Przejdź do zawartości

Pan z kozią bródką (Makuszyński, 1927)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Kornel Makuszyński
Tytuł Pan z kozią bródką
Pochodzenie O duchach djabłach i kobietach
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1927
Druk Zakł. Druk. F. Wyszyński
i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków; Lublin; Łódź; Paryż; Poznań; Wilno; Zakopane
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


PAN Z KOZIĄ BRÓDKĄ.



Przyjaciel mój, miły bardzo poeta, opowiedział mi tę historję, która wygląda na opowiadanie patentowanego warjata, mającego urzędowe zaświadczenie pomieszanie zmysłów. Przyjaciel dawał mi trzy razy „najświętsze słowo honoru“, że w tej hecy brał udział. Gdyby raz, to możebym jeszcze jako tako uwierzył, ale trzy razy — to trochę za wiele. Ubocznie tylko nadmieniam, że mój przyjaciel jest to pijaczyna na wielki kamień. Pod tym kątem widzenia rzecz się staje zrozumiała.
Oto co mi ten bęcwał nabredził:
Niedawno temu oszołomiła mnie miła wiadomość, że stary kutwa, po którym miałem dziedziczyć, zjadł pieczone prosię, niesłychaną ilość śliwek, a potem napił się lodowatej wody. Kiedy kto ma lat siedemdziesiąt, nie powinien tego robić, chyba że ma miłego spadkobiercę. Zemsta natury była natychmiastowa i poczciwy staruszek umarł. Z rozrzewnieniem opowiadano mi, jak do ostatniej chwili zachował jasność i bystrość umysłu i jak z oszczędności zdmuchnął gromnicę na długą chwilę przed śmiercią. Zjadł też przed oddaniem Bogu ducha pieczone kurczątko, aby się nie zmarnowało.
Ponieważ działo się to w prowincjonalnem, obskurnem miasteczku, trzeba było tam jechać, aby sprawdzić, czy dobry, stary człowieczyna naprawdę umarł, mogło i to być bowiem, że z oszczędności wpadł na dwa, trzy lata w letarg, aby nie marnować świec i obyć się bez jedzenia. Spadek — rzecz oczywista — był na ostatnim planie(!), chociaż tylko w małych miastach bywają duże spadki. Tam zacni nieboszczykowie umieją wieść życie skromne i bogobojne, tańsze są lekarstwa i doktorzy nie tak łapczywi. Szczerze mi żal ludzi, którzy się spodziewają spadku choćby w Warszawie, gdzie koszty śmierci są niepomierne, i spadek kurczy się jak jaszczur w powieści p. Honorjusza Balzaca.
Ja z mojego uczciwego nieboszczyka byłem wcale zadowolony, tak, że nie przeklinałem zbytnio pobytu w szarem, błotnistem i żydowskiem mieście. Minę miałem przyzwoicie strapioną, i nieboszczyk, jeśli na mnie spojrzał, mógł mieć chwilę prawdziwej radości. Temu zacnemu człowiekowi zawsze i we wszystkiem się wiodło, i nawet po śmierci miał szczęście, na takiego jak ja natrafiwszy spadkobiercę.
Kiedy się stało oczywiste, że miły nieboszczyk, nawet gdyby się zbudził z letargu, nie zdoła podźwignąć niesłychanej ilości kamienistej ziemi, gdyż robota na prowicji nie jest fuszerską robotą stołeczną, a grabarze są tam dokładni i pracowici, kiedy dusza Harpagona odeszła do raju w całej paradzie, bo we fraku, rozciętym na plecach, trzeba było pomyśleć, w jaki sposób ukoić żałość i zmartwienie.
Musiałem przez dwa dni jeszcze dreptać po bruku przyjemnego tego miasta. Mój zacny krewny, sam już w raju bezpłatnie wszelkich wspaniałych używający rozkoszy, nie mógł mieć do mnie pretensji, że jeszcze za swoje pieniądze, bo jego trzymały w uwięzi niezliczone formalności, chcę pocieszyć strapioną i niewyspaną duszę. Tylko ludzie źli i obłudni, otrzymawszy spadek, udają, że umierają z żałości, człowiek rozsądny powinien ucieszyć nieboszczyka, dając mu dowód, że jego skarbów źle nie użyje, lecz je spożyje w radości i w błogiem weselu, że uczyni to, jednem słowem, czego on uczynić nie umiał, i wskutek tego mógłby mieć za grobem wyrzuty sumienia.
Dość było trudno w małem mieście oszaleć. Można sobie było wprawdzie kazać podać do obiadu lody ananasowe i hawańskie cygaro, takie jednak polecenie nie miało sensu, bo wywołałoby tylko zbiegowisko, zupełnie zresztą niepotrzebne, gdyż w całem mieście nie było ani ananasa, ani hawańskiego cygara. Można było zakupić wszystkie pokoje w pierwszorzędnym hotelu, co powinno wywołać sensację; i ten pomysł jednak również był bez sensu, w całym bowiem hotelu były tylko dwa pokoje, a w jednym stał bilard, który od wypadku służył jako łóżko.
Nie było to jednak miasto najgorsze. Źle jest sądzić z pozorów. Ostatecznie bowiem znalazła się rozrywka pierwszorzędna. W mieście tem gościł kabaret, tingeltangel, coś w tym rodzaju. Na zielonym papierze czerwoną farbą, koślawemi literami, udającemi litery druku, było wypisane, że w kawiarni „Japońskiej“ odbywa się codziennie przedstawienie „monstre“ najwybitniejszych gwiazd świata, artystek i artystów stołecznych.
Ha! życie bucha radością jak gejzer. Nawet tu.
Wpobliżu miasta znajdowały się głośne w świecie kopalnie nafty, więc środowisko ludzi bogatych, skłonnych do hazardu, bardzo przeto szczęśliwych lub nieszczęśliwych. Na obie te dolegliwości, na szczęście i na nieszczęście, wymyśliła natura jedno wspólne lekarstwo: szampana. Rzecz prosta, że po tak zawiłym wykładzie wniosek jest prosty, ten mianowicie, że nawet w tak obskurnem mieście kabaret, w którym można dostać szampana, mógł mieć widoki powodzenia. Człowiek rzadko pija naftę, z reguły jednak umie naftę zmienić w wino. Jest to boską cechą natury ludzkiej, że wszystko, dziegieć, smołę, sól, sztuczny nawóz, kartofle i pszenicę, umie ona szybko, jednym gestem, używanym przez czarowników, zmieniać w wino.
Nie bez trwogi jednak wchodziłem do wzniosłego lokalu, w którym szalało miejscowe życie. Lokal był spelunką. Historję jej można było wyczytać na tapetach. Niezliczone pokolenia much umarły i pogrzebione są na „żyrandolu“; wspaniałe lustro zdobiło jedną ścianę. Kiedy w to lustro, porysowane, pęknięte w samym środku żywota swojego, zamorusane,#32;zatłuszczone i popstrzone przez muchy, niemyte od chwili swoich narodzin, spojrzał człowiek, — cofał się natychmiast przerażony. Było to zaczarowane zwierciadło. Najbardziej urodziwa twarz czyniła się szpetna; oczy odbiegały od siebie, jakgdyby w nagłem przerażeniu; nos przybierał kształty niesamowite, usta rozszerzały się w okropnem cierpieniu, widziałeś upiora, który był zielony i straszny. Było to prawdziwe zwierciadło żywota, w którem wszelki szych i marność ziemska przybierały kształt właściwy. Z brudnej toni zwierciadła patrzył w ciebie upiór, śmiejący się szatańsko na temat: ha! ha!
Z jednej strony sali, należycie śmierdzącej, był bufet. Na długim stole, obitym ceratą, tłusto się pocącą, tak, że wszystkie wody wszystkich oceanów zmyćby jej doczysta nie mogły, stały jakieś szkła, jakieś wędliny i sery. Samobójca drgnąłby, zbliżywszy się do tej zastawy. Były tam rzeczy, radujące żołądek, były jednak i takie, które są radością oczu, a przez oczy radują ducha. W metalowych niewypowiedzianego koloru kieliszkach barwiły się kwiaty. Sztuczne kwiaty, podobne do zakurzonej, uwiędłej, straszliwej, zaśniedziałej cnoty.
