Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/XVIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron
XVIII.

Pary miesięcy minęło; zima skończyła się; ciepłe, rzęsiste promienie wiosennego słońca zaczęły oblewać szczyty wzgórz, otaczających nasze miasto, a u stóp ich rzeka rozerwała swoję zimową powłokę z lodu i szumiała z cicha, wartkim, błękitnym płynąc potokiem.
Co do mnie, w parę już tygodni po przyjeździe wypłynęłam na pełne morze zajęć, którym zupełnie oddać się odtąd miałam. Otrzymałam lekcye muzyki i języków w dwóch zamożnych domach, z których w jednym uczyłam córkę i syna bogatéj jakiéjś właścicielki ziemskiéj, przybyłéj do W. wyłącznie w celu wychowania dzieci, w drugim miałam trzy uczennice, panienki od lat dwunastu do piętnastu, córki jednego z najwięcéj wziętych w W. lekarzy. Wychodziłam z domu codzień o ósméj z rana, udając się na te lekcye, a wracałam o trzeciéj po południu. Jako nauczycielce podrastających już dzieci, płacono mi dobrze, hojnie nawet. Materyalnie więc nadspodziewanie prędko dopięłam mojego celu, chociaż niezupełnie jeszcze, bo pensya, jaką pobierałam, mogła wprawdzie starczyć na skromne nasze utrzymanie, ale nie dawała mi środków do dostarczenia tych drobnych na pozór, lecz kosztownych wygódek i uprzyjemnień, o jakich wciąż marzyłam dla mojéj matki. Z innéj strony, nie posiadałam jeszcze tego moralnego zadowolenia, jakie pragnęłam znaléźć w obranym zawodzie.
Nauczanie muzyki i języków ciasne mi tylko przedstawiało pole do wpływania na moje uczennice, do podnoszenia ich moralnéj i umysłowéj strony, które właśnie, według mnie, było główném, jedyném prawie zadaniem nauczycielki. Przepędzałam z dziećmi zaledwie parę godzin dziennie, a resztę czasu zostawały one pod wpływem osób, które nadawały im zupełnie inny kierunek, niż ten, o jakim ja dla nich marzyłam. Widziałam, że wychowywano je według najbłędniejszego systematu, a raczéj bez żadnego systematu, i to mnie dręczyło, a zaradzić temu nie mogłam, ponieważ byłam poprostu nauczycielką muzyki i języków, To więc, czego nauczałam, miało dać w przyszłości uczennicom moim tylko możność błyszczenia i popisu; tém bardziéj, że nawet za pomocą sztuki nie mogłam działać na rozgrzanie ich serc i podniesienie umysłów, z powodu wpływów, odbieranych przez nie zkądinąd, a psujących całą moję robotę, i nie pozwalających im przyjąć wyższych filozoficznych pojęć o nauce, jakie ja w nich zaszczepić pragnęłam. Nie takie były moje pragnienia, i nie taką moralną korzyść obiecywałam sobie wynieść z mojego zawodu. Pojmowałam nauczycielstwo, jako powołanie i kapłaństwo, i pragnęłam posiadać całkiem i na własność dusze moich uczennic, aby rozbudzić drzemiącą w nich na dnie prawdę ludzką, przyozdobić je całe w tę prawdziwą piękność, która nie zasadza się na światowych połyskach, ale na opromieniającéj człowieka wewnętrznéj gruntownéj wartości. Pragnęłam młodym istotom, których-bym była przewodniczką, ukazać życie w rzeczywistéj i szlachetnéj jego postaci, ze wszystkiemi jego nieskończonemi pięknościami, radościami i trudami, i wskazać im powinność życia taką, jaką była, i złożyć w ich duszach te światłe pojęcia i wielkie zamiłowania, które zdwajają szczęście, odbierają gorycz boleści, podpierają w trudach, chronią od manowców. Wszystkiego tego nie mogłam uczynić, skoro zadanie moje kończyć się miało na wykładzie gramatyki francuzkiéj i angielskiéj, i na wprawianiu palców uczennic moich do jak najszybszego uderzania w klawisze, bez możności nawet przejęcia ich szczytnemi myślami i uczuciami, jakiemi klawisze przemawiają do tych, co zdolni są pochwycić tę na spodzie splątanych tonów drżącą ich mowę.
