Pan Wołodyjowski/Rozdział XXIX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Pan Wołodyjowski
Data wydania 1925
Wydawnictwo Wydawnictwo Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich
Drukarz Drukarnia Zakładu Narodowego Imienia Ossolińskich we Lwowie
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa — Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ  XXIX.


Atoli Basia od rana nazajutrz odbywała naradę z mężem i panem Zagłobą, jakby dwa serca kochające się i uciśnione połączyć. Oni obaj śmieli się z jej zapału i nie przestawali jej drażnić, jednak że, ustępując jej ze zwyczaju we wszystkiem, jak rozpieszczonemu dziecku, obiecali jej w końcu pomagać.
— Najlepiej — mówił Zagłoba — namówić starego Nowowiejskiego, żeby dziewki z sobą do Raszkowa nie brał, że to i chłody już idą i droga nie całkiem bezpieczna, natenczas młodzi często się tu z sobą będą widywać i rozamorują się w sobie do reszty.
— A to jest wyborna myśl! — zawołała Basia.
— Wyborna, niewyborna — odparł Zagłoba — ale ty ich swoją drogą z oczu nie spuszczaj. Tyś jest baba — i tak myślę, że w końcu ich zlutujesz, bo baba zawsze zrobi swoje; pilnuj jeno, żeby i dyabeł przytem swego nie zrobił. Byłby ci wstyd, że to z twojej poręki.
Basia poczęła najprzód prychać na pana Zagłobę, jak kotka, poczem rzekła:
— Waćpan się chwalisz, żeś był za młodu Turek i myślisz, że każdy Turek!… Azya nie taki!
— Nie Turek, tylko Tatar. Ładna kukła! Ona będzie za tatarskie afekta ręczyć!
— Oni oboje o płakaniu najwięcej myślą, a to ze srogiej żałości… Ewa przytem najzacniejsza dziewka!
— Jeno taką ma twarz, jakby jej kto na czole napisał: „naści gęby!“ Hu! kawka to jest! Wczoraj-em to sobie zakonotował, że gdy przy stole naprzeciw gładkiego chłopa siedzi, to tak dycha, że aż razwraz talerz odrzuca i musi go sobie przysuwać. Czysta kawka, mówię ci!
— Waćpan chcesz, żebym sobie poszła?
— Nie pójdziesz, jak o swaty chodzi. Znają cię, nie pójdziesz! A ponoć ci jeszcze zawcześnie ludzi swatać, bo to sędziwych ludzi rzemiosło. Pani Boska mówiła mi wczoraj, że gdy cię powracającą z wyprawy w hajdawerkach postrzegła, rozumiała, że synalka pani Wołodyjowskiej widzi, który się na podjezdku koło płotów wprawiał. Nie kochasz ty powagi, ale i powaga ciebie nie kocha, co się zaraz z twojej misternej postaci okazuje. Czysty żak, jak mi Bóg miły! Inne teraz niewiasty na świecie. Za moich czasów, gdy podwika na ławie siadła, to aż ława zaskrzypiała, jakby ktoś psu na ogon nastąpił, a tybyś mogła na kocie oklep jeździć, bez wielkiej dla onej bestyi fatygi… Mówią też, że niewiasty, które zaczynają swatać, potomstwa mieć nie będą.
— Zali naprawdę tak mówią? — spytał zaniepokojony mały rycerz.
Lecz pan Zagłoba począł się śmiać, a Basia, przyłożywszy swoją różową twarz do twarzy męża, rzekła półgłosem:
— Et, Michałku! Sposobną porą ofiarujmy się do Częstochowy, to może Najświętsza Panna odmieni!
— Najlepszy to istotnie sposób — rzekł Zagłoba.
Na to tamci uściskali się zaraz, poczem Basia rzekła:
— A teraz mówmy o Azyi i o Ewuni, jakby im pomódz. Nam dobrze, niech i im będzie dobrze!
— Jak Nowowiejski wyjedzie, będzie im lepiej — rzekł mały rycerz — bo przy nim nijak byłoby się im widywać, zwłaszcza, że Azya starego nienawidzi. Ale gdyby mu stary Ewkę oddał, możeby, przepomniawszy dawnych uraz, poczęli się wzajem miłować, jako teść z zięciem. Według mojej głowy tedy, nie w tem rzecz, żeby młodych zbliżać, bo oni i tak się kochają, ale w tem, by starego przejednać.
— Nieużyty to człowiek! — rzekła pani Wołodyjowska.
Na to Zagłoba:
— Baśka! imaginuj sobie, że masz córkę i że trzeba ci ją za jakowegoś Tatarzyna wydać?