Po stronie przeciwnej ustawiono estradę, która przypominała nudny katafalk. Stało na niej pianino, w którem dusza dawno umarła, a targana co nocy za włosy swoich strun, wydawała z poza grobu chrapliwe, okropne, szczekające rzężenia. Pianino to bite po żebrach, torturowane z pasją przez ohydnego Torquemadę, drżało, jak czarna trumna, w której leżący nieboszczyk zwarjował i wierci się z powodu wyrzutów sumienia, płakało, dostawało czkawki, jęczało basem głuchym i podziemnym, bulgotało spazmem, charkotało kaszlem uporczywego suchotnika, nagle zawyło, poczem odezwało się drewnianym głosem puszczyka, aż po chwili zaczęło kwilić cieniutkim, piskliwym, dreszcz budzącym głosikiem podrzutka, ciśniętego pod cudze drzwi na śniegu mrozie; wszystkie zaś te głosy wstawały i umierały w rytmie, więc kiedy zamknąłeś oczy, miałeś widzenie, że oto straszliwy szkielet wstał, tańczy i pląsa radośnie, piszczelami sucho chrzęści i pomrukuje sobie, raz wysoko, raz nisko, a czasem nie może dobyć głosu z przepalonej śmiercią gardzieli, gdyż co drugi klawisz nie odpowiadał. W takim instrumencie musi być zaklęta dusza starej panny, która, źle i bez wytchnienia grając na fortepianie, zatruwała życie sąsiadom. Teraz ją zato ciągną za włosy, każdym ruchem pedała gniotą jej łono, a ona skarży się biedactwo.
Pianino to, jego dusza, żałośnie jak głodny pies skamląca, musiało wzruszyć niejednego słuchacza; dlatego dobrzy ludzie, kiedy sobie w serce z winem naleją dobroci, użalą się zawsze takiego instrumentu, i jeden leje w jego wnętrze wino, drugi kieliszek konjaku, inny sardynki w nie wrzuca, cytrynę, cygaro. A to zwierzę wszystko pożera i znowu płacze, i łka, i rzęzi, i flaki z siebie wśród wycia wypruwa.
Za bufetem siedziała panna tłusta, przy pianinie mistrz bardzo chudy. Panienka miała piersi takiej niezwykłej obfitości, że mogła niemi wykarmić nietylko małe i skromne w wymaganiach niemowlę, lecz stu Tatarów, chciwie i bez upamiętania przez dzień cały kobyle mleko pijących. Aż dziw brał, że w jej pobliżu mógł się uchować ktoś tak bardzo chudy, jak to widmo, piszczelami palców tłukące w piszczele klawiszów. Od samego patrzenia na tę miłą panienkę można było przybrać na ciele. Siedziała za tym bufetem, ponura jak sowa, licząc kostki cukru i plasterki cytryny. Ilekroć spojrzał kto na nią, uśmiechała się, jak ropucha, kiedy sobie przypomni kochanka.
Ponieważ była to niedziela, w spelunce było sporo gości, nie tak wielu jednak, aby ich to biedactwo z poza bufetu nie mogło zmieścić na swojem łonie bez wielkiego trudu.
U wejścia przywitał mnie dyrektor kabaretu.
Ujrzawszy tę twarz, wzdrygnąłem się. Indywiduum było we fraku, którego cokolwiek wytworny nieboszczyk nigdy na siebie nie pozwoliłby włożyć. Wierzgałby jak koń. W brudnawym gorsie, widocznie przyczepionym do niewidzialnej koszuli, tkwiły dwa bezczelne szkiełka, zrobione na brylanty. Spodnie ułożone były w harmonijkę. Indywiduum miało jednak twarz niezwykłą. Był to starszy już pan, sędziwy, z bródką szczecinowatą, podobną do koźlej. Oczy miał bystre, czarne i mądre. Na twarzy bladej i niezwykle inteligentnej widniały głębokie brózdy, jakby ślad po cierpieniu, co przez tę twarz o szlachetnym wyrazie przeszło, jak ostry pług. Czoło wysokie, mądre, czoło człowieka myślącego i nieustannie trapionego czemś, co się w nim, w głębokiem wnętrzu tłamsi i przewala. Była to twarz zabiedzona, bladością swoją, przechodzącą w siność, niepokojąca, brzydka, a jednak w brzydocie swojej pociągająca. Miało się wrażenie, że to wielki pan, rasowy szlachcic, pobity jakiemś nieszczęściem, przywdział frak, ohydny i zatłuszczony, i na dnie życia żeruje, aby żyć.
Jedno w tej twarzy dziwacznej było naprawdę śliczne — to uśmiech. Uśmiech smutny, cichy, jakiś rozrzewniony, miły i dobry, a równocześnie zbolały i ironiczny, uśmiech zimnej, dotkliwej pogardy nie schodził z pergaminu tej twarzy i wciąż się błąkał, wciąż się wił wkoło kącików ust.
Człowiek ten wyglądał, jak stary arystokrata, co się zabłąkał do zbójeckiej spelunki.
Kiedy wszedłem, ocenił mnie jednym ruchem mądrych swoich oczu i szybko podszedł ku mnie. Wtedy zauważyłem, że chromał silnie.
Z ukłonami podprowadził mnie do stolika wpobliżu bufetu, z poza którego spływał ku mnie dziewiczy, lecz tłusty i gęsty, jak zjełczałe masło, uśmiech.
Pan z kozią bródką widocznie mnie wyróżniał z niewielkiej gromadki gości tak rozbawionych, jakgdyby to był raut paralityków albo doroczne święto w klubie samobójców.
Atmosfera była ciężka, duszna i parna.
Pan dyrektor objaśnił mnie, że straciłem dwa numery programu, lecz, że nie mam czego żałować, gdyż były słabe. Za chwilę jednak zaczną się atrakcje wyborowe, wobec czego słuszne wydało się pytanie, czy będę jadł kolację w tym wytwornym zakładzie? Nie, nie będę jadł kolacji. Kto jednak przychodzi do kabaretu, ten szuka pewnie podniety do szaleństwa i takiemu pewnie jest wszystko jedno. Komu jest wszystko jedno, ten się zwykle upija. Nie miałem wprawdzie do tego najmniejszej ochoty, łatwiej jednak zwlec dwie godziny z butelką, niż bez niej. Do butelki można gadać, a ona nie odpowiada, słusznie też najwięksi mędrcy uznali flaszę za jedyną towarzyszkę, godną człowieka.
Wobec tego zwróciłem się do sympatycznego dyrektora, który z uśmiechem łagodnym i mądrym czekał rozkazów.
— Jakie macie wina?
— Najgorsze na świecie, — odrzekł łagodnie dziwny ten człowiek.
Odpowiedź była imponująca.
Uśmiechnąłem się.
— Dobrych win niema już nigdzie, — mówił on — łajdactwo ludzkie nie uszanowało nawet wina. Cóż możemy panu dać? Trochę wody sodowej z drożdżami i z landrynkami. Jak pan każe, aby się to paskudztwo nazywało? Nazwy są stare i autentyczne.
Spojrzałem z podziwem na tego szczerego człowieka, i on w tejże chwili spojrzał mi w oczy. Coś mnie tknęło. Tę ciekawą i niezwykłą twarz już gdzieś widziałem. Ale gdzie?
— Przed dwoma dniami, panie! — rzekł cicho dyrektor.
— Co się stało przed dwoma dniami?
— Widział mnie pan w domu swego wuja.
Stropiłem się. Cóż za indywiduum! Czyta w myślach, czy co?
— Pan jest odgadywaczem myśli?
— Bynajmniej, ale grymas twarzy człowieka, który chce sobie coś przypomnieć, jest bardzo łatwy do odczytania. W tej chwili zaś mógł pan zajmować się tylko moją mizerną osobą. Wszak to jasne!
— Tak, to jasne... Niech pan usiądzie, panie dyrektorze.
— Dziękuję bardzo. Jest pan bardzo uprzejmy. Za chwilę odrabiam mój numer na tej przeklętej estradzie, ale mam jeszcze czas...
Przynieśli jakiegoś nowonarodzonego szampana, straszliwa zaś fizjognomja kelnera, na której widok zadrżałby z radości każdy sędzia śledczy, zapytywała mnie, czy nalać także dyrektorowi? Kazałem nalać skwapliwie.
— Musi pan pić to, co pan sam nawarzył — rzekłem, wcale tem pocieszony, że znalazłem wspólnika do nieszczęścia, szampan tak bowiem wyglądał w istocie jak nieszczęście. Był bladożółty, jak człowiek, który z rozpaczy nie śpi, cierpki, jak beznadziejnie chory, kwaśny, jak człowiek chory na wątrobę, i czuć go było korkiem. Wysoka marka, jednem słowem.