Z tak połowiczném dziełem pogodzić się nie mogłam; robota, któréj całość obejmowałam umysłem, a któréj w urzeczywistnieniu nie mogłam doprowadzić do ostatecznych jéj konsekwencyi, zamiast zadawalniać mnie, sprawiała mi wyrzuty sumienia. Zdawało mi się, że tego tylko nauczając, czego nauczać mi przyszło, a przedewszystkiém w ten sposób nauczając, w jaki zobowiązali mnie ci, co nad uczniami mymi posiadali opiekę i wpływy, rozmijam się z zadaniem, jakie położyłam przed sobą i z powołania czynię rzemiosło, dostarczające tylko powszedniego chleba. Rozumiałam dobrze, iż pieniężne wynagrodzenie za pracę jest rzeczą słuszną i konieczną, że zdobycie sobie niezależnego bytu materyalnego stanowi jeden z głównych warunków niezależności moralnéj, bez któréj nie może być siły przekonań i osobistéj godności. Ale zarazem głęboko byłam przeświadczona, że każda praca, oprócz téj zwierzchniéj, stemplem monety naznaczonéj strony, ma inną, nie tak łatwą do zobaczenia, a która także przedstawia monetę, ale tę, za jaką nie ciało już, lecz duch ludzki dostarcza sobie żywności, ozdób i spokojnego łoża po trudach.
Stosuje się to do wszelkich gatunków prac i wszelkich stopni zawodów: mąż stanu, który układa prawa, mające przewodniczyć milionowemu narodowi, gdy rozumie i kocha cele swéj olbrzymiéj pracy, nie więcéj jest w posiadaniu filozoficznéj i uszlachetniającéj jéj strony, jak ojciec rodziny, kierujący drobną gromadką swoją, z dłonią przyłożoną do sumienia o surowym głosie, z oczyma zapatrzonemi nietylko w pożytki własne i tych, których kocha, ale jeszcze w prawdy wszechludzkie i społeczne.
Zdaje mi się, iż to filozoficzne pojęcie pracy tak dalece ogarnia i uszlachetnia wszystkie bez wyjątku zadania i czynności, że gdyby znalazł się na świecie jaki zamiatacz ulic, który-by, strącając z kamieni śmiecie i błoto, nie tylko myślał o płacy, jaka mu za wykonanie téj roboty przypadnie, ale jeszcze uważał ją za sposób dopomożenia wygodzie publicznéj, zapewnienia publicznego zdrowia i, jako taką, robotę tę lubił i pełnił sumiennie, a rozumiejąc, szanował jéj zadanie; to taki zamiatacz ulic, nieskończenie nizko stojący w hierarchii społecznéj, w znaczeniu moralném stał-by równie wysoko i równe-by posiadł prawo do nazwania siebie człowiekiem i obywatelem, jak świetny i znakomity mówca, który-by z tą samą myślą o pożyteczności swego zadania, grzmiącém słowem wymiatał z serc i umysłów tysięcy słuchaczy śmiecie przesądów, występków i złych nałogów. Na nieszczęście, zamiatacza, który-by pojmował filozoficzne znaczenie miotły, na świecie daremnie-by kto chciał szukać i, zaprawdę, nie dziwno, jeśli zamiatacz podobny nie exystuje na kuli ziemskiéj, skoro ludzie, oddający się zawodom, składającym najwyższe stopnie działalności, i wydający na nie mnóztwo umysłowego światła, jakie dano im było posiąść, nie rzadko w czynnościach swoich spostrzegają jednę tylko, stemplem monety naznaczoną i materyalnego komfortu dostarczającą, stronę, a spuszczają zupełnie z oka tę inną, na któréj miłość i myśl wyższa wyryły swoje znaki, i która daje komfort duchowy jednostkom i społeczeństwom.
W pamięci mojéj głęboko wyrytym został jeden z obrazów mego dzieciństwa, w którym widziałam mego ojca, siedzącego naprzeciw błękitnych i purpurowych płomieni, buchających z retorty, a po ich zgaśnięciu podnoszącego czoło promienne radością z tryumfem. Zapytany w owéj chwili przez drobną dziecinę, coby znaczyło to, co uczynił? nie odpowiedział jéj: że wysmażyłem sobie w retorcie tyle a tyle pieniędzy, które mi będą wypłacone za odkrycie, jakiego dokonałem, ale rzekł, przejęty szczęściem i słuszną dumą: w téj chwili Bóg odkrył przede mną jednę z tajemnic swoich! Cieszył się więc i chlubił z tego, że jeden klejnot więcéj dodał do wspaniałego wianka umiejętności ludzkich, że pracą swojéj myśli otworzył przed ludzkością jedno jeszcze okno, przez które będzie ona patrzyła na przyrodę, uczyła się wielbić ją i zwyciężać w potrzebie, z uwielbienia biorąc uszlachetnienie, a z walki potęgę.