— Azya kniaź — odrzekła Basia.
— Nie neguję, że Tuhay-bey z wielkiej krwi pochodził, ale owo i Hasling był szlachcic, a przecie Krzysia Drohojowska nie poszłaby za niego, gdyby był naszego indygienatu nie otrzymał.
— To wystarajcie się dla Azyi o indygienat!
— Łatwa to rzecz! Choćby go kto i do herbu przypuścił, sejm takową wolę musi potwierdzić, a do tego trzeba czasu i protekcyi.
— Tego nie lubię, że czasu trzeba, bo protekcya-by się znalazła. Pewnieby jej pan hetman Azyi nie odmówił, bo on się w ludziach wojennych kocha. Michale! pisz do hetmana! Chcesz inkaustu, piór, papieru? Zaraz pisz! Ot, ja ci wszystko przyniosę i świecę i pieczęć, a ty siądziesz i nie mieszkając, napiszesz!
Wołodyjowski począł się śmiać:
— Boże wszechmogący! — rzekł — prosiłem Cię o stateczną realistkę za żonę, a Tyś mi wicher dał!
— Mów tak, mów, to ci zamrę!
— A niedoczekanie twoje! — krzyknął żywo mały rycerz. — Niedoczekanie twoje! tfu! tfu! na psa urok!
Tu zwrócił się do pana Zagłoby:
— Waćpan nie wiesz jakich słów od uroku?
— Wiem i jużem je powiedział! — odrzekł Zagłoba.
— Pisz! — zawołała Basia — bo ze skóry wyskoczę!
— Jabym i dwadzieścia listów napisał, byle ci dogodzić, chociaż nie wiem na co się przyda, bo tu i sam hetman nie poradzi, a z protekcyą wtedy dopiero może wystąpić, jak będzie pora. Moja Basiu, panna Nowowiejska spuściła ci się z tajemnicy, dobrze! Aleś z Azyą nic nie mówiła i tego nawet dotychczas nie wiesz, czy on wzajem afektem dla Nowowiejskiej płonie?
— Ale! nie płonie! jakże ma nie płonąć, kiedy ją w lamusie pocałował! Aha!
— Dusza złota! — rzekł, śmiejąc się, Zagłoba. — Takie to, jak nowonarodzone dziecko, jeno, że tym językiem lepiej obraca. Moja kochana, żebyśmy się chcieli, ja i Michał, ze wszystkiemi żenić, które całować się przygodziło, tedy trzebaby nam zaraz mahometową wiarę przyjąć i mnie być padyszachem, a jemu chanem krymskim, co, Michale, co?
— Na Michała miałam raz podejrzenie, jeszcze wtedy, kiedy nie byłam jego! — rzekła Basia.
I przysunąwszy mu paluszek do oczu, poczęła się przekomarzać:
— Ruszaj wąsikami, ruszaj! Nie zaprzesz się! Wiem, wiem! I ty wiesz!… u Ketlinga!…
Mały rycerz rzeczywiście ruszał wąsikami, ażeby sobie dodać fantazyi, a zarazem zmieszanie pokryć, wreszcie, chcąc zwrócić rozmowę na co innego, rzekł:
— A tak i nie wiesz, czy Azya w Nowowiejskiej rozkochan?
— Czekajcie, wezmę ja go na cztery oczy i wypytam. Ale on rozkochany! musi być rozkochany! Inaczej nie chcę go znać!
— Dalibóg, gotowa w niego wmówić! — rzekł Zagłoba.
— I wmówię, choćbym się miała codzień z nim zamykać!
— Wpierw go wybadaj — rzekł mały rycerz. — Być może, iż on się odrazu nie przyzna, bo to dzikus. Nic to! Powoli w konfidencyę z nim wejdziesz, poznasz go lepiej, wyrozumiesz i wówczas dopiero będziesz wiedziała, co czynić.
Tu mały rycerz zwrócił się do pana Zagłoby:
— Ona zdaje się płocha, a bystra jest!
— Kozy bywają bystre! — rzekł z powagą pan Zagłoba.
Dalszą rozmowę przerwał pan Bogusz, który wpadł jak bomba i zaledwie zdążywszy ucałować Basine ręce, począł krzyczeć:
— A niech tego Azyę kule biją! Całą noc nie mogłem oka zmrużyć, niech jego las ogarnie!
— Co pan Azya waszmości zawinił? — pytała Basia.
— Wiecie waćpaństwo, cośmy wczoraj robili?
I pan Bogusz wytrzeszczywszy oczy, jął wodzić niemi po obecnych.
— Co?
— Historyę! jak mi Bóg miły, nie łżę, historyę!
— Jaką historyę?
