Pani Dubarry/Część I/Rozdział VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Fatum
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ VII.
Fatum.

Nad biedną Joanną zawisło fatum.
Pod jej nieobecność zaszły dwa wypadki, które groźnie zaważyły na jej przyszłości.
Dumonceau umarł przed dwoma miesiącami. Nie dziw, że nie pisał do niej. Po jej odjeździe rozwinęła się choroba, która zapowiadała się oddawna: rak, niezrozumiały dla ówczesnej medycyny, nieuleczalny jeszcze dla obecnej. Trawiła go przez długie miesiące gorączka, zrobiła cierpkim, zgryźliwym, zmieniła w egoistę, obojętnego na wszystko inne, wobec własnych cierpień. Interesował się tylko sprawami swego żołądka. Odpychał Fryderykę. Ponieważ, gorączkując w dniach agonji, wspominał imię Joanny, Fryderyka znienawidziła rzekomą konkurentkę do spadku i czuwała, aby nie miał doń dostępu rejent, mogący zmienić dawniejszy testament, przekazujący wszystko kochance.
Zagarnąwszy cały majątek, niemka stała się naraz skąpą nad wszelki wyraz. Wzbogacenie się uczyniło ją chciwszą, niż była kiedykolwiek. Spieniężyła nieruchomości zmarłego i złożyła kapitały na procent w banku. Wchodzącą do jej jadalni Joannę, która już od konsjerżki w sieni dowiedziała się fatalnej nowiny, napotkała tępem zdziwieniem: „Czego tu chcesz, przybłędo?... Wiesz przecie, że matki twojej tu niema“.
To była druga fatalna nowość, którą dozorczyni w kilku słowach oznajmiła już Joannie na samym wstępie. Jeszcze podczas choroby Dumonceau Fryderyka przepędziła na cztery wiatry Annę Teresę wraz z mnichem Franciszkańskim. Za powód-posłużył trzask łóżka w nocy, dochodzący z kuchni, dosłyszany przez niemkę, posiadającą osobliwie czujny słuch i obawiającą się zawsze złodziei. Przemogła lenistwo i, dygocąc ze strachu, zajrzała do kuchni. Doznała zgrozy, napotkawszy tu świątobliwego mnicha, i rozwalone łóżko.
Wprawdzie rzeczy wyjaśniały się nader prosto: mnich przysięgał się, że od dzieciństwa był lunatykiem, oraz że w napadzie lunatyzmu potrącił łóżko Anny Teresy; ta ostatnia przyświadczyła, że łóżko zawaliło się ze starości. Ale uparta niemka nie chciała wierzyć w naturalne skutki somnambulizmu i normalne wietrzenie drzewa i w paroksyzmie wściekłości oboje wystawiła za drzwi. Niewiarę swoją opierała na kruchym argumencie, że księżyc był owej nocy na nowiu, nie rozumiejąc, że jego siła magnetyczna działa przez korę ziemską nawskroś na organizmy czulsze, zdarzające się śród ascetycznych mnichów. Nazajutrz o wschodzie słońca Anna Teresa zabrała się razem z lunatykiem, którego wrażliwość na magnetyzm promieni miesięcznych zajęła ją bardzo mocno.
Joanna była w rozpaczy, nie zastawszy opiekuna przy życiu i matki w domu Fryderyki. Na obcesowe pytanie niemki, zalana łzami, ledwo zdołała wybąkać:
— Chciałam tylko dowiedzieć się, gdzie mama mieszka.
— Szukaj wiatru w polu! — gwizdnęła Fryderyka. Adresu nie zostawiła. Jest pewnie z Gumardem teraz na księżycu!
I odwróciwszy się od oszołomionej Joanny z pogardą, kontynuowała rozmowę z obecnym u niej gościem, opatem Bonnac‘iem, któremu wyjaśniała, że narazie ów musi kontentować się udzieloną mu skromną sumką na mszę za nieboszczyka w klasztorze Vitry, gdyż „zacny Dumonceau z pewnością nie znosi wygód w niebie, jak nie znosił ich na ziemi“.
Joanna bezradna wyszła przed dom. Przystanęła, nie wiedząc, dokąd się ma udać. Była samotna, nie miała grosza przy duszy, Wracać do klasztoru Saint-Aure byłoby nonsensem... Przy pożegnaniu siostra Pelagja oświadczyła jej nie bez zdziwienia, że bank Dumonceau na bieżące półrocze nie wpłacił należności za jej utrzymanie i że uiszczenia długu czekano dotąd cierpliwie tylko ze względu na jego solidną opinię. Słowem była dłużniczką klasztoru i wygnanie jej stamtąd było podwójnie słuszne: moralnie i ekonomicznie.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Patrzyła smętnie w niebo. Była głodna i zła. Pomyślała nawet:
— Ot, żydom to Pan Bóg zesłał mannę! A porządna chrześcijanka to może zdychać z głodu...
Naraz zabrzmiał za nią przedziwnie słodki głos:
— Biedne pokrzywdzone dziecko! pójdź za mną... zaopiekuję się tobą. Bo w tym Babilonie nowoczesnym inaczej rychło zgubisz duszę.
Odwróciła się. Stał przed nią czcigodny opat Bonnac.
— O, i ciało! — krzyknęła. Bo jestem okrutnie głodna. To niebo zesłało mi Waszą Eminencję!
— Bądźmy skromniejsi — odparł opat. Poprostu widziałem cię, śliczne dziecię, u tej twardej kobiety i zeszedłem ze schodów za tobą.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.