Pamiętnik pani Hanki/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Dołęga-Mostowicz
Tytuł Pamiętnik pani Hanki
Rozdział Sobota wieczorem
Wydawca Towarzystwo Wydawnicze „RÓJ”
Data wydania 1939
Drukarz Zakłady Graficzne „FENIKS“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały pamiętnik
Pobierz jako: Pobierz Cały pamiętnik jako ePub Pobierz Cały pamiętnik jako PDF Pobierz Cały pamiętnik jako MOBI
Indeks stron
Sobota wieczorem

Gdybym umiała pisać dramaty, ta scena, która odbyła się między mną i Jackiem, wywarłaby w teatrze wręcz kolosalne wrażenie. Więc najpierw jego wejście. Wrócił zmieniony nie do poznania: blady, z sińcami pod oczyma i z rozpaczą w spojrzeniu. Nawet w jego ubraniu zdawał się odzwierciadlać stan ostatecznego przygnębienia, w jakim się znajdował.
Nie przywitał mnie zwykłymi słowami, lecz usiadł ciężko na fotelu, opuścił głowę i przez dłuższą chwilę milczał, nerwowo gniotąc palce.
Czyż mógł przypuszczać, że właśnie teraz, gdy stracił wszelkie nadzieje, gdy zjawił się by zakomunikować mi, że nie znajduje już żadnego ratunku, ani dla siebie, ani dla naszego małżeństwa, właśnie u mnie, u swojej żony, znajdzie i pomoc i ratunek i radę!
Zaczął mówić głosem cichym, przerywanym, głuchym:
— Moja Hanko... Więc stało się... Kobieta, o której ci mówiłem, ujawniła wreszcie motywy swych żądań. Musisz być przygotowana na wszystko najgorsze... Postawiła mi tego rodzaju warunki, których przyjąć, ani wypełnić nie mogę. Nie chcę mieć przed tobą tajemnic. Okazało się, że bynajmniej nie zależy jej na mnie. Fakt, który kiedyś związał mnie z nią, pragnie wyzyskać dla zmuszenia mnie do spełnienia czynu najpodlejszego... Zażądała, bym jej milczenie opłacił kradzieżą tajnych dokumentów państwowych. Ponieważ nie tylko nie mogę przez moment bodaj zastanawiać się nad tą haniebną propozycją, ale uważam za swój obowiązek natychmiast zawiadomić władze o tym, że ta kobieta jest niebezpieczną agentką obcego wywiadu, trzeba, byś była przygotowana na wszystkie konsekwencje. Jeżeli nie złożyłem dotychczas doniesienia, uczyniłem to dlatego, że chciałem uprzedzić ciebie.
Usta mu drżały, gdy to mówił. Przetarł dłonią czoło i dodał:
— Jeszcze dzisiaj ta... pani zostanie aresztowana. Nie mam wszakże przeciw niej żadnych dowodów. Zapewniała mnie, że od dawna zabezpieczyła się przed tą ewentualnością. I mam wrażenie, że mówiła prawdę. Moje doniesienie przedstawi władzom jako nieudolną próbę zemsty, jako nieuczciwy i naiwny sposób pozbycia się... prawowitej żony, domagającej się mego powrotu do niej. Jeżeli jej uwierzą, a muszą uwierzyć nie mając żadnych dowodów jej winy, zostanie zwolniona, natomiast ja... znajdę się w więzieniu pod zarzutem bigamii oraz fałszywego oskarżenia.
Podniósł na mnie oczy:
— Znajdę się w więzieniu i będę skazany. Otóż, przewidując to wszystko, a raczej widząc dokładnie, że inaczej ta rzecz nie może być rozwiązana, znajdę dla siebie inne... wyjście. Nie o mnie jednak chodzi, lecz o ciebie... Skandal i kompromitacja nie dadzą się odsunąć. Trzeba jednak znaleźć sposób, który by chociażby do pewnego stopnia osłonił ciebie. Osobiście nie znajduję takiego sposobu. Może ogłosić już dzisiaj wśród znajomych, że ze mną zerwałaś... Może dobrze byłoby, gdybyś wyjechała na dłuższy czas za granicę... Nie wiem. Postąpisz najsłuszniej, gdy udasz się do swego ojca i opowiesz mu wszystko. Twój ojciec jest człowiekiem rozumnym. Sądzę, że da ci najlepszą radę.
— Czyś może mówił już z nim?... — zapytałam z niepokojem.
