Pamiętnik morski/1 lipca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zbigniew Uniłowski
Tytuł Pamiętnik morski
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wydania 1937
Drukarz S. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Atelier «Mewa»
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


1 lipca

Wobec tego, co się tu dzieje nie odczuwam najmniejszego strachu, bo każdy człowiek, znoszący dobrze podróż morską, czuje się na okręcie bardzo pewnie. Równie dobrze się czuje na łódce ratunkowej, już po zatonięciu okrętu, a także obgryzając nogę zarżniętego towarzysza. Ale mnie to przesadne kołysanie się okrętu z temi wszystkiemi dodatkami, jak wycie wichru, zalewanie przez fale pokładu, ustawiczne pobrzękiwanie przeróżnych naczyń, — poprostu trochę denerwuje. Spacerować nie mogę, bo wyglądam wtedy jakgdybym tańczył taniec brzucha. I to wszystko dzieje się w słońcu pod lazurowem niebem. Jakież zajęcie mam sobie wynaleźć o tak niespokojnym czasie? Pan De, blady i posępny, z trudem łowi palcami klawisze swojej maszyny. Pisze jakąś beletrystykę, bo często zaczyna od nowego wiersza i stawia acapity — pewnie dialogi układa.
Biorę pudełko z wycinkami i wysypuję je na swojej połowie stołu. Grzebiąc w nich, myślę, że rzeczywiście trudnoby było ułożyć z tego jakąś całość, a całość jest pokazana na pudełku: kolorowy obraz przedstawiający okręt na morzu w czasie burzy. Wycinanki są po jednej stronie w różnych barwach, po drugiej szara tektura, na tych szarych stronach zauważam jakieś nikłe znaczki. Tak, pan De jest u mnie teraz dziecko, bez zmysłu orjentacji. Wycinanki są numerowane, poprostu trzeba je po kolei dopasowywać.
— Wie pan co, podejmuję się w ciągu dnia dzisiejszego ułożyć całą tę historję — mówię do pana De.
— Nie uczyni pan tego, bo to wymaga mozolnego studjowania i cierpliwości.
— No, zobaczy pan, dziś będą gotowe.
— Jabym się tego w żadnym razie nie podjął.
Pogrążyłem się w tej pracy. Nawet z numerkami idzie trudno. Nuży mnie to trochę, i co czas pewien wychodzę na pokład. Tuż nad wodą fruwają ryby, podobne do jaskółek. Nareszcie jakieś życie zaczyna się na tem morzu, bo po odpłynięciu od brazylijskich brzegów, panowała martwota — tam przynajmniej mewy kręciły się wokół okrętu. Przeleci sobie taka rybka ze sto metrów i ginie nagle w morzu. Ale i to mnie już nie bawi, wtaczam się do jadalni-salonu (czort wie, jak to nazwać!) i siadam do wycinanek.
— Ryby latające widziałem — mówię do pana De.
— A, widać wjechaliśmy w ciepłą strefę.
— Tak, widać żeśmy wjechali; ale ciekaw też jestem, czy te ryby są jadalne?
— No, panie! Wyśmienite są wprost!
— Jadł pan kiedy?
— Nie próbowałem, panie, ale cóż to — mniejsze od śledzia; gdzieżby tam jakie niedobre się pomieściło!
— Aha, tak — powiadam.
Poszedłem na dziób, tam rozebrałem się do naga i leżałem na słońcu z godzinę. Myśli mam nijakie; nie jestem szczęśliwy i nie cierpię. Tak muszą się czuć zwierzęta. Słońce już mnie przyprażyło dość ostro, więc biegnę do łazienki i tam z pół godziny moczę się w wannie, w morskiej wodzie. A choćby i w grudniu węgiel roznosić — byle w kraju. Gwiżdżę na ryby, na „roztocz szmaragdową“, na baydewindy i sztormy! Huśta mnie w tej wannie jak karpia w szafliku na żydowskiej furze. Ciekaw jestem, kiedy ten „Orient“ tak się bujnie, że już się więcej nie pod niesie? Bo to już męczy, ten ciągły lęk, że się w coś łbem wyrżnie! I tak ciągle, do obiadu steward podniósł listwy wokół stołu, żeby naczynia nie pospadały. Z kapitanem rozmawia się o codziennych sprawach. Po obiedzie ślęczę nad wycinankami. W jadalni jest cicho, ale przesuwające się obrazki na ścianach, jakieś skrzypy — wszystko to trochę irytuje. O piątej steward wnosi kawę, przy tej kawie staram się trochę pogawędzić z panem De, ale nic ciekawego nie mamy sobie do powiedzenia. Już taka atmosfera. Tuż przed kolacją przedstawiam mu złożony już obrazek z wycinanek. Jest okręt i burza na morzu. Widzę, że mu to imponuje. Jeszcze coś sprawdza palcami, wygniata, wkońcu mówi:
— To świadczy, że posiada pan smykałkę do tych rzeczy.
I nic więcej! Wieczorem przyczajone koty skaczą co chwila za rybami, które przyciągane światłem, wpadają na pokład. Wkońcu, objedzone drapieżniki już nawet nie reagują na nowe ofiary.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zbigniew Uniłowski.