Pan Kaprowski/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pan Kaprowski
Data wydania 1905
Drukarz Józef Jeżyński
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

ROZDZIAŁ CZWARTY.

Narada w karczmie.


Świt okna izby pomalował na sino. Na podwórzu koguty piały to razem, to jeden po drugim. Wróble ogłuszająco zaświergotały za oknem w gałęziach. Za cienką ścianką rozległ się krzyk Maciejowej, największej złośnicy ze wszystkich bab folwarku. Dziecko jakieś płakało tam, krzycząc wniebogłosy, bite może przez matkę. Inne głosy dziecięce, wesołe, ozwały się w sieni, a potym na podwórzu, szczebiotaniem swym przygłuszając świergot wróbli. Parobcy wstawali, poziewali głośno, wkładali kożuchy i wychodzili do obór i stajni. Pies folwarczny, wielki kundys, żółty z kosmatym ogonem, biegał po dziedzińcu, ujadając na wszystkie strony; wypuszczone z podpiecków kury zanosiły się przeraźliwym gdakaniem. Kędyś w oborze brzmiał donośny głos, wydający rozkazy i naganiający parobków do raźnego ich spełniania. Tu i owdzie przesuwały się przez dziedziniec zielonawe i żółtawe wzgórza, w pary nóg zaopatrzone. Byli to parobcy, niosący na plecach z siennic i stodoły do stajni i obór ogromne wiązki siana i słomy. Wszystkie okienka czworaku zaświeciły złotawo od rozpalonych ognisk. Po chwili, z kominów wywinęły się nici dymu, które potem rozwijały się w kłęby, wilgocią powietrza w dół parte, rozwiewały po dziedzińcu szarą mgłę i ostrą woń sadzy. Deszcz nie padał, ale wszystko na świecie: niebo, ziemia, drzewa, dachy i płoty, zdawały się być tylko co wyjętemi z wody. Parobkom, pomimo ruchu i pracy, nie musiało być ciepło. Chłodna wilgoć marcowego poranku rosiła żółte skóry ich kożuchów. Kobiety także odpoczynku nie miały. Warzyły u ognisk strawę ranną i południową, w baljach lub nieckach kąpały dzieci, czesały je i przyodziewały w czyste koszule.
Jaśka i Krystyny już w domu nie było. Oboje wyszli zaraz, gdy tylko parobek ukończył obowiązkową swą robotę. Poszli do karczmy milewskiej, o wiorstę odległej od Wólki. Karczma ta u końca Milewa — długiej i dostatnio zbudowanej wsi położona, miała dużą izbę, ławami i stołami otoczoną, po jednej stronie sieni, a długą i ciemną stajnie podrugiej. Wszystkie ściany i sufity były zczerniałe i chropowate, wszystkie podłogi ubijane z gliny, i od mnóstwa stóp, które oddawna je deptały, pogięte w głębokie doły.
Teraz w izbie było tłumno i gwarno. Milewscy chłopi zeszli się tutaj w celu zobaczenia i pomówienia ze swym adwokatem, który już od lat dwóch prowadził proces ich o łąki i orne grunta przeciw dawnemu ich dziedzicowi, Dzielskiemu. Przez Mikołaja zawiadomieni o tym, że pan adwokat poranku tego z Leśnej przejeżdżać będzie, przyszło kilkunastu najroztropniejszych może, a może poprostu tych, którzy z wygrania procesu największą korzyść osiągnąć mieli i największe nań ponosili koszta. Chodziło o to, czy dadzą pełnomocnikowi rubli pięćset, czy nie dadzą? Jeżeli dadzą, proces napewno i w blizkiej przyszłości wygranym będzie; jeżeli nie dadzą, pełnomocnik nie ręczy za nic. Nieraz już tak bywało. Wydatki ich na ten proces były jak ogromna rzeka, poczynająca się od od małego źródełka. Zrazu przyrzekano im wygrane za rubli trzydzieści; po długich namysłach dali po pół rubla z chaty. Potem, wypłacić wypadło 20, potem jeszcze 10 i znowu 50, potem odrazu 100, potem znów 10, 15 i raz aż 200. Różne te sumy, po długich namysłach, zgadzali się zawsze wypłacić i wypłacali. Kiedy tyle już w interes wsadzili, muszą i tę sumę wsadzić, aby tamte nie zginęły. Teraz szło o wsadzenie jeszcze jednej, ale miała już ona być ostatnią, ta pewnie, jak amen w pacierzu. Wczoraj jeszcze namyślali się, czy wypłacić tak wielką sumę, czy nie, wskutek czego pełnomocnik opuścił ich w wielkim gniewie. Przelękli się tego. Interes zginie i wydane grosze zginą. Mikołaj pocieszył ich wiadomością, że będą mogli dziś adwokata na drodze przydybać.
