Pani Dubarry/Część I/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Leo Belmont
Tytuł Pani Dubarry
Podtytuł Miłośnica królewska
Rozdział Joanna „Vaubernier“?!
Pochodzenie Od kolebki do gilotyny
Data wydania 1927
Wydawnictwo Instytut Wydawniczy „Renaissance“
Druk Zakłady Graficzne E. i D-ra K. Koziańskich
Miejsce wyd. Warszawa — Poznań — Kraków — Lwów — Stanisławów
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: Pobierz Cała część I jako ePub Pobierz Cała część I jako PDF Pobierz Cała część I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
Joanna Vaubernier“?!

Anna Béqus pokiwała żałośnie głową:
— Czyż warto „rozpajęczać się“ nad moją przeszłością. Ot, życie tłukło mnie okrutnie. Krótko mówiąc, otrzymawszy w spadku po pewnym szlachetnym panu, który... coś mi zawdzięczał, sto luidorów, porzuciłam służbę w podłej oberży angielskiej, powróciłam do ojczyzny i udałam się do Vaucouleurs, gdzie mój brat służył u pani Birabin. Niestety, nie zastałam go przy życiu. Rodzice pomarli jeszcze przed moim wyjazdem do Anglji.“ Aby zaoszczędzić kapitalik, wstąpiłam do służby ponownie, jako kucharka do pana Demange. Pewien urzędnik podatkowy dowiedział się, że mam pieniądze, chodził długo koło mnie, skamlał o moją rękę, udawał miłość. Dałam się zwieść temu sprytnemu gałganowi. Coprawda — potrzebowałam wówczas z pewnych względów... męża. Ów niegodziwiec rychło po ślubie zdjął maskę — wyłudził odemnie mój mająteczek, rychło go puścił na pijatyki i kochanki — w dodatku jął mnie bić... Głupia, bezradna pozwalałam na wszystko, dopóki nie zauważyłam, że przystawia się — czy może pan wyobrazić sobie większą podłość?! do mojej trzynastoletniej Joasi.
— Do własnej córki?! — jęknął ze zgrozą Dumonceau.
— A fe!... żeby Joanna miała być córką takiego łajdaka!... Jakiegoś urzędniczyny Vaubernier’a! Ona jest córką... księcia! — dodała tajemniczo.
— No! no! — roześmiał się. Trochę „haftujesz“, słodka kobietko.
— Wcale nie! — obruszyła się. Gdybyś pan znał jej ojca, nie posądziłbyś mnie o fałsz. Zresztą, gdy zdejmie chustkę i obaczysz pan jej cerę, jej drobne rysy, nie zaprzeczysz mi, choć, Bogiem a prawdą, ja sama nie wiem, jak się nazywał jej ojciec. Właśnie z tego powodu wynikły pierwsze kłótnie pomiędzy mną i tym szubrawcem Vaubernier. Wyobraź pan sobie, ten gałgan miał pretensje do mnie, że mu podarowałam dziecko — takie urocze dziecko! — wcześniej o kilka miesięcy, niźli spodziewał się ojcowstwa.
Dumonceau roześmiał się tak głośno, że Joanna otworzyła oczy i jęła przysłuchiwać się rozmowie, nieobserwowana przez oboje.
— To jest zrozumiałe, zacna Anno! Przeciętni mężowie gniewają się na podobne przedwczesne dary od małżonek.
— Ale nie w takich wypadkach! Pomyśleć, że moja Joasia mogłaby mieć płaski nos i grube wargi tego zwierza, którego wkrótce po mojem z nim zerwaniu chłopi słusznie zakatrupili. Joasia jest podobna do ojca — jest to prawdziwie książęce dziecko! I każdy inny mąż, mający trochę smaku, byłby szczęśliwy z takiej córki. Nie chciał uznać mojego dziecka — groził mi separacją! Ale i ja mam swój honor. Chociaż wyszłam zamąż, żeby dać dzieciakowi nazwisko męża, plunęłam mu w twarz i przy pomocy ojca chrzestnego Joanny, pana Demange i znajomego wikarjusza z Vaucouleurs, jakkolwiek mężatka, wolałam sporządzić metrykę dziecka, jako mojej nieślubnej córki.
— Nie rozumiem.
— Niema tu nic do rozumienia. Żyjemy przecież we Francji. Przez znajomość zrobiono, jak chciałam.
