nie jest tyle śmiesznym, jakby się zdawało, prędzejbym się zgodził być podobnym jemu, niż licznej dziś czeredzie rozsądnych Sanszopanszów.
Tu markiz przypadkiem czy z intencją spojrzał na mnie.
— Ale musiałbyś pan — zaśmiała się Lodzia — wyszukać jaką Dulcyneę z Tobozo i kruszyć kopję za jej niezrównaną piękność. Prędzej panie markizie dosiądź pan rumaka, ubierz się w pancerz i szyszak i potykaj się walecznie z wszystkimi błędnymi elegantami tego wieku, którzy nie będą chcieli oddać czci poddaństwa ozłoconej przez ciebie bogini. Jakżebym to rada widzieć!
— Dobrze! ale pod jednym warunkiem. Dulcynea moja pozostała przypuśćmy, w Tobozo, i ja nie posiadam od niej żadnego daru, któregobym mógł użyć za rycerskie godło, wyruszyć zaś bez niego na wyprawę, przepisy błędnego rycerstwa nie dozwalają, pani więc raczy zastąpić ją w tak trudnej alternatywie i dać mi jedną z tych różowych kamelji, inaczej moja sława rycerska zostanie w samym zawiązku zwichniętą.
— Nie mogę dla tak błahej rzeczy — śmiejąc się odpowiedziała Lodzia — pozbawiać pana aureoli donkiszockiego bohaterstwa.
Mówiąc to, niby żartobliwie a oblana rumieńcem, wyjęła jedną z najpiękniejszych kamelji i doręczyła ją markizowi. Ten ją przypiął do fraka, a ona dodała ze śmiechem, że nic mu już nie brakuje, jak tylko być pasowanym na rycerza.
Pomyślałem sobie, że to do mnie należy pasować go na takiego i przystąpiłem do szczebioczącej pary.
— Panie markizie — wyrzekłem o ile można najzimniej, tłumiąc w sobie szalony gniew, który mną owładnął — ten kwiat psuje harmonię twego ubrania, radzę ci go odpiąć.
— Zanadto pan troskliwy jesteś odparł markiz — przebacz, że się nie zastosuję do jego rady.
Lodzia rzuciła na mnie gromiącym wzrokiem za moją śmiałość. Ale ja ciągnąłem dalej:
— Jeżeli pan nie chcesz usłuchać mej rady, to może się przychylisz do mojej pokornej prośby, którą zanoszę, byś mi raczył zwrócić tę kamelję.
— Kwiat ten dostałem od pani, i nikomu innemu oddać go nie mogę.
— Ale gdybym ja bardzo nalegał...
— Tobyś mnie pan przymusił do powiedzenia, że ze śmieszną występujesz propozycją.
Tu krew cała zawrzała we mnie, nie mogłem się już dłużej ani chwili opanować, poskoczyłem do markiza z szybkością błyskawicy, wyrwałem mu gwałtem kamelję z dziurki od fraka i w okamgnieniu z zajadłością zdeptałem ją pod nogami.
Markiz wówczas zbladł okropnie widocznie z gniewu. Lecz nie tracąc przytomności rzekł do mnie:
— Żałuję, że obecność pań nie pozwala mi odpowiedzieć panu jakby należało ale spotkamy się później.
Porwał za kapelusz, skłonił się z wdziękiem damom i wybiegł za drzwi.
Po odejściu markiza, za którym zaraz i Kuryszkin cichaczem się wyniósł, zostałem sam na sam z państwem Bąbalińskimi i ich córką. Nastąpiła chwila głębokiego uroczystego milczenia, jakby każdy ze świadków tej dramatycznej sceny skamieniał pod wrażeniem dopiero co dokonanej zbrodni.
Pan Bąbaliński został jak wryty w tej samej postawie ze skrzyżowanemi na brzuchu rękami, z osłupiałem wzrokiem, z otwartemi na oścież ustami, z których przecież żaden głos przecisnąć się nie mógł. Pani osunięta na poręcz fotelu, zasłoniła twarz swoją obu rękami, jakby odegnać chciała z przed oczu swoich prześladującą ją marę świętokradzkiego widoku.
Panna Leokadja mierzyła mnie wzrokiem iskrzącym się od gniewu, a twarz jej malowała tyle nieubłaganéj zaciętości i wewnętrznego wzburzenia, że nie mogłem w tych zmienionych rysach poznać mojej łagodnej, anielskiej uśmiechniętej Lodzi.
Ja sam dziwiłem się mojej poprzedniej energii i śmiałości i w milczeniu oczekiwałem, co z tego będzie. Byłem przygotowany na burzę żalów, wymówek i gniewów ale oczekiwania moje stokroć przewyższone zostały.
Pierwsza pani Bąbalińska przerwała ogólną naprężoną ciszę.
Quelle afreuse brutalité — wyrzuciła nareszcie z uciśnionej piersi w kształt chrapliwego okrzyku — c’est indigne! taka zniewaga w naszym domu,... potomek Cyda, mężu, co to za wstyd dla nas! O moje biedne nerwy...
— Ale proszę pani... — usiłowałem przerwać.
— Milcz pan... nie rozdrażniaj mnie jeszcze swojemi usprawiedliwieniami, ja nawet głosu pańskiego nie mogę znieść w tej chwili, a pan chcesz naumyślnie dokuczać.
— Pan Stożek — odezwała się dobitnie panna Leokadja — zdemaskował się nareszcie ze swoim prawdziwym charakterem, spodziewałam się tego czy prędziej czy później. Znieważać kobiety wykonanym w ich obecności karczemnym napadem, korzystać z położenia, że kto inny nie będzie mógł odeprzeć takiej napaści, ze względów wyższej szlachetności, to czyn godny takiego bohatera...
— Najdroższa Lodziu, pozwól sobie powiedzieć...
— Proszę mnie tak nie nazywać — przerwała prostując się z dumą królowej — po tem co zaszło, podobna poufałość uwłaczać mi tylko może.
— Ale ja mam do tego prawo — wykrzyknąłem — nadaje mi je nasza dwuletnia miłość.
— A kto panu pozwolił przesądzać o mojej dla niego miłości?
— Jakto? Nie świadczy o tem cała nasza przeszłość, obopólne wyznania, wzajemna czułość, czyż nie zasłużyłem sobie na tę miłość najgorętszem uczuciem, jakie może żywić pierś człowieka, nie byliżeśmy narzeczeni wobec Boga i ludzi?
— Kiedy mnie pan zniewalasz do tego, to muszę mu wyznać, żem go nigdy prawdziwie nie kochała, pańskie przechwałki każą mi nawet gorzko żałować teraz, żem ulegała niejakim złudzeniom co do jego osoby i widząc jego szaloną miłość, chciałam się dla niego poświęcić, ale raz jeszcze powtarzam, żem pana nie kochała i nie kocham, a teraz nawet poznawszy jego nizką naturę, czuję tylko dla niego przynależną pogardę.
Te ostatnie słowa wypowiedziała panna Leokadia z jak największym przyciskiem.
Pierwszy to raz w życiu mojem rzucono mi w oczy wyrazem pogardy, lecz słowo to wyszło z ust kobiety, kobiety którą jeszcze całą siłą pierwszej miłości kochałem, nie zwróciłem więc na nie uwagi, a tylko cały pogrążony w boleści, jaką mi sprawiło dopiero co usłyszane wyznanie: że ona mnie nigdy nie kochała, wykrzyknąłem z całą goryczą przepełniającą me serce:
— Więc to wszystko było kłamstwo! Czarowne uśmiechy i tkliwe spojrzenia, namiętne wyznania, serdeczne rozmowy, gorące uściski i łzy pożegnalne były komedją tylko, a ja byłem tyle naiwnym, że wierzyłem, kochałem i jak dziecko na fałszywem sercu kobiety oparłem całą przyszłość, całe szczęście moje, nie wiedząc, że jak dziecko stawiam tylko liche z kart pałace, które za lada kaprysem w okamgnieniu runąć mogą!
— Lodziu! zakazuję ci odpowiadać temu człowiekowi — wtrąciła pani Bąbalińska — on gotów ci powiedzieć jeszcze jakie grubiaństwo!
W tej samej chwili zbliżył się do mnie w majestatycznej postawie sam pan Bąbaliński, uznając za potrzebną swoją interwencję.
— Rozkazuję panu — zaczął podniesionym głosem — zakończyć tę dziką awanturę.
— To jest też moim zamiarem — odparłem zimno.
— Spodziewam się — ciągnął dalej — że pan natychmiast opuści nasz dom i uwolnisz nas raz na zawsze od swojej obecności. Inaczej! — podniósł głos rozpalając się coraz bardziej — będę zmuszonym zawołać kelnerów, bo postępowanie pańskie jest, jak dobrze powiedziała moja córka, godnem pogardy!!
Słysząc taką zniewagę z ust mężczyzny, odszedłem zupełnie od zmysłów i... (wstyd mi to wyznać łaskawi czytelnicy, ale nie mogę tego w opowiadaniu pominąć milczeniem) wpół nieprzytomny, nie wiedząc co robię, podniosłem dłoń i... pomściłem się czynnie doznanej urazy...
Opamiętałem się dopiero, słysząc krzyk kobiet. Naraz stanęła mi przed oczyma cała szkarada mojego postępku, gniew mój przemienił się w obrzydzenie dla samego siebie, w głębokie uczucie żalu, pomięszania i wstydu...
Łzy mi się prawie gwałtem cisnęły do oczu, ale opamiętanie przyszło za późno...
Zmięszany więc i zupełnie bezprzytomny, rażony widokiem pana Bąbalińskiego, który stanął jak przykuty do ziemi, chciałem się tylko wyrwać jak najprędzej z miejsca tej fatalnej sceny, do drzwi było mi już za daleko w mojej niecierpliwości, korzystając więc, że stałem przed oknem wychodzącem na ogród, rzuciłem się w nie nie myśląc ani na chwili i wyskoczyłem.
Upadłem na miękką ziemię i nie zrobiłem sobie wielkiej szkody, lekko się tylko potłukłem lecz nie czując w tej chwili wcale fizycznego bólu, szybko się porwałem i zacząłem uciekać na oślep jak Orest przez Furje ścigany.
Dobrze, że to był późny wieczór i że nikt mnie w tym stanie uciekającego nie widział, bo powalany ziemią, bez kapelusza, z włosem w nieładzie i obłąkanym wzrokiem musiałem mieć wszystkie pozory zbiegłego zbrodniarza.
Dobiegłem bezwiednie w góry, nie chcąc za żadną cenę powracać do mego mieszkania, znajdującego się w tym samym hotelu.
Długo nie mogłem uporządkować moich wrażeń i myśli.
Czekająca mnie honorowa rozprawa z markizem, bezsercowe oświadczenie Lodzi, nadewszystko ów nieszczęsny wybuch — wszystko to bez ładu i składu plątało mi się po głowie.