Przybyło więc do karczmy kilkunastu wybranych, kilku innych przywlekło się z ciekawości i dlatego, że to była niedziela. Jasiek i Krystyna przyszli także i siedli na ławce, w kącie. Wszyscy prawie gospodarze byli obuci i dostatnio wyglądali. Kożuchy na nich były albo zupełnie nowe, z sutemi kołnierzami z czarnego barana, albo przybrudzone i trochę podarte: ale w siermięgach znajdowało się zaledwie kilku. Znać było zaraz, że mieszkańcy Milewa posiadali grunta dobre i dobrze się mieli. Postawy ich i wyrazy twarzy były różne. Niektórzy, siedząc na ławkach, łokcie na stole rozpościerali; inni młodsi, bezwąsi, ręce opuściwszy na kolana, z gapowatemi minami wsłuchiwali się w rozmowy starszych. Większość tłoczyła się przed stołem, popychając się wzajemnie, dowodząc, krzycząc, albo przysłuchując się mowie Mikołaja. Ten siedział pod ścianą, pośrodku ławy, wyprostowany i cały błyszczący od świątecznie wyczyszczonych guzików szynela. Kwadrans już prawił on tym, którzy go słuchali, że nie komu innemu, tylko jemu milewscy chłopi zawdzięczają swój teraźniejszy rozum.
— Głupi bylibyście — mówił — pozwalając Dzielskiemu zasiewać grunt i kosić łąki, których komisja przez omyłkę tylko do planu waszego nie wciągnęła. Dziady i pradziady wasze sieli tam i kosili. Prawda moja, czy nie?
— Prawda to, prawda! — chórem ozwało się kilka głosów, a jeden z nich ciągnął dalej:
— Tylko widzicie, Mikołaju, dziady i pradziady nasze wszędzie sieli i kosili, na caluśkiej ziemi sieli i kosili, a przecie nam caluśkiej ziemi nie oddali... cha! cha! cha!...
Słowa te z trochę szczerą, a trochę złośliwą wesołością mówił Paweł Gozdawa, stryj Jaśkowy, niemłody, siwiejący chłop, w najdostojniejszy kożuch i najpiękniejsze buty ubrany. Był to widocznie najbogatszy z milewskich gospodarzy i po Mikołaju największej śród nich powagi używał.
— A juści — słowa jego potwierdziło głosów kilka — mówili, że wszystko oddadzą, a teraz i o swoje, człecze, prawuj się.
Mikołaj głową litościwie kiwał.
— Oj, głupi narodzie! — zaczął — jakże wy chcecie, żeby wszystko odrazu się stało! Sam Pan Bóg przez siedm dni świat stwarzał, a wy chcecie, żeby wam tak odrazu caluśką ziemię oddali...
— Odrazu! — mruknął Paweł — dziewiętnasty rok jak uwłaszczyli, a dziś nic lepszego jeszcze niema...
— Będzie! — uroczystym głosem wymówił Mikołaj. Wskazujący palec wzniósł w górę i powtórzył: — Ja wiem, że będzie, wszystko będzie...
— Wszystko? — zadziwił się gapowaty głos jakiś.
— Wszystko! — uderzając w stół pięścią, potwierdził Mikołaj i jął opowiadać, co słyszał i czego dowiedział się na szerokim świecie. Słyszał i dowiedział się, że jeżeli nie w tym roku, to za dwa lata, a jeżeli nie za dwa, to za dziesięć lat, ale calutka ziemia do chłopów należeć będzie, i grunt, i łąki, i pastwiska, i lasy, słowem cała ziemia... Różne książeczki są na świecie, w których stoi, że caluśką ziemię chłopom rozdać trzeba. On te książeczki czytał. Byli różni tacy ludzie, co mu je do czytania dawali, a on czytał i zapamiętał, i teraz mówi im, że wszystko będzie... Jak Bóg na niebie — wszystko będzie, rozkaz na to jest, tylko jeszcze minister go nie puścił. Jak minister puści i po policjach rozeszle, wtedy — wszystko będzie!...