Wydobyła z poza gorsu papier złożony we czworo i podała panu Dumonceau.
Odczytał dokument, Była to metryka, głosząca, że w r. 1743 urodziła się z nieślubnej matki, Anny Béqus (Becu) córka, która na chrzcie świętym otrzymała imię Joanny.
— Ale przecież byłaś wtedy w związku małżeńskim z panem Vaubernierem! — zauważył ze zdziwieniem Dumonceau.
— Cóż z tego?!... Wikarjusz z Vaucouleurs poprostu zignorował moje małżeństwo, jako zawarte w innej parafji, co dawało mi prawo do unieważnienia ślubu.
— Zatem rozeszłaś się wtedy z mężem?
— Nie!... przebaczyłam mu jego chamstwo, wierząc w to, że jego zazdrość o moją przeszłość wynika z miłości. Zresztą ten głuptas chwilami kochał mnie. Nawet ustatkował się, przestał pić i porządnie zarabiał. Więc przeżyliśmy razem trzynaście lat...
— Nie był to więc taki ostateczny gałgan! — roześmiał się Dumonceau.
— Ba! od tej chwili, kiedy ja go zaczęłam bić... Mężczyznę trzeba poprawiać.
— Ha! ha! ha! poprawiłaś?
— Niezupełnie!... Musiałam się z nim rozejść ostatecznie, dawszy mu polanem w łeb, bo zaczął mi zanadto łypać oczyma na Joaśkę. Nie podobało mi się to ciągłe całowanie jej pod pozorem, że ostatecznie, jako urodzona w małżeństwie, jest jego córką, Joanną Vaubernier — wbrew metryce! ...I zwłaszcza to nieprzyzwoite gapienie się na trzynastolatkę... Chociaż jest na co patrzeć! — zakończyła z dumą macierzyńską.
Dumonceau zwrócił w tej samej chwili oczy na córkę mówiącej i poprostu doznał wstrząsu zachwytu i zdumienia.
Joanna, ogrzawszy się, odrzuciła grubą watstwę chust, któremi otuliła ją zabiegliwa matka, aby uchronić swój skarb na mrozie w całonocnej podróży. Stała teraz zaróżowiona od żaru kominka, figlarnie przechyliwszy uroczą główkę, przysłuchując się rozmowie. Jakkolwiek barwny strój wieśniaczki bretońskiej — malowniczy, ale nie uwidoczniający kształtów, nieco niezgrabny przestronnością, nadawał jej wygląd dziewczęcia z ludu, to przecie finezja rysów, delikatny owal twarzy, subtelnie skrojone usteczka, zgrabny nosek, przepyszne łuki brwi, oczy zmrużone, uśmiechnięte zlekka wzgardliwie, maleńkie uszy, szlachetna szyjka — wszystko to przemawiało pewnie za arystokratycznem pochodzeniem, określonem naiwnie przez matkę: „Książęce dziecko“. Rozpoczynała piętnasty rok życia, a sprawiała wrażenie czegoś, stojącego na pograniczu pomiędzy podlotkiem a kobietą w pełnem znaczeniu słowa. Delikatne ręce, cienkie nóżki, rozwichrzone swawolnie na głowie jasne włosy mówiły, że jest jeszcze dzieckiem, dzieweczką wiejską, motylkiem, zaledwie wyklutym z gąsiennicy. Ale znaczne przez szaty zarysy wcześnie dojrzałych piersi i ta pewność mieniących się migotliwym blaskiem oczu i ten dziwny, zalotny uśmiech, który, zda się, przywarł do rozchylonych ustek, ukazujących perły-ząbki, te cechy znaczyły już rozwój kobiecości.
— Do djabła! — krzyknął Dumonceau. Ona jest naprawdę ładna! Trudno się na nią nie zapatrzeć.
A Joasia z triumfem spojrzała na matkę i rzekła:
— A co, mamo?!... I ten także się gapi na mnie... Jak wszyscy! Jak papa Vaubernier!...
Dumonceau był zlekka zmieszany tą uwagą po opowieści matki. Wszelako pokrył śmiechem zmieszanie i pokiwał na dziewczę palcem:
— Podeidź bliżej, kochanie! — rzekł. Niech ci się przypatrzę zblizka, by osądzić, jaka jesteś... brzydka.
Roześmiała się, nie ruszając z miejsca — pokazała mu język i, nie zwracając już nań uwagi, postąpiła ku stołowi, sięgając po swój węzełek.