— Piję się nie wino, tylko radość, która chodzi za winem, i pije się duszę człowieka przy winie — rzekł dyrektor.
— Pięknie powiedziane... Więc ja pana widziałem na pogrzebie mojego wuja? Tak, teraz sobie przypominam... Czy pan był jego przyjacielem?
— Nie miałem zaszczytu znać tego dostojnego człowieka.
— Aj! dlaczegóż tedy miał pan taką zmartwioną minę?
— Jednego człowieka mniej na świecie, chociaż to mały powód do żałości. Właściwie to ja dlatego byłem zmartwiony, że to kogoś innego chowają, a nie mnie.
— No! no! a któż była ta pani w grubej żałobie, którą pan prowadził pod rękę, co tak bardzo płakała?
— Chciał pan pewnie powiedzieć „gruba pani w cienkiej żałobie“. To była moja żona. O, siedzi w tej chwili za bufetem.
— Niepodobna! A cóż żonę pańską łączyło z moim wujem?
— Nic.
— Nie rozumiem! Więc czemu ta kobieta płakała?
— Bo to, widzi pan, ja jestem równocześnie przedsiębiorcą pogrzebowym...
— O! o! o!
— Tak, panie. Miałem zaszczyt własnoręcznie brać miarę z nieboszczyka, pragnąłem bowiem, aby trumna była wygodna. Nie będę dodawał, że czyniłem to z całą możliwą delikatnością, aby zbytnio szanownego nieboszczyka nie miętosić, jak to jest w zwyczaju. Pan pojęcia nie ma o brutalnej bezceremonjalności, z jaką się zazwyczaj ci szakale, którzy urządzają pogrzeb, odnoszą do dostojnych zwłok.
— A pańska żona?
— Udział mojej żony w tym smutnym obrzędzie był raczej natury artystycznej. Moja żona była kiedyś aktorką i grywała żałośliwe i rzewne role. Matka, której jednego dnia umarło siedmioro dzieci nie potrafi tak zapłakać, jak to bez najmniejszego powodu potrafi ta genjalna kobieta... Czy pan pozwoli, że poślę jej szklaneczkę tego podłego wina. Należy się to jej talentowi...
— Ależ proszę, całą butelkę!
— Dziękuję panu. Butelka w istocie większą jej sprawi radość, niż taki naparstek. Niech to będzie zapłata za jej rzewne łzy, któremi skropiła wujowi pańskiemu drogę do wieczności.
— Ale skąd te łzy?
— Właśnie chcę panu powiedzieć. Dostojny i czcigodny nieboszczyk, jak panu pewnie wiadomo, nie odznaczał się zbytnią hojnością. Sądzę, że nie obrażę pańskiego bliskiego krewnego, jeśli powiem obrazowo, że pies byłby go nawet opuścił, nie mogąc w domu pana znaleźć kości do ogryzienia, gdyż pan czynił to sam.
Pokiwałem smutnie głową.
— Tak, panie — mówił dyrektor — ponieważ nikt nie wiedział, że pan przyjedzie, aby oddać ostatnią przysługę temu zacnemu człowiekowi...
— Bynajmniej! Ja przyjechałem po spadek!
— Jest to też pewna forma serdecznej pamięci o umarłym, który musiał odczuć żywą przyjemność, że majątek jego zabierze człowiek tak bardzo miły jak pan...
— Niech będzie!
— Ponieważ tedy szlachetny nieboszczyk chciał mieć pogrzeb wystawny, widocznie dlatego, że się wstydził życia, i zostawił u rejenta niemałą sumę na tę uroczystość, zaangażowałem moją żonę do wylania możliwie jak największej ilości łez. Myślę, że wywiązała się ona doskonale z roli swojej smutnej i raniącej serce. Czy pan był zadowolony?
— Niech pan podziękuje swojej małżonce. Płakała tak rzewnie, jakgdyby to ona dostała spadek, a nie ja...
— Dziękuję panu, mówi przez pana artysta... Ale, jeśli pan pozwoli, powrócę za pół godziny, gdyż teraz muszę iść na estradę. Zobaczy pan niezwykłe sztuki magiczne.
— Czekam z niecierpliwością!
— Do widzenia!
Pan dyrektor, włócząc za sobą lewą nogę, grubo dziwacznym butem sztukowaną, poszedł na estradę. Wygłosił krótką przemowę do publiczności, już przyzwoicie urżniętej, która go przywitała oklaskami, jak starego znajomego. Skłonił się jednak tylko mnie.
Co za wyborny człowiek! Przedsiębiorca pogrzebowy, dyrektor kabaretu, czarny magik, dusza zdaje mi się przez pół błazna, przez pół smutnego człowieka, idjotycznie szczery, bombastyczny i skromny, haniebnie ironiczny. Patrzyłem ciekawie, co potrafi, jako sztukmistrz. Pokazał z początku kilka sztuczek, które się widuje w każdym podlejszym cyrku, z kartami, pierścionkami i zegarkami, pożyczanemi niechętnie przez publiczność; poczem wyjmował z ust płonące pakuły, dymił jak lokomotywa, przecudownie udawał głosy zwierząt i ptaków, wreszcie pokazał sztuczkę niebywałą i trudną; zniknął na mgnienie oka i zaraz się ukazał. Nie byłem pijany i przetarłem palcami oczy, chcąc się przekonać, czy nie śpię, albo czy nie uległem sugestji. Dyrektor dojrzał ten ruch z estrady i uśmiechnął się do mnie.
Publiczność oklaskiwała go z lękliwym zapałem.
Ja — przyznaję — zdumiony byłem doskonałą precyzją tego szarlataństwa, to też zupełnie szczerze oklaskiwałem mojego przygodnego przyjaciela i składałem mu żywym tonem życzenia, kiedy powrócił do mojego stolika.
— Sztuczka pańska ze zniknięciem, bez żadnych zasłon i bez parawanów, jest znakomita. Jak się to robi?
— Poprostu, znika się.
— Ale jak?
— To trudno wyjaśnić. Właściwie to nie jest żadna sztuka: zniknąć. Tyle rzeczy znika na święcie, majątki, ludzie, żony, kochanki, i nikt się nie dziwi. Moja sztuczka jest dlatego dziwna, że ja się ukazuję zpowrotem. Mnie wolno, bo to w kabarecie. Wielu jednak ludzi ze straszliwem, nieco gwałtownem spotkałoby się przyjęciem, gdyby, raz zniknąwszy, ukazali się zpowrotem. Gdyby tak szlachetny wuj pański, który zniknął w wieczności... Ach, ja tylko żartuję, niech się pan łaskawie nie gniewa. Stamtąd mało kto powraca...
— Mało kto? Stamtąd chyba nikt nie powraca!
— Tak ściśle tego powiedzieć nie można. Ale, wracając do dalszych tematów — jest jedna osoba na świecie, którąbym chętnie nauczył sztuki znikania, nie nauczywszy jej sztuki powrotu... Niech pan nie patrzy w stronę bufetu... Ostrożnie! Gdyby tak, och, ona... Moja żona...
— Ach!
— Żona moja jest aniołem, drogi panie... Ale w życiu to i anioł, widzi pan...
— Napijmy się! — rzekłem czem prędzej, — pan się robi ponury...
— Owszem, jeśli pan łaskaw, to się chętnie napiję. Za chwilę będzie tu pusto. Czy panu się bardzo śpieszy?
— Wyjeżdżam o ósmej jutro, a spać mi się nie chce. Chętnie z panem pogadam.
— Ja jeszcze chętniej. Ale, niech się pan nie gniewa za moją bezczelność; czy mogę mojej żonie posłać w pańskiem imieniu coś do wypicia?
— Ależ najchętniej! Kelner, wino!
— Może nie wino? Coś silniejszego... Butelkę rumu naprzykład?
— Rumu? Kobiecie? Butelkę?!
— Ach, ona wytrzyma. Jest to istota łagodna, ale silna. Silny trunek działa na nią zresztą kojąco... Do rumu czuje specjalną predylekcję, bo ją rozmarza. Ja także, jeśli pan pozwoli, i panu też radziłbym zmienić to obrzydliwe wino na coś mniej obrzydliwego.
— Konjak?
— Pan niech pije konjak, a ja — jeśli wolno — proszę o wódkę. Czystą, zwyczajną wódkę.
Kazałem podać. Mój wuj obrócił się w grobie i stęknął, — najwyraźniej słyszałem.