— Ona mnie nigdy nie kochała! — powtarzałem sobie z rozpaczą — markiza zabiję! Ale cóż mi potem? kiedy jej miłość była tylko igraszką, kiedy ona, u której widziałem ideał prawdy i wzniosłych uczuć, jest kobietą fałszywą, bez serca. Wolę raczej zginąć... Potępiłem sam siebie swoim niegodnym czynem i usprawiedliwiłem niesłuszne dotąd zarzuty. Czyż mogę żyć bez niej, mogęż się wyrzec tego uczucia, które stanowiło całe szczęście moje... może ona nieprawdę mówiła, że mnie nie kocha uniesiona chwilowym porywem gniewu, w każdym razie straciłem ją na zawsze.
W ten sposób przemajaczyłem noc całą, błądząc po dzikich manowcach i drapiąc się po skałach na złamanie karku.
Podobna wędrówka przynosiła mi niejaką ulgę. Nad ranem zacząłem się jaśniej zastanawiać nad mojem położeniem. Nasamprzód potrzeba było przygotować się na nieuchronne wyzwanie markiza i pomyśleć o sposobach przeprowadzenia tego pojedynku. Na samym wstępie nastręczała się olbrzymia trudność, nie miałem bowiem nikogo znajomego w Baden-Baden i napróżno łamałem sobie głowę, kogoby użyć za sekundanta.
— Co ja zrobię nieszczęśliwy — rozpaczałem — przecież pierwszemu lepszemu z ulicy nie mogę powierzyć tak ważnej sprawy.
Z pierwszym brzaskiem, korzystając z tego, że wszyscy śpią w najlepsze, powróciłem do hotelu. Zająłem się natychmiast spakowaniem moich rzeczy, rozbudzeniem służby i zapłaceniem rachunku, żeby się czemprędzej wynieść z pod tego dachu, który był dla mnie tyle fatalnym. Sama bowiem myśl częstszego spotykania państwa Bąbalińskich, po tem co zaszło, przejmowała mnie dreszczem.
Przeniosłem się prawie na drugą stronę Baden-Baden do najodleglejszego, ile można było hotelu, pozostawiwszy swój nowy adres u portjera dla wiadomości markiza i Kuryszkina, który jak mniemałem zgłosi się pewnie w charakterze sekundanta Santa Floreza.
Dokonawszy tego pierwszego przedsięwzięcia, uczułem się nieco spokojniejszym. Ale ta spokojność moja nie była do pozazdroszczenia, uspokojenie to bowiem było tylko raczej powierzchowne i zewnętrzne, co się zaś działo w głębi mojej duszy, z tegoby mi z trudnością przyszło zdać sprawę. Proszę się bowiem wstawić w położenie człowieka, który jednego dnia naraz ściągnął na siebie pojedynek z przeciwnikiem, wystrzeliwującym asy za każdym razem, nie mając na domiar złego swojego sekundanta, który dowiedział się, że miłość ubóstwianej kobiety była tylko urojeniem i który — co najgorsza — znieważył ojca swej panny — postępek rzucający brzydkie światło na jego osobisty charakter.
Na tym ostatnim punkcie szczególniej nie mogłem się uspokoić, czując głęboko plamę, jaką na siebie ściągnąłem. W zgryźliwych pogrążony myślach wyszedłem na miasto, przygotowany zaczepić pierwszego lepszego człowieka, którego postawa będzie wzbudzać moje zaufanie, zwierzyć mu się z swoim kłopotem i prosić go o przyjacielską usługę.
Szczęśliwy traf chciał, że wkrótce po wyjściu wpadłem na idącego Kuryszkina. Ten przystąpił do mnie, przywitał się i zaczął mówić ze mną najspokojniej w świecie o obojętnych rzeczach. Ja sam skierowałem rozmowę na przedmiot wczorajszego zajścia i zapytałem się go od niechcenia czy przychodzi urzędownie z misją od markiza.
— Nie! — odpowiedział — markiz powierzył zdaje mi się tę delikatną sprawę, jednemu z swych rodaków, pułkownikowi wojsk hiszpańskich.
— Więc pan nie jesteś zaangażowanym! — wykrzyknąłem mimowolnie z radością.
— Nie! — odpowiedział — z zasady nie lubię się mieszać do pojedynków, które są w oczach moich wielkim nonsensem.
Tu radość moja ustąpiła miejsca zwątpieniu.
— Ale pan przyznasz — zacząłem znowu — że są wyjątkowe położenia, w których podjęcie podobnego obowiązku jest czynem prawdziwie szlachetnym, a zarazem niejako koniecznością honorową.
— Zapewne — odpowiedział — w wyjątkowych położeniach robi się często ustępstwo od swych zasad.
— Pan mnie nie potępiasz za mój krok wczorajszy?
— Tłumaczę go sobie naturalnem uczuciem zazdrości.
— Ale pan nie wiesz wszystkiego... i tu skreśliłem Kuryszkinowi w żywych barwach cały mój poprzedni stosunek do Lodzi.
Kuryszkin wysłuchał w milczeniu i rzekł:
— Wyznać muszę, że w takim razie pański krok był zupełnie uzasadnionym, szkoda tylko, że Santa Florez nie wiedział, jak rzeczy stoją, nie byłby sobie pozwolił nawet tak niewinnych żartów, nadto jest szlachetny i dobrze wychowany, żeby mógł chcieć przeszkadzać panu, znając jego stanowisko w tym domu jako narzeczonego, ale tak, gdy złe już się stało i nie jest do odmienienia, trzeba tylko oskarżać o nie fatalizm. Żaden z obu panów nic nie zawinił w tej sprawie.
Wtedy wyjawiłem mu mój kłopot i prosiłem, żeby przez wzgląd na moje nieszczęśliwe położenie zechciał być moim sekundantem.
Kuryszkin długo się wzdrygał, stawiał mi rozmaite zarzuty, że to nie wypada przy jego stosunku do markiza, że tenże może mu to wziąć za złe, że wreszcie ja sam nie będę mógł mieć do niego dostatecznego zaufania, ale rozbrojony mojemi prośbami, naleganiami, przekonany o niemożliwości powierzania obcemu tak ważnej sprawy, uległ wreszcie i obiecał mi swoją pomoc.
Uszczęśliwiony, padłem w objęcia szlachetnego nihilisty, oceniając jak należy, to jego prawdziwe poświęcenie.
Żeby się zastosować skrupulatnie do wszystkich przepisów honorowego regulaminu, Kuryszkin potrzebował wynieść się z mieszkania, które wspólnie z Santa Florezem zajmował. Wynająłem mu więc natychmiast pomieszkanie w moim nowym hotelu, szczęśliwy, że w tak ciężkiej chwili będę miał towarzystwo i rozrywkę. Przez cały ten dzień Santa Florez nie dał żadnego znaku o sobie.
Dopiero nazajutrz o godzinie 12-tej w południe zjawił się u mnie kawaler de Braavedra, pułkownik wojsk hiszpańskich, w którym po minie zaraz można było poznać wojskowego.
Postaci ponurej i surowej, ale nie rubasznej, wyglądał z twarzy na zaciętego i nieugiętego człowieka, ale zarazem przyzwoitego i honorowego. Imponowała mi ta jego fizjognomia ogorzała i marsowa, jego wzrok ponury i czarne faworyty.
Wypełnił z godnością swoje zlecenie, a ja odesłałem go na dalszą rozmowę do Kuryszkina.
W godzinę potem przyszedł Kuryszkin zdać mi sprawę z toczących się układów.
Od niego dowiedziałem się, że Santa Florez został obznajomionym ze zniewagą pana Bąbalińskiego (nie mogłem pomiarkować, czy w całej doniosłości) i że poszukuje nietylko osobistej obrazy, ale zarazem krzywdy honoru pana Bąbalińskiego i dlatego stawia bardzo ostre warunki.
Pojedynek na pistolety o trzy kroki; z pistoletów jeden nabity prochem i kulą, drugi tylko prochem, wybór losem przez wyciągnienie z chustki, komu się dostanie pistolet nabity kulą, ten drugiego zabije.
Kuryszkin dodał, że próżno robił uwagę nad barbarzyństwem podobnego pojedynku, bo sekundant strony przeciwnej nie chciał o niczem innem słyszeć. W końcu zapytał mnie, czy przyjmuję podobne warunki.
Przyznam się, że przykra to była alternatywa zdecydować się na taką rozprawę, z której koniecznie trzeba było wyjść zabójcą lub trupem, ale rozdrażnienie moje ówczesne, niesmak do życia, i nareszcie pojęcie honoru nie dozwalały mi się ani chwilę nad tą propozycją zastanowić.
Z góry przystałem na wszystko, prosząc tylko usilnie Kuryszkina, żeby jak najprędzej ułożył się o czas i miejsce i rzecz całą starał się jak najprędzej załatwić.
Kuryszkin na moje żądanie jeszcze tego samego dnia widział się z kawalerem de Braavedra i przyniósł mi pomyślną odpowiedź, że wszystko da się ukończyć następnej nocy w jednej dzikiej kotlinie w pobliskich górach.
— Naumyślnie — mówił mi — wybraliśmy noc jako najstosowniejszą porę, w której nam nikt nie przeszkodzi, miejsce jest dosyć bliskie, więc będzie można udać się pieszo dla niewzbudzenia podejrzeń. Każdy z was będzie miał przy sobie kartkę, w której wyrazi, że sobie życie dobrowolnie odbiera. Tym sposobem zasłoni się zwycięskiego przeciwnika i sekundantów, na których ogromna odpowiedzialność spada.
Podziękowałem za jego trudy i opiekę i uściskałem serdecznie poczciwego nihilistę, który się tyle dla mnie naraził.
Pomimo, że nie byłem tchórzem i nieraz już zbliska zaglądałem w oczy śmierci podczas mojej partyzanckiej wyprawy, przecież ostatnie godziny oddzielające mnie od tego fatalnego pojedynku, upływały w spotęgowanem rozdrażnieniu, gorączce i niepokoju.
Napróżno starałem wmówić w siebie pogardę życia, napróżno usiłowałem przeciwstawić własnej słabości rozpacz, miotającą mojem sercem, wzmocnić moją odwagę obrazem zburzonego szczęścia i wytłumaczyć sobie, że nie mam poco żyć dłużej w świecie, kiedy mnie ona kochać przestała, — zawsze ohydne widmo śmierci nie dawało spokoju mojej spłoszonej wyobraźni.
Dobrze to jest być odważnym w chwili niezwykłego podniecenia i zapału, wobec spodziewanej aureoli bohatersko-męczeńskiej, wobec tłumu rozentuzjazmowanych i współczujących widzów, łatwiej wtedy z wdziękiem odgrywać tragiczną finalną scenę życia i drapować się w cezarowską togę spokoju, oczekując nagrody w ogólnym poklasku:
— Jakże pięknie, jak bohatersko umiera!
Ale wyczekiwać zbliżającej się katastrofy w kąciku swego pokoju bez świadków, przed którymi trzebaby było pozować, to rzecz zupełnie inna, pomimo najoczywistszych powodów do wzgardzenia marną egzystencją, czuje się przecież niejaki wstręt do uzyskania ostatecznego spokoju i ciszy dla rozdartego boleścią serca.
