Pan Karol/V

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pan Karol
Podtytuł Powieść fantastyczna
Wydawca Adam Zawadzki
Data wydania 1840
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
V.
KILT.


Jakiém szczęściem jest umrzeć, gdy życie jest nam tylko nudnym, czczym wieczorem dnia nieznośnego!
Myśl w czasie niestrawności.

Świstał wesołą piosnkę Pan Karol idąc późnym wieczorem na Antokol. Noc była posępna, wiatr szumiał jesienny i niósł w swoich chłodnych objęciach liście drzew żółte, zwiędłe kwiaty, dymy kominów, turkot oddalony pojazdów i szum płynącéj rzeki.
Pan Karol zbliżał się do małego domku. Stał on nad drogą, nad rzeką, wśród krzewów i drzew kilku; w jedném oknie płonęła świeca za firankami. Otaczał go ogródek niewielki, ścieżka przezeń prowadziła do drzwi. Wewnątrz było cicho. Karol zbliżył się do okna, słucha — wiatr tylko szumi, wtém dźwięk fortepianu poruszonego tak lekko, jakby po jego strónach wiatr tylko przeleciał, uszu doleciał. Usłyszał potém piosnkę cichą, piosnkę Filona i Laury, nuconą miękkim głosem kobiecym, ale tak zwolna, tak ostróżnie, jakby się lękano zbytnim hałasem obudzić kogo. Dźwięk fortepianu połączył się ze śpiewem i płynął powolnie. Karol zakrył twarz rękami, zadrżał i okropne westchnienie burzy wyrywającéj się z chmur uleciało z jego wzdętych piersi. Potém stuknął w okienko, muzyka głuszyła jego stukanie; mocniéj raz jeszcze drugi, świeca za firankami zagasła.
Karol nadstawił ucha; jeszcze konał obumierający dźwięk pieśni: powoli, cicho otwarło się okienko, podniosła się firanka i postać kobiéty w bieli zabłysła.
— To ty Karolu? odezwał się głos cichy.
— To ty Maryniu! rzekł Karol udając i prześmiewając jéj zadziwienie.
— Chodź! powiedziała kobiéta; Karol jednym susem wskoczył przez okno do maleńkiéj izdebki, zwolna, po cichu zamknął okno za sobą i firankami zapuścił.
— A! jakże dziś długo czekałam na ciebie, odezwała się kobiéta. Myślałam, że już nie przyjdziesz. Byłam temu prawie rada, Karolu, bo mnie jakiś smutek ogarnął, poczułam, że niepowinnabym ciebie tak przyjmować. A! gdyby mój ojciec wiedział, on tu blisko, leży złożony chorobą, śpi spokojnie, w jego siwéj głowie ani powstała myśl, podejrzenie, że córka — Karolu!
— Daj pokój, Maryniu! to są dzieciństwa. Cóż złego, że ja tu jestem z tobą? wszak kocham ciebie, wszak —
— A czy nikogo więcéj nie kochałeś tak jak mnie teraz, nikogo? żadnéj kobiéty?
— Ja? — nie! Cóż to za myśl! Jak to? musiał ci któś nagadać bajek, Maryniu. Chodź duszo! siądziem, uściśniem się, ogrzejem, noc taka zimna, ja tak zmarzłem idąc przez Antokole.
— Czy już żałujesz tego, żeś tu przyszedł?
— Ja? znowu jakieś szczególne pytanie. — Kocham ciebie, i gdyby mi przyszło życie, gdyby —
— Daj pokój! słyszałam nieraz te przysięgi i zaklęcia. Pięknie one brzmią w twoich ustach i w mojéj duszy, ale któż mnie zapewni, że to wszystko prawda? — Ty możesz przysięgać, a dla tego kochać inną.
— Cóż ci się dziś stało, Maryniu! ciągłe podejrzenia, ja tego prawdziwie pojąć nie mogę.
— A jednak to pojąć tak łatwo, byleby chcieć, czyż nie wiesz jak to okropnie być zdradzoną, jak się tego lękamy?
— A na Boga! dośćże tego, dość! proszę cię, siądź koło mnie. O tak, rączkę mi daj, pozwól ustek! Co za pocałowanie! Czegoż wzdychasz? czego tak drżysz, mój aniele! cóż to usta moje na twojéj twarzy spotkały?