Przecząco potrząsnął głową:
— Nie. Nie mówiłem, chociaż tak należało zrobić. Zabrakło mi jednak odwagi. Nie proszę ani jego, ani ciebie o przebaczenie, gdyż wiem, że na nie nie zasłużyłem i że go nie otrzymam. Moje rachunki zresztą są skończone. Wielką cenę zapłacę za karygodny błąd mojej młodości. Ale zdaję sobie doskonale sprawę, że takie błędy muszą być najsurowiej karane. Dopiero dzisiaj zrozumiałem dlaczego ta kobieta została moją kochanką, a następnie uwikłała mnie w małżeństwo. Już wtedy była szpiegiem i użyła mnie jako prostodusznego głupca, który ułatwił jej dostęp do ludzi z dyplomacji. Prawdopodobnie, wykorzystując sytuację, szperała również w tajnych papierach powierzonych mi do przewiezienia. Porzuciła mnie, gdy stałem się dla niej bezużyteczny, a teraz wróciła, gdy miała nadzieję wyszantażować ode mnie nowe tajemnice państwowe. Mniejsza zresztą o to... Powtarzam, że to moje rachunki i że ja je zapłacę... Chodzi o ciebie. Ta podła kobieta groziła mi bowiem, że i ciebie potrafi wciągnąć w tę brudną aferę. Oczywiście nie wierzę jej wcale. Istnieją jednak pozory, które mogą jej oskarżeniom nadać kształt prawdopodobieństwa. Wszystkiemu winien twój nieszczęsny wyjazd do Krynicy...
— Mój wyjazd?
— Tak. Poznałaś ją tam, nie wiedząc, że masz do czynienia z kobietą, która nas rozdziela. Ponieważ zaś w Krynicy, jak ona utrzymuje, ktoś rewidował jej pokój, ta kobieta twierdzi, że ty to zrobiłaś w zmowie ze mną. To nędzne oszczerstwo, ale by uniknąć potrzeby tłumaczenia się, najlepiej chyba zrobisz wyjeżdżając na dłuższy czas za granicę i nie zostawiając tu adresu. Kobietą, o której mówię, jest miss Elisabeth Normann.
Skinęłam głową:
— Wiem o tym.
— Wiesz? — zdziwił się. — Domyśliłaś się?...
— O nie. Od początku uważałam tę sprawę za zbyt poważną, bym miała się opierać na domysłach. Wiem, wiem dokładnie, kim jest i kim była kobieta podająca się za Elisabeth Normann.
— Nic nie rozumiem.
— To całkiem jasne. Czy mogłeś sądzić, że usłyszawszy twoje wyznanie, opuszczę ręce i zostawię rzeczy ich własnemu biegowi?... Nie, mój drogi. Postanowiłam działać i to działać najenergiczniej. Natychmiast zwróciłam się do brukselskiego Biura Detektywów i dzięki temu obecnie wcale nie jesteśmy bezbronni.
— Jakto? Co ty mówisz? Zwróciłaś się do Biura Detektywów?
— Naturalnie — spojrzałam nań triumfująco. — I tylko dlatego możemy dzisiaj nie obawiać się tej kobiety.
— Dlaczego jednak nigdy nie wspomniałaś mi o tym?
— Wolałam działać na własną rękę. I, jak się okazało, postąpiłam słusznie. Zdaje ci się na przykład, że nie masz żadnego dowodu na to, że ona jest szpiegiem. Ale za to ja mam te dowody. Więcej niż dowody. Mam świadka, który słyszał na własne uszy, gdy przyznawała się do szpiegostwa. I gdy żądała od ciebie dostarczenia tajnych dokumentów. Ja zresztą wysłuchałam również tej rozmowy w całości.
Tu opowiedziałam Jackowi wszystko, z tą jedynie drobną zmianą, że nie wspomniałam o współpracy stryja Albina, ani o tym, że z kimkolwiek rozmawiałam o sprawie. Trudno mi opisać zdziwienie i radość Jacka. Wypytywał o szczegóły i pełen był podziwu dla mojej przedsiębiorczości. Gdy skończyłam zasmucił się jednak znowu:
— No, tak. To pod wieloma względami ułatwia mi sytuację. W każdym razie wystarczy do unieszkodliwienia jej jako szpiega. Nie zamknie jej jednak ust, w sprawie bigamii.
Potrząsnęłam głową:
— Ja na tę rzecz patrzę bardziej optymistycznie. Zarówno detektyw, który ją śledził, jak i ja jesteśmy zdania, że ona nie posiada wcale świadectwa ślubu. Albo będzie posiadała świadectwo sfałszowane. Przecież powiedziała ci wyraźnie, że gotowa jest stwierdzić na piśmie fakt, że brałeś ślub odurzony narkotykiem. Sam mi wspomniałeś, że byłeś wówczas pijany. Czy ty jesteś pewny, że nie wmówiono w ciebie tego ślubu? Jeżeli ona już wówczas była szpiegiem, a wydaje mi się to rzeczą zupełnie pewną, prawdopodobnie miała wspólników, którzy cię otaczali i którzy wmówili w ciebie, że zostałeś jej mężem.
Jacek wzruszył ramionami:
— To jest absurd. Niestety, to jest absurd. Byłem wprawdzie pijany nie na tyle jednak, by nie pamiętać zawarcia i podpisania aktu, w urzędzie stanu cywilnego. Zresztą pamiętam również dokument, stwierdzający, że jesteśmy małżeństwem. Na podstawie tego dokumentu otrzymaliśmy wspólną kabinę na okręcie i później meldowaliśmy się w Hiszpanii. Właściwie te formalności załatwiała właśnie ona. Nie, co do tego nie ma co się łudzić.
— Więc gdyby nawet tak było — powiedziałam. — Można zawsze przyjść do niej i zaproponować układ: ona wyda świadectwo ślubu i zgodę na rozwód, w zamian za co będzie mogła swobodnie odjechać. Przecież bardziej jej będzie zależało na własnej wolności, niż na dokuczaniu tobie i mnie.
— Zapewne — przyznał Jacek. — Nie wolno mi jednak tak postąpić.
— Dlaczego nie wolno?
— Dlatego, kochanie, że moim obowiązkiem jest unieszkodliwienie szpiega, działającego przeciw Polsce.
— Chyba oszalałeś?! Skoro wyjedzie nie będzie mogła szkodzić Polsce.
— Do pewnego stopnia. Nie wiemy wszakże, czy już nie zdążyła zebrać tu jakichś ważnych wiadomości. Nie mam prawa dla ratowania siebie, a nawet dla ratowania twojej opinii biernie patrzeć na szkodę wyrządzaną państwu. Nie, kochanie. Co do tego, nie może być dyskusji.
Byłam trochę zła, ale wiedziałam, że nie ma po co z nim się spierać. W takich kwestiach był zawsze nieustępliwy i uparty jak kozioł. Zresztą może i miał rację. Należało tedy poszukać innego wyjścia. W tym celu zaproponowałam, by sprowadzić Freda, którego oczywiście wobec Jacka nie nazywałam inaczej, jak detektywem. Jacek również uznał to za wskazane, chociaż skrzywił się i dodał:
— Ogromnie nie lubię przestawać z tego typu ludźmi. Mam nawet obawę, czy ten człowiek, wdarłszy się w nasze tajemnice, nie wyzyska tego na własną korzyść i nie będzie próbował nas szantażować.
— Co do tego, nie ma obawy — uspokoiłam go. — W sprawach, dotyczących zaufania do ludzi, możesz zawsze polegać na mojej intuicji. Ten pan, pomimo bardzo młodego wieku, (to jeszcze prawie smarkacz), sprawia wrażenie najuczciwszego człowieka i wzoru dyskrecji. Na pewno zachowa wszystko w tajemnicy. Pochodzi zresztą z bardzo nobliwego środowiska. Czy pamiętasz zamek Hobben, któryśmy razem zwiedzali w Belgii?... Otóż zamek ten był kiedyś rodową własnością przodków tego detektywa. Umyślnie prosiłam brukselskie biuro, by przysłano tu człowieka najlepszej klasy. Miałam zresztą możność stwierdzić osobiście, że jest pod każdym względem correct. Sam się o tym przekonasz.
Zadzwoniłam do Freda i dowiedziałam się od niego, że miss Normann wyszła. Umówiła się telefonicznie z jakimś panem w kawiarni „Europejskiej“. Od razu domyśliłam się, że tym panem nie może być nikt inny, jak Toto. Przecież ze swymi szpiegowskimi wspólnikami nie spotykałaby się publicznie.
Fred mówił:
— Teraz w żaden sposób nie mogę wyjść z hotelu. Rzecz polega na tym, że ta pani oczekuje na dokumenty, które mają być jej przysłane o siódmej. Muszę stwierdzić, kto przyniesie te dokumenty i ewentualnie postarać się, by się dostały do moich rąk. Udać mi się to może jedynie w tym wypadku, jeżeli miss Normann nie zdąży na czas wrócić do hotelu. Gdybyś mogła w jakiś sposób zatrzymać ją w kawiarni, byłoby to nader pożyteczne. Ponieważ ją znasz, a wydaje mi się, że tym panem, z którym ona się ma spotkać jest również twój znajomy — mogłabyś tego dokonać. Natomiast o godzinie ósmej będę już wolny i jestem do dyspozycji twego męża.
Oczywiście zgodziłam się na wszystko. Od Jacka wzięłam zobowiązanie, że będzie w domu na mnie czekał, i że żadnych nie poczyni kroków. Była punktualnie za piętnaście siódma, gdy wchodziłam do kawiarni „Europejskiej“. Zobaczyłam już ich z daleka. Siedzieli przy stoliku w kącie. Przed nimi stały wypróżnione już filiżanki. Toto ścierpł na mój widok. Natomiast ta wydra zrobiła słodziutką minę i tak dobrze udawała radość z mojej obecności, że prostoduszny Toto aż się zdziwił. Swoje zjawienie się usprawiedliwiłam w sposób zupełnie naturalny. Powiedziałam, że umówiłam się tu z Halszką i z jej mężem na szóstą, ale zatrzymała mnie krawcowa. Ponieważ wiedziałam, że Halszka niemal codziennie bywa w tej kawiarni i tym razem nie omyliłam się. Toto potwierdził:
— Widocznie nie mogli czekać. Wyszli stąd przed jakimś kwadransem.
— Jakże żałuję. Tak jestem dziś zalatana po mieście. Od rana nie byłam w domu.
Powiedziałam to umyślnie dla miss Normann. I, by ją przekonać, że jeszcze nie widziałam się z Jackiem, dodałam:
— Nawet mąż dzwonił dwa razy do krawcowej, że ma do mnie jakiś pilny interes (ci mężczyźni zawsze mają jakieś pilne interesy) — uśmiechnęłam się do tej wydry — ale nie mogłam. Tak fatalnie zrobiła cyrkiel u sukni (bo to z ukosu), że musiałam dopilnować poprawki osobiście. Czy pani też ma tyle kłopotu ze swoimi strojami?
Rozmowa zaczęła się rozwijać na dobre i już byłam przekonana, że uda mi się ją zatrzymać, gdy niespodziewanie rzuciła okiem na zegarek i wstała:
— Bardzo przepraszam, ale mam coś pilnego i muszę wyjść.
— No, chyba nie zostawicie mnie państwo samej? — zwróciłam się do nich błagalnie. — Niech pani jeszcze chwilkę zostanie. Zaraz skończę kawę i też wychodzę.
Skinęła głową:
— Dobrze. Z największą przyjemnością. Muszę jednak w takim razie zatelefonować. Zostawię państwa tylko na chwilę.
I ja, niemądra, uwierzyłam jej. Gdy się zorientowałam, było już za późno. Wróciła wprawdzie, lecz po piętnastu minutach. Wtedy uprzytomniłam sobie, że przez ten czas zdążyła być w „Bristolu“. Przecież to zaledwie kilka kroków. Biedny Fred. Nie tylko mu się nie udało, ale mógł zostać przez nią przyłapany jeżeli nie zachował dostatecznej ostrożności i jeżeli był przekonany, że ja swoją misję wypełnię należycie. To wszystko zepsuło mi humor. Toto aż nadto dobitnie mógł to odczuć. Dwa razy od niechcenia wspomniałam o polowaniu na tygrysy, orzekłam, że ma wstrętny krawat i ofiarowałam mu jeszcze kilka docinków. Był zupełnie struty. Cieszyłam się tylko na myśl, jak będę go wykpiwać, gdy ten przedmiot jego westchnień znajdzie się w więzieniu.
O ósmej pożegnałam się z nimi i wróciłam do domu. W przedpokoju spotkał mnie Jacek, oznajmiając, że „ten pan“ oczekuje w salonie.
— Nie wychodziłem do niego, gdyż nie wiedziałem, jak z nim zacząć rozmowę — dodał.
Fred zachował się znakomicie. Był rzeczowy i oficjalny. O sprawie mówił tak, jakby nie dotyczyła bezpośrednio ani mnie, ani Jacka. Traktował wszystko wyłącznie zawodowo. Od razu zauważyłam, że Jacek uspokoił się i nabrał doń zaufania. Na pytania Jacka Fred odpowiadał krótko, lecz wyczerpująco. Do mnie zwracał się z tak chłodnym szacunkiem, że mi to nawet sprawiało swego rodzaju przykrość.
— Przypuszczałem, madame, że się pani nie uda zatrzymać miss Normann w kawiarni. Toteż zachowałem jak najwięcej ostrożności. Zdążyłem przeszukać pokój, i w porę uplasować się w hallu. W pokoju, oczywiście, nic nie znalazłem. Ta osoba jest dostatecznie sprytna. Natomiast byłem świadkiem wręczenia jej papierów, na które oczekiwała.
— Był pan świadkiem? — zapytałam. — Więc widział pan również tę osobę, która wręczyła jej papiery?
— Nie wręczała jej. Odbyło się to w ten sposób: miss Normann weszła do hallu, zapytała portiera, czy nie było do niej telefonu, i powiedziała, że zaczeka. Gdy usiadła przy stole i zaczęła przeglądać pisma, łamałem sobie głowę nad tym, kto z obecnych ma jej dostarczyć papiery. Wkrótce przekonałem się. Przy innym stole przeglądała ilustracje jakaś starsza dama w żałobie. W pewnym momencie spojrzała na zegarek i wyszła. Spóźniłem się o jeden moment. Wstałem, by zająć miejsce starszej damy. Nie mogłem jednak okazać pośpiechu, by się nie zdradzić. Dzięki temu miss Normann zdążyła zbliżyć się do stolika prędzej ode mnie i wziąć leżący tam egzemplarz „Illustration“. Zachowałem wszystkie pozory, zabierając jakiś inny tygodnik. Widocznie miss Normann nie podejrzewała mnie o uplanowane zamiary, gdyż zajęła znowu swoje miejsce. Obserwując ją spod oka zauważyłem moment, gdy zsunęła z pisma do torebki białą kopertę. Zrobiła to zresztą bardzo zręcznie. Musi mieć mocne nerwy, gdyż po kilku dopiero minutach wstała, wydała jakieś dyspozycje portierowi i wyszła. Prawdopodobnie z powrotem do kawiarni.
— Tak — potwierdziłam. — Wróciła po piętnastominutowej nieobecności.
— A jak pan sądzi — zapytał Jacek — co zawierała owa koperta?
— Najprawdopodobniej falsyfikat świadectwa ślubu.
— Dlaczego pan sądzi, że falsyfikat?
— Dlatego, że nie wierzę w autentyczność małżeństwa, które ta pani usiłuje wmówić panu. Moim zdaniem cała rzecz polegała na mistyfikacji.
— Nie rozumiem pana.
— Zaraz to panu wyjaśnię. Otóż, o ile orientuję się w sprawie, ta dama poznała pana przed ośmiu laty i była wówczas w towarzystwie człowieka, którego przedstawiała, jako swego ojca. Ponieważ jednak w innym czasie tenże człowiek mieszkał z nią w Biarritz i tam uchodził za jej męża, mamy prawo przypuszczać, że po prostu był również szpiegiem. Stąd zaś wynika, że i rzekoma miss Normann, już wówczas zajmowała się szpiegostwem. Teraz, gdy pana poznałem, nie wątpię, że mogła żywić dla pana sympatię. Głównym jednak motywem jej działania były rozkazy wywiadu, w którym pracowała. Ponieważ zaś pan spełniał już wówczas pewne funkcje dyplomatyczne zależało jej na tak bliskim kontakcie z panem, jak małżeństwo. Żaden szpieg jednak nie lubi zostawiać po sobie śladów. Toteż byłoby z jej strony wielką nieostrożnością zawierać małżeństwo w urzędzie stanu cywilnego. Po pierwsze musiała przewidywać, że wcześniej, czy później pan będzie się starał o unieważnienie tego małżeństwa. Że będzie pan jej poszukiwał ogłoszeniami itd. itd. Że może nawet opublikuje pan jej fotografię. Pan, czy pańscy adwokaci.
— Zrobiłbym to, gdyby mi zostawiła chociaż jedną — wtrącił Jacek.
— Widzi pan — skinął głową Fred. — Po cóż tedy miała narażać się na takie niebezpieczeństwa, gdy było rzeczą znacznie prostszą zainscenizować wszystko, i wmówić w pana, że zawarł pan formalne małżeństwo. Przeprowadziłem dzisiaj rozmowę telefoniczną z jednym z moich starszych kolegów, zajętych obecnie w Budapeszcie. I właśnie on podsunął mi tę myśl. Bardzo wierzę jego doświadczeniu. Już wiele razy przekonałem się, że świetnie zna się na tych sprawach. Sam zresztą kiedyś pracował w angielskim wywiadzie. Otóż on sądzi, że wykorzystując pańską nieznajomość stosunków amerykańskich i pański stan podchmielenia, przewieziono pana po prostu do jakiegoś biura, pozostającego w kontakcie z szajką szpiegowską.
— Do jakiego biura? — zdziwiłam się.
— Do pierwszego lepszego. Mogło to być na przykład biuro importu maszynek do golenia, czy kancelaria adwokata, na której drzwiach zawieszono na tę godzinę tabliczkę urzędu stanu cywilnego. Pan Renowicki, nie mając żadnego doświadczenia w tym względzie, a wiedząc, że sprawy te w Ameryce załatwia się niezwykle szybko i łatwo, bez trudu mógł uwierzyć, że wspólnik miss Normann, udzielający mu „ślubu“ jest urzędnikiem. I że świadectwo, które otrzymał, jest świadectwem najprawdziwszym. Czyż moje rozumowanie nie przemawia panu do przekonania?
Jacek zamyślił się:
— To wszystko jest zupełnie prawdopodobne.
— Nie tylko prawdopodobne, ale jestem przekonana, że tak było! — zawołałam i omal nie dodałam: „Fredzie, jesteś genialny!“
Fred dalej rozwijał swoje koncepcje, uzasadniając pogląd, że miss Normann nie może posiadać autentycznego świadectwa ślubu. Mnie już nie potrzebował przekonywać. Jacek zaś powiedział:
— Gdyby istotnie było tak, jak pan mówi, sprawa przedstawiałaby się dla nas, dla mojej żony i dla mnie, zupełnie pomyślnie.
Od razu wstąpiła weń otucha i dodał:
— W takim razie, nie mamy po co dłużej zwlekać. Natychmiast jadę do ministerstwa i składam raport.
— Zaczekaj jeszcze — zatrzymałam go. — Dlaczego z tym masz jechać do ministerstwa? Czy to jest konieczne?
— Oczywiście.
— Nie sądzę — zaoponowałam. — Ministerstwo o tym może nic nie wiedzieć. Po co wśród znajomych ta sprawa miałaby nabrać rozgłosu?! To trzeba załatwić w ten sposób, by wszystko przeszło jak najciszej i jak najdyskretniej. Wydaje mi się również, że sprawy szpiegowskie nie mają nic wspólnego z ministerstwem. O! Już mam!... Przecież tymi rzeczami zajmuje się pułkownik Korczyński. To jest bardzo dyskretny człowiek. Mam doń pełnię zaufania od czasu historii z żółtą kopertą.
Jacek zawahał się:
— Znam go zbyt mało.
— Ale ja go za to znam świetnie. Wcale nie uważam za konieczne, byś właśnie ty miał to załatwiać. Ja sama doskonale dam sobie z tym radę.
— Ale po prostu nie wypada — upierał się. — Rzecz dotyczy mnie i moich spraw służbowych... Nie mogę mieszać w to mojej żony.
— Mój drogi. Jesteś zabawny. Mówisz tak, jakbyś nie wiedział, jaki obrót przybrałaby ta sprawa, gdybym ja się w nią nie wmieszała. Dotychczas załatwiłam — sam to przyznasz — jak najlepiej. Pozwól, że doprowadzę rzecz do końca.
Nie chciał się godzić, lecz prawie zmusiłam go do tego. Zdecydował się wreszcie, gdy Fred mi przyszedł z pomocą, przyznając, że, chcąc rzecz załatwić mniej oficjalnie, będzie lepiej jeżeli ja się podejmę rozmowy z pułkownikiem Korczyńskim.
— Właśnie — zadecydowałam. — I pan van Hobben pojedzie ze mną, by móc od razu wystąpić jako świadek.
Pozostawało jeszcze naradzić się nad kwestią postawienia sprawy rzekomej bigamii. I tu przydało się bardzo doświadczenie Freda w tych rzeczach. Był zdania, by nie wspomnieć nawet o kwestii bigamii. Jego zdaniem wystarczyć powinno było w zupełności powiedzenie, że miss Normann usiłuje wyszantażować od Jacka tajne dokumenty, posługując się korespondencją sprzed lat ośmiu, gdy łączył ich bliższy stosunek.
Ja, znając pułkownika, byłam również pewna, że nie zainteresuje go bliżej ta kwestia. W razie zaś, jeżeli po aresztowaniu miss Normann spróbuje jednak wykonania swojej groźby, trzeba będzie kategorycznie wszystkiemu zaprzeczyć. Jeżeli nawet posiadane przez nią dowody bigamii miałyby cechy autentyczności, lub wręcz były autentyczne, przez samo ich zakwestionowanie rzecz nie tylko by od razu nie wyszła na wierzch, lecz prawdopodobnie na zawsze pozostałaby nietknięta, tym bardziej, że — jak zaznaczył Fred — procesy szpiegów obcej narodowości odbywają się zazwyczaj przy drzwiach zamkniętych. W tych warunkach, gdyby nawet do kół znajomych przedostały się jakieś mgliste wieści o oskarżeniach tej kobiety przeciw Jackowi, można by je zupełnie bezpiecznie traktować, jako zmyślone bajki.
Po ustaleniu tych szczegółów, zatelefonowałam do pułkownika. Zastałam go już w domu, lecz był tak uprzejmy, że zgodził się wrócić do biura i mnie przyjąć. Co prawda zakomunikowałam mu, że mam niezwykle ważne informacje o osobie wysoce podejrzanej, która lada moment może zbiec z Warszawy.
Oboje z Fredem wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy. Za radą Freda zostawiłam go w aucie na dole z tym, że go wezwę, w razie, jeżeli pułkownik tego zażąda.
W biurze już nie było prawie nikogo. Tylko w poczekalni siedział ów grubawy jegomość, o nieprzyjemnym wyglądzie, którego po raz pierwszy widziałam w mleczarence na Żoliborzu. Pułkownik Korczyński wyszedł na moje spotkanie, jak zawsze szarmancko przywitał się ze mną i zaprosił do swego gabinetu.
— Mam prawdziwe szczęście — zaczęłam — że los mi pozwolił poznać pana pułkownika, gdyż teraz nie tylko potrzebuję pańskiej pomocy, lecz mam również możność przysłużenia się sprawom, którymi pan kieruje.
Uśmiechnął się uprzejmie, mówiąc:
— Zawsze jestem do dyspozycji pięknych pań. O cóż chodzi tym razem?
— Widzi pan, mój mąż, gdy był jeszcze kawalerem, poznał za granicą pewną dziewczynę. Był jeszcze wówczas bardzo niedoświadczony i wplątał się w romans, który niekoniecznie dobrze wpłynąłby na jego opinię, gdyby ta historia teraz wyszła na jaw. Pan mnie rozumie?
Pułkownik skinął głową.
— Podobne rzeczy zdarzają się niejednemu młodzieńcowi.
— Właśnie. Tymczasem owa cudzoziemka musiała się skądś dowiedzieć, że Jacek, mój mąż, pracuje obecnie w służbie dyplomatycznej, że jest żonaty, i że każda kompromitacja mogłaby zaszkodzić jego karierze, oraz w sposób przykry zaważyć na jego pozycji towarzyskiej. Postanowiła to wyzyskać dla swoich wstrętnych celów.
— A jakież są jej cele?
— Ta kobieta jest szpiegiem. Przyjechała do Warszawy i oświadczyła memu mężowi, że narobi mu moc przykrości, jeżeli nie dostarczy jej do skopiowania bardzo ważnych i tajnych dokumentów państwowych. Oczywiście mój mąż kategorycznie odmówił i zapowiedział, że złoży na nią doniesienie. Ja uprosiłam go, by mi to powierzył, gdyż przy sposobności pragnęłam zobaczyć pana pułkownika, a już wiedziałam z góry, że mogę liczyć na pańską dyskrecję, za którą jestem ogromnie wdzięczna.
Na pytanie pułkownika wyliczyłam z notatki Freda o jakie dokumenty chodziło i zapytałam, czy w razie aresztowania tej kobiety jej brudne oszczerstwa, rzucane na Jacka będą brane pod uwagę.
Od początku zastanowił mnie spokojny uśmiech, który nie schodził z twarzy pułkownika. Teraz sięgnął do szuflady i położył przede mną fotografię, pytając:
— Czy o tej kobiecie pani mówi?
Szeroko otworzyłam oczy: przede mną leżała podobizna miss Elizabeth Normann.
— Tak — zawołałam w najwyższym zdumieniu.
— Mieszka w hotelu „Bristol“ pod nazwiskiem Elizabeth Normann. Czyż nie tak?
— Ależ pan pułkownik wie o niej!
— Nie myli się pani. Mamy ją na oku odkąd przyjechała do Polski.
— Od Bożego Narodzenia?
Przecząco potrząsnął głową:
— O, nie. Bawi już tu od jesieni. Co prawda przedtem używała innego nazwiska i innej powierzchowności.
— Więc pan wiedział, że ona jest szpiegiem? Dlaczegóż pan jej nie aresztował?
Spojrzał na mnie z miną zupełnie rozbawioną:
— Widzi pani, czasami obcy szpieg może być bardzo pożyteczny. Na przykład dzięki tej pani zdołaliśmy zlikwidować kilku wysoce niebezpiecznych jej wspólników i przeciwników. Właściwie została ona do Polski przysłana właśnie po to, by paraliżować akcję tych ostatnich.
— Nic nie rozumiem...
— To są sprawy dla fachowców dość proste. Jedne państwa wysyłają szpiegów, a drugie swoich agentów, by przez śledzenie tamtych dowiedzieć się o zamiarach przeciwnika. Nie będę pani tym nudził. Wystarczy jeżeli powiem, że ta urocza dama, której fotografia leży przed panią mimo woli naprowadziła nas na ślad bardzo niebezpiecznego ptaszka, a naszego wspólnego znajomego, pana Vallo, który grasował tu pod nazwiskiem Roberta Tonnora. Poza tym jej zawdzięczamy to, żeśmy zwrócili uwagę na kilka innych osób. Ponieważ zaś z góry wiedzieliśmy o jej zamiarach i celach, w odpowiedni sposób preparowaliśmy wiadomości, o które zabiegała, i w ten sposób wprowadzaliśmy w błąd jej wywiad. Teraz rozumie pani, dlaczegośmy jej nie aresztowali?... Taki szpieg, jak ta pani, jak każdy znany nam szpieg, jest raczej dla nas wygodą. Wiem również o tym, że głównym jej planem było uzyskanie dokumentów dyplomatycznych, które pani wymieniła. Początkowo nawet mieliśmy zamiar prosić małżonka pani o wręczenie jej pewnych falsyfikatów. W obecnej jednak konfiguracji już to nam nie jest potrzebne.
Spojrzał na mnie z pod oka i dodał:
— W każdym razie dziękuję pani i składam powinszowania. Jest pani dzielną niewiastą.
Odniosłam wrażenie, że wie znacznie więcej, niż mi powiedział. W jego uśmiechu było coś z przekory. Czyżby domyślał się, że to ja zajęłam się śledzeniem miss Normann?... Może nawet był poinformowany o przyjeździe Freda i o rzekomej bigamii Jacka. Korciło mnie ogromnie, ale już wolałam nie pytać, by nie znaleźć się w przykrej sytuacji. Żegnając się ze mną pułkownik powiedział:
— Niech się pani niczym nie trapi i będzie odważna nadal. Ile zaś razy poweźmie pani podejrzenie, że ktoś jest szpiegiem, niech mnie pani zawsze o tym zawiadomi. W obecnych czasach kręci się tego mnóstwo i trudno jest wszystkich upilnować. Nie potrzebuję dodawać, że wizytę u mnie i wszystko co pani powiedziałem należy zachować w ścisłej tajemnicy. Może to pani powtórzyć tylko mężowi z tym jednak, by nie ujawnił tego przed nikim. Jeżeli zaś chodzi o szantażową akcję tej pani, niech po prostu na to nie zwraca uwagi.
Podziękowałam mu bardzo uprzejmie, zapewniając, że najściślej zastosuję się do jego wskazówek. W powrotnej drodze pobieżnie opowiedziałam Fredowi jak się przedstawia sytuacja. Jacek czekał na nas z niepokojem, którego nie umiał ukryć. Wysłuchawszy mnie jednak do końca miał łzy w oczach. Jakże dobrze go zrozumiałam! Tyle długich tygodni niepokoju! Tyle gorzkich wyrzutów sumienia, tyle najbardziej ponurych perspektyw na przyszłość. I oto wszystko zbliżało się do najpomyślniejszego zakończenia, o jakim mógł marzyć.
— Jesteś prawdziwym skarbem — powiedział. — Nie wiem, czy zasłużyłem sobie na taką żonę.
Było mi szczególnie przyjemne to, że wypowiedział te słowa przy Fredzie. Sama się wzruszyłam. Oczywiście mam pewne wady. Lubię czasami dokuczać osobom bliskim, jestem trochę próżna i trochę leniwa. Ale gdy zastanowię się nad tym, co począłby Jacek, gdybym nie miała tej inteligencji, przedsiębiorczości i stanowczości, dochodzę do przekonania, że być może zmuszony byłby do popełnienia wielu najnierozważniejszych kroków. Kto wie, może nawet popełniłby samobójstwo.
Jednak prawdę powiedział któryś z filozofów greckich, że największym skarbem jest poczucie własnej wartości. Tak mi teraz dobrze i tak lekko. Nigdy jeszcze tak bardzo nie byłam zadowolona z siebie, od czasu, gdy pretendent do tronu francuskiego hrabia Paryża na garden party u księcia Monaco nie odstępował mnie ani na chwilę, i gdy zostałam z nim sfilmowana.
A najważniejsze w tym wszystkim było to, że odniosłam całkowity i wszechstronny triumf nad tą wstrętną kobietą. Mniejsza już o to, że nic nie uzyska, że Jacek wyraźnie w oczy jej powiedział jak bardzo mnie kocha, że Toto też będzie musiał zupełnie odsunąć się od niej. Ale przecież to ona była sprawczynią nieszczęścia Roberta! Przecież to ona zawiniła w jego śmierci. Więc jednak pierwszy odruch intuicji mnie nie zmylił. Wtedy na schodach właśnie ją spotkałam. Żmija!
Wprawdzie pułkownik radził, by nie zwracać więcej na nią uwagi, nie mogłam się jednak na to zgodzić. Za żadne skarby! Zrozumiałam, że wręcz muszę na własne oczy ujrzeć jej upadek i poniżenie. Nie potrafiłabym się tego wyrzec. Oświadczyłam Jackowi:
— W każdym razie trzeba sprawdzić, jakiego rodzaju fałszywe dokumenty chciała ci dać ta kobieta.
Jacek zaoponował gwałtownie:
— O, nie, nie. Nie chcę jej więcej widzieć. Skoro jesteście przekonani, że dokumenty są fałszywe, a pułkownik Korczyński wyraźnie radził zlekceważyć jej groźby, nie ma takiej siły, która by mnie zmusiła do spotkania się jeszcze raz z tą kobietą. Odczuwam wręcz fizyczny wstręt na samą myśl o tym. Nie lubię ocierać się o podłość. Nie. Lepiej wyjedźmy na wieś odpocząć po tych wszystkich okropnych przejściach.
Uspokoiłam go:
— Wcale nie chcę cię namawiać, byś się z nią zobaczył. Zrobię to ja sama.
— I na to się nie zgodzę — zaprotestował stanowczo. — Gotowa cię obrazić, lub coś podobnego.
— Nie bój się. Nie tak łatwo pozwolę się obrazić. A zresztą będzie ze mną pan van Hobben.
Jacek miał zdaje się wielką ochotę wyrazić swe zastrzeżenia i co do tego punktu mojego programu, wobec tego jednak, że uznałam sprawę za zakończoną, powstrzymał się od wszelkich dalszych uwag. Zatrzymałam Freda na kolacji. Ile on ma taktu i znajomości ludzi! W ciągu paru godzin potrafił zjednać sobie Jacka i wyrobić w nim najlepsze zdanie o detektywach w ogóle, a o sobie w szczególności. Obserwowałam jego sposoby. Wcale nie były takie skomplikowane. Po prostu polegały na tym, że wszystko, cokolwiek Jacek mówił, przyjmował jak rewelację, jak nowość, o której istnieniu nie miał przedtem pojęcia. Często z lekka bywał odmiennego zdania, lecz tylko po to, by natychmiast dać się przekonać. Po jego wyjściu Jacek orzekł:
— To czarujący chłopak. Odznacza się przy tym wybitną inteligencją. Gdy będzie trochę starszy, może liczyć na duże powodzenie u kobiet.
Przyznałam Jackowi rację.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Dołęga-Mostowicz.