Szczęśliwi, którzy w podobnie stanowczych razach mają przynajmniej o kim myśleć i mogą zabić czas, pisząc arkuszowe, patetyczne listy do kochanki lub rodziny, zaczynające się od słów: „Kiedy otrzymasz to pismo, serce moje na wieki bić przestanie“, albo też: „Najdrożsi! Przebaczcie, żem rozporządził się życiem, które do was należało, ale wymagania honoru i t. d.“.
Nic tak nie uspakaja, jak podobne próbki przedśmiertnego stylu, ale ja niestety nie miałem już do kogo pisać i musiałem się chwycić innego, więcej trywialnego środka. Oto za zbliżeniem się decydującej nocy, kazałem przynieść sobie butelkę starej Madery i chodząc po pokoju, od czasu do czasu wychylałem niewielką lampeczkę.
Starą Maderę mogę sumiennie polecić każdemu, komu w chwili śmiertelnej rozprawy zabraknie rycerskiego animuszu. Na mnie bowiem ona sprawia pożądany skutek, rozpędzając wszystkie czarne widma i dozwalając mi nawet zapomnieć o dokuczliwej myśli bliższego związku państwa Bąbalińskich z markizem, który z podjęcia przez tegoż obrazy pana Bąbalińskiego, z łatwością dał się wywnioskować.
Z dźwiękiem dwunastej godziny przybył do mnie Kuryszkin z pudełkiem pistoletów w ręku, zawiadamiając mnie, że czas już wyruszyć.
Wyszliśmy niebawem i udaliśmy się w góry do wiadomego Kuryszkinowi miejsca.
Noc była jasna, pogodna, cicha, usposabiająca raczej do rozkosznych marzeń, słodkich wzruszeń miłości, albo serdecznej, przyjacielskiej rozmowy, aniżeli do krwawego czynu, którego miała być za chwilę świadkiem.
Balsamiczna woń jodeł unosiła się w powietrzu, łagodna jasność księżyca rozsiewała urok niewysłowiony na całą malowniczą okolicę, pagórki i doliny, lasy i błonia tonęły niezakłóconym spokojem i tylko ściekające ze skał strumyki szemrały z cicha, że się toczyć muszą w świat daleki, ku nieznanym ujściom...
— Jakże piękny ten światek — myślałem sobie — postępując zwolna za moim towarzyszem — a jakże rzadko przecież miewamy oczy otwarte na jego piękność! Przechodzimy przez życie, goniąc dzikie mary naszej fantazji, wmawiając w siebie przesyt, zwątpienie i niezmierzone boleści, złorzecząc losowi, który nie urzeczywistnił wszystkich szalonych zachceń i nie zwracamy uwagi, że wkoło nas panuje spokój i harmonja, których uczestnikami od nas być zależało.
W ten sposób filozofowałem przez drogę i byłoby może udało mi się postawić jaki nowy, filozoficzny systemat, gdyby przybycie na oznaczone miejsce nie było zawiesiło moich dalszych rozumowań.
Stanęliśmy w głębi parowu na niewielkiej płaszczyźnie, zamkniętej w około ścianami skał, najeżonych gąszczem drzew iglastych! Był to niejako rodzaj studni olbrzymiej, wydrążonej w skale ręką natury, na dnie której stojąc, nic widać nie było prócz małego kawałka błękitu niebios i ukośnego pasma przedzierających się księżycowych promieni.
Miejsce było tak dzikie, że mnie mimowolny dreszcz przejął. Pochwaliłem wszelako dobry wybór, jako najstosowniejszy dla naszego spotkania.
Za chwilę dał się słyszeć odgłos kroków i Santa Florez z swym sekundantem stanęli w parowie.
Santa Florez ujrzawszy nas, skłonił się bardzo grzecznie i wyrzucił z ust dopalające się cygaro.
W całej jego postawie znać było tyle naturalnej swobody, tyle krwi zimnej i prawdziwego spokoju, że pozazdrościłem mu w głębi duszy tego usposobienia i powziąłem odrazu wysokie przekonanie o jego charakterze.
Nie było w nim bowiem nic tej junakerji i tej przesadnej fanfaronady, którą pospolici dueliści chcą pokryć wewnętrzną trwogę, a zarazem zaimponować nią przeciwnikowi; markiz wyglądał ni mniej ni więcej tylko tak, jak zawsze i zdawało się, że przyszedł tu na zwykłą przechadzkę dla własnej przyjemności.
Gniewała mnie ta jego zimna krew, którą górował nademną i w duszy mojej zbudziło się tem głębsze uczucie nienawiści dla człowieka, który wydarł mi serce Lodzi.
Być zmuszonym do uznania we własnem przekonaniu wyższości szczęśliwego rywala, jest rzeczą nadto nieznośną dla upokorzonej miłości własnej, aby nie zapragnąć w tej chwili krwi jego do ugaszenia żywionej zawiści.
Tymczasem Kuryszkin z Braavedrą oddalili się o kilka kroków dla nabicia pistoletów.
Po dokonaniu tej czynności Kuryszkin dla formy jeszcze raz przemówił do nas, nakłaniając do zgody.
Markiz machnął ręką, ja również na znak, że wszelka nadzieja jest tu zbyteczną. Wtedy okryto pistolety chustką i podano mnie jako wyzwanemu do wyboru.
Drżącą ręką wyciągnąłem jeden... Drugi Kuryszkin oddał markizowi.
Ustawiono nas o trzy kroki od siebie — Braavedra zaczął komenderować.
Ja wymierzyłem prosto w pierś markiza....
Na hasło trzy pociągnąłem konwulsyjnie za cyngiel, strzał się rozległ, powtórzony przez echa gór, spojrzałem przed siebie, markiz stał ciągle nieporuszony, mierząc mi w głowę, tylko przybitka z mego naboju tliła się jeszcze na jego kamizelce.
Widocznie wyciągnąłem pistolet nabity prochem tylko.
Ta krótka chwila była tak straszną dla mnie, że wykrzyknąłem gorączkowo:
— Markizie, strzelaj prędzej!...
Markiz nic nie odpowiedział, lecz skierował w górę lufę pistoletu i wystrzelił w powietrze.
We mnie cały świat sprzecznych myśli i wrażeń przesunął się w tej chwili.
Mimowolne zadowolenie zachowawczego zmysłu, przejście niespodziewane z śmierci do życia, a zarazem upokorzenie i gniew wstrzęsły mną jednocześnie...
Mimo strasznych wzruszeń, które przebyłem, trwogi, której doznałem, rozkoszy, z którą powitałem powrócone życie, nie mogłem przenieść na sobie, aby przyjąć to życie jako jałmużnę z rąk przeciwnika.
Zacząłem się więc domagać stanowczo, aby nabito markizowi powtórnie pistolet kulą i żeby na nowo strzelał do mnie, ale już nie w powietrze.
Na to Santa Florez podszedł bliżej do mnie i rzekł:
— Szanuję drażliwość pańską, albowiem pochodzi ona z wysokich pobudek honoru, jednakowoż przyznasz pan, że nie mogę się zgodzić na popełnienie czynu, którybym sobie za proste morderstwo poczytywać musiał; pojedynek ten uważałem za konieczny dla zasłonięcia mojego honoru, lecz dowiedziawszy się, jak dalece zawiniłem, wprawdzie bezwiednie — względem pana, będąc mimowolnym sprawcą złego, które dziś już jest może nie do naprawienia, postanowiłem wziąć na siebie wszystkie złe konsekwencje koniecznej honorowej rozprawy, a w razie szczęśliwego wyjścia prosić pana o przebaczenie i przyjaźń.
Zwyciężony na każdym punkcie szlachetnością i wspaniałomyślnością tego człowieka, nie mogłem wahać się już dłużej i ulegając naciskowi tylu przebytych wrażeń, pochyliłem się na pierś markiza, ściskając serdecznie podaną mi rękę.
Byłem tak wzruszony, że słowa nie byłem w stanie przemówić.
W istocie cała ta scena była nadzwyczaj rozczulającą, nawet obecni świadkowie nie mogli pozostać obojętnymi.
Kuryszkin oddalił się o kilka kroków, a z piersi jego wydobył się rodzaj spazmatycznego śmiechu, który najlepiej świadczył o jego niezwykłem wzruszeniu.
Powróciliśmy w najlepszej harmonii do Baden-Baden, udając się na spoczynek, tyle mi potrzebny po doznanych przejściach.
W naturalnem następstwie takiego rozwiązania naszego pojedynku, odbyła się w umyśle moim wielka reakcja na korzyść markiza. Żałowałem moich poprzednich uprzedzeń i powątpiewań o jego wysoce szlachetnym charakterze, wstydziłem się nizkiej zawiści, jaka mnie zaślepiała, słowem począłem oddawać mu sprawiedliwość, a dzikie podejrzenia i niechęci zamieniły się teraz w admirację.
Porównywując bezstronnie całe postępowanie jego z mojem, musiałem mu przyznać bezwarunkowo tę prawdziwą wyższość, cechującą rzadkie wybrane postacie, wyższość, która mnie zdumiewała i przygniatała.
— Czemże ty jesteś panie Janie — wyrzucałem sobie — ze swojem nieokrzesaniem, nieznajomością świata, brakiem wykształcenia, rzeczywistej odwagi i istotnej szlachetności wobec niego, który łączy w sobie elegancję i dowcip, wykształcenie i nieustraszone męstwo! rycerskie poczucie honoru, najwyższą delikatność i rzadką wspaniałomyślność? Miała słuszność pani Bąbalińska, utrzymując, że to typ prawdziwie idealny, którego ty nie byłeś ocenić w stanie, mierząc go tylko łokciem własnej mierności.
W ten sposób w sumieniu mojem dałem markizowi zupełne zadośćuczynienie.
Nic też dziwnego, że stosunki nasze przeszły nagle na najserdeczniejszą stopę.
Bolałem wprawdzie tak jak przedtem nad niestałością Lodzi, nie mogłem wydrzeć jeszcze z serca tej, tak długo żywionej miłości i szalałem w samotnych godzinach, czując w około siebie niczem nie zapełnioną próżnię po utracie tej uroczej mary moich młodzieńczych pragnień, lecz starałem się przynajmniej wyrugować z duszy brzydkie uczucie zazdrości i pocieszać się w moim smutku pozyskaną przyjaźnią markiza.
Odtąd on i Kuryszkin stanowili moje jedyne towarzystwo; obadwaj mieli tyle taktu i delikatności, że nigdy nic nie wspomnieli przedemną o państwie Bąbalińskich, chociaż u nich prawie codziennie bywali. Poczciwy markiz widząc moją głęboką melancholię, w którą zapadłem i z której żadną miarą otrząść się nie mogłem, używał wszelkich środków, aby mnie rozerwać.