— Wódka — ględził miły ten człowiek — ma wiele szlachetnych właściwości: uśmierza bóle, podnieca temperament, porusza leniwą, ciężką krew północną. Poza tem przypomina kryształ źródlanej wody, więc może dlatego niewinni Sarmaci tak ją lubią. U nas więcej zimy, niż lata, więcej lodu, niż słońca. A wódka to jest roztopiony lód. Każdy naród pije w tym sensie. Włoch i Francuz pije roztopione na złoto słońce, my lód. Dlatego Polak tak się prześlizguje po życiu, jak na łyżwach, i dlatego się tak często zatacza, bo mu ślisko. Smutek Polaka jest tak gorący, że go musi oziębiać wódką, smutek innych narodów jest zimny, więc go podlewają winem. My jednak mamy tę niezaprzeczoną wyższość nad każdym narodem świata, że potrafimy pić wszystko. Pod tym względem mamy genjalne zdolności. Gdyby Hiszpan wypił butelkę czystej, umarłby w mękach, a Polaka podnieci to tylko do wypicia hiszpańskiego wina. Mocny naród i ochoczy do wypicia. Trzeba bowiem umieć pić. Widok pijanego na wesoło Polaka jest krzepiący. Co za siła, panie drogi, jaka wytrzymałość i jaka otwartość! Anglik pije, jak rzezimieszek, pokryjomu, nieładnie. Z tego powodu mam dla tego narodu uczciwą pogardę. Francuz pije prześlicznie, Niemiec nieładnie. Jak mogło piwo zwyciężyć wspaniałą i bohaterską moc wina? To śmieszne. Zaczyna mnie też martwić nie na żarty powolne przywykanie Francuzów do piwa. Och, to są niedobre i niebezpieczne rzeczy! Myślę o napisaniu odezwy publicznej do Francuzów, aby pili tylko wino, a piwo będzie obłożone narodową klątwą. W ręce pańskie!
— Dziękuję! Ten konjak jest rodem z piekła.
— Z piekła? Niech pan nie myśli, że wszystko, co jest rodem z piekła, jest złe. Wyjąwszy oczywiście kobiety. Myślę jednak, że i piekło samo tego nie chciało, co w imieniu jego potrafi uczynić kobieta. Ha!
— Czyż niema kobiet niebiańskich?
— Są, oczywiście, że są. Ileż razy djabeł przybiera postać anioła! Jest to jeden z najstarszych i najbardziej banalnych podstępów piekielnych. A propos piekła: moja żona kłania się panu, bo już odchodzi. Pan pozwoli, że poproszę ją o urlop i pożegnam ją w pańskiem imieniu.
— Gdzie państwo mieszkają?
— W tym lokalu, że tak powiem: w przedsionku świątyni sztuki. Ot, tam za tą kotarą są drzwi, które prowadzą do naszych apartamentów. Są one dość skromne, bo przerobione ze składu na rupiecie, z tego powodu panuje tam zapach muzealny, choć jedynym okazem starożytnej sztuki jest tam moja dostojna małżonka.
— Proszę jej złożyć moje uszanowanie!
— Dziękuję. Pańska uprzejmość jest tak wielka, że chce uczcić potwora.
— Ależ, panie! Jakże można...
— Można, panie — odrzekł on melancholijnie, — Egipcjanie mieli świętego krokodyla, a ja mam moją żonę... Za chwilę wracam!
Miły człowiek pokusztykał w stronę swoich „apartamentów“.
Na sali, oddychającej ciężko wyziewami fuzlu, dymu cygarowego i tym zapachem tłustej ścierki, którego z podobnego lokalu nigdy nie wypłoszy najsilniejszy nawet strumień świeżego powietrza, nie było już nikogo. Rzezimieszek w straszliwym fraku obliczał w kącie przy stoliku wpływy z targu. Kazałem mu podać większą ilość alkoholu, uregulowałem zgóry rachunek i poprosiłem, aby poszedł sobie do djabła, a pan dyrektor sam zgasi światła i pozamyka wejścia.
Zostałem sam. Zdawało mi się wprawdzie, że wychudzony i zielonkawy duch mojego wuja wypłynął z poza falistego pieca, zbliżył się ku mnie, długim palcem policzył butelki, poczem westchnął tak głęboko, jak duch ojca Hamleta w teatrze na prowincji.
Ale mi się tylko zdawało.
Byłem sam, a duch musiał się urodzić w butelce konjaku.
Patrzyłem w stronę, skąd miał wrócić pan dyrektor. Słychać tam było niejakie wrzaski mocno podniesione i miły głos mojego współbiesiadnika.
— Rum działa! — pomyślałem wesoło.
Nagle krzyknąłem. Dyrektor siedział obok mnie przy stoliku.
— Otóż jestem! — rzekł smętnie.
Nie widziałem, żeby wychodził z drzwi, dość odległych, wogóle nic nie widziałem.
— Jak? skąd pan się tu wziął? — szepnąłem niemal z lękiem.
— Zjawiłem się dość szybko, co pana pewnie dziwi, gdyby pan jednak mógł być obecny przy rozmowie mojej z żoną, dziwiłby się pan, że tak powoli stamtąd wyszedłem... A propos! Jest pan człowiekiem pełnym taktu i doskonałych manier. Muszę więc pana zapytać otwarcie, czy nie budzi w panu wstrętu fakt dość smutny, że będzie pan siedział przy jednym stole z człowiekiem, który przed chwilą został spoliczkowany?
— Pan?
— Wolałbym, ażeby to mógł być ktoś inny, ale nie było innej ofiary.
— Żona? To aż tak gwałtownie? Pocóż jej pan kazał pić rum?
— Bez rumu byłoby gorzej, rum zaś odjął jej mocnym nogom pewność ruchów, a silnym jej ruchom odjął tęgość i sprężystość, tak, że zostałem obrażony dość lekko, raczej na duszy, niż na ciele.
— Biedny pan jest człowiek, drogi panie...
— Pańskie współczucie wylewa na moją steraną głowę najcudowniejsze balsamy. Od stu miljonów lat nie było mi tak dobrze i tak radośnie. Dziękuję panu z całego serca. Przebywam ciągle wśród takiej hołoty, że godzina, spędzona z człowiekiem tak nienagannych manier, z człowiekiem o takiej jak pan wzniosłości ducha, jest dla mnie wiekiem szczęścia.
— Niech pan pije!
— Dziękuję! Nawet to paskudztwo wydaje mi się płynem przedziwnego smaku. Uczyńmy je nieco mocniejszem!
Podniósł do ust szklankę wódki, i w tej chwili, kiedy ją zbliżał do ust, stało się coś strasznego, oczy jego pozieleniały, twarz stała się szara, a ze szklanki buchnął płomień siny i jadowity. Dyrektor pić go począł z lubością i wypił do dna.
Porwałem się z krzesła. Głowa moja zmieniła się nagle w szczotkę do czyszczenia ubrania, tak przeraźliwy strach podniósł moje włosy. Chciałem uciekać!
— Co?.. co... to było?.. — wyjąkałem.
— Jedni lubią zimne, drudzy gorące! — rzekł dyrektor takim głosem, jakgdyby wydobywał go z brzucha. — Co pana tak zdumiało?
— Kto pan jest, na Boga! Kto pan jest? — krzyknąłem zduszonym głosem.
Nagle lampy przygasły jak w teatrze, zrobiło się bardzo cicho, a dyrektor, podniósłszy się z krzesła, rzekł z ukłonem:
— Djabeł, ale do pańskich usług...
Coś mnie schwyciło za gardło, tak, że mi brakło powietrza, czułem, że oczy moje wyłażą z orbit, serce poderwało się i zaczęło się dobijać do piersi, jak uciekający z pożaru człowiek dobija się do drzwi, nogi uginały się pode mną, jakbym zapadał w bagno; o włosach już nic nie wiedziałem, we wnętrzu głowy bowiem poczułem zimno dotkliwe, strach bowiem ściął mi mózg w bryłę lodu.
Straszliwy człowiek nagle posmutniał. Zgasił oczy jak zielone latarenki, na twarz wróciły mu zwykłe kolory. Lampy zajaśniały. I zaczął mówić z melancholją:
— Otóż to! otóż to? I pan się przestraszył, nawet pan! Jest mi niezmiernie przykro, o nie umiem panu tego wyrazić, jak bardzo mi przykro. Niechże się pan uspokoi i usiądzie...