Sądziłam, że oddając się zawodowi nauczycielskiemu, będę mogła także odkrywać na dnie dusz młodych leżące tajemnice, i budząc je do życia, wysnuwać z nich dla uczuć moich uszlachetnienie i potęgę. Łatwo więc bardzo pojąć, że dokonać tego nie mogłam za pomocą tylko gramatyki Chapsala i Noëla, albo szumnych waryacyi Liszta i Aschera, mistrzów, zapewne dla hałasu, jaki sprawiali, mocno poleconych mi przez opiekunów moich uczennic. Często téż zachodziłam do kantoru, który mi dostarczył tych piérwszych lekcyi, i prosiłam o możność zajęcia się całém wychowaniem dwóch lub trzech podrastających panienek, albo przynajmniéj o możność udzielania innych przedmiotów, ważniejszych i gruntowniejszych, albo jeszcze na ostatek choćby o lekcye muzyki i języków, ale takich, którychbym treść i programat sama, według własnych przekonań, a nie czyichś wskazówek, układać mogła. Właścicielka kantoru, rozsądna i miła kobieta, z którą polubiłyśmy się od razu, słuchała tych moich żądań i wzruszała ramionami.
— Wymagasz pani ode mnie rzeczy niepodobnych — mówiła — zkądże ja wezmę takich uczennic i takich rodziców? U nas jedyną nauką, o jaką starają się dla kobiet, są języki i muzyka, a jeżeli przyjdzie komu do głowy uczyć swoje córki historyi lub nauk przyrodniczych, to wzywanym bywa do tego mężczyzna, bo to i modniejsze, i więcéj zaszczytu przynosi dla domu, i zresztą więcéj wzbudza zaufania. Jeżeli więc pani chcesz kształcić swoje uczennice za pomocą nauki dziejów albo umiejętności ścisłych, to przebierz się za mężczyznę, utnij włosy, namaluj sobie wąsy, a może i znajdę w całém W. parę domów, które będą żądały takich lekcyi. Co się tyczy tego, abyś mogła nauczać języków i muzyki według swego upodobania i wyobrażenia, o tém także pani nie myśl; panienki powinny conajprędzéj nauczyć się płynnie mówić po francuzku, aby módz konwersować w salonie, i jak najwprawniéj przebierać palcami po klawiszach, aby miéć możność zachwycić i podbić salon. O filozofią języków i muzyki wcale ich rodzicom nie chodzi. Mówić o pedagogicznych celach nauczania tych przedmiotów, było-by w ich oczach nieznośną pedanteryą. Panna mówi po francuzku i gra na fortepianie tak, jak gwiazda świeci i kwiat pachnie; stanowi to jéj właściwą i nieodebralną godność, któréj, gdy nie posiada, jest zhańbioną... i nigdy dobréj partyi nie zrobi. Wymagają od pani, abyś swe uczennice od stóp do głowy orzuciła błyskotkami, aby ku nim zlatywały się dobre partye, jak motyle ku świecy; uczyń to, a nie mieszaj się do tego, co do ciebie nie należy.
Przy piérwszéj rozmowie ze mną, wspomniałaś mi pani, że udzielanie historyi literatury uważasz za niezbędne prawie dla zapoznania uczennic z duchem języka obcego, jakiego się uczą. Duch języka? a to na co? czy umiejętnością jego można popisać się, zadziwić lub zainteresować? Nie. A więc jest niepotrzebnym zupełnie i wybij go pani sobie z głowy. Nawet poczciwy Chapsal i Noël, dlatego tylko jest tolerowany, że wypada przy sposobności ortograficznie napisać francuzki bilecik, inaczéj dosyć-by było wokabuł i konwersacyi. Co do muzyki, przekonałam się, że ulubionemi pani mistrzami są: Beethowen, Haydn, Mozart, Mendelsohn, Szubert i t. p. To na nic się nie zdało; ucz pani swoje elewki Liszta, bo to grzmi i hałasuje, Aschera, bo każe często ręce na krzyż zakładać; wyjątki z oper, bo płaczą, lamentują i na nerwy słuchaczów działają. W obcych językach płynna mowa i wykwintna pronuncyacya, w muzyce brzęk, huk, sentyment i sztuki łamane: oto wszystko, czém masz pani prawo uczennice swoje obdarzać. O reszcie nie pamiętaj, albo schowaj ją dla siebie, a bądź zadowoloną tém, że za tak małe wydatkowanie twych umiejętności tak znaczną otrzymujesz płacę.