Wszystek czas, którego nie spędzał przy boku panny Leokadji, poświęcał całkowicie dla mnie. Wyjeżdżaliśmy razem konno, strzelaliśmy do celu, uczęszczaliśmy na koncerta, bale i teatralne przedstawienia, ale to wszystko nie wiele mnie zajmowało. Wszędzie i zawsze stała mi przed oczyma panna Leokadja taka, jak ją widziałem blisko dwa lata temu w borowieckim ogrodzie, drżąca, zapłoniona i z anielskim uśmiechem chyląca się w moje objęcia w chwili czarodziejskiej pierwszego wyznania, czułem jeszcze na ustach moich truciznę eterycznych pocałunków, które samą mocą wspomnienia paliły dotąd moje usta i serce; nie mogłem jej zapomnieć, nie mogłem jej nie kochać opromienionej magicznem światłem fantazji i podniesionej na piedestał tą nieskończoną potrzebą i gorącem pragnieniem miłości, która przetrwać jest w stanie przedmiot, do którego się wiąże. W chwili bowiem nawet, gdy już przestajemy uwielbiać postawione przez nas na ołtarzu bóstwo, kochamy jeszcze własne uczucie, które nas unosiło w nadziemskie światy.
Santa Florez spostrzegł wkrótce niepomyślny skutek swoich dotychczasowych usiłowań i postanowił użyć heroicznych środków. Zaproponował mi z nienacka pewnego wieczora, bym poszedł razem z nim na salę gry, której dotąd tak starannie unikałem.
— Nowość widoku — mówił — zabawi cię niezawodnie, będziesz mógł robić zajmujące studja nad postaciami graczów, mechanika gry rozśmieszy cię koniecznie, a choćbyś pograł trochę dla doznania wrażeń, nic w tem nie będzie złego, trzeba przecież wszystkiego spróbować.
Dałem się jakoś łatwo namówić może właśnie dlatego, że w tej chwili byłem jeszcze smutniejszy, niż zwykle. Zresztą jakże można opuścić Baden-Baden, nie grając ani razu i co więcej, nie widząc nawet gry?
Poszedłem więc za Santa Florezem i zaraz na wstępie w pierwszej sali zaimponował mi niezwyczajny widok. Niesłychany ścisk ludzi różnego stanu, płci i wieku okrążał wielki, podłużny stół, zasłaniając go prawie całkowicie przed memi oczyma.
Była to najróżnorodniejsza mieszanina wszelkich typów i postaci, wystrojone i zalotne kobiety, szafujące w około spojrzeniami obok trzęsących się starców, najwięksi modnisie obok wyszarzałej hołoty, orderowi panowie tuż przy świątecznie przybranych lokajach i kelnerach, piękne twarze przy ohydnych, brylanty i kwiaty tuż obok grubej odzieży wieśniaków i rzemieślników. Słowem, panowała tu jakaś nadprzyrodzona, niezrozumiała dla mnie równość towarzyska i ów zaczarowany stół wydał mi się daleko kunsztowniejszą, niwellacyjną maszyną, niż niegdyś była gilotyna.
Wszyscy tylko cisnęli się do tego zaklętego stołu, aby być jak najbliżej, jak najbliżej i wyciągali drżące ręce, rzucając sztuki złota lub srebra. Ze środka dochodziły mnie tylko jakieś kabalistyczne słowa:
Messieurs faites vos jeux! rien ne va plus!
Przedarłem się gwałtem przez tłum ludzi i ujrzałem stół pokryty zielonem suknem, na którem z jednej strony i z drugiej pełno było kartek i numerów, w środku zaś obracała się jakaś piekielna maszyna, pokryta również numerami, po której skakała wypuszczona przez jakiegoś jegomości gałka.
Na zielonem suknie, na tych numerach i kartkach pełno porozrzucanych sztuk, kupek, a nawet całych stosów złota i srebra.
Cisza panowała ogólna, nikt nie śmiał oddychać, wszyscy śledzili z natężeniem skakającą gałkę, nareszcie ta się zatrzymała i dozorca maszyny zawołał uroczyście: „Trente“! a kilku jego pomocników zaczęło długiemi grabiami zgarniać znajdujące się na stole pieniądze.
Twarze obecnych wykrzywiły się całą skalą różnych odcieni gniewu, przerażenia, smutku i rozpaczy!... Był to prawdziwie dantejski obraz, a markiz, służąc mi za Wergilego, rzekł;
— Jest to ruleta...
Duszno mi się zrobiło w tym tłumie, więc uciekłem do drugiego salonu. Tam zastałem nieco mniejszy ścisk i więcej dobrane towarzystwo.
Na zielonym stole nie było już kręcącej się maszyny, ani wypisanych numerów, tylko jakieś linie, między któremi czarne i czerwone kwadraty oznaczały dwie przeciwne szanse. Urzędnik gry czyli krupier, jak go tam nazywają, rozkładał po stole karty, wygłaszając również jakieś liczby, a obecni sypali na stół złoto i bilety bankowe. Ryło to trente et quarante.
Na razie poczułem niezmierny wstręt i obrzydzenie do tej całej szalonej zabawy, dreszcz mnie przejmował, patrząc na wytarte i zbydlęcone twarze graczów, na przedwczesną starość zwiędłych młodzików, na wściekłość i rozpacz przegrywających, słowem na wszystkie szkaradne namiętności malujące się jak najjaskrawiej na twarzach zgromadzonych.
Powoli jednak monotonny brzęk złota, widok znacznych sum wygranych, szelest licznych banknotów, przyprowadził mnie do gorączkowego stanu.
Widok znacznych sum bankowych zaczął działać na moją wyobraźnię, ślepy los, szafujący na wszystkie strony wedle kaprysu skarbami, wydał mi się potężnem bóstwem; atmosfera gry zaczęła mnie upajać i poczułem niebawem febryczne drżenie na widok złota, niepowściągnioną chętkę rzucenia się w zapasy z losem.
Sam nie wiedziałem, kiedy zacząłem stawiać, z początku z obawą i oględnością, później zaś z całą zaciekłością, nie wiedzącego o bożym świecie gracza! Sprawdziło się na mnie przysłowie: „Kto nieszczęśliwy w miłości, ten szczęśliwy w grze“, bo zacząłem wygrywać i wygrywać bez końca.
Fortuna jakby się uwzięła iść ślad w ślad za mną; gdziem tylko postawił, tam na pewne przechylała się szala zwycięstwa. Gdybym umiał był korzystać ze szczęścia, nie wiem, do jak ogromnych sum mógłbym był przyjść przy końcu, lecz że byłem zupełnym w grze nowicjuszem, bawiłem się tylko mojem szalonem szczęściem, upajając się grą coraz bardziej.
Napróżno markiz, który już dawno swoją grę zakończył, przypominał mi po kilka razy, że już czas odejść, nie mogłem się żadną miarą oderwać od czarodziejskiego stołu, i dopiero z jedenastą godziną zakończenie gry położyło tamę mojemu zapomnieniu.
Obliczyłem moją wygraną; wynosiła ona blisko dziesięć tysięcy franków. Z dumą tryumfatora odszedłem z markizem z salonów gry, myśląc sobie po cichu, że taka walka z losem ma w sobie coś poetycznego.
Wygrana suma wprawiła mnie w różowy humor, spoglądałem z pobłażliwością na wstrętny mi dotąd obraz lekkomyślnego towarzystwa i zajadając w kursalu z markizem ulubione mi potrawy, jako to: turbot sos au homard, supréme de volaille i benignes de péche, zroszone doskonałym Clos-Vougeot z r. 1833, burgundem par excellence, znajdowałem, że życie wcale jest przyjemnem, jeżeli się go tylko używać potrafi.
W ciągu następnych dni wynająłem sobie kabrjolet, wierzchowca, odświeżyłem całą garderobę i zacząłem żyć wcale przyzwoicie. Przybrałem ton lekkceważący wszystkich i wszystko, sypałem pieniądzmi naokoło siebie, zaczęto też zwracać na mnie powszechną uwagę.
Ładne kobietki wybierały dla mnie ze swego arsenału najpiękniejsze uśmiechy i spojrzenia, służba w restauracji kursalowej i w salonach gry była dla mnie z największą czołobitnością, a tłum biedniejszych graczów rozstępował się przedemną z uszanowaniem, gdy przychodziłem do gry zasiadać na podanem mi przez lokaja krześle.
Tak grałem czas niejaki z rozmaitem szczęściem, żyjąc po pańsku i niczego sobie nie odmawiając. Powoli zaczął ustępować z oczu moich obraz panny Leokadji, a miejsce jego zajęły numera, stosy biletów bankowych i sakramentalne słowa: Rouge gagne el couleur!
Czasami pędząc rozparty w kabrjolecie, spotykałem całą rodzinę państwa Bąbalińskich i z ironią rzucałem wzrokiem na toalety a la Benoiton, któremi się damy odznaczały. Zdziwiłem się, że markiz, człowiek z tak wykształconym smakiem, podobnie im się pozwala ubierać. Dowiedziałem się bowiem z boku, że markiz urzędownie się już oświadczył o rękę Lodzi i że został bezwarunkowo przyjętym.
Miłość moja do panny Leokadji ostygła tymczasem zupełnie, mimo to jednak czułem ogromną pustkę w życiu bez tej miłości. Pragnąłem kochać namiętnie i być również namiętnie kochanym, bo któż nie pragnie tego w dwudziestym siódmym roku swego życia? Każda napotkana piękniejsza kobieta, budziła we mnie szalone pragnienie, chciałem ją zaraz poznać, błagać o jej miłość, wydrzeć mężowi lub rodzinie i zawieść choćby na koniec świata, byle tylko znaleść dla siebie jakie gwałtowne, ogniste uczucie, w którego płomieniach jak salamandra żyć chciałem.
Budowałem w wyobraźni mojej najnieprawdopodobniejsze romanse i szukałem napróżno tej, któraby mi odpowiedziała nurtującym mnie żądaniom i z okrzykiem:
— Jam twoja! — rzuciła się w moje objęcia.
W tym stanie duszy, któryby psychologicznie można nazwać rabia amorosa, ujrzałem jadąc konno z Santa Florezem aleją Lichtenthala, niewidzianą dotąd przecudowną brunetkę, która w powozie szybko przemknęła przed naszemi oczyma.
Zauważyłem, że markiz jej się ukłonił, a ona odpowiedziała prześlicznym uśmiechem i lekkiem poruszeniem wachlarza.
— Kto to taki? — zapytałem, niecierpliwie drżąc z tajemnego wzruszenia.
— Jestto moja daleka kuzynka, wdowa po ambasadorze przy rzeczypospolitej Uraguay — otrzymałem w odpowiedzi.
— Co za czarująca kobieta! — westchnąłem głośno.
— Bawi tu dopiero od kilku dni w Baden-Baden i nie miałem dotąd czasu jej odwiedzić, ale myślę być dziś właśnie u niej przed wieczorem; jeżeli zechcesz pójść ze mną, to cię mogę jej przedstawić.
Zataiłem szaloną radość, jaką mi ta propozycja markiza sprawiła, i odrzekłem z udaną obojętnością:
— Będę korzystał z twojej grzeczności, kochany markizie, bo chciałbym choć trochę poznać się z tutejszem towarzystwem.
