Pani Dubarry/Część I/Rozdział XXIV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Hrabia Wilhelm, brat Jana Dubarry. Kłopoty z metryką
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXIV.
Hrabia Wilhelm, brat Jana Dubarry. Kłopoty z metryką.

Król niedbale kołysał się na szezlągu. Przed nim stał hrabia Jean Dubarry, pocierając ręce z zadowoleniem i kryjąc pod wąsem ironiczny uśmiech cienkich warg.
— Hrabio Dubarry! — mówił król — nawarzyłeś piwa; musisz je wypić. Winieneś grzech swój odkupić. Nie stręczy się bezkarnie takich smacznych kobietek, jak ta... perła twego haremu, której pono nie tknąłeś! — spojrzał nań badawczo.
— Ten kąsek przygotowywałem blisko rok dla mego monarchy, jako najwierniejszy z poddanych, zobowiązany myśleć o tem, aby Francja w swoim symbolu koronowanym czuła się dobrze. O jakąż to ekspiację chodzi?
— Drobnostka! Zaślubisz wiadomą osobę. Dasz jej tytuł... zabierzesz posag. Obiecuję, że będzie godny twojej usługi i jej — to dość!
— Najjaśniejszy panie! to jest nie-mo-żli-we!
— (Co takiego?! — żachnął się król. Jeżeli ja tego żądam...
— Niestety! chociażbym chciał... nie mogę. Kurja rzymska ma pewne przesądy. Nie mogę zostać dwużeńcem.
— Drobiazg!... rozwiedziesz się.
— Niepodobna!... Baba zawieruszyła mi się. Zdaje się, że udała się w pielgrzymkę do Grobu Świętego. W tej pozycii nie mogę doręczyć jej wezwania Konsystorza.
— Hm... to bardzo źle. Bo ja chciałem, żeby twoja pupilka została hrabiną Dubarry — markotnie ozwał się król. Cóż teraz będzie? Radź, hrabio!
— Joanna zostanie hrabiną Dubarry!
— Jak?! — zdziwił się król.
Jean Dubarry czekał tej chwili dla wywołania efektu.
— Rzecz najprostsza w świecie, Najiaśniejszy Panie! Mam brata w Tuluzie, Wilhelma Dubarry, który może tu być za dni parę.
— Jesteś mi zabiegliwy, hrabio — poklepał król rozpłomienionego konfidenta po ramieniu. Wypisz mi go niezwłocznie. Poślij sztafetę. Będę pamiętał o was obu.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tego dnia Joanna oddała się w Compiègne: Królowi. Nie czyniła już ceregieli, aby nie przeciągać struny. Oddała mu się w upojeniu miłosnem, pełnią wzruszonego wdzięcznością serca. Dobroć monarchy — tak to odczuła — dźwigała ją z nizin urodzenia na szczyt marzeń, zasypywała swoją łaską przepaść bolesnej i potwornej przeszłości, która nie była jej winą, lecz klątwą losu. Ludwik XV znosił tę klątwę...
Oddała mu się, postawiwszy wprzód tylko jeden warunek.
— Najjaśniejszy Panie, nigdy nie wypomnisz hrabinie Dubarry jej niepozornej przeszłości.
— Nigdy!... Chciałem cię prosić o to samo. Są rzeczy, które należy zapomnieć, bo jest nieprzyzwoitością je pamiętać.
Umowę przypieczętowali pocałunkiem.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Podczas gdy gruchali, jak gołąbki, w Compiègne, przyjechał hrabia Wilhelm Dubarry. Był niepełnoleni, ale dostojna wdowa po Antonim Dubarry, z domu Delacase, dała mu chętnie na drogę, posłuszna pismu starszego syna, zezwolenie piśmienne na związek małżeński z osobą, którą „sam uzna za godną tego zaszczytu“.
Wilhelm Dubarry tak. mocno różnił się charakterem od brata, że przypuszczano ogólnie, iż mama Dubarry podczas podróży w Niemczech zapatrzyła się na jakiegoś pruskiego sierżanta. Starszy brat był wykwintny, delikatny, wysoki, ten był gruboskórnym, krępym tłuściochem. Służył w marynarce, choć powąchał tak samo niewiele prochu, jak i wiatru morskiego. To nie przeszkadzało temu, że ten leżybok nabył manier — koszarowych, sławił żywot żołnierski, rozmiłował się tylko w fajce i ćmił po całych dniach okrutny, sprowadzany z Niemiec knaster. Mieszkał z matką w podupadłym zameczku pod Tuluzą, skąd urządzał wycieczki w okolice, polował na kuropatwy i dziewuchy wiejskie, kosztował w każdej chałupie mleko krowie, ser owczy ...i tył na potęgę, rozleniwiając się coraz bardziej.
