Pani Dubarry/Część I/Rozdział XXV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Odwiedziny matki w Compiègne
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ XXV.
Odwiedziny matki w Compiègne.

Minęło dawno popołudnie. Przeciągała się na puchowem posłaniu, całkiem obnażona, napawając się ciepłem kominka, którego żar różowił jej przepyszne kształty. Król niedawno odszedł.
Matka nieomal wdarła się do niej. Krzyczała z pasją:
— Wiesz?... te bałwany nie chciały mnie dopuścić do ciebie.
— Droga mamo! musimy się trochę liczyć z głupotą ludzką...
— Przedtem!... Ale nie teraz, kiedy kocha cię Ludwik.
— Kocha! Zapewne... jednakże... — nie dokończyła.
— Czyżby nie był dobry dla ciebie?
— Owszem, bardzo dobry... tylko trochę fatygujący.
— Moje dziecko! w życiu kobiety niema róż bez cierni. Za to masz teraz wszystko. Ach, jak tu u ciebie ładnie! To nie to, co było w naszych podłych mansardach i posępnych suterynach.
Rozglądała się z zachwytem. Było za czem. Joanna zamieszkawszy w pałacu Compiègne, odrazu ujawniła swoje instynktowne zamiłowanie zbytku. Jej mieszkanie stanowiło istne muzeum z tysiąca czarujących drobiazgów. Było w niem pełno rzadkich posążków z bronzu, marmuru, malowanej porcelany. Meble olśniewały pięknością. W saloniku znajdowały się organy z różanego drzewa, wykładane białą i błękitną mozajką, zdobne w figutki ze złoconego bronzu. Na kominkach stały zegary — istne arcydzieła sztuki złotniczej. Zwłaszcza jeden z Saturnem i trzema Gracjami, dzieło Germain‘a, stanowił wartością majątek. Spotykało się wszędzie misterne biureczka i kosztowne serwantki.
Joanna była rada z zachwytu matki.
— Co to za malowidło na suficie? — spytała pani Rançon.
— Sama nie wiem. Zdaje się, piękna Helena.
— A te amorki na komodzie?... Co za cud!...
— To jakiegoś Vanloo, czy Watteau. Podobno wielcy malarze.
— Myślę!... Ale duszko, czy nie jesteś zbyt rozrzutna?
— Co ci przychodzi do głowy, mamo! Król Francji ma chyba dość pieniędzy. A ja... popieram sztukę. Nie uwierzysz, mateczko, jak cisną się do mnie artyści, błagając, abym coś kupiła. Trzeba przecież pomódz tym biedakom!... Sądzę, że Francja winna mi być wdzięczną. Dzięki mnie... rośnie nasz przemysł i handel. Powiedział mi to sam minister skarbu. Bardzo grzeczny człowiek! Podobałam mu się bardzo.
— Ale, złotko... mojem zdaniem, trzeba myśleć o jutrze, coś zebrać na przyszłość, gdyby Ludwiczek...
— Ale! niema obawy, mamo. Dopóki ja go sama nie puszczę w trąbę... Nie zrzędź... Weź tam z szafki tę kryształową karafeczkę. Znajdziesz tam swój ulubiony likierek. Tak! usiądź przy mnie. Sprobuj tych konfitur.
Pani Rançon piła i jadła, lubując się każdym tykiem, każdą łyżeczką.
— No! widzisz Joasiu, wychowałam cię na coś porządnego.
— Mamo! nie zlizuj resztek ze spodeczka. To nie wypada.
— Tobie!... Ja nie jestem kochanką króla.
— Mniejsza o to! — ziewnęła Joanna. A co do wychowania, to więcej zrobił Dubarry, niż ty. Zamęczył mnie!...
— Biedne dziecko!
— Wiesz, nie dawał mi spać. On sam prawie nie sypia. Ma taki gorączkujący mózg. Budził mnie w nocy i uczył mnie nazwisk tych wszystkich małp dworskich. Pisał charakterystyki, które musiałam wykuwać i zdawać egzamin. Czasem oczy mi się kleiły... a on gadał.
— O czem?
— O polityce!... Powiadał, że to mi się przyda na później.
— Nauczyłaś się?
— Nie bardzo... Spałam z otwartemi oczyma, niby słuchając.
— Taki nudny?
— O! nie zawsze... Jak chce, to potrafi być ogromnie zajmujący. Nieraz uśmiałam się, kiedy mówił o królewskim dworze, arystokracji, duchowieństwie, ministrach... Mądry, jak dzień. Tylko kpiarz. Bez jego wskazówek, nie zaszłabytm tak daleko. Muszę go słuchać, aby zajść jeszcze dalej.
— Dalej jeszcze?!
— Oczywiście! Mam być panią Pompadour. I zyskać wszystkie jej przywileje.
— Jakie?...
— Faworyty!...
Wyskoczyła z łóżka. Naga paradowała po dywanach, prężąc się dumnie i opowiadając:
— Hrabia powiada, że muszę zyskać prawo afiszowania się z królem, bo te tajne miłostki to na nic: można po nich wyfrunąć. Muszę mieć prawo jawnego mieszkania przy królu... korzystania z dworskiego powozu... odwiedzania delfina, braci królewskich... przyjmowania ministrów i posłów zagranicznych...
— Bój się Boga! Na co ci to?
— Hrabia powiada, że to jest konieczne dla zbawienia Francji, monarchii i religji... wywrócenia tego okropnego ministra Choiseula, który całkiem zawojował króla... i wysunięcia mego dobroczyńcy na wysokie stanowisko. Mam mieć partję. Sam Richelieu i książę d‘Aiguillon potrzebują mnie...
— Oho! musi cię ogromnie zajmować ta polityka...
— Nie, mamo, właśnie to mnie nudzi. Ale przywileje faworyty — to co innego. Chciałabym jeździć dworskiemi powozami.
Położyła się znowu, dumna, rozmarzona.
— Jaka ty jesteś śliczna! Szkoda, że ojciec tego nie dożył... i nie widzi ciebie!
— Vaubernier?
— Fe! na szczęście jesteś dzieckiem nielegalnem. Mówiłam ci nieraz, że jesteś córką księcia.
— Jak się nazywał?
— Ach! kiedy ja sama nie wiem.
— Szkoda! — ziewnęła Joanna.
Nagle pani Rançon zakołysała się.
— Ach! ja tu gadam... A zapomniałam, z czem przychodzę. Wiesz? — mam list do ciebie od Lamet‘a.
Joanna już siedziała na łóżku. Klasnęła w dłonie:
— Pokaż, mamo! Ach, mój poczciwy Lamet!
Z radością odczytała jego list. Donosił, że jest fryzjerem znakomitego lorda. Zarabia dobrze. Zgodnie z umową wzywał Joannę do siebie.
— No! trochę się spóźnił — rzekła Joanna smętnie... Skąd masz ten list, mamo?
— Od kawalera Morande!
— Co za diabeł znowu?
— Między nami mówiąc... utrzymuje mnie. Świetny kawaler. Bywa często w Londynie. Odwiedzał owego lotda i spotkał u niego twojego fryzjera. Lamet prosił go, aby za powrotem do Paryża odszukał pannę Rançon i doręczył jej ten list. Taki cudowny zbieg okoliczności, że znał mnie... To samo nazwisko. Pokazał mi ten list.
A ja zaraz: „to do mojej córki!“
— Mamo! co za nieostrożność!
— Nie bój się, kochanie. De Morande jest gentlemanem. Dał mi słowo, że dochowa tajemnicy.
— Czy pojedzie znowu do Anglji?
— Z pewnością. Ma tam wciąż interesy. Czemu pytasz o to?
— Bo chciałabym odpisać. Ale czy Morande odda list w tajemnicy?
— Rozumie się!
— To podaj mi, mamo, ołówek i teczkę.
Napisała w łóżku list następujący:

