Pan Karol/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XVII.
PANI SĘDZINA DRUGA.


Żona nie zdradzi, jeżeli się nie będziesz lękał zdrady.
Rada ślepych.

Szene-Katrynka grała poloneza, tak serdecznie, tak zamaszyście, jak tylko go grać mogła; nie dziw też, że z całéj ulicy na odgłos muzyki, zbiegły się jéj słuchać kuchciki, kucharki, służące, stróże i t. p. — Nagle gdy zgromadzenie było liczne, muzyk przestał kręcić korbą, i odezwał się do gawiedzi.
— No, złóżcie się to wam zagram.
— Maciek! ja dam trzy grosze!
— Ja dwa!
— Ja pięć!
— Ja cztéry i t. d.
Składka wynosiła złoty groszy ośm, muzykowi więcéj nie było potrzeba, postawił swoją skrzynkę na ławce pod kamienicą, zakręcił i zaczęło się tryli li li, z wielkiém podziwieniem, radością i zapałem słuchającego pospólstwa. Byli tam, którzy się radowali muzyką, byli którzy się dziwili instrumentowi; dwie klassy, jak wszędzie, naiwnie używających roskoszy i dochodzących przyczyny jéj, poetów i filozofów.
W tém wszedł któś między nich, wpadł, rozpędził tłum, wziął bez ceremonii za kark grajka, dał mu dwa złote żeby sobie poszedł z Bogiem, i odezwał się do ludu.
— W tym domu jedna pani leży bardzo chora! Idźcie sobie po cichu, moi kochani!
Lud się rozszedł, a większość udała się za muzykiem do szyneczku.
Nieznajomy, pan Karol, został sam jeden. Spójrzał w okna, w jedném (a było blizko dziesiątéj wieczornéj) w jedném jeszcze paliła się świéca. Karol zaczął kaszlać, kaszlał jak gdyby dostał kokluszu; okno się otworzyło, i z okna ozwał się drugi kaszel, przykry, suchy, chorobliwy na pozór. Wśród tego nieprzerwanego kilka minut krztuszenia się, Karol rzekł półgębkiem zadzierając głowę do góry.
— Czy śpi?
— Chodź! Odkaszlnięto mu z okna.
Karol cicho jak mysz zaczął się wkradać po wschodach, jemu podobni nie noszą podkutych butów; służąca otworzyła mu drzwi i wprowadziła do pokoju ciemnego, w którego drzwiach czekała go już kobiéta, a jak tylko ujrzała, a raczéj przeczuła, bo było ciemniuteńko, zarzuciła uścisk na szyję. Wyraźny odgłos pocałunku rozszedł się po pokoju.
— Tylkoż cicho, a nie baw długo, bo Sędzia strasznie pilnuje i nie dowierza. Niech Bóg broni, żeby się dowiedział lub domyślił czego, żeby mu kto powiedział że tu był mężczyzna choć pół chwili, zabić by mnie gotów.
— Nie bój się niczego, ja przy tobie jestem Karuniu.
— Prócz tego, dodała ciszéj jeszcze po francuzku kobiéta, ja téj służącéj nie wierzę.
— Dałem jéj dwa dukaty.
— To dobrze. Chodź po cichu, usiądziem pod oknem, momencik tylko zabawisz, zaraz iśdź musisz, bo się bardzo boję.
— Ale czegoż się boisz? Ja ci ręczę, że się spił wieczorem i śpi teraz jak zabity.
— Ach, nie wiem, ale taki mnie strach przejmuje, jak gdybym co przeczuwała.
— Te przeczucia zawsze przychodzą ze strachu i uchodzą z niczém. — Pocałuj mnie droga i przestań się bać.
Pocałowali się; ale jeszcze całus się nie rozerwał, gdy blask uderzył na pokój, kilka osób wpadło drzwiami. Kobiéta z krzykiem skryła się za Karola, Karol z zimną krwią dobył pistoletów.
— A! facecije! A tuś! Nie ujdziesz teraz! Już mi drugą żonę chcesz na tamten świat wyprawić! facecije! Ale sam wprzód tam pójdziesz! Héj! tu! weźcie go!
— Ostrzegam, że pierwszemu który do mnie przystąpi, w łeb strzelę. Teraz proszę jeśli komu życie nie miłe, rzekł pan Karol.
Sędzia osłupiał.
— No to idź ztąd sam precz łajdaku! facecije!