— Tylko strzeż się — odparł tenże, śmiejąc się — żeby ci moja kuzynka nie zawróciła głowy, a ona lubi igrać z miłością swoich adoratorów, wie, że jest piękną i każe się uwielbiać.
— Będę ostrożnym, wyrzekłem, rumieniąc się.
Na tem zakończyła się nasza rozmowa i powróciliśmy z przejażdżki.
Nad wieczorem ubrany jak najstaranniej, pospieszyłem z markizem do willi, zajmowanej przez panią Sydonię de Ponteir.
Zaanonsowani przez służbę, weszliśmy do gustownie urządzonego buduaru, gdzie pani domu spoczywała w pół leżącej pozie na miękkiej otomance, trzymając w różowych paluszkach zbytkownie oprawioną książkę.
Z naszem wejściem podniosła się lekko — wdzięcznym ukłonem witając nowych gości.
Rzuciła na mnie badawczym wzrokiem, gdy tymczasem markiz, ściskając jej rączkę, prezentował mnie jako swego dobrego przyjaciela i wzorowego gentlemana polskiego.
Zmięszany i zapłoniony cały (nie mogłem bowiem pomimo wszelkich usiłowań pokazania się o ile można najwięcej effronté pozbyć się dotąd wrodzonej mi nieśmiałości) zdołałem zaledwie wyjąkać przy ukłonie kilka słów niezrozumiałych. Cała dusza moja skupiła się na teraz w moim wzroku; pożerałem oczyma te powabne kształty, które przybierały w lekko rzuconej i pełnej elegancji pozie niezrównaną miękkość i harmonię linij i posągową plastyczność rozkosznych wygięć, których sam widok upajał i przejmował tajemniczym dreszczem żądz i przeczuć.
Zdawało mi się, że widzę poraz pierwszy kobietę, godną namiętnej miłości w całem znaczeniu tego słowa. Brunetka, blada na twarzy, ale tą bladością przeświecających różowawych alabastrów, miała czoło idealnej piękności; rysy twarzy jakby rzeźbione najdelikatniejszem dłutem starożytnego mistrza, łączyły w sobie wzorową czystość linji greckich ideałów z lubieżnym wdziękiem zmysłowego wschodu i przybierały wyraz dziecięcej prawie pustoty i żywości.
Oczy jej ciemne, jakby przez gazową zasłonę rzucały odblask wewnętrznego pożaru, odsłaniając w tym przelotnym blasku jakąś niezmierzoną głębię, w której można było zmysłami, sercem i duszą utonąć. Jej karminowe dziecięce usteczka, na których igrał, zda się, niewinny, a budzący namiętne pragnienia uśmiech, żywo odbijały od bladości jej twarzy, przyrzekając niewysłowione rozkosze temu, kogo ta kobieta pokocha. Krucze jej włosy, zaczesane a l’antique, falowały w niewielkich odstępach na jej głowie, jakby wygięte lekkiego wietrzyka podmuchem.
Nieco może za nizka, ale i ten słaby, prawie niedostrzeżony błąd, w proporcji dodawał jej jeszcze nowego uroku, zdawała się bowiem łączyć w jednej osobie wstydliwy wdzięk, rozkwitającej dziewczynki z całem bogactwem zachwycających a wykończonych form rozwiniętej kobiety. Wieku jej ani z twarzy ani z całej postaci wyczytać nie mogłem, mogła mieć tak dobrze lat 16 jak i 26.
— Kleopatra nie mogła być inną, tylko taką, jak ona — pomyślałem sobie, kończąc przegląd tych czarujących wdzięków.
Podczas gdy się zajmowałem temi spostrzeżeniami, pani Sydonia bawiąc się wachlarzem, żywo się zajmowała rozmową z markizem, a nie bez tego, żeby nie zauważyła mojej niemej admiracji, bo od czasu do czasu rzucała na mnie pytające spojrzenie, które mówiło: a co nieprawda, żem piękna!
Wkrótce ochłonąwszy z pierwszego wrażenia i ja się zdołałem przyłączyć do rozmowy. Przekonałem się niezadługo, że pani de Ponteiro posiada do najwyższego stopnia sztukę oswajania najdzikszych ludzi i wydobywania z umysłów najbardziej ciężkich iskier dowcipu i wyższego polotu.
Sam się dziwiłem, jak mi łatwo przychodziło przerzucać się z jednych przedmiotów na drugie, mówić żywo, swobodnie i dowcipnie, krasić rozmowę niezwykłą fantazją, słowem panować całkowicie nad myślą swoją i językiem. Ona wciąż wesoła i żywa, dowcipna i nieco złośliwa, śmiała się, mówiąc — pełnym, dźwięcznym, srebrzystym śmiechem, który wypełniał całą naszą rozmowę i pieścił mnie nieokreślonem uczuciem błogości.
Po godzinie rozmowy byliśmy ze sobą jak najlepsi, najdawniejsi znajomi.
— Otóż to — myślałem sobie — co to jest towarzystwo kobiety z prawdziwie wielkiego świata, jaka łatwość w obejściu, jaka znajomość życia! Od razu odgadnie ona rozumnego człowieka, potrafi go ośmielić, zbliżyć i tak go postawić, jakby już był dawnym przyjacielem. Z naszemi parafiankami można rok cały czekać, żeby odebrać odpowiedź na pierwsze lepsze pytanie, a chcieć je poznać, lub dać się im poznać to i życie całe na to nie wystarczy.
Odchodząc prosiłem panią Sydonję o pozwolenie odwiedzenia jej czasami i otrzymałem przychylną odpowiedź, zapieczętowaną uściśnieniem ręki i uśmiechem nieodgadnionej treści.
Wyszedłem zupełnie oczarowany. To co czułem do tej kobiety, nie było wprawdzie jeszcze miłością a tem mniej platoniczną, ale była to już w każdym razie budząca się namiętność, gdyż wszystkie zmysły moje zostały owładnięte czarem jej piękności. Przeczuwałem tylko, że od tej chwili mogę się stać niewolnikiem lej kobiety, otoczonej zmysłową atmosferą upajającej woni. Porównywałem ją w myśli do jednego z mych ulubionych kwiatów, do tej wonnej a narkotycznej Datura fastuosa, o której Hoffman tak prześliczną napisał fantazję.
Nie będę tu opisywał przebiegu mojej dalszej znajomości z panią de Ponteiro, bo gdybym chciał dokładnie skreślić dzieje dni kilkunastu spędzonych przy jej boku, musiałbym osobno jaki trzytomowy romans napisać.
Życie moje upływało w ciągłej gorączce, zaabsorbowane przez dwie wielkie namiętności, namiętność gry i szaloną miłość dla tej kobiety. I któżby poznał wówczas we mnie rubasznego hreczkosieja, naiwnego Jana Stożka, platonicznego kochanka panny Leokadji, lub walczącego za ojczyznę szermierza?
Nie zostało we mnie wtedy ani śladu dawnego człowieka. Samemu mnie się zdawało, że zostałem nagle jakby przemieniony w inną istotę pod wpływem fantasmagorji złota i odurzających rozkoszy.
Grałem zapamiętale nietyle dla przyjemności gry ile dla samej wygranej, bo potrzebowałem nieskończenie dużo pieniędzy zarówno dla opędzenia mych zbytkowych potrzeb, jak dla dogodzenia wszystkim kaprysom tej czarującej, a niepojętej dla mnie kobiety.
Jakże mi się bowiem ona nie miała wydawać wówczas dziwną i niezrozumiałą, kiedy nieraz na klęczkach w słodkiem upojeniu miłości błagałem ją, żeby mi powiedziała, czy chce zostać moją żoną, a ona odpowiadała mi na to szalonym wybuchem śmiechu. Gdym się chciał gniewać o to i gdym pytał o przyczynę tej niewczesnej wesołości:
— Nie pytaj o nie — mówiła — kochaj póki możesz i chcesz, nie nasza rzecz co potem będzie. Czy ci tak bardzo źle niewdzięczny! — kończyła rzucając mi się na szyję.
Naturalnie, że argumenta pocałunków były silniejszemi od wszystkich moich i tą bronią zawsze pokonany zostałem. Żyłem więc nie myśląc o pojutrze i zapominając o całym bożym świecie.
Państwo Bąbalińscy z panną Leokadją nie egzystowali już prawie dla mnie, nawet z Kuryszkinem i markizem rzadko się widywałem. Poczciwa trente et quarante dostarczała mi pieniędzy na przejażdżki, wystawne życie i kosztowne prezenta dla pani Sydonji. Lecz niestety! podobne pałace na lodzie nie długo wytrwać mogą! Jednego dnia nastąpiła konieczna katastrofa. Zgrałem się zupełnie co do grosza.
W tak smutnem położeniu, pobiegłem natychmiast do markiza z prośbą, żeby tenże wyświadczył mi przyjacielską usługę pożyczenia paru tysięcy franków. Markiz oświadczył gotowość, ale zarazem dodał, że będę musiał z jaki tydzień poczekać, bo wszystką swoją gotówkę oddał przed kilku dniami Kuryszkinowi, który szczęśliwym sposobem przegrał na słowo do jakiegoś Anglika dwadzieścia tysięcy franków i sam teraz oczekuje na mającą nadejść przesyłkę z Hiszpanji.
— Więc i do Kuryszkina nie ma po co chodzić! — wykrzyknąłem w ostatniej rozpaczy.
— Nie ma po co — potwierdził markiz, ale dodał — musimy znaleść jakiś środek, jeżeli nie możesz czekać na moje pieniądze,
— Naturalnie, że nie mogę — przerwałem.
— Otóż znam ja jednego lichwiarza, który ci pożyczy na weksel na moje poręczenie, ale to smutna ostateczność, bo cię z góry uprzedzam, że cię zedrze, lepiej więc żebyś się obywał czas niejaki.
— Prowadź mnie kochany markizie do niego. Cokolwiek przyjdzie stracić, muszę mieć pieniądze.
— A więc dobrze, ja go tymczasem wyszukam i jutro pójdziemy do niego.
— Będę ci bardzo wdzięczny.
Nazajutrz byliśmy u lichwiarza, ten się z początku wzdragał, mówiąc, że mnie nie zna, ale gdy markiz wspaniałomyślnie oświadczył, że solidarnie zaręczy za mnie, zgodził się wreszcie. Koniec końców wystawiłem weksel na ośm tysięcy franków, płatny za miesiąc, w zamian za co dostałem pięć tysięcy gotówki.
Przez wdzięczność dla markiza zmusiłem go do przyjęcia pożyczki dwóch tysięcy franków a sam przy trzech pozostałem. Jednocześnie napisałem do mojego przyjaciela zarządzającego Wulką i opiekującego się wszystkiemi memi interesami, żeby zaciągnął w imieniu i na rzecz moją dług bądź to hipoteczny, bądź wekslowy, byle tylko jak najspieszniej nadesłał mi sumę pięciu tysięcy złotych reńskich.
Tak się zabezpieczywszy uczułem się znacznie spokojniejszym i spodziewałem się, że znowu zjednam sobie łaskę fortuny. Ale los nie chciał się już stanowczo za mną oświadczyć — grałem kilka dni bez żadnego prawie rezultatu. Znudzony nie wielkiemi widokami, pomyślałam, że może zmiana miejsca wpłynie niejako na pomyślny obrót gry.