Kiedy brat przedstawił go Joannie ze słowami:
— Jest to twój przyszły małżonek, jeżeli pozwolisz?“ — Wilhelm rzucił przez zęby:
— Ja nie mam nic przeciw temu!
I puścił jej prosto w nos kłąb dymu tak, że się zakrztusiła.
Wydał się jej okrutnie śmieszny, ale niezbyt miły. Odparła, krzywiąc usta grymasem:
— I ja nie mam nic przeciw temu. Stawiam tylko jeden warunek, że będzie pan trzymał się zdala odemnie o jeden krok podczas ceremonii ślubnej, ponieważ pański tytuń okrutnie śmierdzi!
— Jak Boga kocham, jest to najulubieńszy tytuń króla Fryderyka Wielkiego! zdziwił się.
Dopiero wtedy przyjrzał się z ukosa Joannie i rzekł na głos:
— Jak Boga kocham, ona jest warta... grzechu!
— Którego pan nie popełnisz! — odparła, powstając dumnie.
— Jeżeli chodzi o grzechy, pierwszeństwo ma... Król! — zdobył się na dowcip hrabia Wilhelm, składając ukłon przed odchodzącą.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

W pałacu hrabiego Jana przy ulicy Neuve-des-Petits Champs przystąpiono niezwłocznie do wypracowania kontraktu przedślubnego przy pomocy dwóch notarjuszów i świadków, hr. du Barry-Ceras‘a i Gruel‘a, posiadających sekretne rozporządzenia od ministra skarbu z upoważnienia króla do podniesienia blasku małżeństwa obfitością posagu nowoślubnej. Wszelako jakkolwiek Wilhelm du Barry był chciwy i ostrzył zęby na przyrzeczone mu odstępne w kwocie kilkudziesięciu tysięcy liwrów po rozejściu się z żoną, mającem nastąpić niezwłocznie po ceremonji ślubnej — rzecz o mało nie utknęła na martwym punkcie.
Kiedy mama Rançon, wychodząca nagle z ukrycia, szumiąca jedwabnemi szatami i grająca rolę wielkiej damy przywiozła do pałacu potrzebną do sporządzenia umowy przedślubnej i aktu ślubu metrykę — Wilhelm Dubarry pociągnął starszego brata do kąta i oświadczył mu z tępym uporem:
— To jest niemożliwe! Żaden z Dubarry‘ch nie żenił się z osobą z niewiadomego ojca, jak ta... córka Anny Béqus. Nasi przodkowie przewrócą się w grobach.
— Czy ci nie wszystko jedno, jak będą leżeli?... Nikt tego nie będzie sprawdzał.
— Nie! mój drogi... Mam zasady... Nieboszczycy muszą leżeć brzuchem do nieba. Zresztą pomyśl sam, kontrakt przedślubny jest robiony dla zamydlenia oczu plotkarzom dworskim. Nie powinien kompromitować ani Dubarry‘ch, ani króla, który otrzymać powinien z rąk naszych metresę dobrze urodzoną... choćby na papierze, skoro zaszczycił wyborem swoim hrabinę Dubarry.
— Wiesz co, Wilhelmie? Jesteś mniej głupi, niż sądziłem. Udam się do króla. Trzeba naprawić przeoczenie Opatrzności.
Spisywanie umowy przerwano aż do wyjaśnienia sprawy.
Król podzielił skrupuły przyszłego małżoaka. Polecił przywołać do siebie sprytnego Gomarda, którego mamy już przyjemność znać.
Ten zawezwany do rady kręcił głową, namyślał się przez dziesięć minut (król i Jean du Barry szanowali jego milczenie) — nagle uderzył się w czoło.
— U licha! o czem tu myśleć? — rzekł radośnie. Przypominam sobie, w Quantigny mieszkał jakiś Gomard, mój imiennik, który równocześnie nosi nazwisko pani Vaubernier, szlachcic... Mówiłem kiedyś o tym zbiegu okoliczność: z nieocenioną panią Rançon. Umarł przed paru laty i nie będzie miał nic przeciw temu, że mu damy po śmierć uroczą córkę. Mam nadzieję, że poczciwy wikary z Vaucouleurs, jeżeli dotąd żyje, lub jego rozsądny zastępca, nie będzie miał również nic przeciw lekkim zmianom w metryce, odpowiedniejszym dla potrzeb... monarchii francuskiej.