— Łzę! zawołała innym głosem odskakując od niego kobiéta, ty mnie nie kochasz, tyś zdrajca!
— A! czyjże to głos! krzyknął porywając się Karol, i odskoczył do okna załamując ręce z przestrachu. Marjo! to nie Marja! ty jesteś —
— Jestem piérwsza twojéj młodości kochanka, ja jestem Amalja.
— Amalja!
— Nie wiedziałam, nie spodziewałam się, mówiła z szlachetną dumą kobiéta, żeby twoje wiarołomne usta mogły wyrzec słowo jeszcze w téj chwili, któraby drugiemu mowę i czucie odjęła. Rozdarłeś na wieki to serce, Karolu, serce, które się rzucało do ciebie przez tysiąc niebezpieczeństw i cierpień. Nie było w życiu mojém okropniejszéj chwili. Ty jeden zostałeś mi na świecie, tobiem poświęciła wszystko, a ty, ty tylko udawałeś! Wolałabym była tysiąc razy, miljon razy, żebyś mi był powiedział, że mnie nie kochasz!
Karol stał w milczeniu, słychać tylko było ciężki oddech jego, słowa jednak nie wyrzekł. Wtém lekki szelest od strony okna doleciał ich uszu. Amalja płacząc i łkając mówiła daléj:
— Idź, idź ztąd Karolu, żegnam cię; dziękuję ci nawet za te chwil kilka szczęścia, które w słodkiém spędziłam omamieniu. Sądziłam, że mnie kochasz!
Gdy to mówiła jeszcze, drzwi się otwarły z trzaskiem, blask uderzył na pokój, Karol rzucił się do okna, Amalja krzyknęła i padła na łóżko, a głos we drzwiach dał się słyszeć:
— Facećje! a ja dawno mówiłem, że się to na tém skończy. Ba! otoż jest Pani Sędzina i — dodał Sędzia świecąc w oczy Karolowi, który osłupiały z podziwienia, nie uciekał nawet — i Pan Trupiagłówka — ha —
— Co ty tam bredzisz stary koźle, zakrzyczał w téj chwili Karol, groźną przybierając postawę.
— Słyszycie! koźle! Kozłem mnie nazywać jeszcze! facećje! dla tego, że mi dał rogi. Ha! Co tu robiłeś złodzieju! co tu robiłeś z moją żoną?
— Z twoją żoną? to żona twoja!
— A tak; złapałem cię na uczynku ptaszku. Czegoż to Pani tak tulisz główkę w poduszki? Śliczna żona! Słyszysz! rzekł znów do Karola, po cóś tu wszedł? co tu robiłeś, no, mów, trutniu! bo cię zduszę! zawołał coraz zapalczywiéj.
— Powoli! na co ten zapał, rzekł chłodno Karol, ja dawałem Pani Sędzinie lekcyą znajomości serca ludzkiego.
— Lekcje. I znowu, słyszycie! facećje! po ciemku, lekcje! to lubię! Waćpan mnie masz za dudka?
— Tak jest, za dudka, odpowiedział Karol spokojnie, za czubatego dudka w dobrym gatunku.
— Co! ty trupie! ty! ja cię nauczę, krzyknął usłyszawszy to Sędzia, a potém jakby nie wiedział co począć, obrócił się do żony i trzęsąc nią zawołał: — Wstań Wasani, podnieś głowę, z kolei proszę mi powiedzieć, co tu robiłaś? — Ciągnę śledztwo, gadaj Wasani, gadaj, co to był z tobą za rozbojnik!
To mówiąc trącał ją Sędzia, ale ona twarz miała skrytą w poduszki i nie chciała podnieść oczów, Karol patrzał i szydersko się uśmiechał, uśmiechał się szatańsko. Coraz bardziéj rozjątrzony Sędzia, porwał ją za rękę, ręka opadła bezwładna, postawił świécę przy łóżku, wpół ją pochwycił, spójrzał na twarz — Blada była, łzami zalana, łzy płynęły jeszcze, dusza już na nich wypłynęła. Sędzia krzyknął okropnie — Karol poskoczył ku niéj, chwycił za rękę, odepchnął go silnie mąż i zawołał z boleścią.
— Ona nie żyje, on ją zabił. I wtém rzucił w oczy Karolowi lichtarz, któren porwał z podłogi. Łotrze! krzyknął goniąc — zbójco, zabiłeś ją! Nie żyje! nie żyje! — Karol wybił okno, wyskoczył i uciekł na miasto, Sędzia pobiegł w głąb domu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.