Pamiętnik morski/23 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Pamiętnik morski
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wydania 1937
Drukarz S. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Atelier «Mewa»
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


23 lipca

Cały okręt zalakierowany, że już wprost chodzić nie można. Spodnie mam w białe i czarne placki. Na wodzie spokój, słońce bez wyrazu, wyblakłe i trupie. Parę okrętów wlecze się leniwie w kilku punktach dookolnej przestrzeni. Nagle zostaliśmy znów nakryci kloszem mgły, jak kawałek sera szwajcarskiego. Tylko teraz słońce przemycało nikłą jasność przez ten kaptur. I raptem w ciszy rozległ się żałosny bek. Poruszyło mnie to bardzo. Aż tu nad głową ryknęła chrapliwie i paskudnie nasza syrena. Chwila ciszy i znów bek zaginionej owcy. Nieprzyjemnie. Jasne jest, że płyniemy zakapturzeni i poomacku. I tak ciągle, co kilka minut. Nasza syrena zanieczyszcza ciszę obrzydliwym, pełnym nikczemnej pychy — rykiem, a zaraz po niej odzywa się tamto świństwo.
— Żebyśmy się tylko nie napatoczyli na jaki okręt, bo to się zdarza — słyszę wiadomy głos styłu.
Tak do południa przekomarzały się dwa zalęknione durnie. Przez pokrywający nas czop przeciekło trochę mętnej posoki słonecznej, a reszta mgieł, kłębiąc się i rozpraszając, pierzchła w leniwej ucieczce. Ukazało się to co subtelni ludzie nazywają roztoczą. Cichy i delikatnie zmarszczony obszar wodny. Uczuwało się bliskość lądu, i wszystko to zrobiło się nagle jeszcze bardziej nieciekawe. Poprostu cicha woda. Farbowało ją niedbale obojętne słońce. Odbicie tych tandetnych uroków mogłem zauważyć w zachwyconych oczach pana De. Ten pejzażyk był w sam raz na jego gust. Gdzie się to podziało zbałwanione bogactwo przelewającego się pod sutem słońcem Atlantyku? Gdzie stada ryb latających, wypryskujących razem z pyłem wodnym spod prującego pyszny żywioł — okrętu. Oczywiście, pan De nie ogranicza się do urzeczonego spojrzenia. Mówi także:
— Oto morze, objęte miłosnym uściskiem brzegów, uspokojone poddaje się delikatnej pieszczocie europejskiego słońca! Oto...
— Czy nie mamy żadnych rachunków po tej Teneryfie — przerywam mu grubjańsko.
Bezczelny typ! Macha ręką, żebym mu nie przerywał ekstazy. Ponawiam to pytanie i kończę:
— Co panu jest?
— Och panie Zbyszku, już wie pan że doprawdy! No więc, no więc ma pan u mnie te dziesięć dolarów! Oddam je panu, tylko zmienię... patrz pan, przecież to jest msza, święta msza przyrody...
— Tu nie chodzi o pieniądze, tylko o sam fakt kto komu jest winien, bo już nie pamiętałem tego! — zawołałem gniewnie.
— No już teraz pan wie, tylko na Boga, nie przerywaj mi, mój miły!
Ten „miły“ zupełnie mnie speszył, i odszedłem od niego, jak od czegoś niedobrego. Podbiegiem do suczki, jak do ratunku w nieokreślonem niebezpieczeństwie. Rozpoczęła się zabawa bez żadnych wstępów. Stanąłem na czworakach; oparła przednie łapki na mojej głowie i warcząc delikatnie, szarpała mi włosy zębami. Omal że sam jej nie gryzłem, tak mnie ożywiła. Potem rozpłaszczyła się na moich kolanach, i już w spokoju posuwaliśmy się w sennej ciszy po przekrwawionym od słońca szlaku. Było ciepło, do wody przylepiały się plamy zmierzchu, i morze pokwitło światłami sąsiednich okrętów.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.