Wiedziałem, że w Homburgu kwitnie ruleta i trente et quarante w kolosalniejszych jeszcze rozmiarach niż w Baden-Baden. Postanowiłem więc tam pojechać. Przed panią Sydonią zmyśliłem ważny interes do Frankfurtu, za którym będę musiał pięć dni przesiedzieć i zajechałem potajemnie do Homburga.
Ale o rozpaczy! w jednym dniu przegrałem wszystko prócz kilkunastu guldenów na drogę i tych pięciuset franków, które miałem ostrożność pozostawić w Baden-Baden. Po takiej klęsce nie pozostawało mi nic jak powrócić najspieszniej. Zaraz więc następnego dnia wieczorem o 11-tej godzinie przybyłem do Baden-Baden w czarnych pogrążony myślach.
Było mi niezwyczajnie ciężko na sercu, bo zacząłem się zastanawiać nad mojem postępowaniem, patrząc z przerażeniem do czego mnie to doprowadzi. Nie chciałem pozostać w domu, bojąc się tego sam na sam że swojemi myślami. Potrzebowałem odurzyć się i zapomnieć.
Wybiegłem, a kroki moje zaniosły mnie niewolniczo przed prześliczny ogród otaczający willę pani de Ponteiro. Kluczem, który nosiłem przy sobie otworzyłem furtkę i jak złodziej wkradłem się do ogrodu. Noc była ciepła, nieco nawet dusząca zapach róż, tuberoz i jaśminów włoskich przesycał powietrze i oddziaływał na mnie denerwującemi wrażeniami.
Omdlewająca słodycz rozlana w atmosferze, w dziwnej zostawała sprzeczności z mojem wewnętrznem usposobieniem. Błąkałem się chwilę po ogrodzie, żeby trochę się orzeźwić i przyjść do siebie, nareszcie skierowałem moje kroki ku mieszkaniu, gdy w tem drzwi się otworzyły i wyszła zeń pani Sydonia opierająca się na ramieniu Santa Floreza.
Miałem czas rzucić się za treillage, pokryty pnącemi się Gleditschiami i Kobeami i pozostać niewidzianym przez nich. Oni skierowali się właśnie w tę część ogrodu i usiadli na ławeczce niedaleko stanowiska, które zajmowałem ukryty.
Z ukrycia mego wysłuchałem następującej rozmowy:
— Doprawdy moja droga — mówił markiz — zacząłem cię już podziwiać od czasu, gdym ci powierzył w opiekę tego parafianina, stałaś się nieprzystępną dla twych dawnych przyjaciół. Możnaby cię posądzić o jaki sentymentalny kaprys a to byłoby zabawnem!
— Byłżebyś zazdrosnym o niego?
— O zazdrości nie może być mowy między nami, wszak sam ci przyprowadziłem to niewiniątko, byś niem kierowała jak ci się spodoba, ale twa niewczesna czułość, zaczyna mnie śmieszyć i gniewać.
— Co chcesz mój drogi! Podobnie tkliwe kaprysy przychodzą same niewiadomo skąd, nie dość jest być zepsutą, bez serca i zahartowaną życiem podobnem mojemu, by się już na pewno ustrzedz uczuciowych marzeń i nierozsądnej słabości. On mnie kocha z taką naiwną wiarą dziecka, że nie mogę się oprzeć urokowi podobnie świeżych a nieznanych mi przedtem uczuć. Co powiesz, gdy ci wyznam, że żałuję nieraz iż nie jestem uczciwą kobietą, bo zdaje mi się, żebym go mogła pokochać silną, prawdziwą miłością. Lecz taka miłość właśnie z pomiędzy wszystkich innych jest zakazanym owocem dla nas.
— O! o! złe jest większe niż myślałem, zaczynasz przybierać elegijne tony! Radzę ci na serjo nie zaprzątać się więcej tym prostakiem; wyciśnięty już jak cytryna !
— Nie mówmy więc o tem, gdy cię to drażni. No a jakże twoja wieśniaczka?
— Przewyborna! znakomita! zakochana we mnie po uszy. To skarb nieoszacowany, powiadam ci cała ta familia. Próżność, głupota, parafiańszczyzna powleczona blichtrem niezgrabnego tonu beletrystycznej oświaty, ckliwego sentymentalizmu. Chciałbym poznać ten kraj, w którym podobne figury gromadnie chodzą i nikt ich na parawan nie przylepia! Ale co do mnie, robię nie zły interes zawierając to małżeństwo, mają bowiem dość znaczne pieniądze, a moje położenie staje się coraz niebezpieczniejszem.
— Ale powiedz mi jakim sposobem zdołałeś jednym zamachem pozyskać serce panny, wysadzić konkurenta i pozostać z tym ostatnim w przyjaznych stosunkach?
— Ale prawda! nie powiedziałem ci dotąd historji naszego pojedynku. Posłuchaj, a uśmiejesz się.
— Tyś się pojedynkował, ha! ha! to na serjo zaczyna być zabawnem!
— Nie śmiej się z góry, zachowaj się na koniec! Miałem ja już dawno swój wykończony planik i czekałem tylko zdarzonej sposobności, potrzebowałem koniecznie pojedynku z wielbicielem panny Leokadji, raz żeby się pokazać bohaterem w oczach panny i matki, powtóre, żeby usunąć zgrabnie wszystkie możliwe pretensje i rekryminacje tego pana Stożka. Poczciwy Symplicjusz sam mi dopomógł do tego. Chodziło mu o jedną głupią kamelję, którą dostałem od panny i przypiąłem do fraka, i był tyle niezgrabnym, że gwałtem mi ją wydarł. Miałem więc już słuszny powód do wyzwania. Nie dość tego jeszcze, zrobił po mojem odejściu awanturę z panem Bąbalińskim, którą mi panna Leokadja w przystępie czułości nazajutrz po wypadku powierzyła, tak więc miałem drugi obowiązek bronić honoru mego przyszłego teścia. Wiedziałem, że mój pan Stożek nie ma w Baden-Baden nikogo ze znajomych, któregoby mógł użyć za sekundanta, na tem więc polegały wszystkie moje nadzieje. Posłałem Kuryszkina, żeby się starał zgrabnie wkręcić na świadka pana Stożka. Rzecz cała poszła lepiej niżelim myślał. Sam nasz wieśniak w kłopocie zaklinał na wszystko Kuryszkina, by mu nie odmówił honorowej przysługi, a ten miał serce wzdragać się jeszcze czas niejaki. Nareszcie uległ duszącym uściskom szlachcica i oto miałem wszystkie nici w ręku. Tak zabezpieczony mogłem się śmiało domagać śmiertelnego pojedynku, dałem stanowcze instrukcje Kuryszkinowi i Braavedrze, którego wziąłem dla siebie z powodu jego wojskowej miny i otóż stanął pojedynek na pistolety, wyciągane losem z chustki, z których jeden nabity prochem i kulą, drugi tylko prochem. Nie prawda, że myśl wcale nowa i znakomita?
— Nie rozumiem jeszcze dość jasno, wszakże mógłby również i tamten wyciągnąć przypadkiem pistolet nabity kulą, a znam cię bardzo dobrze, żebym mogła myśleć, żeś się chciał powierzyć losowi.
— Ba! jakżeś dziś niedomyślna moja droga. Człowiek rozsądny z góry zapobiega podobnym możliwościom; nie na próżno Kuryszkin był sekundantem przeciwnej strony. Do obmyślanego przezemnie pojedynku dość było nabić obydwa pistolety prochem. Nie miałem bowiem zamiaru ni ochoty, zabijać pana Stożka, a tylko darować mu wspaniałomyślnie życie tanim kosztem, nie narażając swojego. Sprawa cała poszła jak najlepiej. Wybraliśmy romantyczną okolicę i równie romantyczny czas po północy i stoczyliśmy śmiertelną walkę przy księżycowem oświetleniu. Poczciwiec wystrzelił, a widząc mnie nietkniętego pomyślał: że nadeszła ostatnia godzina dla niego, wołał tylko na mnie bym strzelał prędzej, lecz ja uniesiony wrodzoną mi szlachetnością cały nabój prochu posłałem w powietrze. Ach znakomita farsa! jeszcze mi się śmiać chce, gdy sobie przypomnę! Wystaw sobie, że nasz Symplicjusz upierał się jeszcze potem, żeby mi drugi raz nabić kulą pistolet i musiałem dopiero łagodzić jego honorową drażliwość... Nareszcie padł mi w objęcia, wzruszony do żywego, ja sam miałem łzy w oczach od wstrzymywanego śmiechu a Kuryszkin mało nas wszystkich nie zdradził, nie mogąc się powstrzymać i wybuchając głośnym śmiechem... Szczęściem że szlachcic wziął to za objaw najwyższego wzruszenia i tembardziej uczuł się porwanym ku nam!
— Biedak!
— Coś mi nadto melancholizujesz i nie śmiejesz się nawet z tak zabawnych rzeczy jakie ci opowiadam, ale mniejsza o to ja kończę rzecz swoją. Naturalnie, że tym sposobem otrzymałem wszędzie plac boju. U państwa Bąbalińskich czekała mnie wysoce sentymentalna scena.
— Ty żyjesz! — wykrzyknęła moja romantyczka w uniesieniu radości. — On więc zginął — dodała, starając się przybrać ton grobowy.
Gdym ją zapewnił, że on żyje także bez najmniejszej szkody, zawdzięczając mnie swoje życie, zaczęła się unosić nad moją szlachetnością, ale wyraziła cień żalu, żem go przynajmniej lekko nie postrzelił. Tak to wy kobiety zawsze jesteście więcej krwiożercze od nas! Nie mogłem jej przyznać się iż to była czysta niemożliwość postrzelić kogoś prochem, oświadczyłem więc tylko gotowość wyzwania powtórnie i strzaskania ręki tym razem. Naturalnie, że ofiary mojej nie przyjęto i zadowolono się adoracją dla mnie, a pogardą dla dawnego wielbiciela. Tak utrwaliłem stosunki z domem pp. Bąbalińskich i oświadczyłem się wkrótce jak wiesz o rękę panny Leokadji. Z drugiej strony mój pan Stożek zawdzięczając mi życie, stał się największym moim przyjacielem. Żeby mu zupełnie wybić z głowy pannę Leokadję wciągnąłem go do gry a następnie powierzyłem go twojej mistrzowskiej rączce, byś dokończyła jego aż nadto zaniedbanej edukacji. Ale ty widzę zamiast jego uczyć, sama przy swym uczniu tępiejesz i tracisz na swej namiętności życia.
— Dziękuję ci za taki komplement. Być może żem zasłużyła na niego, ale czy wiesz na pewno, że on nie ma znaczniejszego majątku? wszakże prowadził tu dość wystawne życie i pokupował mi prezenta na parę tysięcy franków.