W ten sposób przemawiając, Mikołaj ożywił się, wpadał w zapał. Prawda okazywała się niezbitą, i w to, co mówił, wierzył sam mocno. Mocno też w słowa jego wierzyli, albo wierzyć pragnęli, słuchacze. Mikołaj opowiadaniami i zapewnieniami swemi pobudzał w tych silnych piersiach marzenia najdroższe i chciwe chęci. Dla ludzi tych ziemia była matką — karmicielką, ich kochanką, której od dni dziecinnych całą swą pracę ciężką oddawali. Pożądali jej też, pożądali jej wiele, więcej jeszcze, jak najwięcej, bez końca... A i sam Mikołaj posiadał na końcu wsi chatę z kilku zagonami ziemi i nieraz zagony te w marzeniach swych przedłużał aż pod skraj nieba. I jego więc, gdy mówił o „caluśkiej ziemi” ogarniał zapał. Ostrzegał słuchaczów, że rozkaz, o którym mówił i który lada dzień minister z kancelarji swej wypuści, „wszystko zrobi” tym tylko, którzy teraz przy interesach swych obstawać umieją i tego, co do nich należy, innym nie dają...
— Jeżeli Kaprowskiemu grosza pożałujecie i proces z Dzielskim przegracie, minister o tem się dowie i do policji takie rozkazanie przyszle: „Milewskim chłopom więcej ziemi nie dawać, bo nie umieli bronić swego i tę ziemię, co do nich należała, dobrowolnie innemu oddali”. O!
Skończył, Chłopi w wielki gwar uderzyli:
— Nie damy! — krzyczeli — zginiemy, a nie damy! Ostatnie woły sprzedamy, duszę żydowi zaprzedamy, a nie damy! Kaprowskiemu grosze przynieśliśmy. Niech bierze, a nasze odbiera. Twoja prawda Mikołaju. Kto dureń, temu nic nie dadzą, a kto mądry i interesy swoje zna, temu będzie dobrze...
W tej chwili przed karczmą ozwał się turkot kół i dało się słyszeć wołanie:
— Mikołaj! Mikołaj!
Mikołaj zerwał się i podbiegł ku drzwiom, ku którym pocisnęli się gromadnie i chłopi. Wszyscy hurmem wtłoczyli się przed drzwi karczmy, przed któremi, na bryczce założonej parą tłustych koni ekonomskich, siedział Kaprowski. Zaczął rozmawiać o czemś z Mikołajem.
Na chłopów ani patrzał. Ci błagali go, aby z bryczki wysiadł i wszedł do karczmy.
— Jaśnie Wielmożny panie — zaczynał Paweł — na chwilkę tylko wejdźcie... pogadamy...
— Na chwilę! — lękliwie powtarzali inni.
— Nie opuszczaj nas, jaśnie wielmożny panie! nie gniewajcie się na naszą głupotę... — siwą głowę aż do koła bryczki chyląc, prawił stryj Jaśka.
— Nie gniewajcie się! — huczał i jęczał chór.
Nakoniec Kaprowski zwrócił ku nim twarz.
— Moi kochani! — rzekł — skoro nie ufacie mi i powiedzieliście wczoraj, że dalszych kosztów interesu ponieść nie chcecie, róbcie, jak się wam podoba. Idźcie sobie do innego. Inny może będzie wam tańszy. Przyślijcie tylko kogo po papiery swoje.
Mówił to bardzo z góry, zimno, ale w duszy myślał sobie: „A nuż naprawdę pójdą do innego!”
— Niech już jaśnie wielmożny pan daruje im tę głupotę — przemówił Mikołaj — oni nic nie rozumieją.
— Wysiądźcie, panie — mówił Paweł — przynieśliśmy pieniądze; ziemi swojej Dzielskiemu nie damy, zginiemy, a nie damy...
— No — rzekł Kaprowski, na bryczce stając — chyba tylko na prośbę Mikołaja...
Wtedy zaczęli wysadzać go z bryczki i do karczmy prowadzić. Podstawili mu pod łokcie swoje czarne, spracowane dłonie, szli przed nim, za nim, dokoła niego, zaglądali mu w twarz, mówiąc, krzycząc, opowiadając wszyscy razem.
Kiedy Kaprowski wszedł do karczmy, zrazu czuł się nieco zmieszanym i sam nie wiedział, co i jak wypadło mu robić i mówić. Lecz posiadał tu pomocnika w Mikołaju. Gdyby nie on, gromada nie wiedziałaby o istnieniu adwokata; co więcej, nie rozpoczynałaby nawet procesu. Mikołaj to gotował i oczyszczał drogi Kaprowskiemu.