Nie mogłam być zadowoloną, i im więcéj upływało czasu, tém bardziéj czułam rozdźwięk, jaki zachodził między pobudkami moich czynności, a ich wynikami. Piérwsze pasowały do drugich, jak głowa dobrze rozwiniętego człowieka do ciała karła. Rozmyślając nieraz o mojém wysokiém pojmowaniu nauczycielskiego zawodu, i o tém, jak niedołężnie spełniać go kazały mi okoliczności, przypominałam sobie bajkę o wielkiéj górze, która malutką urodziła myszkę. Martwiło mnie to i nie dawało osięgnąć téj zupełnéj pogody ducha, jaka może być udziałem człowieka wtedy tylko, gdy posiadł możność zupełnego wywnętrzenia samego siebie, wcielenia swych pojęć i dążeń w widome następstwa, gdy przy końcu każdego dnia może sobie powiedziéć, że treść minionych godzin wiernie odpowiedziała téj treści, jaką on w samym sobie poczuwa. Zresztą połowa czasu zostawała mi niezapełniona, a wiedziałam, że gdybym ją mogła obrócić na pracę, w wyłącznym mym zawodzie podejmowaną, przyniosło-by to wiele ulg i uprzyjemnienia dla tych, których kochałam, a mnie dodało-by nieco wewnętrznéj spokojności i zadowolenia. Ale właścicielka kantoru, pomimo najlepszych chęci, nie mogła mi dostarczyć dotąd więcéj lekcyi, a powiadała, że tak szybkie otrzymanie tych nawet, jakiemi się już zajmowałam, winnam była pewnym kwalifikacyom, odznaczającym mnie pośród bardzo licznego grona nauczycielek, exystujących w W., a często pozbawionych zupełnie możności zarobkowania.
Z kilku więc względów doświadczałam zmartwienia i przeciwności, ale nie zniechęcałam się wcale i nie smuciłam tém zbytecznie. Miałam ufność, że prędzéj czy późniéj osięgnę to, czego pod względem moralnym wymagałam od siebie i zawodu mego; a pod względem materyalnym zdrowy rozsądek i opowiadania właścicielki kantoru przekonywały mnie, że w porównaniu z wielu memi współzawodniczkami, byłam bardzo szczęśliwą i uprzywilejowaną, i że na to, co mi się dostało tak prędko i z taką łatwością, oczekują one często przez długie lata trudów i pracy, a niekiedy nawet oczekują napróżno. Naturalnie postanowiłam sobie nie zaspać żadnéj okoliczności do postąpienia na drodze mojéj, tak w moralném, jak w materyalném znaczeniu, tymczasem zaś czyniłam, co mogłam i jak mi daném było czynić, i poskramiałam w sobie wszelkie niepokoje i bunty, które niczemu-by nie pomogły, a zaszkodzić mogłyby wiele.
Godziny pozostające mi od lekcyi przepędzałam obok mojéj matki z igłą lub książką w ręku, zajmując ją rozmową albo głośném czytaniem. Codziennie także grywałam parę godzin na fortepianie. Często myślałam, że może i lepiéj było, iż cały czas mój od razu pochłoniętym pracą zadomową nie został, bo matka moja wielce potrzebowała mego towarzystwa. Nie opuszczała ona nigdy mieszkania, chociaż z początku zdawało się nawet, że miała ochotę wyjrzéć na miasto. W tym celu zapewne włożyła była parę razy kapelusz i futro, ale zaledwie doszła do przedpokoju, zdjęła je i wróciła.