Zbliżył się ku mnie i siłą posadził na krześle. Dusza moje uciekła jak jelonek, opasłe ciało nie było w stanie uczynić najmniejszego ruchu. Wodziłem za nim wzrokiem zdumionym, przelękłym, napół zwarjowanym. W uszach mi szumiało. Serce uspokajało się powoli, widząc, że mu się żadna krzywda nie dzieje. Miałem wrażenie, że ktoś mówi do mnie z oddali, jakby przez tubę.
A on mówił:
— To są skutki straszenia dzieci djabłem. I niech mi pan powie, co we mnie jest strasznego? Taki sam jestem, jak inni, trochę tylko brzydszy...
— Oczy!... — powiedziało coś we mnie, ale nie ja.
— Oczy?... Trochę mi zabłysły. A u ludzi nie widział pan błyszczących, albo zielonych oczu?
— Noga... — powiedziało znów coś we mnie, bez mojego wyraźnego współudziału.
— Noga? No, cóż? Trochę nieforemna. Trudno, drogi panie, kopyto. Wolę jednak moje djable kopyto, niż niektóre ludzkie nogi. Wie pan, co to jest podolska stopa? Otóż ja wolę moje kopyto. W każdym razie jest ono raczej końskie, niż ośle, które się dzisiaj zdarza u ludzi. I cóż nadzwyczajnego w mojej nodze?
— Pan pił ogień!... — rzekłem konającym głosem.
— Gdyby pan to mógł znieść, piłby pan także w ten sam sposób. Pozwoli pan, ale nawet djabeł nie może znieść wyrobionego z kartofli przez ludzi paskudztwa w jego niezmienionej postaci. Wolę już w ognistej formie. No! no! Spokojnie, spokojnie... Nie taki djabeł straszny. Prawda?
— Prawda...
— I już się pan nie boi?
— Coraz mniej...
— Więc bez trwogi i jasno patrząc na rzeczy, widzi pan teraz, jak brzydkich sposobów od wieków używa konkurencja do pohańbienia djabła. A czarny, a ma rogi, a wściekły, a z gęby bucha mu płomień, a czyha na duszę ludzką... Panie! Ja w życiu mojem nie zrobiłem nikomu nic złego. Cóż ja zresztą mogę, biedny, niezłośliwy djabeł wobec człowieka? Zato ile djabeł potrafi wycierpieć od człowieka, tego niktby nie zliczył... Jakże tam z samopoczuciem?
— Coraz lepiej, tylko niech pan nie robi żadnych sztuk!
— Cha! cha! — zaśmiał się djabeł — mój repertuar jest mocno ograniczony. Wszystkie moje sztuki pokażę panu na żądanie. Kilka pan już widział zresztą. Napijmy się!
— Napijmy się! Z panem rozmawia się bardzo miło. Jednak bardzo mnie pan przestraszył.
— Przysięgam panu, że przestraszyłby się pan tak samo, gdyby pan nagle ujrzał anioła. Tylko, że go pan nie zobaczy. Djabeł jest to istota bliższa człowieka, bardziej ciekawa życia i bardziej towarzyska. Anioł, panie, to jest hrabia, arystokrata, stworzenie subtelne i delikatne, więc niechętnie wchodzi w ziemską atmosferę, która, prawdę powiedziawszy, brzydko pachnie. A djabeł, zdrowy cham, brat Łata, dobry kompan, stary znajomy, bez fochów, bez min, bez pretensji wlezie wszędzie i wszędzie mu dobrze. Przytem aniołowi bardzo jest trudno pokazać się wśród ludzi; musi bowiem przybrać kształt poetyczny, rzewny i nadobny, musi być młodzieńcem z pięknemi lokami, z długą laską w ręku, biało ubrany. Niech pan sobie wyobrazi pojawienie się takiej cudownie rzewnej istoty w ludzkim, szarym tłumie! A djabeł, drogi panie, tak jest podobny do człowieka, a raczej człowiek tak jest podobny do djabła, że najbystrzejsze nawet oko ich od siebie nie odróżni. Czy pan byłby się domyślił, kim jestem, gdybym panu tego nie powiedział?
— Być może, że nie... chociaż pańskie nagłe pojawienie się...
— W kinematografie robią jeszcze lepsze sztuki...
— Więc niech mi pan powie... Nie wiem, czy wolno?
— Dumny jestem z tego, że pan pyta djabła o pozwolenie i że pan tak doskonale przestrzega form. Zazwyczaj pędza się nieszczęsnego djabła jak psa. Proszę, niech pan raczy zadawać mi pytania.
— Skąd się pan tu wziął? Dlaczego tu i dlaczego w tej postaci? Przecież pan, istota potężna...
— Potężna? Och, młody, miły panie! Jakież fałszywe informacje! Co pan nazywa potęgą? To, że potrafię oczy zrobić na zielono? Albo, że piję wódkę z ogniem? Pierwszy lepszy uczciwie fachowy pijaczyna zrobi panu to samo. Umiem wprawdzie wiele sztuk w podobnym rodzaju, znacznie efektowniejszych, ale i na tem koniec. To są środki, drogi panie, mniej lub więcej zręczne, mniej lub więcej dowcipne sposoby...
— Do czego?
— Do utrzymania dobrego imienia firmy. Piekło jest w stanie bankructwa. Człowiek zaczyna być mądrzejszy, sprytniejszy i zręczniejszy od djabła.
— Niemożliwe!
— Niestety, ale możliwe. Tę garstkę pozornych tajemnic, których djabeł używał, aby sobie zapewnić poszanowanie i jaką taką pozycję w świecie, człowiek odgadnął już prawie zupełnie. Żaden patent nas nie chroni, drogi panie! A niech pan pomyśli, jak się piekło musiało wysilać, aby swoje sztuczki otoczyć nimbem cudowności, grozy, albo straszliwości. Trzeba było awantur z Łysą Górą, z miotłą, z czarownicami, z kozłem, z mopsem, z dwunastą godziną, z namaszczaniem się zaczarowanemi maściami, z wylatywaniem przez komin. A skutek? Skutek był taki, że jaka łaciata, stara krowa w jakiejś wsi przestała dawać mleko i trzeba było spławić czarownicę. Hajże wtedy na djabła! Czy to się panu wszystko nie wydaje dzisiaj śmieszne? Czarownice! Każda aktorka starczy za wszystkie spalone czarownice.
— Niestety...
— Albo z tem lataniem, drogi panie. Djabeł latał na rozpostartej płachcie, latał niezręcznie, niewygodnie i w dość groteskowy sposób. Niech pan teraz pomyśli, z jaką zawiścią patrzeć musi djabeł na aeroplan. I niech się pan zastanowi, że jednak djabeł nie potrafił w przeciągu niewielu chwil oblecieć ziemi dookoła świata... A radjo? Panie, człowiek jest straszliwy! Człowiek zgubi djabła, co mówię! już go zgubił...
— Co też pan mówi?
— Mówię z goryczą, lecz mówię prawdę. Metody djabelskie człowiek udoskonalił i sprecyzował. Djabeł musi się pocić, klecić niebywałą intrygę, używać do niej dziesiątków ludzi wysilać dowcip, aby naprzykład sklecić oszczerstwo. Wtedy wpadał w szał radości, że jest genjalny i że potrafił dokazać tego, że jeden człowiek oczernił drugiego. Ha! Niech pan teraz weźmie do ręki byle gazetę i niech pan powie, kto lepiej potrafi, djabeł, czy człowiek, człowiek ze stu wierszami druku!
— W istocie, pan mnie zdumiewa!
— Zdumiałbym pana więcej, lecz trzebaby na to długiego czasu i niebywałej ilości wina, aby go uprzyjemnić, by panu wykazać bankructwo djabła, istoty pożytecznej i pożądanej...
— Pożytecznej? Pożądanej?
— Tak panie! Jak pewne ciałka w organizmie ludzkim, tak djabeł konieczny był w organizmie świata. Djabeł wytwarzał ruch, życie, temperament, wprowadzał życie w stan wrzenia, podniecał umysł i na nieszczęście swoje zaprawiał człowieka do walki ze wszystkiem tępem, nieruchawem i bezpłodnem. Djabeł nauczył Kaina wojny, prawda! — Noego pijaństwa, — prawda! — ale Greka nauczył rzeźby, a Horacego pisania wierszy o sztuce kochania. Borgiowie to były djabły, przyrządzające truciznę, ale Szekspir był też djabłem, który wiedział o człowieku więcej, niż najuczeńszy djabeł z fachu. Wolter był to djabeł straszliwy, złośliwy i dowcipny, Napoleon był to djabeł wspaniały i pyszny. To wszystko kość z kości naszej. Piekło było chmurą, ciężką i niekształtną, ponurą, brzuchatą i ciężarną, a ci ludzie to były błyskawice z tej chmury. My umieliśmy zbierać materjały, oni, wykorzystując nas i naszą głupotę, robili z tego swoje niesłychane karjery. Człowiek nas okradał zawsze z pomysłów, z idei i wynalazków. Okradł też i niebo, ukradłszy mu piorun.