Kiedy już posadzono Kaprowskiego, Paweł w zanadrze sięgnął i garść papierków zza koszuli wyciągnął. Wszyscy inni uczynili to samo i powyjmowali zza koszul garście papierowych pieniędzy. Nad karczemnym stołem wyciągnęło się kilkanaście par rąk: niektóre śmiało i prawie natarczywie, inne, — silne tak, że ogromne ciężary dźwignąć mogły jak piórka, — drżały jednak trochę i cofały się, aby po chwili, ruchem trwożliwym i wahającym wysunąć się naprzód. Kaprowski małemi, chudemi rękami prędko i wprawnie liczył pieniądze. Chłopi liczenia tego słuchali z uwagą wielką, z pochylonemi głowami. — W odległości
Kaprowski stał przed słuchającą go pilnie gromadą...
widać było szczupłą postać i rudowłosą głowę żyda arendarza, zdala i z urągliwym uśmiechem oczekującego chwili, w której, po załatwieniu interesu, przyjdzie czas powszechnego picia wódki.

— Pięćset! — głośno i dobitnie wymówił Kaprowski, wstał, wyprostował się i mówić zaczął. Mówił prędko. Chłopi słuchali Kaprowskiego pilnie. I jaśnie wielmożny pan mówił: o manifeście dziewiętnastego lutego, o likwidacji, o komitecie do spraw włościańskich, o pałacie, o senacie, ukazach senackich, apelacjach, ustawach prawnych. Młodzież tak szeroko pootwierała gęby, że wróble by w nie wlecieć mogły, starsi zaczęli uśmiechać się błogo i, kiwając głowami, od czasu do czasu wzajem na siebie spoglądali. W uśmiechach ich widać było zupełne uspokojenie, myśleli sobie: „Ależ mądry!” — Nakoniec mówca zakończył przemówienie swe krótko wyrzeczonym pożegnaniem: „Bądźcie zdrowi, moi kochani!” i pochwycił ze stołu czapeczkę. Chłopi rozstąpili się z uszanowaniem, a wtedy Jasiek i Krystyna wysunęli się z kąta, w którym dotąd siedzieli. Mikołaj pochwycił Kaprowskiego za łokieć i bardzo cicho kilka słów do niego przemówił. Adwokat zsunął brwi i z niezadowoleniem ustami cmoknął. Okropnie pilno mu być musiało wyrwać się z karczmy. Ale Mikołaj wepchnął Jaśka i Krystynę do izdebki arendarza, do której też wsunął Kaprowskiego i, sam zostając w karczemnej izbie, drzwi izdebki zamknął. Jasiek i Krystyna znaleźli się przed obliczem adwokata.