— Pójdę panie Sędzio, ale pozwolisz mi z sobą zabrać twoją żonę, którą się jeszcze nie miałem czasu nacieszyć. Ona pójdzie ze mną.
— Do policij! budników! karauł! zakrzyczał Sędzia; gwałtownik! rozbojnik! Biegajcie, rzekł do ludzi, do części.
— Kto się krokiem ruszy w łeb palę. Sędzio, radzę, komu życie miłe, niech stoi jak wryty, bo dotrzymam słowa. Stary jesteś Sędzio, wstydź się! a tak zazdrośny! Znasz historyjkę tego psa, co na sianie leżał i krowie go nie dawał!
— Ja stary! ja pies! a! a! wołał Sędzia. Precz mi ztąd! precz, bo zabiję! ja zabiję! co napadnę to pochwycę, uciekaj!
— Czekam z rąk pańskich, rzekł zimno pan Karol, czém mnie chcesz uderzyć, bij. Sprobuj, ciekawy jestem ile też jeszcze zostało tobie siły, po dwuch żonach! Ale to tylko strachy na lachy! Nie zabijesz panie Sędzio. Ot lepiéj, zgodnie, pięknie, daj mi cygaro lub fajkę tytuniu, wypaliłbym nim pójdę, bo od rana nie miałem czasu dymu powąchać.
Na te wpół szyderskie, wpół obojętne słowa, ścięła się krew w żyłach starca, ale z gniewu, który doszedł do najwyższego stopnia, trząsł się tylko, nic mówić nie mógł, a dwie łzy spłynęły mu po rumianych policzkach.
Wszyscy stali jak wryci, kobiéta kryła się za Karola.
— No, bierz salopę Karuniu i chodź ze mną, rzekł obojętnie Karol. Salopa twoja leży tu na krześle, jeśli chcesz, ja ci ją przyniosę. Trzymając ciągle w ręku pistolet, podał jéj Karol chustkę i salopę. Kobiéta okryła się, tuląc oczy w chustkę, a Karol widząc ją gotową, rzeki zimno.
— Idziemy.
Posunęli się ku drzwiom. Sędzia płakał jak dziecko, a szlochając odezwał się w téj chwili.
— Cożem Waćpani zrobił złego, że mnie porzucasz dla tego wartogłowa, który już tyle kobiét pogubił? Wziąłem cię ubogą, myślałem że się za to przywiążesz do mnie, żem ci przyszłość niepodległą zapewnił; ale nie! O! teraz, dodał Sędzia z gniewem wybuchającym z pod łez, nie wezmę kobiéty, wezmę psa za towarzysza, wezmę zwierzę, będzie wierniejsze!
— Tylko proszę nie bredzić! zawołał Karol. Cicho Sędzio, idź spać, spać, czas ci dawno, niepotrzebnie wstałeś, dobranoc! Potém przychylił się i szepnął mu do ucha.
— Ożeń się trzeci raz, to ja toż samo z trzecią zrobię.
Wychodzili, Karolina stanęła na progu, spójrzała ze łzami na płaczącego starca, zatrzymała się, zachwiała, rzuciła salopę, pobiegła ku niemu, padła na kolana i zawołała.
— Jam jeszcze niewinna! daruj mi mężu — a ty Karolu —
— Ale to cała romantyczna scena! zawołał śmiejąc się Karol z najzimniéjszą krwią spuszczając kurek pistoletu i chowając go do kieszeni! Prześliczna scena moralna! Marmontel był by z niéj zrobił powieść dla młodych panien! cha! cha! To tylko dziwne żeś ty Karuniu przeniosła starego bibułę nade mnie. No! no jak chcesz z resztą! Dobra noc, czuła paro gołąbków!
— A! zawołał łkając Sędzia i podnosząc żonę z ziemi. — Idź precz przeklęty zwodzicielu! Znalazłem kobiétę, którą łzy starca i uczucie obowiązków, silniéj poruszyły nad płochą miłość jednego młokosa. Idź ztąd! idź! przeklęty! uciekaj! nie zarażaj dłużéj tego miejsca swoją przytomnością!
— Idę, idę, rzekł Karol, dobranoc czuli małżonkowie. Życzę szczęścia i sił panu Sędziemu, za katy śliczną i dla ciebie nadto piękną masz żonę! Kto wié czy nie ładniéjsza od nieboszczki Amalki, Karunia? Pamiętasz Sędzio, naszą Amalkę? hę? pamiętasz? Dobranoc ci, stary głupcze!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.