Pan Karol/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVIII.
BERNARDYN.


Leciałem po drodze życia jak kula działowa, szumno, przeraźliwie, kto nie ustąpił z drogi, musiał ze świata ustępować — i piękny ten wyskok skończył się w rowie.
Urywek z Mellodramy.

W lat pięć po opisanych wypadkach, (proszę dobrze uważać, że to było w lat pięć) żona pana Gustawa została szczęśliwą matką. Wydała na świat bardzo piękne dziécię, duże, tłuste i zdrowe, był to syn. Niezmiernie z niego była kontenta, Amur ze wszystkiém staruszek łaskę utracił, o burku i kanarkach słychać nawet nie było. Matka, jak wszystkie matki, u kolebki zaraz marzyła przyszłe szczęście swego dziécięcia, na piérwszém miejscu kładąc odziedziczenie owych niezmiernych miljonów w Białowiezkiéj puszczy. Ochrzczono dziécię z wody, tymczasowie, a nim przyszło do ceremonjalnego chrztu, rozmyślano wielce nad nadaniem imienia nowo narodzonemu. Wiele to było biedy, nim się na ten ważny punkt zgodzono, aż nareście potomek rodziny Heciakowskich, wziął imie Hugona, dla tego, że jak wieść niosła, pradziada prababki pani Hermenegildy brat stryjeczny, przeor nie wiém jakiego klasztoru, nosił to imie. Stało się więc, że małego nazwano Hugonem, a przez spieszczenie Hudziem; i tak zdecydowawszy się, przybierać poczęto do ceremonjalnego chrztu.
Chodziło o kumów; dobrano Podsędka ze Żmudzinką jakąś, a w drugą parę miano postawić w dodatku starą Franciszkę z zakrystjanem. Ze Skopówki jak wiadomo, niedaleko do Bernardynów, zaniesiono więc dziécię do kościoła i we drzwiach oczekiwano tylko na xiędza. Dziécię dając znak zdrowia i długiego życia nielitościwie krzyczało, wrzeszczało i targało się; Żmudzini także niecierpliwili się bardzo, tupali nogami, kiwali głowami czekając na ojca Pafnucego, który miał chrzcić dziécię.
Po półgodzinném prawie oczekiwaniu, zakapturzony, w komży, ukazał się z zakrystij xiądz, wyszedł, przyklęknął przed wielkim ołtarzem i zbliżył się ku drzwiom gdzie stali kumowie z dziéckiem.
Zaledwie stanął i kaptur odsłonił, ojciec dziécięcia spójrzał mu w twarz i krzyknął z podziwienia — Bernardyn cofnął się także, nasunął kaptur na oczy, zamruczał cóś pod nosem, uciekł w głąb klasztoru i wysłał na swoje miejsce innego xiędza, który ochrzcił dziécię. Obrządek cały odbył się spokojnie i przyzwoicie zresztą, ojciec tylko, uważali wszyscy, smutny był i zamyślony. Pan Podsędek nie miał czasu zajrzeć w twarz Bernardynowi, czynił więc z kumami najdziksze domysły o nim.
Tak powrócono do domu, podano herbatę, któréj już dawno drugi funt był zaczęty, bo sukcessyjna po ś. p. matce wyszła zupełnie, z wielkim żalem gospodyni. Gustaw był milczący, ruszał ramionami, przechadzał się po pokoju, aż ten zły jego humor zwrócił czułą uwagę najdroższéj jego małżonki.
— Da fiż — zawołała. Czy ty sfixował! Co miał być wesoły na chrzcinach naszego Hudzia, to chodzi by jemu kto zęby mydłem wyszmarował. Da porzuć że te umory mężulku, porzuć, to nieprzystoi! Niechaj jeszcze kawalerowi co się stara, to uchodzi zamarkocenie, ale tobie! Jak ty się starał o mnie, to dość się nadumał, a ten twój brat —
— Mój brat, rzekł Gustaw stając na środku pokoju, właśnie to on takiego mi klina zabił w głowę —
I znowu! on! a toż co? Zmiłuj się, nie rób sekretu, gadajże.