Mój drogi Lamet! Szczęśliwa jestem z cudu, który sprawił, że list twój dotarł do moich rąk. Ale wszystko się zmieniło. Posłuchaj tylko! Kiedy żyliśmy we dwoje, nie wyobrażałeś sobie wcale, kochanku, że posiadasz kobietę, która uczyni taki skok, że zostanie znakomitą damą i metresą Jego Arcychrześciańskiej Mości! Widzę już, jak, czytając ten list, przecierasz swoje ładne duże oczy i myślisz, że śnisz. A jednak, przyjacielu, to fakt! Wyszłam za tłustego grafa i jestem kochanką Króla! Nie potrzebuję ci zalecać, abyś nie paplał, że piszę do ciebie i nie rozgadywał, żeśmy byli... Sam chyba rozumiesz... Ponieważ przezemnie straciłeś trochę luidorów, ślę ci przy tym liście przekaz na 1000 fun. szterlingów, które za moim podpisem wypłaci filja paryskiego banku w Londynie. Widzisz, że nie przestałam być mimo wielkości mojej dawną poczciwą Joasią. Ale nie pisz do mnie nigdy — to niebezpieczne. Liczę na twoją dyskrecję, jak ty możesz liczyć na moją przyjaźń.
Hrabina Du Barry.

— Weź, mamo ten list! — rzekła do pani Rançon, która tymczasem zdrzemnęła się w fotelu. A teraz zostaw mnie samą. Mam tu na piśmie nowe wskazówki od hrabiego Jana. Muszę je przestudjować. Faworytą zostać nie jest tak łatwo! — westchnęła.
Kiedy pani Rançon zabierała się do odejścia, Joanna zawróciła ją od drzwi.
— Mam prośbę do ciebie, mamciu. Tam w lewej szufladzie jest paczka... Tak jest, ta!... Weź ją i schowaj... Chciałam to spalić ale zrobiło mi się żal wspomnień przeszłości. A te papiery będą u ciebie w bezpiecznem schronieniu. Bo u mnie... Służba jest ciekawska.. Nie daj Boże, aby to wpadło komuś w ręce.
— Cóż to jest?
— Listy moje i do mnie. Kartki z pamiętnika. Schowaj to dobrze, mamo... I nikomu nie pokazuj.
— Komuż miałabym pokazywać? To tajemnica! — przeżegnała się stara dama.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Nie dotrzymała słowa w pełni. Pokazała papiery Joanny swemu kochankowi, aby pochwalić się, że jej córka pięknie pisze. Właściwie chciała sama je przeczytać, ale niepiśmienna musiała skorzystać z usług kawalera de Morande. Ten tak był zachwycony dokumentami z przeszłości pani Dubarry, że wykradł je swej kochance. Miało to z czasem pociągnąć za sobą smutne skutki dla Joanny, kiedy... kawaler de Morande przestał być dżentelmenem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.