— Czemu pozwalaliście na to?
— Pan zapomina, że jesteśmy pod kuratelą i że nie mamy prawa jawnej reprezentacji. W lesie życia uprawiamy jedynie kłusownictwo, myśliwym zaś, polującym jawnie i precyzyjną bronią, jest człowiek.
— Biedne djabły!
— Dziękuję panu za dobre słowo... To, co panu mówię, jest powiedziane zgrubsza; odmalowałem panu tragedję djabła w ogólnych zarysach. Traktując rzecz dokładnie, rozpatrując ideę djabelską w jej olbrzymim rozroście, we wszystkich przejawach życia, trzebaby napisać tomy, mówić o tem przez całe lata z katedry. Zresztą cóż ja wiem? Nic. Jestem djabłem siedemdziesiątego stopnia, więc djabłem lichym i mizernym. Musi pan wiedzieć, że wszelki ezoteryzm brał stopniowanie w hierarchji wtajemniczeń z systemu naszego. Ja tedy jestem djabelskim pachołkiem, proletarjuszem piekła, muszę dodać: inteligentnym proletarjuszem...
— Miałem zaszczyt już to zauważyć...
— Och! jestem wzruszony... Są jednak djabły wybitne, mądre, są genjalne. Ciby potrafili panu wykazać, co i ile zawdzięcza nam człowiek, najbardziej chytra istota we wszechświecie.
— Pozwoli pan jednak zapytać: pan ludzi nienawidzi?
— To za wiele powiedziane. Ja się ludzi boję, a niebardzo kocha się tego, kogo się lęka.
— Dlaczegóż pan nosi postać ludzką? Czemu pan siedzi tutaj ze mną i żyje mojem życiem?
— To konieczność, proszę pana, i to jest moja przeraźliwa tragedja. Zostałem z piekła wydalony...
— Wydalony? Z piekła? Pan żartuje! Piekło niczego nie oddaje.
— Jest to jeszcze jedna fałszywa o piekle legenda. Zostałem w istocie pozbawiony prawa zamieszkiwania w piekle. Stąd mój smutek i moja nostalgja. Wszystkiemu jest winna redukcja.
— Cha! cha! cha!
— Śmiech pański rani moje serce. Ja bynajmniej nie żartuję. W piekle nastąpiła redukcja.
— Czemu?
— W piekle są bezrobotni, proszę pana. Wytłumaczę to panu w dwóch słowach. Otóż, widzi pan, kiedy świat jako tako uprawiał cnotę, czyli jak się u was mówi, żył „po bożemu“, było u nas dość pusto. Trzeba było zdobywać ludzi, trzeba było zabiegać, robić starania, wyprawy, połowy. Djabłów wysyłano na świat jak komiwojażerów, i djabli wychodzili z siódmej skóry, aby zdobyć kogoś dla piekła. Rozumie pan?...
— Rzecz nie jest trudna do pojęcia.
— I ja, choć djabeł najniższej rangi, miałem zajęcie, nawet dużo zajęcia. Raz przez lat siedem kusiłem kasjera, aby okradł kasę. Pół roku trzeba było w tych dobrych czasach namawiać panienkę, aby się zapomniała. A dziś? Dzisiaj, drogi pani, do piekła zdąża tłum — sam, z własnej woli, obrzydliwy tłum, ludzie nowi, nieinteresujący, ze złemi manierami, pachnący źle, źle ubrani, nijacy. Pocóż tu djabeł? Co drugi człowiek nauczył się kraść, co trzeci oszukiwać, co czwarty robić najbrudniejsze interesy, a każdy gra na giełdzie. Proszę pana! Przed dziesięciu laty na lekarstwo nie znalazł pan w piekle kupca. Niech pan pójdzie i zobaczy teraz...
— Pozwoli pan, że nie pójdę, — wierzę na słowo.
— Ach, tak się to tylko mówi. Pan ma jeszcze czas. Ale powiem panu rzecz dziwniejszą. Oto rarytasem w piekle był polski szewc.
— Nie może być!
— Tak jednak było. Był to naród twardy, uczciwy, pobożny i dzielny. Łatwiej było o kardynała w piekle, niż o takiego szewca.
— A dziś?
— Może pan z szewców w piekle wystawić armję. Strach, co się zrobiło z tymi ludźmi. Za szewcami przyszli krawcy, za krawcami inni. Więc cóż ma do roboty djabeł? Nic. Chyba utrzymywać porządek u wejścia, aby się hołota zbytnio nie pchała. Nigdy piekło nie wyglądało hołotniej, niż teraz. To też połowę djabłów niższej kategorji djabli wzięli, to jest, chciałem powiedzieć, — zwolniono i rzucono na bruk. Na bruk, to znaczy przeniesiono nas na ziemię, gdzie jest płacz i zgrzytanie zębów. W ten sposób i ja się tu dostałem, i płaczę.
— Tak panu źle?
— Źle? Panie, ja jestem najnieszczęśliwszą istotą na ziemi.
— No, no, no!
— Nie wierzy pan? Przecie pan widzi, czem jestem i gdzie jestem! W parszywem żydowskiem, zabłoconem mieście i pokazuję sztuki w kabarecie.
— Widzę, ale nie rozumiem. Z pańskiemi sztukami i pańską inteligencją może pan żyć jak książę w Paryżu.
— Nie, panie, nie mogę. Moje głupie szarlataństwa są dobre dla tej hołoty, trudniejsze rzeczy też tylko dla niej. W Paryżu zbytnioby się mną zainteresowano, co byłoby dla mnie niezbyt bezpieczne. Zresztą siedzą tam djabły całym tłumem, wszystko gnało do wielkich miast. Kilku znalazło miejsce w dyplomacji, wielu otworzyło knajpy i domy gry. Ja jestem za skromny i nie jestem dość przygotowany do wielkiego życia. Tu wegetuję, zacisnąwszy zęby. Tu zresztą przedtem był teren mojego działania, znam kraj i ludzi. Ryzykować nie chcę, zresztą zżarła mnie tęsknota za piekłem. Dość już i tu miałem przejść.
— To pan nie od początku w takiej poniewierce?
— Nie. Próbowałem rozmaitych zawodów. Z tem była pewna trudność, bo, jak pan widzi, ta moja nieszczęsna noga bardzo mi przeszkadza; z taką nogą nie mogę być listonoszem, posłańcem, aktorem, śpiewakiem, cyklistą, żołnierzem, nie mogę być nauczycielem tańca, — wiele zawodów jest dla mnie zamkniętych. Pracowałem więc na sto innych sposobów i zarobiłem trochę grosza.
— To doskonale!
— Niestety! Przystąpiłem do spółki z jednym człowiekiem i człowiek mnie okradł. Grałem potem na giełdzie i poszedłem z kwitkiem. Jestem zrujnowany i ot, jak teraz pracuję. Płakać mi się chce, ile razy wyłażę na tę estradę.
— Przepraszam pana! Pozwolę sobie, ale niech się pan nie gniewa...
— Niech pan mówi...
— Otóż z pańskim sprytem, z pańską fenomenalną zręcznością, z pańską djabelską umiejętnością znikania, mógłby pan...
— Co? śmiało! śmiało!
— Mógłby pan zrobić majątek, jakby się panu podobało!
— W jaki sposób?
— W jaki? No!... W najprostszy... Pierwszy lepszy bank... Rozumie pan... Pierwsza z brzegu kasa... Pierwszy w ulicy jubiler...
— Co takiego?
— Niech się pan nie gniewa, ale to przecież takie proste...
— Nie, panie! To nie jest proste. Nie gniewam się, bo to mówi człowiek. Człowiek nie wyobraża sobie, żeby nie można było i że nie należałoby skorzystać z pewnych zalet djabelskich. Ale, widzi pan, djabeł nie kradnie, choć okradają djabła. W pakcie z człowiekiem zawsze człowiek oszukał djabła, nigdy naodwrót. Djabeł wierzył w ludzkie słowo, człowiek uważał, że nic należy go dotrzymywać. Miał łatwą ucieczkę i zawsze uciekał. Djabeł jednak przestrzega prawideł honoru. Honor nie pozwala kraść.