Anna Teresa pochyliła się poufnie do ucha bankiera:
— Niech pan jej daruje. Ona jest trochę dzika. Ale prawda, że to... prawdziwa księżniczka. Szkoda tylko, że nie miałam czasu wychować jej odpowiednio. Czy pan uwierzy, że po rozejściu się z tym łotrem Vaubernier’em, popadłyśmy w okrutną nędzę. Aby mi dziecko nie umarło z głodu, musiałam sprzedawać się...
Oczy jej napełniły się łzami.
— Ach, to okropne! — rzekł Dumonceau.
— O, pan nie pojmiesz nigdy, jakie to okropne: sprzedawałam się za... tanie pieniądze!
— No! to już jest szczyt upadku! — zlekka zironizował bankier.
— Cóż robić, kochany panie!... Nie natrafiłam na porządną klientelę. Trzeba było oddawać się tym skąpym mieszczuchom... A przecie gdyby pan wiedział, kto był ojcem Joanny!
— Któż to był taki?
— Ba! kiedy ja sama nie wiem...
— No!... to skąd wiesz, że to był ojciec?
— Jakto?! — obruszyła się. Ona jest do niego kubek w kubek podobna. Tylko, że umarł, nie zdążywszy mi się przedstawić.
— A!
Otarła łzę wiszącą na rzęsie — westchnęła. Ale nie chciała powierzać mu najpiękniejszej tajemnicy swego życia. Po chwili podięła:
— Pan mnie masz może za trochę bezwstydną. Ale ja zawsze dbałam o opinję. Nie sądź pan, że puszczałam się w Vaucouleurs. Nigdy!... Jeździło się na gościnne występy do różnych miasteczek. Nie mogłam się uszanować na tyle, aby przybyć do stolicy: tutaj panuje taka rozpusta, że uczciwa kobieta nie może konkurować z zepsuciem paryskiem... W każdym jednak razie, musiałam zmienić mój zawód poprzedni, bo kucharki nikt nie szanuje... poprostu dlatego, że nie ma za co ubrać siebie i dziecka z dobrej krwi. Przytem potrzebowałam dużo pieniędzy, bo mi Joasia zaczęła słabować. Uciułałam jaki taki kapitalik i zabrałam dzieciaka na wieś. Żyłyśmy na wsi Bretońskiej, jak... chłopki. Joasia podreperowała się na mleku koziem i serze owczym. Jadła dużo owoców... Z tego ma taką cerę.
Dumonceau, który pochylił się ku Annie Béqus, aby dosłyszeć lepiej jej szeptane zwierzenia, podniósł głowę. I doznał znowu zdziwienia.
Joasia klęczała na fotelu i zabierała się do rozbijania gotowanego na twardo jajka. Na stole leżały jakieś okrutnie kolorowe sukienki, wydobyte z węzełka, skorupy z już spożytych jajek, placuszek i garstka soli, rozsypana na hafcie serwety.
Anna Teresa odwróciła głowę. Na ten raz i ona była cokolwiek zgorszona:
— Co ty wyrabiasz, Joasiu?! — zawołała.
— Jem, mateczko.
— Ale dlaczego... jesz?
— Bo jestem głodna. A ten pan nie pomyślał wcale o tem, że trzeba nas zaprosić na śniadanie.
Dumonceau uderzył się w czoło.
— Ach, przepraszam! — powstał, szukając dzwonka.
— Niech pan na nią nie zwraca uwagi — mówiła, Anna Teresa. To jest iskra! Ostatnio na folwarku dowodziła hufem chłopaków wiejskich...
— Ależ ona ma słuszność! — śmiał się Dumonceau, dzwoniąc. Zaraz zamówię śniadanie.
— A czy będzie dobre? — spytała Joanna.
— Lepsze od twoich jajek! — rzekł.
— No, to niech to zabierze lokaj! — odparło dziewczę, wstając, i pogardliwie odsunęło swoją strawę.
Zjawił się wygalonowany lokaj. Bankier dał szereg zarządzeń, którym matka Joanny przysłuchiwała się, cmokając językiem z zadowolenia.