Piérwszego dnia, w którym wiosenne słońce zaświeciło jasno i ciepło, namówiłam ją, wróciwszy z lekcyi, aby wyszła wraz ze mną na przechadzkę. Wahała się parę minut, ale potém, ujęta moją prośbą, czy zwabiona piękną pogodą, po raz piérwszy zeszła ze wschodów mieszkania. Ale gdy tylko, przebywszy zaułek, weszłyśmy na dotykającą doń główną ulicę miasta, zaledwie moja matka zobaczyła tłum osób, postępujących naprzeciw nas chodnikiem, i powozy, mijające się na środku ulicy, zapuściła woalkę i śpiesznie zwróciła się na zaułek, aby wrócić do domu. Przez woalkę dostrzegłam, że spuściła oczy z wyrazem upokorzenia, i że słaby rumieniec odbił się na jéj twarzy. Zwyczajem osób, które nagle z wyżyn bogactwa spadły w ubóztwo, matka moja musiała zapewne wyobrażać sobie, że wszystkie oczy zwrócone są na nią i że ją wszystkie usta osypują gradem złośliwych uśmiechów. Lękała się téż może, aby ktokolwiek z dawnych jéj znajomych nie spojrzał na nią z góry, z lekceważeniem; aby z pod kół któregokolwiek powozu nie bryznął na nią śnieg wpół roztopiony, niby policzek, którym na ulicy bogaty obdarza ubogiego; aby grube jakie ramię nie strąciło jéj z drogi; aby brudny jaki łachman nie otarł się o jéj suknią; aby nogi jéj, nie przywykłe do stąpania po nierównym bruku, nie poślizgnęły się i nie zachwiały. Lękała się, aby jéj cokolwiek z tego nie spotkało, albo może i wszystkiego tego i wielu jeszcze innych podobnych rzeczy, i wyrzekła się wiosennéj pogody, i wróciła, a wstępując na wschody, miała rumieniec na twarzy i łzę pod spuszczoną powieką. Odtąd wiele dni minęło, a matka moja ani razu nie wspomniała o wyjściu na miasto. Ale z wielkim żalem i obawą patrzyła zawsze na mnie, gdy, ubrana do codziennéj mojéj wędrówki, przychodziłam ją żegnać.
— To okropne! — wołała z razu — jakże ty możesz tak sama jedna chodzić po mieście? Ubliżą ci, pokrzywdzą, najadą na cię końmi, zepchną cię z chodnika!
Mówiąc to, kryła oczy w dłoniach z żalem i trwogą. Kiedy kilkanaście odbyłam już wycieczek, a matka moja przekonała się, że mogę uniknąć tego, czego się tak bardzo dla mnie obawiała, zaczęła znowu troskać się o moję dobrą sławę.
— I cóż o tobie świat powié? Jakie mniemanie powezmą o tobie ludzie, widząc cię tak ciągle zbijającą bruk miejski i samę jednę na ulicach?
Gdy wreszcie rzeczywistość pokazała, że nie mogę wyrzekać się powszedniego chleba dla nagany i podejrzenia ludzkiego, przypuszczając nawet, że te dotknąć-by mnie mogły, czego się nie spodziewałam; matka moja, zamknąwszy w sobie obawę o mój honor, zaczęła drżéć o moje zdrowie.
— Zaziębisz się, zapracujesz się — mówiła i otulała mnie futrem, okręcała szalami, wobec siebie kazała wkładać futrzane buciki; a ileż razy, gdy brałam już za klamkę, aby wyjść do przedpokoju, zwracała się do mnie pośpiesznie i, objąwszy mnie za szyję, okrywała twarz moję gorącemi pocałunkami! Zdarzało się, że przy tém niemém pożegnaniu, łzy perliły się w jéj oczach, rumieńce żalu ślizgały się po twarzy; ale téż parę razy czoło jéj nagłemi zasnuło się promieniami, na ustach zawisł piękny uśmiech, spojrzała na mnie z pogodą i chlubą. Wtedy zdawało mi się, że anioł spokoju wstępował w pierś moję i pieścił mi serce puszystém skrzydłem; skrzydła téż czułam u ramion, nucąc zbiegłam ze wschodów, i lekkim krokiem przebiegając ulice, okrywałam mury starego grodu spojrzeniami, w których tkwiła pogoda, odbita z rozjaśnionego wzroku méj matki.