— Historyę Rzeczypospolitej. To poprostu wielki człowiek. Sam pan Sobieski się zdumieje, gdy mu Azyowe myśli przedstawię. Wielki człowiek, powtarzam aspaństwu i żałuję, że więcej nie mogę powiedzieć, bo jestem pewien, że zdumielibyście się, jako ja się zdumiałem. Tyle mogę powiedzieć, że jeśli to się uda, co on zamierza, wówczas Bóg wie, gdzie zajdzie!
— Na ten przykład? — rzekł Zagłoba. — Hetmanem zostanie?
A pan Bogusz wziął się w boki:
— Tak jest! hetmanem zostanie! Żałuję, że nie mogę więcej powiedzieć… hetmanem zostanie i kwita!
— A to może psim? albo będzie za wołami chodził? Czabanowie też mają swoich hetmanów! Tfu! co też waszmość prawisz, panie podstoli? Bo, że on Tuhay-beyowicz, dobrze! ale jeśliby miał hetmanem zostać, to czemże ja ostanę, czem ostanie Michał i waszmość sam? Chyba Trzej-królami po Bożem Narodzeniu zostaniemy, poczekawszy na Kacpra, Melchiora i Baltazara abdykacyę. Mnie tam przynajmniej szlachta regimentarzem kreowała, tylko, żem po przyjaźni panu Pawłowi[1] godności ustąpił, ale waćpańskich wróżb, dalibóg, zgoła nie rozumiem!
— A ja waści powiadam, że Azya wielki człowiek!
— Mówiłam! — rzekła Basia, zwracając się ku drzwiom, przez które poczęli wchodzić inni goście stannicowi.
Weszła więc najprzód pani Boska, z modrooką Zosią i pan Nowowiejski z Ewką, która po źle przespanej nocy wyglądała jeszcze bardziej ponętnie, niż zwykle. Źle spała, bo niepokoiły ją sny dziwne: śnił jej się Azya, tylko piękniejszy i natarczywszy, niż dawniej. Ewie krew biła na twarz na wspomnienie tego snu, bo jej się zdało, że każdy go z jej oczu odgadnie.
Lecz nikt na nią nie zważał, wszyscy bowiem poczęli mówić pani komendantowej: „dzień dobry!“ Poczem pan Bogusz zaczął na nowo opowiadanie o wielkości i wielkich przeznaczeniach Azyi, a Basia rada była, że tego i Ewa i pan Nowowiejski słuchać muszą. Jakoż stary szlachcic wyburzył się od chwili pierwszego spotkania z Tatarem i znacznie był spokojniejszy. Już się o niego nie upominał, jako o swego człowieka. Prawdę rzekłszy, odkrycie, że Azya jest tatarskim kniaziem i synem Tuhay-beya, zaimponowało i jemu niepomiernie. Z podziwem też słuchał i o jego nadzwyczajnem męstwie i o tem, że sam hetman tak znakomitą powierzył mu funkcyę, jak ściągnięcie napowrót do służby Rzeczypospolitej wszystkich Lipków i Czeremisów. Chwilami zdawało się nawet panu Nowowiejskiemu, że o kim innym mowa, tak wyrastał w jego oczach ów Azya na niepospolitego człeka.
A pan Bogusz coraz to powtarzał z miną tajemniczą:
— Nic to jeszcze wobec tego, co go czeka, jeno że mówić o tem nie wolno!
Gdy zaś inni trzęśli z powątpiewaniem głowami, zakrzyknął:
— Dwóch jest największych ludzi w Rzeczypospolitej: pan Sobieski i ów Tuhay-boyowicz!
— Na miły Bóg — rzekł wreszcie zniecierpliwiony pan Nowowiejski — kniaź on, nie kniaź, ale czemże może być w tej Rzeczypospolitej, szlachcicem nie będąc; przecie dotychczas indygienatu nie ma?
— Pan hetman mu dziesięć wyrobi! — zawołała Basia.
Panna Ewa słuchała tych pochwał z przymkniętemi oczyma i z bijącem sercem. Trudno wiedzieć, czy byłoby ono równie gorące dla biednego i nieznanego Azyi, jak i dla Azyi rycerza, i wielkiego w przyszłości człowieka? Lecz ów blask podbił je, a dawne wspomnienia pocałunków i świeże sny przejmowały teraz dreszczem rozkoszy panieńskie ciało.
— Tak wielki, tak znamienity! — myślała Ewa. — Cóż dziwnego, że porywczy, jak ogień!






Przypisy

  1. Mowa o Pawle Sapieże, wojewodzie wileńskim i hetmanie wielkim litewskim.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.