— Widziałem go dziś znowu, po pięciu latach; ale w Bernardyńskim habicie! Uciekł gdy mnie zobaczył. On to właśnie miał chrzcić naszego Hudzia, ale postrzegłszy mnie, nasunął kaptur i poszedł nazad do klasztoru — nie zechciał!
— Czy ci się przywidziało! taki bezbożnik xiędzem!
— Musiał się opamiętać, a teraz pokutuje za grzechy.
— No, kiedy tak, to sprawiedliwie, dalbóg sprawiedliwie. I za to co się tak do mnie przysuwał onegdaj (było temu lat pięć spełna). O! niechaj pokutuje wszetecznik!
— Uważałem że mu na zdrowie idzie pokuta, bo utył porządnie, brzucha dostał ogromnego i rumieniec mu się nawet przebija.
— Da, niechaj się pasie kiedy pokutuje, niechaj się sobie pasie. Już teraz przynajmniéj nikogo tam zwodzić nie będzie.
Gdy tak rozmawiają, wpadł zadyszany Sędzia, i rzucając laskę i kapelusz wkąt, pobiegł do saméj pani.
— Czy słyszała Asińdzka, awantury! facecje! dziwolągi!
— A cóż takiego?
— A! formalna awantura! facećje! Poszedłem dziś moim zwyczajem dać na mszą do Bernardynów, za duszę nieboszczki pierwśzéj mojéj żony, niech jéj wieczna światłość świeci; bo to anniwersarz śmierci! Wchodzę na korytarz klasztoru Bernardynów i daję jakiemuś Bernardynowi, nie patrząc nawet na niego. Odezwał się cóś. Słucham, spójrzałem w oczy! facećje! Kiedy ja się przyjrzę, aż to ten pan Karol z trupią głową, co to mi tamtą żonę zabił, brat twój panie Gustawie! Kiedym mu mówił, że to za duszę Amalki, westchnął. Osłupiałem.
— A Waćpan tu co robisz? zawołałem.
— Pokutuję, rzekł mi pokornie — zadzwonili właśnie na obiad, i oddalił się śpiesznie. Dowiadywałem się późniéj u Ojca Gwardjana i dowiedziałem się, że już z górą trzy lata tam jest, bardzo przykładny z niego xiądz, surowy, pobożny, tego roku się wyświęcił. Ha! facećje! pomyślałem, kiedy ten już cóś zebrał się na pokutę, nikt nie powinien rospaczać o sobie. Osobliwsze też zrządzenie, że ja dałem na mszę za duszę mojéj żony, temu, który ją zabił.
Tu Sędzia zamilkł ociérając łzy rękawem, a Gustaw mu z kolei opowiedział dzisiejszą swoją przygodę.
— Da dalbóg, ozwała się wreście Jéjmość, dajcie już mu pokój. Niechaj pokutuje, to i dobrze. Panie Sędzio, nie napijesz się herbaty?
— Najchętniéj, i owszem.
— A jak się ma żona i córeczka?
— Zdrowe do usług pani; moja żona, dodał Sędzia, pewnie tu dziś panią odwiedzi.
— O! bardzo jéj wdzięczna będę, zwłaszcza, że teraz wszystko w łóżku leżeć muszę, do czegom nie przywykła i bardzo mi nudno! Jeden tylko głos Hudzia mnie pociesza, kiedy go posłyszę.
— Tak to jak mnie głos córki, mojéj Jadwisi, odpowiedział Sędzia, zawsze i choroby i smutek odpędza. Bóg daje chorobę i lekarstwo razem, a wszystko w porę i dobrze, tak jak w porę dał opamiętanie temu szałaputowi!
— To prawda, ale że się on upamiętał!
— Osobliwszy cud, rzekł Gustaw.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.