Kiedy czytywałam jéj na głos, spostrzegłam nieraz, że przestawała mnie słuchać i zapadała w zwykłą sobie posępną zadumę; ale daleko częściéj czułam wzrok jéj, utkwiony w moję twarz, i uwagę na mój głos pilnie zwróconą. Zdarzało się, że przez parę godzin nie przerywała mi czytania ani jedném słowem; ale bywało także, iż kładła rękę na książce i zwolna, łagodnie zaczynała rozmawiać ze mną o jéj treści i innych, wypływających z niéj, przedmiotach. Wtedy nie mogłam nie podziwiać pięknego jéj umysłu, pojętnego i ozdobionego wielu wiadomościami, lubo na chybił trafił uzbieranemi; miłéj wymowy, która sączyła się z jéj ust płynnym i słodkim potokiem zdrowego sądu; nareszcie i ciepłego uczucia, z jakiém wyrokowała o ludziach i ich sprawach. Nie dziwiło mnie wcale, że wielu pojęć i zdań swoich nie umiała zastosować do siebie saméj tak, aby rządziły jéj życiem; bo wiedziałam, jakie przyczyny osłabiły w niéj wolę i w piękną jéj duszę wlały jad próżności i miłości połysków: ale uwielbiałam w niéj tę żywotność natury, przez którą przymioty, jakie posiadała, uratowały się z toni ogólnéj i czyniły ją jeszcze tak dobrą i miłą. Stopniowo spostrzegałam, że posępność i bolesne pognębienie, w które na czas jakiś zapadała, zaczynało ustępować przed łagodnym smutkiem i rzewnością, niewypowiedzianie pociągającym wyrazem, oblekającym jéj blade i mimo lat i trosk piękne lice. Miałam więc nadzieję, pewną już byłam nawet, że czas uleczy rany mojéj matki; spokój, jaki ją otaczał wzmocni jéj siły; miłość i starania nasze, prędzéj czy późniéj, wynagrodzą jéj te połyski, nad których utratą tak bolała.
Wyraziłam się nasze, dlatego, że miałam przy sobie dwa serca takie, o jakie nie łatwo śród ludzi, dwa serca, tak otwarte dla mnie, kochające i wylane, że nie wiedziałam, jak dziękować losowi, który mnie tak szczęśliwą i bogatą uczynił. Binia była w rzeczywistości głową i naczelną osobą naszego domu. Czerstwa i zdrowa, mimo lat podeszłych, związana z nami tyloletniemi stosunkami i węzłami, wzięła na siebie cały ciężar domowego gospodarstwa, pilnowała kuchni, nosiła przy sobie klucze, brała ode mnie codzienny mój zarobek i przerabiała go na byt porządny, niemal dostatni. Przywiązanie do niéj mojéj matki zdawało się wzrastać w mierności: rozmawiały z sobą długiemi godzinami, gdy mnie w domu nie było, a kiedy wracałam, Binia troskliwie czuwała, abym po zimowéj wędrówce miała do rozgrzania się ogień na kominku i zawsze gotowy posiłek. Potém zasiadała razem z nami z pończoszką lub szyciem w ręku, uczestniczyła w naszych czytaniach, a często wieczorami, składając robotę na kolanach, wysnuwała z przeszłości swojéj i tego, co ją za młodych lat otaczało, te różne opowieści, któremi tak mnie zachwycała w dzieciństwie, a które w jéj ustach nabierały pełnéj wdzięku prostoty i poezyi.
Emilka zjednoczyła się ze mną zupełnie uczuciem, pojęciem życia i dążnościami. Był to blady i cichy, ale ciepły i łagodny promyk naszego domu. Zawsze gotowa do oddania wszelkiéj przysługi, zawsze zadowolona z tego, co ją otaczało, rada wszystko we wszystkich uwielbiać i kochać, rada tulić się do każdéj piersi, która ją przygarnąć do siebie chciała, przynosiła w ofierze matce mojéj najczulsze starania i głęboki szacunek, mnie — wierną, pojętną, do najwyższéj tkliwości posuniętą przyjaźń. Nie posiadała się także z radości, że piérwszy raz, odkąd w świat wyszła jako dorosła panna, przestała się nudzić. Z wyborem pracy, jakiéj się oddać miała, nie szło jéj z razu dobrze. Zaczynała haftować, szyć bieliznę, uczyć się rękawicznictwa, toczyć nawet, a żadne z tych zajęć nie przypadło do jéj smaku i skłonności. Dla jednych nie miała dosyć cierpliwości, na inne nie starczyło jéj sił fizycznych. Nakoniec przypadek dobrze jéj posłużył.
