Pan i szewc/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan i szewc
Data wydania 1850
Drukarz Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


Tymczasem szewc pracował, śpiewając wesoło. Rodzina jego pomnożyła się jeszcze dwóma synami, a oszczędność dozwoliła przykupić drugą sąsiednią kamieniczkę. W izbie majstra nic się nie zmieniło, tylko czas spoważnił twarz Marka, i piękną Annę zmienił w podżyłą kobiétę, zawsze miłą jeszcze i świéżą.
Rzadka chmurka przeleciała po niebie pogodném pożycia Anny i Marka; i były to chyba strapienia drobne, powszednie, nieuniknione, które są życia wszelkiego warunkiem.
Jedni starzeli, drudzy rośli, a warstat majstra rozlegał się rozmową swobodną, śmiechem wesołym, lub pieśnią pobożną. — Niekiedy wspomnienie Jana zasępiło ich czoła, ale nigdy Marek żałując brata, nie pożałował majątku. Miał dosyć dla siebie i dzieci; bolał tylko nad tém, że mógł mieć serce, które od niego uciekało. Nieraz spotkali się z sobą, ale szewc udawał, że nie zna Pana. Pan ani oczu nie podniósł na szewca. Dopiéro na łożu boleści, gdy straszliwe męczarnie, krzyki rozpaczy wyrwały mu z duszy, Jan ujrzał Marka przy sobie. Szewc nadbiegł go ratować z lekarzem, zasłyszawszy o wypadku. Ale już było za późno, chłodną tylko dłoń uścisnął, i pomodliwszy się u łoża zmarłego, pogrzebł go swoim kosztem, bo wierzyciele natychmiast wszystko zagarnęli.
Taki był koniec Jana: a Marek? żyje podobno do dziś dnia. Słyszałem go śpiewającego Godzinki w kościele Ś. Jana, głosem jeszcze czystym i silnym. Anna i on siedzą przy starszym synu, a ze trzech młódszych, jeden jest stolarzem, drugi kowalem, trzeci krawcem. Marek nie chciał ich próżniakami na świat wyprawić, i każdemu dał rzemiosło; choć ściśle biorąc, obejść by się bez niego mogli, bo Bóg poszczęścił poczciwemu, i jałmużny jego stokroć urosły, a cztéry kamienice w mieście i kapitalik jeszcze, uczyniły go prawie bogatym. Nie żyje wszakże jak bogaci, ani żyć synom dozwala.
— Masz do zbytku, mówi — podziel się z temi, co na potrzeby nie mają, sam nieużywaj nad miarę, bo się zepsujesz, bo ci życie obrzydnie. — Pracuj i kochaj, a będziesz szczęśliwy. Szczęście w nas jest samych.
Ostatniemi czasy słyszałem, że Marek nabywszy w Wólce Lutyńskiéj kawał gruntu, na miejscu chaty gumiennego, postawić chciał domek dla żony i siebie, i tam naostatek dni zamieszkać.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.