— Przepraszam pana bardzo...
— Ach, niema za co. Pan nie mógł myśleć inaczej. O djabłach nikt nigdy dobrze nie myślał. Wiele rzeczy ludzkich napełnia mnie boleścią, wiele rzeczy mnie śmieszy, wiele irytuje. Najbardziej jednak psuje mi żółć nawyk człowieka do pomiatania djabłem. Człowiek sam nie wie, poco i dlaczego sypie z gęby swoje niemądre powiedzenia o djable. Na każdym kroku może pan usłyszeć: „Idź do djabła!“ — „niech cię djabli porwą!“, — „czarci syn!“, — „djabelskie nasienie“; piękna w swojej grozie góra będzie zawsze „czarcią górą“, — niebezpieczna przełęcz „djabelskim przesmykiem“. Niech będzie! Jedno jest głupie, drugie, owszem, wypływa z podziwu dla djabła. Niech mi pan jednak wytłumaczy, skąd się wzięło powiedzenie „szatański uśmiech“? — albo „zaśmiał się jak szatan“?
— W istocie, nie wiem...
— Ja wiem. Człowiek swoje wiadomości o djable czerpie z opery. Idjota aktor robi w niej djabła i wydobywa z brzucha rechot żabi, który się nazywa „djabelskim“ śmiechem, albo „piekielnym“ śmiechem.
— A jakżeż śmieje się djabeł?
— Djabeł nie śmieje się nigdy. Niema we wszechświecie istoty bardziej smutnej, niema nigdzie istoty bardziej zbolałej, do głębi serca smętnej, niż djabeł. Dlaczego? Są to już sprawy nie do towarzyskiej rozmowy. Zostawmy to. Otóż, wracając do mojej historji, jest jeszcze jedna trudność w mojem życiu: nie mam dokumentów. Jak pan to łatwo zrozumie, nie jestem ochrzczony, więc nie mam metryki. Na świecie znalazłem się w gotowej postaci, w tej, w jakiej mnie pan ogląda, więc nie mam żadnego osobistego dowodu.
Uśmiechnąłem się, ale nic już nie powiedziałem. Djabeł zauważył mój uśmiech i odpowiedział na jego treść.
— Sfałszować? Nic łatwiejszego, ale, jak już panu powiedziałem, mam wstręt do oszustwa. Można żyć i bez dokumentów, a rzecz prosta, że łatwiej się uda w małem mieście, gdzie na to mało zwracają uwagi, niż w wielkiem, gdzie ludzie wszystkiego są ciekawi...
— W jakiż sposób — przerwałem, — nie mając metryki, mógł się pan ożenić? Ślub zresztą bierze się zazwyczaj w kościele...
— Panie! Łatwiej o żonę, niż o dokumenty. To też uroczystej ceremonji mojego ślubu nietylko nikt nie uwiecznił w aktach, ale też nikt jej nie oglądał. Moja żona spadła mi, rzec można, z nieba... A ponieważ trudno było żądać od niebios, żeby mnie obrzucały z góry błogosławieństwem i szczęściem, to też spadło mi z góry najsroższe z nieszczęść.
— Ach, a takie dzikie stadło nie jest oszustwem?
— Bynajmniej! Jest to uczciwy interes, tylko że bez zwyczajowej aprobaty. Czasem to właśnie ślub jest ohydnem oszustwem, bo przy ślubie składa się przysięgę, o której wie się zgóry, że się jej nie dotrzyma. Zresztą w sprawach miłości, tam, gdzie ona sprzęga dwoje ludzi, niema nigdy oszustwa. Ludzie, a ja jestem człowiekiem, nigdy nie oszukują się, kiedy się schodzą, zaczynają to robić dopiero, kiedy się zeszli.
— Pan kochał swoją — żonę?
— Jestem w głębi serca sentymentalny...
— A czy ona wie, kim pan jest?
— Nie. Nie przypuszcza, że jestem djabłem, gdyż w takim razie miałaby dla mnie albo trochę więcej szacunku, albo czułaby przede mną trwogę.
— Nic z tego nie czuje?
— Jeżeli uporczywe uderzanie przedmiotem przyzwoicie ciężkim po głowie jest dowodem szacunku, w takim razie jestem najbardziej szanowanym mężem.
— Pocóż pan to cierpi?
— Jestem człowiekiem, panie. Djabeł się we mnie buntuje, a człowiek pokornie cierpi. Zresztą romantyczny żywot wedle ludzkich pojęć, ta osobliwa miłość, której mi ta kobieta daje dowody, miłość nieco chmurna, nieco zbyt gwałtowna i bolesna, jest moją jedyną rozrywką. Poniewierany jak człowiek, zapominam, że jestem wolnym djabłem. Cierpienie moje jest mniejsze, tęsknota moja pozwala się zagłuszyć wrzaskiem tej baby.
— Nadzwyczajne! Pan tak tęskni?
— O, tak! Jest mi tak strasznie źle, że nie śmiem panu tego powiedzieć. Nie mogę żyć w zaduchu i w bagnie, wśród złodziei i opryszków, wśród małych świństw i małych, mizernych łajdactw. Chcę umrzeć!
— Któż panu przeszkadza? Czy tak trudno o śmierć?
Biedny djabeł spojrzał smutno.
— Bezwątpienia! łatwo, panu łatwo, wszystkim łatwo, tylko mnie trudno.
— Boi się pan?
— Co też pan, u licha, wygaduje! Ja pragnę śmierci, tak jak pan zapewne pragnie życia, bo inaczej, jak przez bramę śmierci, nie mogę wrócić tam, dokąd pragnę wrócić z całej duszy, do swoich.
— Ale pana tam nie chcą...
— Zaczyna pan rozumieć sytuację. Tak, nie chcą mnie tam i nie pozwalają mi umrzeć. Kiedyś wreszcie to nastąpi, bo djabeł nie jest człowiekiem, więc nie jest zawzięty do nieskończoności, kiedyś się bracia moi ulitują nade mną i pozwolą mi stąd uciec, jak z więzienia.
— Próbował pan umrzeć?
— Rzecz prosta! Myślałem wciąż, wciąż miałem nadzieję, że już jestem ułaskawiony, lub że mnie przyjmą, kiedy się u nich zjawię. Strzelałem do siebie, kula przeszła przez serce i stłukła szybę. Topiłem się, zanurzając głowę na całe godziny pod wodą, i było mi tylko bardzo nudno, bo żyłem wciąż. Mój związek z tą babą nie był też tak bardzo bezmyślny; chciałem wzruszyć piekło moją męczarnią i pohańbieniem i miałem pewne widoki, że czego nie zdziała najbardziej niezawodny środek na sprowadzenie śmierci, to jednak zdziałać potrafi kobieta.
— Rozumowaniu temu nie podobna odmówić głębokiej bystrości...
— Widzi pan! Jadłem cyjankali jak cukierki; kładłem się na relsach kolejowych i tylko wykolejałem pociągi. Stąd mój smutek i moja melancholja. Chciałem się z rozpaczy odurzyć, chciałem zapaść w coś, co jest choćby półśmiercią, w szaleństwo i przeczytałem wszystko, coście w ostatnich czasach napisali...
— I nic?
— Jak pan widzi... Nic!
— Nie było mowy o wieszaniu...
— Ależ panie! Ze dwadzieścia razy, — nawet wspominać nie warto. Wisiałem godzinami, potem mnie zdjęli!...
— Panie?!...
— Służę panu...
— Czy pan mnie uważa za idjotę, czy tylko za człowieka pijanego?
— Pijany jest pan w stopniu przyzwoitym, a inteligencja pańska mnie zdumiewa. Nie ośmieliłbym się zresztą kpić z człowieka, z którym piję wino. To łączy ściślej, niż cokolwiek.
— I pan mówi prawdę?
— Powiedziałem panu przecie, że nic prócz ciała niema we mnie ludzkiego.
Przetarłem oczy, i straszliwa myśl przyszła mi do głowy. — Drogi panie, — rzekłem — nie dlatego, abym panu nie wierzył... tylko dlatego, że jest to sprawa zdumiewająca...
— Warto zobaczyć, czy tak?
— Otóż właśnie!
— Cóż pan chce, abym czynił? Ma pan rewolwer?
— Niestety...
— Truciznę?
— Prócz tej, którą pijemy, nie mam.
— Czekaj pan! Jest tu solidny hak w ścianie, a sznurek się znajdzie. Powieszę się dla pańskiej przyjemności... Widzę, że jest jeszcze butelka konjaku, niech pan pozwoli, abym czego dobrego nie zostawił na świecie...