Jasiek trzymał się jeszcze nieźle, bo podniosła go nienawiść, którą od wczorajszego dnia zapłonął do swego stryja. Parę dni temu jeszcze rozmawiał z nim zgodnie, prawie przyjaźnie. Nie był nawet pewny, kto z nich obu w danym sporze miał słuszność. „Może moja prawda była, a może jego, niech Bóg sądzi!”
— Ja jaśnie wielmożnemu panu interes opowiem...
mawiał. Paweł ze swej strony nie był złym dla niego. Dziś zmieniło się wszystko. Jasiek, z kąta, w którym był zasiadł, patrzył na stryja spojrzeniem chmurnem i złem. Krystyna, przed tak dostojnym panem znalazłszy się, struchlała. Ręce pod piersiami splotła i oczy pełne łez w Kaprowskiego wlepiając, płaczliwym głotem[1] mówić zaczęła:

— Ani mię, jaśnie wielmożny panie, drużki na dzieży sadzały, ani mi do ślubu śpiewały...
Wtedy Jasiek, usuwając ją, naprzód wystąpił.
— Ja jaśnie wielmożnemu panu i jej i swój interes opowiem...
Krystyna zlękła się, że Jasiek opowiadać będzie, a ztąd wyniknie szkoda dla Filipka. Z kolei, odpychając Jaśka, zawołała:
— Dziewiętnaście lat synków swoich hodowałam, z postem jadłam...
Parobek szeroką dłonią znowu ją usunął.
— Niech jaśnie wielmożny pan będzie łaskaw wysłucha... — Kobieta, ramię towarzysza targnąwszy, znowu wysunęła się naprzód.
— Mizeractwo to, jaśnie wielmożny panie, od narodzenia samego blady i słabiutki, a potem jak ta gorączka się przywiązała co na nią pięć miesięcy...
Tym razem Jasiek popchnął ją dłonią w piersi tak mocno, że aż oparła się o poręcz żydowskiego łóżka.
— Baba gada, jak wiatr wieje... Niech jaśnie wielmożny pan wysłucha...
— Cicho, Jasiek! — przyskakując znowu, zawołała kobieta. — Kiedy on urodził się, jaśnie wielmożny panie, baby mówiły, że dłużej jak trzy dni żyć nie będzie. Pan Bóg dał! Wyżył! Czytać i pisać nauczył się — delikatny.
Skończyło się na tem, że Jasiek opowiadał, a Krystyna, za plecami towarzysza stojąc, chlipała tylko i czasem słówka jakieś dorzucała. Parobek o sprawie jej i własnej mówił powoli, poważnie, chmurnie i dość zwięźle. I w pół godziny z rąk Jaśka i Krystyny w ręce adwokata przeszły paczki krwawo zapracowanych pieniędzy. Potem Kaprowski w izdebce arendarza porozmawiał jeszcze chwilę z Mikołajem, wręczył mu sporą część otrzymanych pieniędzy i odjechał. Mikołaj do kieszeni sukmany pieniądze schował i wrócił do izby karczemnej, gdzie rozchodził się już zapach wódki, wrzały krzyki i kłótnie. Jasiek, który nie wziął z sobą pieniędzy więcej nad te, co adwokatowi wręczył, zażądał wódki na kredyt, co mu się nigdy dotąd nie zdarzało. Pił też jak nigdy dotąd i zaraz wszczął kłótnię z Pawłem. Ten, domyślając się czegoś, słuszności praw swych do ziemi nieboszczyka brata dowodzić zaczął. Spomiędzy świadków jedni przytakiwali Pawłowi, drudzy brali stronę Jaśka, który, dobrze podpiwszy, lżył stryja i dwóch jego synów.
Krystyna tymczasem nie szła, ale leciała z powrotem do Wólki. Zdawało się, że wraz z troską o syna ciężkie kajdany z siebie zrzuciła. Odmłodniała, świeże rumieńce oblekły jej policzki, czarne oczy błyszczały, jak przed dwudziestu laty. Kiedy tak do czworaka wpadała, siedząca wciąż na przypiecku, Jaśkowa ozwała się uprzejmie.
— A co czy Pan Bóg pocieszył?
Krystyna przypadła do niej i, na ziemi siadając, rozradowana opowiadać zaczęła:
— Wielki pan... Mądry, wielki i bogaty, musi najpierwszy adwokat w Ongrodzie... Pomódz przyrzekł... Powiedział, że można starać się o zostawienie go w Ongrodzie. Czemu nie można? „Jenerała tego pułku, w którym Filipek służy, znam... Z nim pogadam, żeby go do innego pułku przenieśli, tego co u nas zostanie. A jeżeli, powiada, jenerał nie zechce, to do ministra wojny prośbę podamy... A Filipka nie poszlą tam, gdzie od mrozu skóra złazi i żółta febra trzęsie”.
Mówiąc to wszystko, śmiała się z rozkoszą, ożywiona, rumiana. Płaczce niemowlę z kołyski wyjąwszy, zaczęła z niem chodzić po izbie, kołysząc je w ramionach i nucąc. Helena zapytała ją o Jaśka.
— Przyrzekł — zawołała Krystyna — i jemu obiecał, że od stryja ziemię odbierze...
— Chwała tobie Panie Boże! — szepnęła Jaśkowa.
— A gdzie Jasiek? — zapytała.
— Z Milewskimi został w karczmie i weseli się.
W tejże chwili otworzyły się drzwi i do izby wszedł odświętnie, w długich butach i zgrabnej siermiężce ubrany, Antek. Powracał z kościoła. Krystyna rzuciła się ku synowi.
— Już Filipek zostanie na służbie w Ongrodzie synku, już braciszek twój miły zostanie.
Parobczak ucieszył się szczerze i zaraz jedzenia zażądał. Dawno już nadeszła pora południowego posiłku. Zjedzono go dnia tego w nieobecności Jaśka, który później przyszedł do domu pijany. Żona zadziwiła się.
— Cóż to jemu stało się? — nigdy z nim tego nie bywało!
Ale jednak, myślała sobie, nie dziwota, jeśli chłop upije się czasem, a jeszcze w taki dzień, który będzie może o losie jego stanowił. Nie gniewała się też na męża, ani postępkiem jego nie była zmartwiona.