W przeciwległéj naszemu mieszkaniu kamienicy, obok starca, którego wnuczka była nauczycielką śpiewu, i poniżéj szewca, po całych dniach wywijającego ręką, ubraną w biały rękaw i uzbrojoną szydłem, z piérwszym dniem wiosny otworzyły się okna, a my zobaczyłyśmy przez nie kilka osób, mężczyzn i kobiet, literalnie zagrzebanych w stosach ksiąg nieoprawnych i oprawnych, pudełek, kopert, różnych papierów i kartonów.
— Zdaje mi się, że tam mieszka introligator — rzekła Binia, patrząc na otwarte przeciwległe okna. — Emilka poskoczyła ku oknu, popatrzyła w stronę wskazaną i rzekła:
— Jutro tam pójdę.
Jakoż poszła tam nazajutrz i znalazła rodzinę, złożoną z ojca, syna i dwóch córek, którzy wszyscy trudnili się razem rzemiosłem introligatorskiém. Podobała się jéj ta rodzina i zaraz poprosiła, aby przyjęto ją na uczennicę. Z razu wzdragano się trochę, przez obawę utraty chleba, ale Emilka posiadała nieco pieniędzy, ofiarowała za naukę dość hojną zapłatę i prośba jéj została przyjętą. Odtąd codziennie chodziła na kilkogodzinne lekcye do przeciwległéj kamienicy, przynosiła do domu robotę i polubiła ten rodzaj zajęcia, może dlatego, że wymagał nietylko machinalnéj zręczności, ale i smaku, i dawał do czynienia z książkami, które Emilka coraz więcéj miłować zaczynała. Wielką była jéj radość, gdy po kilku tygodniach wykleiła dla mojéj matki dość ładne pudełeczko, dla Bini igielnik, a mnie oprawiła zeszyt z nutami; większą zaś jeszcze, kiedy po miesiącu naczelnik warsztatu zapłacił jéj kilkanaście złotych za zrobienie bardzo gustownéj bombonierki. Tak więc życie nasze stawało się coraz spokojniejszém, coraz więcéj zapełnioném i zabezpieczoném od niedostatku, a było przy tém bardzo jednostajne. Gości nie przyjmowałyśmy wcale, i w przeciągu trzech może miesięcy, jeden tylko w tym względzie zdarzył się wyjątek. Pewnego poobiedzia przyszedł do nas Władysław; dowiedział się on od kogoś, że przybyłyśmy już do miasta, i wyszukał nasze mieszkanie. Byłyśmy mu bardzo rade, bo czułyśmy dla niego szacunek i wdzięczność. Niepodobna było jednak nie postrzedz w nim pewnéj zmiany. Nie przestał być mownym i ożywionym, ale nie był ani tak swobodnym, ani tak szyderskim, jak piérwéj. Zdawało się, że zaczął spoglądać na wszystko z rzewnéj strony, i tam, gdzie wprzódy dopatrywał śmieszności lub niedorzeczności tylko, teraz szukał dramatu. Przytém czoło jego utraciło tę pogodę, jaka je cechowała dawniéj, i zasuwało się niepochwytną jakąś mgłą, niby ciężkich rozmyślań lub uczuć. Kilka razy postrzegłam także, iż nie ciągle zachowywał dawniejszą pewność siebie i niekiedy objawiał zmieszanie, które daną chwilą nie dawało się usprawiedliwić, ale musiało wynikać z jakiéjś wewnętrznéj niepewności, co go dręczyła bezustannie. Przepędził z nami parę godzin, mówił wiele o rozmaitych przedmiotach, ale o Zofii nie wspomniał ani razu. Dopiero żegnając mnie i Emilkę, wymówił głosem, który pomimo, że chciał uczynić obojętnym, dźwięczał miękko i smutnie:
— Może panie zechcecie odwiedzić panią Zofią... ona pędzi tu życie tak samotne...