— Ba! to wszystko pochodziło z wygranych pieniędzy, bo z początku miał szalone szczęście. Ale wiem dobrze od pana Bąbalińskiego, że nie posiada nic prócz małej wioseczki, z której mu po ostatnich niepomyślnych zwrotach fortuny nie wiele co zostanie. Niedawno przychodził do mnie z prośbą o pożyczenie mu pieniędzy. Pieniądzmi naturalnie nie mogłem mu służyć, ale zaprowadziłem go za to do znajomego mi lichwiarza i zrealizowałem tym sposobem czysty zysk trzech tysięcy franków.
— Jakimże cudem?
— Przez wdzięczność, żem mu ułatwił cały interes i podpisał swe zaręczenie na wekslu, zmusił mnie do przyjęcia dwóch tysięcy franków, których naturalnie nigdy oglądać nie będzie, swoją drogą dostałem od lichwiarza tysiąc franków za przyprowadzenie mu takiej rybki.
— Jesteś genialnym człowiekiem Florezie, za swe zaręczenie wziąść trzy tysiące franków, to wielka sztuka tem bardziej, gdy ci nikt grosza nie da na twój własny weksel.
— Widzisz więc moja droga, iż umiem żyć. No zawrzyjmy ze sobą zgodę. Pana Stożka porzucisz, bo już jest nam zbyteczny, a mnie dasz pocałunek pierwszy od dni kilkunastu.
— Z całego serca, lepiej że ta cała rzecz teraz się skończy, bo potem możebym nie miała odwagi z nim zrywać.
— Rozsądnie mówisz, ale noc już za chłodna, wrócimy do pokoju.
Odeszli.
Zostałem jeszcze czas niejaki w mem ukryciu, zamieniony w posąg ze zdziwienia i bólu, nareszcie chwiejąc się na nogach wyszedłem z przeklętego ogrodu.
To wszystko co usłyszałem, było dla mnie tak nowem i niespodziewanem i zarazem rzucało takie światło na wszystkie okoliczności, które dotąd były dla mnie niejasnemi, lub przedstawiającemi się w zupełnie innych barwach, że na chwilę pod naciskiem sprzecznych wrażeń zostałem bez wszelkiej możności zastanawiania się i refleksji.
Do tej kobiety żalu mieć nie mogłem, uważałem nawet za niegodne po tem wszystkiem czego się dowiedziałem, zaprzątać serce moje jej obrazem i pozwolić owładnąć się smutkowi i boleści, a jednak ze wstydem przyznaję, żałowałem tych upojeń i czasów kłamliwego szczęścia.
Zdawało mi się, że mnie ktoś nielitościwy obudził nagle ze snu rozkosznego, w którym marzyłem tak błogo pod wpływem narkotycznej trucizny i boleśnie mi było przejść tak raptownie do rzeczywistości z tych sennych a tyle powabnych omamień. Wolałbym był może nie wiedzieć o niczem i truć się dalej tym samym narkotykiem, byle doznawać tylko jeszcze tych samych potężnych wrażeń zmysłowego szału. Ale tak, z przedarciem zasłony snu wszystko już było skończonem.
Pozostałem na jawie z zastygłem sercem z ogołoconą z wszelkiej myśli głową i co najgorsza z pustą kieszenią. Zawlokłem się nareszcie zataczając się jak pijany do swego mieszkania i tam zacząłem rozmyślać nad swojem położeniem i nad wszystkiemi wypadkami dni ubiegłych.
Wszystko co mi się zdarzyło w tym krótkim przeciągu czasu, wydawało mi się tyle nieprawdopodobnem, że gdybym coś podobnego natrafił w powieści, sądziłbym, że autor daje niezgodne z prawdą charaktery i sytuacje i tym sposobem żartuje tylko sobie z czytelników. Ale gryząc się mocno w palce, przekonałem się, że to nie marny sen, lecz najprawdziwsza rzeczywistość i że to ja pan Jan Stożek z Wulki byłem osobiście wplątany w całe to koło romantyczno-komicznych awantur.
Mimowoli przyszły mi na pamięć przygody szalonego Orlanda i pomyślałem sobie, że mimo krzyków na prozaiczność naszych czasów, każdy naród ma swoją właściwą romantyczność. Nie spodziewałem się tylko wtenczas, że znajdę kiedyś mego Ariosta we własnej osobie, uważałem bowiem wówczas w nieskończonej naiwności swojej nieznajomość gramatyki i stylu za nieprzełamane przeszkody do pisania. Dopiero teraz, gdy się przekonałem, że różni znakomici mężowie naszych czasów nie uważają na takie bagatele, ośmieliłem się wystąpić jako dyletant w nadobnej sztuce czernienia papieru, lecz podobno sprawdzi się na mnie łacińskie przysłowie: Quod licet lovi, non licet bovi.
Ale revenons a nos moutons.
Zajęty przeżuwaniem różnych gorzkich refleksji, potrąciłem nareszcie o myśl, której spełnienie uznałem niejako za obowiązek sumienia. Potrzeba ostrzedz państwa Bąbalińskich, przeszło mi lotem błyskawicy przez głowę, żeby czasem lekkomyślnie nie zaplątali się zadaleko w podobny stosunek. Teraz jeszcze czas. Po ślubie rzecz będzie do nienaprawienia.
W jednej chwili zabrałem się do pisania listu, a wystosowałem go do samego pana Bąbalińskiego w następujący sposób:
„Wielce szanowny panie.
Zapewne zdziwisz się niesłychanie, odbierając list od człowieka, który ciężko zawinił względem ciebie i zechcesz uważać ten krok za niestosowny, jednak ja w sumieniu swojem czuję się obowiązany do niego wobec ważnych okoliczności, które mam wyjaśnić, a wyjaśniając usunąć zarazem grożące Jego domowi niebezpieczeństwo.
Z trudnością przychodzi mi pisać do szanownego pana w podobnem mojem położeniu, ale chcę, żeby ten list mój był rodzajem częściowej ekspiacji za moje winy.
Mam słuszne powody mniemać, że pan Santa Florez jest osobą bardzo podejrzaną, dowiedziałem się bowiem szczegółów, które rzucają brzydkie światło na tę osobistość. Dość będzie łaskawemu panu wspomnieć, że cały nasz pojedynek był tylko niegodną i niehonorową komedją, ukartowaną przez tego awanturnika wspólnie ze swymi komparsami. Zdaje mi się, że podobne igranie honorem drugich, już jest dowodem najwyższej nieuczciwości. Gdyby to jednak nie wystarczało, mogę dodać jeszcze, że pan Santa Florez jest brudnym oszustem w czysto pieniężnych interesach.
Z najgłębszem uszanowaniem

Jan Stożek.

List ten zapieczętowałem, zaadresowałem i zbudziwszy służącego przykazałem mu jak najstaranniej doręczyć go samemu panu Bąbalińskiemu. Sam zaś rozbity i zmęczony położyłem się w łóżko.
Nad wieczorem przyniesiono mi odpowiedź pana Bąbalińskiego, która brzmiała, jak następuje:
„Panie Stożek!
Miałeś pan słuszność, przeczuwając, że się zdziwię niewymownie, otrzymując pismo pańskie, ale zdziwienie to niczem było w porównaniu z oburzeniem, które przejęło nas wszystkich po odczytaniu jego treści.
„Wiele złego dotąd po panu spodziewać się mogliśmy, pańska bowiem najgorsza konduita usprawiedliwiała wszystkie przypuszczenia. Nie tajno nam było, że stałeś się graczem z profesji, prowadziłeś życie hulaszcze, przekroczyłeś granice honoru i dałeś wolne pole wszystkim dotąd tajonym złym instynktom swej natury. Przecież nie sądziliśmy jeszcze, że pan zdolnym będziesz, chwycić się tak nizkiego środka, jakim jest nikczemna potwarz, aby zerwać związek dwóch serc szlachetnych, który jest dla pana solą w oku. Przecież nie wahałeś się go użyć w dziwnem rozumieniu, że słowa pańskie mogą mieć jeszcze jaką wagę u nas.
Masz pan szczęście, że jego listu nie pokażemy markizowi, któryby pewnie powtórnie nie darował panu życia, za które się tak czarną wypłacasz zdradą.
„Nie trudź się pan dalszą korespondencją, bo listy pańskie nie będą przyjmowane.

Hrabia Kalasanty Bąbaliński“.

Tego mi było już zanadto!
Podobnie ubliżający sąd o mnie, który niestety w pewnej części nie był bez niejakiej podstawy, zranił mnie nadzwyczaj boleśnie.
— Co za przesada! co za zaślepienie! — pomyślałem, zaprawdę wspólna to wszystkim ludziom właściwość nie dopatrywać żadnej skazy, żadnej wady najmniejszej w tych, z którymi się czasowo w przyjaznych zostaje stosunkach, a przypuszczać zaraz w nich nazajutrz po zerwaniu wszystkie najgorsze i najczarniejsze występki. Wszyscy tak jesteśmy niepomiarkowani w naszych sądach i krążymy zwykle tylko koło biegunowo przeciwnych wyobrażeń.
Anioł lub szatan, geniusz lub idjota, są to wyłączne przeciwstawienia, któremi szafujemy w miarę różnych zaślepiających nas namiętności. Przejść natychmiastowo z bezwzględnej admiracji do bezwzględnej pogardy, jest u nas rzeczą powszechną i zwyczajną.
Tak rozsądne czyniąc uwagi, starałem się uspokoić moje wewnętrzne wzburzenie, ale ta mała kropla goryczy dopełniła miary moich wstrząśnień i rozchorowałem się na serjo. Musiałem zażądać pomocy lekarskiej, jakoż i przyszedł do mnie nazajutrz poważny Niemiec, a spojrzawszy na mnie, wykrzyknął ucieszony:
— Co za wspaniały objaw żółtaczki! W życiu mojem nie widziałem tak ładnego fenomenu tej choroby!
Chciałem się gniewać za jego nieszczęsną radość, ale on z powagą podał mi lustro, prosząc, bym podziwiał tak dokładne symptoma.
W istocie byłem żółty, jak cytryna, a białka moich oczu przybierały kolor pomarańczowy.
Przykre rozczarowanie! Sądziłem bowiem poprzednio, że popadnę przynajmniej w jaką poetyczniejszą chorobę, w to, co nazywają Anglicy broken heart (złamane serce), w anewryzmy, suchoty, zapalenie mózgu lub chociażby płuc, ale trzeba było mojej prostaczej natury, żeby po tylu romantycznych przygodach dostać najprozaiczniejszej w świecie żółtaczki!
Lekarz pocieszał mnie tem, że wkrótce będę zdrów i zapisał jakieś lekarstwo.
W rzeczy samej po kilku dniach spędzonych w łóżku, zacząłem przychodzić do siebie i tylko jedna żółtość twarzy świadczyła o moim rozstroju. Przez ciąg mojej słabości nikt się u mnie nie pokazał, ani Santa Florez, ani Kuryszkin. Przypuszczałem, że się domyślili mojego odkrycia, a więc ich nieobecność nie dziwiła mnie wcale, ani też zresztą nie była mi przykrą.