— Bo widzi pan, panie Dumonceau, wszystko, co miałam, rozeszło się. Nasi chłopkowie drą niemiłosiernie. Co prawda, i oni wiele nie mają, bo drą z nich poborcy. Ostatnio już zagroził nam głód... na wsi! Zbiory tegoroczne wypadły fatalnie. Krowy i kozy zabrali dzierżawcy podatków. Musiałyśmy uciekać do Paryża. To było zdawna mojem marzeniem. Bo przecież Joasia jest stworzona dla Paryża. Nieprawdaż?
Joasia w tej chwili, przechadzając się po gabinecie z pewną nonszalancją, zawadziła łokciem o jakiś kryształowy wazon i wywróciła go. Upadł, tłukąc się z brzękiem.
Anna Teresa klasnęła zaniepokojona w dłonie. Lecz Joasia, rozwiódłszy ręce, dość pogodnie oglądała wyrządzoną szkodę.
— Pan ma bardzo kruche szkło! — zwróciła się do Dumonceau.
— O, tak! ona jest stworzona dla Paryża! — rzekł z przekonaniem bankier.
— Tedy widzi pan, kochany panie Dumonceau — mówiła pani Béqus, coraz lepiej czując się na gruncie mieszkania swego starego przyjaciela — przybywamy tutaj w chwili ostateczności najostatniejszej. Ale na szczęście, pan Bóg jest dobry... i sprowadza nas do pana!
— Bądź spokojna, kochana pani Vaubernier, zajmę się wami... Los twojej córki obchodzi mnie gorąco. Wyznaczę wam stałą pensję miesięczną.
— O, panie! jak to pięknie — wzruszyła się matka.
— To jest tylko mój obowiązek. Nie wiem, czy kiedykolwiek spłacę dług, jaki zaciągnąłem u ciebie. Winienem ci życie.
— O, życie to dar bezcenny! — zawołała nagle Joasia, odwracając się od obrazu treści mitołogicznej, który studjowała z zaciekawieniem.
— Prawda, jaka mądra! — pochyliła się znów szeptem matka do ucha Dumonceau. A jaka naiwna przytem! Wie pan, obserwowała niedawno ocielenie się krowy. I nie mogła nadziwić się, że kobiety decydują się na coś podobnego. Mam nadzieję, że przy pańskiej i Boskiej pomocy uda mi się ją wykształcić i nie będzie oddawała się, jak ja... skąpym mieszczuchom.
Dumonceau kiwnął głową — powstał i zbliżył się do Joanny. Zapytał ją:
— Jak ci się ten obraz podoba?
Tematem obrazu były umizgi faunów i nimf.
— Ładne — rzekła. Tylko dlaczego te śliczne dziewczyny dają całować się takim obrzydliwym golcom?
Dumonceau zatrząsł się od śmiechu.
— Wogóle bardzo mi się podobają pańskie graty! — rzekła z tupetem dziewczyna.
— Wybierz sobie coś — podaruję ci! — zaproponował Dumonceau.
Namyślała się. Potem rzuciła niedbale:
— Nie chcę!
— Dlaczego?
— Bo... chciałabym wszystko. Chciałabym tak mieszkać!
— Moja krew! — ozwała się matka Vaubernier. Ona jest niezmiernie delikatna. Nie znosi zapachu nawozu. I to był jeszcze ważniejszy powód naszej ucieczki do Paryża, niż... głód. Ostatnio naraz zaostrzył się jej węch... po pańsku...
— To może już wpływ krwi ojca? — ostrożnie zauważył bankier.
— Masz pan rację! — klepnęła go szeroką dłonią po ramieniu. Jej ojciec pachniał tak przedziwnemi perfumami, jak...
Nim znalazła porównanie, zjawił się lokaj i oświadczył, otwierając drzwi naoścież:
— Podano do stołu.
Bankier od paru chwil namyślał się nad czemś głęboko, bo na czole jego pojawiły się wyraźne zmarszczki. Przy drzwiach gabinetu, otwierających perspektywę na piękny salonik i świetnie zastawiony stół — widok, który roziskrzył żywe oczęta Joasi — Dumonceau ozwał się nagle:
— A co byś powiedziała, Joasiu, gdybym spełnił twoje marzenie i zamieszkałabyś jeszcze ładniej, niż tu?
— Ot, co! — krzyknęło dziewczę i jednym susem zawisło na szyi starego bankiera, całując go soczyście w oba policzki.
Był rozradowany:
— Doskonale! Mianuję cię moją chrześniaczką i zawiozę cię do mojej Fryderyki!


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Leopold Blumental.