ROZDZIAŁ PIĄTY.

Pan Kaprowski znów pieniędzy potrzebuje.


Sporo czasu minęło od bytności Kaprowskiego w Leśnej i Milewie. Nad wsią z jednej strony i nad folwarkiem z drogiej, wzbiły się w powietrzu słupy dymów. Stąd i zowąd ciągnęli kosiarze, świecąc z daleka białemi koszulami i przy ostatnich promieniach słońca migocąc kosami. Za kosiarzami, których rozmowy i śmiechy słychać jeszcze było, na drodze, która koło chałupy Mikołaja wiodła, szły grabiarki. Były to mieszkanki wsi Milewa, które do robót polnych najmowały się okolicznym dworom i folwarkom. Dziś po zapłatę dzienną zmierzały ku Wólce. Młode po większej części, wyprostowane, w grubych koszulach i sztywnych samodziałowych spódnicach, boso i z ogorzałemi szyjami, dokoła których wiły się sznury szklanych paciorek, — grabie, któremi przez dzień cały grabiły na łąkach skoszone siano, niosły tak, że nad głowami ich tworzył się gęsty las. Było ich ze dwadzieścia. Szły prędko i na całe gardło śpiewały jednostajną, przeciągłą, jękliwą pieśń. Mijając chatę Mikołaja, przerwały śpiewanie i potężnym chórem przemówiły:
— Niech będzie pochwalony!
Słowami temi witały siedzącego na progu chaty Mikołaja. Usłyszawszy chóralne pozdrowienie dziewcząt, podniósł głowę, odpowiedział: „Na wieki wieków” i bystrym okiem gromadę kobiet obejrzawszy, zatrzymał je na tej zpomiędzy nich, która,


Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być głosem.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.