Właśnie miałem poraz pierwszy wychodzić na miasto, gdy wtem przyniesiono mi wezwanie, abym się stawił na dzień następny do komisarza policji.
Zaintrygowany mocno podobnem wezwaniem, nie mogłem żadną miarą zrozumieć, czego policja może odemnie potrzebować. Miałożby to być konsekwencją tego śmiesznego pojedynku?
— Może jaka intryga Santa Floreza? — pytałem sam siebie.
Uznałem wkrótce za najlepsze nie trudzić sobie głowy, tylko czekać cierpliwie do jutra, dla rozwiązania tej zagadki.
W oznaczonej godzinie stawiłem się punktualnie w biurze policji i wymieniłem moje nazwisko, poczem zaprowadzono mnie do kancelarji samego pana komisarza, hofrata B. Był to niskiego wzrostu, siwiejący już człowieczek o rumianej, okrągłej twarzy, ozdobnej lekko szyderczym uśmiechem i o żywo biegających piwnych oczach, któremi błyskał od czasu do czasu z pod złotych okularów. Prosił mnie siedzieć, zmierzywszy wprzód badawczym wzrokiem od stóp do głowy i kończył dalej przeglądanie różnych papierów.
Nie małem było moje zdziwienie, gdy po krótkiej chwili ujrzałem wchodzącego do tego samego pokoju pana hrabiego Bąbalińskiego. Ten wstrząsnął się cały na mój widok i chciał się cofnąć, ale grzeczny hofrat z najsłodszym uśmiechem poprosił go zająć miejsce i w te się do nas odezwał słowa:
— Najmocniej panów przepraszam, żem się ośmielił trudzić ich do siebie, ale potrzebuję zasięgnąć od nich objaśnień w dość ważnej sprawie. Wiadome nam były bliższe stosunki, łączące obu panów z indywiduami, znanemi pod nazwiskiem Santa Florez i Kuryszkin...
— Z markizem de Santa Florez i z księciem Kuryszkinem — przerwał żywo pan Bąbaliński.
— Niech i tak będzie! — ciągnął dalej z flegmą urzędnik, poprawiając okulary na nosie — podobnych markizów, książąt, hrabiów i baronów mamy tu bez liku i tolerujemy te pożyczane tytuły i godności dopóty, póki ich tymczasowi właściciele nie przekroczą granicy kryminalnego prawa.
— Jakto, miałbyś pan podejrzywać — wtrącił znowu pan Bąbaliński.
— Podejrzywać wszystko i wszystkich jest naszym obowiązkiem, podejrzenia nasze wszelako zachowujemy dla siebie, a działamy jedynie na mocy niezbitych dowodów. Gdybyśmy chcieli opierać się na samych poszlakach, moglibyście obydwaj panowie doznać nieprzyjemności zaaresztowania na dniu wczorajszym wspólnie z owym Santa Florezem i Kuryszkinem.
— Jakąż zbrodnię mogą nam zarzucić? — wykrzyknął, padając na krzesło w pół nieprzytomny pan Bąbaliński.
— Nie inną, zdaje mi się — zaczął znów hofrat z lekkim uśmiechem — jak winę łatwowierności, lekkomyślności i nierozwagi. Jakże można bowiem tak łatwo wchodzić w nazbyt zażyłe stosunki z ludźmi, których przeszłość i prawdziwy charakter są niewiadomemi!
— Przypomnij sobie pan — mówił dalej — zwracając się do pana Bąbalińskiego — że przed tygodniem może otrzymałeś do przechowania od Santa Floreza dość sporą paczkę. Otóż ta jedna paczka wystarczała, żeby cały dom państwa został wplątany w kryminalne procesa.
— Ach to okropne! — wyjąkał pan Bąbaliński — prawda! Otrzymaliśmy tę paczkę od niego, miał być moim zięciem... zdawał się być tak szlachetnym człowiekiem... mówił, że są to ważne papiery tajemnego związku, do którego należał,... myśmy przyjęli...
— Widzisz pan — przerwał urzędnik — że nawet wobec tak silnych poszlak, nie chcieliśmy działać porywczo, a zasięgnąwszy dalszych wiadomości i sprawdziwszy, żeście państwo byli ofiarami, a nie wspólnikami tych przestępców, postanowiliśmy nie kompromitować ich wmięszaniem w proces o fałszerstwo. Trzeba bowiem panom wiedzieć, że Santa Florez trudnił się fałszowaniem rosyjskich banknotów, a jego wspólnik Kuryszkin jako Rosjanin puszczał je w obieg.
— Fałszerz! wybuchnął z całą rozpaczą pan Bąbaliński — moja córka skompromitowana!... Ja tego nie przeżyję!
Serce mi się krajało na widok ogromnego zgnębienia i boleści, jaka się malowała na jego twarzy, ale wiedziałem dobrze, że z mojej strony usiłowane pocieszenia mogłyby tylko stan jego pogorszyć, zachowałem się więc biernie i milcząco.
Sam nawet szyderczy komisarz zdawał się być wzruszonym nieco, bo przystąpił bliżej do pana Bąbalińskiego i zaczął go uspokajać, mówiąc:
— Ależ panie, niechże pan tak bardzo tego wszystkiego do serca nie bierze, nic się przecież jeszcze złego nie stało, powinieneś pan nawet powinszować sobie, że uniknąłeś tak tanim kosztem wielkiego nieszczęścia, my pana także niczem turbować nie będziemy, opowiesz tylko przebieg swoich stosunków z tymi awanturnikami, oddasz nam ową paczkę, zawierającą niezawodnie fałszywe banknoty, wzory i niektóre narzędzia i będziesz mógł zapomnieć o tej całej historji.
— Pan także — mówił zwracając się do mnie — dopuściłeś się wielkiej nierozwagi, wchodząc w ścisłą solidarność z podobną szajką oszustów i żyjąc tak wystawnie, nie posiadając odpowiedniego majątku, co w zestawieniu jedno z drugiem mogło rzucać silne podejrzenie na pański charakter. Niech przykrość, jakiej pan doznasz, zeznając szczegółowo wszystko, co dotyczy pańskiego trzpiotania się z mniemanym markizem, będzie nauką na przyszłość.
To mówiąc, poczciwy niemiec spojrzał na mnie z dobrotliwym, nieco jowialnym uśmiechem i po ojcowsku poklepał mnie po ramieniu.
Wypełniłem jego żądanie, pomijając naturalnie niektóre szczegóły, które uważałem za zbyteczne, poczem oświadczył mi, że mogę robić z sobą, co mi się podoba.
Nie kazałem sobie tego dwa razy powtarzać i pożegnałem go z radością i pospiechem, zostawiając pana Bąbalińskiego jeszcze na konferencji.
Gdybym był mógł, byłbym jeszcze tego samego dnia opuścił Baden-Baden, ale niestety, musiałem czekać na pieniądze, żeby wykupić ten lichwiarski weksel i mieć o czem powrócić do domu. Musiałem więc zatrzymać się czas niejaki. Tymczasem dowiedziałem się z boku, że u państwa Bąbalińskich po przyjściu pana z policji prawdziwie sądny dzień nastał.
Panna Leokadja zemdlała dziesięć razy z rzędu, pani zaś dostała tak silnego nerwowego ataku, że krzyki jej rozlegały się po całym hotelu. Na trzeci dzień cała familja opuściła Baden-Baden, udając się do Włoch dla poratowania nadwątlonego przebytą kuracją zdrowia.
Nareszcie i ja się doczekałem swoich pieniędzy.
Załatwiłem się w oka mgnieniu ze wszystkiemi interesami, wsiadłem na kolej i nie zatrzymałem się nigdzie, aż dopiero w Krakowie. Tam odpocząłem tyle, ile trzeba było dla nabrania tchu i wyruszyłem znów czemprędzej do swojej Wulki.
Na miejscu zastałem interesa moje w jak największym nieładzie, gospodarstwo zaniedbane, długi narosłe w olbrzymi sposób, słowem ujrzałem się zupełnie zrujnowanym! Kochany przyjaciel, którego zrobiłem swoim pełnomocnikiem, zostawiając mu dozór nad Wulką, dokonał dzieła, które moja własna lekkomyślność naszkicowała.
Nie pozostawało mi nic, jak tylko czemprędzej sprzedać Wulkę.
Dodawałem sobie odwagi, do tego stanowczego kroku myślą, że tak bliskie sąsiedztwo z Borowcem byłoby dla mnie nadal moralnie niemożliwem. W krótkim więc czasie przyprowadziłem sprzedaż do skutku, spłaciłem długi, a z resztą ocalonego z rozbicia kapitaliku, wyniosłem się w dalekie strony, gdziem wziął dzierżawę, aby się znów dorabiać majątku.
Państwo Bąbalińscy wrócili po kilku miesiącach z podróży i żyją do dziś dnia w Borowcu. Panna Leokadja nie poszła dotąd za mąż. Zawsze jeszcze piękna, uczuciowa i pełna wyższych poglądów, szuka po ziemi swego ideału, a tymczasem oddaje się z zapałem naukom i pisuje pod pseudonimem do jednego z pism krajowych artykuły o emancypacji kobiet.
Widziałem ją poraz ostatni tegorocznej zimy na ulicy, ale udała, że mnie nie spostrzega, czego jej, Bóg mi świadkiem, wcale za złe nie biorę.
Ja gospodaruję zażarcie, ale jakoś nie bardzo mi się powodzi. Nie mało też dokuczają mi dawne wspomnienia, zachcianki lepszego bytu i obecne moje osamotnienie, połączone z brakiem wszelkiego serdeczniejszego stosunku. Co gorsza, obawiam się, abym nie został starym kawalerem, bo oto trzydziestka za pasem, a nie mogę dotąd jeszcze znaleźć takiej panny, któraby mnie chciała.
Jeżliby więc która z pięknych czytelniczek wzruszona obrazem moich romansowych nieszczęść, a nie mająca na razie żadnej lepszej partji dla siebie, zechciała, powodując się jedynie sympatją dusz, uszczęśliwić mnie darem swojej ręki i nie wahała się użyć tej nie dość powszechnej u nas drogi, to prosiłbym o zawiadomienie listownie pod adresem: Jan Stożek, niegdyś obywatel ziemski, dziś dzierżawca Chudopola, pokątny literat i członek wielu stowarzyszeń. Ostatnia poczta w Kołomyji.
W razie, gdyby przeczucia moje mnie zawiodły, a temsamem, gdyby się znalazło choć jedno tkliwe serduszko, coby odpowiedziało na moją rozpaczliwą odezwę, to obiecuję resztę moich czytelników i czytelniczek, tych, którzy okazali podziwienia godną cierpliwość do czytania niniejszej powieści do samego końca, zaprosić na moje wesele i wtedy wynagrodzić im doznane nudy wyborowemi winami i kolacją, sporządzoną wedle wszystkich prawideł sztuki.
Na tem zaproszeniu poprzestając, podpisuję uroczyście najwymowniejsze z całego opowiadania słowo: koniec!

(1868). Jan Stożek.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autorów: Władysław Prokesch, Adam Asnyk.