Wpadłem w gorączkowy stan podniecenia. Ten człowiek mówił poważnie. Pił długo, potem powiada:
— Niech pan westchnie, aby mnie wreszcie djabli wzięli!...
— Jeśli to panu ma zrobić przyjemność... Co pan robi, czyś pan oszalał?
— Wieszam się!
— Ja nie pozwolę!
— Panie kochany! Jestem jako tako pijany, ale wiem, co robię. Niech pan sobie pali papierosa i patrzy. Jeśli panu będzie nudno samemu, to mnie pan zdejmie, jeśli pan zechce odejść, niech pan odejdzie. Rano żona mnie zdejmie, a ja przyjdę pana odwiedzić przed wyjazdem. Dobranoc, tymczasem.
Stałem jak sparaliżowany, patrząc, jak ten szaleniec przywiązywał sznur do haka, wylazł na krzesło, w pętlicę sznura włożył głowę, zaciągnął sznur, potem nogą kopnął krzesło. Nie miałem siły, aby krzyknąć. Miałem wrażenie, że sznur ścisnął moje gardło. Co ja uczyniłem, co ja uczyniłem!
Ten biedak wyprężył się, głowę skłonił na lewo, najformalniejszy wisielec. Z ust nie schodził mu drwiący śmiech. Oczy miał zamknięte. Nie wydał żadnego głosu. Wisiał spokojnie, bo musiał już umrzeć.
Strach mnie obleciał tak lodowaty, że zadrżałem, jakbym wpadł w wodę. Czułem, jak się na mojej głowie podnoszą włosy. Chciałem krzyczeć o pomoc i nie mogłem. Poco zresztą krzyczeć? Ten straszny trefniś śmieje się już w piekle. Okropny szarlatan przypłacił swój głupi żart życiem.
Wytrzeźwiałem i trzeźwo zacząłem myśleć, że jestem winien śmierci człowieka i że ja za nią jestem odpowiedzialny O! o! o! Widziano, że zostałem z nim sam, widziano nas pijących. Historja zaczęła się stawać ponura.
Wobec tego tchórz wylazł z nory mojego serca. Uciekłem. Chyłkiem, przemyślnie, czujnie, aby nikt nie zauważył. Strach biegł za mną, a ja biegłem przed strachem. Wpadłem do hotelu, zacząłem składać nerwowo rzeczy. Świt szarzał na szybach. Pociąg odchodzi za parę godzin. Rozpacz, rozpacz!
Osłabły, strachem nieustannym pobity, wiłem się i szalałem. Jeszcze dwie godziny, jeszcze jedna. Już jest jasny dzień, i już znaleźli tego tragicznego idjotę, pijaka, który omamił drugiego pijaka. Za chwilę będzie u mnie policja.
Ktoś puka do drzwi.
Serce we mnie podrygnęło, jak nagle spłoszony w bróździe zając. Chwyciłem ręką kurczowo krawędź krzesła.
— Policja! — jęknęła we mnie dusza.
Ktoś puka powtórnie, ponieważ zaś nie odpowiadam — wchodzi.
Na wszystkich djabłów wszystkich piekieł! Zatoczyłem się. Oczy moje wylazły z orbit. Na czoło moje wyszedł zimny pot.
On, on — we własnej osobie stał na progu i uśmiechał się drwiąco.
— Przepraszam, — rzekł smutno — ale chciałem dotrzymać obietnicy.
— To pan?
— Cóż dziwnego? Mówiłem panu, że przyjdę. Trochę mi było smutno, że pan odszedł z kompanji i lekkomyślnie zostawił pół butelki płynu. Ale to ludzkie, staram się to zrozumieć. Gdyby się pan powiesił, jabym jednak pana samego nie zostawił... Niech się pan nie gniewa...
— Strach...
— Rozumiem, rozumiem, i nie mówmy o tem. To drobiazg wobec tego, że mi się znowu nie udało. Wisiałem parę godzin, nadaremno. Panie, ja jestem bardzo nieszczęśliwy...
Poczułem w duszy wielkie wzruszenie. Tak, to jest najnieszczęśliwszy człowiek na świecie. Z mojego wzruszenia wyskoczyła nagle myśl genjalna.
— Panie kochany! — krzyknąłem. — Ma pan czas?
— Sto, dwieście miljonów lat...
— Za pół godziny wyjeżdżam do stolicy jedź pan ze mną!
— Moje nieszczęście jest wszędzie to samo. Poco?
— Czy ja wiem? W wielkiem mieście zawsze łatwiej o śmierć...
— Jadę! — krzyknął dyrektor.
— A pańska żona?
— Na prowincji łatwiej o męża.
W ten sposób stał się miły, stary djabeł moim towarzyszem. Miałem do niego niepojętą słabość, lubiłem bardzo tego kulawego, mądrego biedaka. Polubili go zresztą wszyscy moi przyjaciele za uczynność, dowcip i gorzki, ale łagodny humor.
Próbował parę razy samobójstwa „wielkomiejskiego“: rzucał się z wysokości najwyższego piętra, najwyższej kamienicy i tylko psa przestraszył, który uciekł, przerażony, nie umiejąc sobie zdać sprawy, skąd spadł ten człowiek, który się podniósł natychmiast, zaklął i poszedł dalej.
Miałem swoje, dobroczynne plany. Postępowałem ostrożnie, chytrze i celowo. Byłoby nudnem opowiadanie, jakiemi drogami doszedłem do tego, że miły ten djabeł, wlazłszy między wrony literackie, zaczął krakać jak i one. Mój djabeł został po roku — autorem dramatycznym. Talent miał, oczywista, djabelski. Napisał świetną sztukę. Zaczął żyć z literatury. Cofnąłem mu wszystkie apanaże. W tem miejscu historja zaczyna być zajmująca: odmówiono mu talentu, zarzucono zbytnie pretensje, napuszoną mądrość, zbyt jadowity dowcip i powiedziano, że zbyt bezczelnie naśladuje Shawa. To wszystko powiedziano — mądremu djabłu, bo był — o, głupi! — Polakiem i pisał po polsku. Powieść jego odesłano do djabła. Pyszny poemat p. t. „Piekło“ uznano za bzdurę „fałszywie demoniczną“.
Obudziła się w nim pycha wspaniała, djabeł cierpiał. Spotykały go zniewagi dotkliwe i jadowite; wywlekano z niego wnętrzności, napawano rozpaczą. Odżywione przeze mnie djablisko chudło w oczach; posiwiał i postarzał. W jednem piśmie napisano mu, że człowiek, który zostawia ukochaną żonę na bruku, jest rzezimieszkiem, nie poetą.
I oto djabeł, który połykał cyjankali jak aspirynę, nie mógł przełknąć tego, co o nim pisano. Męczył się i cierpiał. Jego djabelską szlachetność doprowadzono do spazmów.
Nikt wkrótce nie chciał wydawać jego głupich książek. Przyszedł prosić o pożyczkę — odmówiłem.
Kiedy go odwiedziłem, (mieszkał na strychu, mimo głośnego nazwiska) — leżał w łóżku, złamany i zbolały. Triumf pierwszych powodzeń był zbyt wielki, aby rozczarowanie nie miało być straszne.
Jednej nocy przysłał po mnie.
Był to szkielet, wychudzony głodem, odarty z mięsa przez rozpacz. Dokoła leżały stosy rękopisów.
Uśmiechnął się do mnie dobrym uśmiechem.
— Dziękuję panu! — rzekł cicho. — Rozumiem teraz, jak mądrze pan pokierował całą sprawę. Ja dziś umrę... Z głodu... Że też ja, stary djabeł, nie wpadłem na to dawno, że, aby umrzeć, trzeba tylko zacząć pisać książki... Och, jaki pan mądry, jaki mądry... Żeby mnie tylko w piekle przyjęli!... Bo już nie wytrzymam dłużej...
Chwycił moją rękę i tak umarł, mądrze i dobrotliwie uśmiechnięty.
Musiał umrzeć naprawdę, bo w powietrzu zrobił się nagły rwetes, jakby wiatr płakał.
A to djabli — jego bracia — płakali, widząc, co się z nim stało, i jak straszne męki wycierpiał djabeł, który w Polsce książki pisał.
Więc go przyjęli miłosiernie i z wielką miłością.

KONIEC.




Historja ta, w innym poprzednio umieszczona zbiorze, w tym tomie znajdzie się na miejscu właściwem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Kornel Makuszyński.