Nazajutrz Gomard wyjechał z panią Rançon do Vaucouleurs z tajnem pismem polecającem z kancelarii królewskiej, nakazującem „sprostować błędy w metryce“.
Dawny proboszcz zmarł. Nowy wyjechał. Zwrócono się do organisty. Ten wziął się za głowę. Nie może nigdy dopuścić „wydzierań, wklejań, kreśleń w księgach probostwa pod nieobecność proboszcza“. Ale zasłyszawszy brzęk monet w sakiewce Gomarda i zrozumiawszy sens pisma z kancelarji królewskiej, dodał, że badając archiwa spostrzegł opuszczone przypadkiem przez pijanego sekretarza przy zapisach dwie karty, jedną w księdze metryk z roku 1742 (na rok przed urodzeniem Joanny Béqus), drugą w roku 1746 (w trzy lata po urodzeniu). Zapomniano skasować je przekreśleniem. Może więc on sam wpisać do księgi roku 1742-go taką metrykę, jaka spodoba się wysłańcom Króla Jegomości, zwłaszcza, że dla zabawy nauczył się naśladować ładny podpis nieboszczyka proboszcza i ma nadzieję, że za jego sztukę nie zagrozi mu szubienica.
— To lepiej wpiszmy metrykę do księgi z r. 1746 — rzekła mama Rançon. Skoro uszlachcamy Joasię, słusznem jest, abyśmy ją odmłodzili. Ona nie wygląda wcale na 25 lat. Wygląda nawet na 16.
— Nie mamy innych pustych kart. Mogę jej dać jednak 22 lata z miłą chęcią. Znam się na kurtuazji dla dam.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Tak powstała wprowadzająca długo w błąd biografów hrabiny Dubarry wtóra jej metryka, która wywodzi ją z małżeństwa pomiędzy Anną Béqus, ur. Quantigny, i przybyłym z jej rodowego gniazda Vaucouleurs panem Jean-Jackiem Gomardem do Vaubernier, ze wskazaniem daty urodzenia w dniu 19 sierpnia r. 1746-go.
Z fałszem metryki, wydanej w urzędowej kopji przez organistę, znalazła się w czarującej harmonii odegrana z całą powagą przez notarjuszów i dostojnych świadków komedja umowy przedślubnej. Mocą tej umowy świetny kawaler Wilhelm Du Barry miał wstąpić w związki ślubne nie z bylejaką osobą. Artykuł I gwarantował małżonkom odrębność własności w stosunku do wniesionego przez każdą stronę ruchomego majątku. Artykuł II stwierdzał, że przyszła hrabina Dubarry wniosła majątek ruchomy, złożony z kosztowności, odzieży, koronek, bielizny i mebli wartości ni mniej, ni więcej, jeno 30.000 liwrów — co ciekawsze, rzekomo pochodzący z jej zarobków i oszczędności! Mocą art. V przyszły małżonek miał wypłacić żonie rentę 1.000 liwrów. (Suma, której hr. Wilhelm nigdy nie widział na oczy, ale zapis dodawał blasku małżeństwu i skrycie obciążał dary króla).
Mniejsza o pozostałe cztery punkty tej fikcyinej umowy pomiędzy nic nie posiadającymi małżonkami.
Pod fikcją kryło się coś zupełnie realnego. Joanna Dubarry otrzymała w istocie od króla, z urzędu miłośnicy, wyszczególnione w drugim spisie, dodanym do kontraktu, olbrzymie bogactwa: majątek nieruchomy, djamenty bajecznej wartości, cenne koronki, hafty ze złota i srebra i t. p. „swoje oszczędności“.
Czuła się niezmiernie szczęśliwą...
Jej małżonek z pełną kiesą wyjechał niezwłocznie po ślubie do Tuluzy, rzekomo dla poratowania zdrowia, nagle nadszarpniętego.
Hrabina Dubarry zajęła z racji swego tytułu wolne apartamenty w Wersalu po Leblu, który umarł akurat w porę na serce, nie mogąc znieść despektu i przestrachu, jakiego doznał przed paru dniami podczas gonitwy za nim króla z obcęgami. Zachowywał się jeszcze dla świata dystans między nią a Ludwikiem, obowiązujący z powodu niewygasłego terminu żałoby po królowej. Niebawem dystans się zmniejszył, Dostojnej hrabinie ofiarowano na życzenie króla dawne apartamenty jego siostry Adelaidy, która wstąpiła do klasztoru. Prowadził z nich potajemny kurytarz, dawniej bezużyteczny, obecnie podniesiony do celowej roli — komunikacji pomiędży dwiema sypialniami, nad któremi czuwał teraz bożek Eros!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.