A gdy odpowiedziałyśmy, że chętnie to uczynimy, i że nawet uczyniłybyśmy już to oddawna, gdyby nie brak czasu przy nowych zajęciach, dał nam kartkę z jéj adresem. Adres ten wskazywał skromny domek, położony na jedném z przyjemnych, ale bardzo miernéj zamożności, przedmieść. Domyśliłam się ztąd, że Zofia nie musiała odzyskać swego majątku, i że położenie jéj było, jeśli nie opłakane, to przynajmniéj bardzo trudne. W parę dni potém, w niedzielę, wybrałyśmy się z Emilką w odwiedziny do Zofii. Matka moja sama zachęcała nas do téj wycieczki, szczerze współczując nieszczęśliwéj młodéj kobiecie. Znalazłyśmy Zofią w ładniutkiém, ale ciasném mieszkanku, o trzech małych pokojach, i z jedną służącą, która pełniła około niéj wszystkie posługi. Przyjęła nas uprzejmie, ale bez serdeczności. Powiedziała nam u wstępu, że nie spodziewała się, abyśmy do niéj przyszły, a gdyśmy ją zapytały o powód téj wątpliwości, odpowiedziała żywo:
— Powinnyście się same domyśléć tego powodu. Jesteście młode i wolne, a chociaż nie posiadacie funduszu, ale same zarabiacie sobie na byt i mieszkanie pod skrzydłem osoby starszéj i poważnéj. Wszystko jeszcze przed wami, możecie powychodzić za mąż i stać się szczęśliwemi i poważanemi niewiastami. A ja... jestem kobietą zgubioną... wiem o tém dobrze...
Kiedy chciałyśmy ją pocieszać i przekonywać, że może także utworzyć sobie życie podobne naszemu, jeżeli już nie szczęśliwe, to przynajmniéj spokojne i znośne, urwała nagle rozmowę o tym przedmiocie i zaczęła mówić o rzeczach obojętnych. Była skryta, zamknięta w sobie i wyraźnie unikała wszelkich zwierzeń się i poufałości. Uważałam jednak, że lepiéj wyglądała, niż kiedy ją po raz ostatni widziałam. Słaby rumieniec zaczynał przebijać się na jéj alabastrowych policzkach, a oczy miały bardziéj jednostajny połysk.
Doskonała jéj piękność nabrała przez to nowego blasku i trudno było w istocie wyobrazić sobie piękniejszą i bardziéj harmonijną powierzchowność kobiecą. W krótkich wyrazach i bez żadnych objawów gniewu lub żalu, powiedziała nam, że Henryk najformalniéj wyparł się przyjęcia jéj posagowéj summy że brat jéj, Lubomir, pisał do niéj z Paryża, iż żadnego nie posiada dowodu, że oddał je szwagrowi i że pomimo to, ona zaraz po powrocie brata do kraju, postanowiła wytoczyć panu S. proces o swój majątek, w czém naturalnie dopomagać jéj będzie pan Władysław N., jako najlepszy w W. prawnik i jedyny jéj przyjaciel.
Ostatnie słowa wymówiła zupełnie pewnym głosem, bez najmniejszego wahania się, lub zmieszania, i patrząc na nas zupełnie śmiałym, otwartym wzrokiem. Emilka przy wzmiance, uczynionéj przez Zofią o nieuczciwym postępku Henryka, zarumieniła się silnie i łzy jéj stanęły w oczach. Zofia spostrzegła to, i wyciągnęła do niéj rękę:
— Tyś wcale nie winna temu — rzekła — wszak on i ciebie skrzywdził...
Opuściłyśmy Zofią z przykrém uczuciem w sercach. Jakkolwiek była ona z nami uprzejmą, ale nie dość serdeczną; czułyśmy, że nie należała do nas i wcale należéć nie chciała, że miała w sobie coś, z czém taiła się, co jéj nie dopuszczało do cieplejszych z nami stosunków, co nakoniec stało między nią a nami, między nią a całym może światem...
O kilkadziesiąt kroków od domu, z któregośmy wyszły, spotkałyśmy śpiesznie idącego ulicą Władysława. Postępował w stronę mieszkania Zofii, a tak był zatopiony w myślach i zapatrzony w ziemię, że minął nas, wcale nie spostrzegłszy. Uważałam, że szedł ze spuszczoną głową, i że w wyrazie twarzy jego był widoczny odcień troski, połączonéj z głębokim namysłem.
Po téj krótkiéj przerwie w jednostajności dni naszych, czas upływał znowu nadanym mu przez nas torem. