Pamiętnik morski/5 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Pamiętnik morski
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wydania 1937
Drukarz S. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Atelier «Mewa»
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


5 lipca

Wręczył mi maszynopis podczas śniadania. Już sam tytuł, napisany dużemy literami w odstępach, nieco mnie zadziwił: „W okręcie na niewiadome“. A dalej to już były takie słabe rzeczy, o tem, jak pewien rozstrojony nerwowo człowiek, typ silny i szlachetny, przechodząc portem, wszedł na pierwszy lepszy okręt towarowy, pogawędził z kapitanem i znalazł to czego szukał: cudowne sanatorjum dla swoich nerwów, gdzie dni płyną spokojnie „jak zaklęte perły“; cały utwór pełen jest rozważań filozoficznych i znamionuje tęgiego grafomana i banała. Powiedziałem mu, że utwór ten nadawałby się, mojem zdaniem, na scenarjusz do filmu. Czułem się trochę upokorzony, mówiąc tę brednię.
— Ach, ja się jeszcze namyślę, narazie trudno mi coś postanowić — odpowiedział w zadumie.
Jego drapieżny profil, z orlim nosem i zaciśniętemi wargami, wyraża postanowienie i wytrwałość. Nozdrza ma rozdęte... wybiegłem szybko na pokład, bo mi mdło, choć okręt sunie się jak po stawie. Rośnie mi tu jakaś bzdura z dnia na dzień, robi się to męczące. A wszystko to w spiekocie, dusznych podmuchach; bo dziś znów jest tak ładnie, że poszłoby się gdzieś w olszynę, nad strumyczek... Idę na rufę i układam się nawznak. Przez palce patrzę na słońce, lecz i to takie wiadome, zarówno jak morze i ta nasza nieszczęsna arka. Pocieszam się tylko, że doprawdy organizm ładuje się energją jak akumulator, tylko ja o tem nie wiem, a dopiero w przyszłości się to pokaże. Czuję, że ktoś stoi nade mną. Tak, to pan De patrzy na moją nagość.
— Żyje pan sobie tutaj jak poganin — powiada.
— Niechże i pan się rozbierze — mówię.
— O ja mam za delikatne ciało, cierpiałbym potem. Ach, jaka cudna jest ta przyroda! Gdybym kiedykolwiek miał popełnić samobójstwo, rzuciłbym się z wysokiej góry albo właśnie z takiego okrętu.
— W morzu są rekiny, zanimbyś się pan utopił, poobgryzałyby panu kończyny.
— Podobno w wodzie nie czuje się bólu.
Nie chce mi się prowadzić dalej takiej rozmowy, więc wciągam spodnie i schodzę nadół. Drżąca suczka na mój widok wrzeszczy jak opętana, więc szybko biegnę do kabiny, puszczam wodę do wanny, i już siedzę w wodzie, smutny, trochę zdenerwowany młody człowiek. Ubrany, trochę odświeżony, zabieram się po raz drugi do Nowaczyńskiego, no bo co mam robić? W otwarte drzwi kabiny ktoś puka, i na progu ukazuje się telegrafista z kluczykami w ręku. Przeprasza mnie i otwiera szafkę. Przechodzi mnie jakby olśnienie, bo przecież w naszej kabinie jest szafka z wódkami. „Tak, ale to nie jest twoje“ — mówi mi tajemny, wewnętrzny głos. Ani myślę się tam dobierać, poproszę kapitana, to mi pożyczy. „I co, zamierzasz się upić? toby było niskie!“ Już nie słucham wewnętrznego głosu. Telegrafista wypatruje między rzędami butelek i wyciąga jedną — z konjakiem.
— Czy nie za gorąco na alkohol? — zagaduję go.
— O, panie, wódka jak ciepło — chłodzi, jak zimno — grzeje.
Zachichotał po tem całkiem logicznem zdaniu, zamknął szafkę i znikł jak senne widziadło. Ależ ten pan Adolf wygaduje na sanację, pożal Boże! Nowa wizyta — stara kotka ukazuje się na progu. Wołam ją, psztykam palcami, ale ona pokręciła nosem i poszła sobie. Zapadam w drzemkę i wydaje mi się, że wsiadam do tramwaju, w grudniowy, zaśnieżony wieczór, że konduktor nie ma mi wydać reszty a ja wołam: „Cóż to za porządki!“, na co on odpowiada, że nie ma obowiązku mieć tyle drobnych. Tu budzi mnie pan De i pyta się co z mojemi koszulami.
— A co, dlaczego?
— No bo trzeba się będzie zabrać do prania!
— Nie dzisiaj, nie chce mi się!
— Kiedyś trzeba będzie poprać bieliznę, bo tu baby niema!
— A niema, niema — mruczę.
— No to chodź pan na obiad, trzeba coś przegryźć!
Siadamy do stołu. Kapitan kwitnie na twarzy i zalatuje konjakiem. Ponieważ jemy śledzie z puszki, więc opowiada nam jak się te śledzie łowi i jak się je preparuje. Na deser mamy sago ze śmietanką. Po odejściu kapitana zaczynam gwizdać. Pan De przerywa mi i pyta:
— A to pan zna?
I zaczyna gwizdać jakąś melodję.
— Tak, znam to, a to pan zna?
I skolei ja się popisuję. Schodzi nam tak do kawy. Jak tak dalej pójdzie, w najbliższym porcie kapitan umieści nas w jakimś cudzoziemskim Kulparkowie. Jednak pozbierałem resztki woli i do kolacji napisałem kilka stron. Czuję pewną ulgę. Udało mi się rozpalić w piecu, zaczynają mi świtać pewne koncepcje, może wkońcu mnie to zajmie. Po kolacji spaceruję dość długo, płyniemy w ciemnicy, gwiazd niema, morze fosforyzuje, łyska upiorną barwą. Palacz wyrzuca popiół do morza, robota jego jest hałaśliwa, pełna zgrzytów — ożywia trochę monotonję okrętu. Pan De stał mi się nagle interesujący. Kiedyśmy już leżeli w łóżkach, opowiedział mi kilka historyj z czasów rewolucji rosyjskiej. W opowiadaniach tych kotłowało się od zgiełku i awantury, a każde zdanie ociekało krwią. Gdyby pan De pisał tak jak opowiada, mógłbym go nazwać twórcą. Ale w rezultacie zaczął bredzić, widać zasypiał. Z sąsiednej kabiny stewarda dochodziły mnie głosy grających w karty: kucharzy i gospodarza. Słowa ich dźwięczały jakgdyby pieniądz jakiś spadał po kamiennych schodach. Czasem się który zaśmiał, wogóle grali na wesoło i nie kłócili się. Zasypiałem bez entuzjazmu.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.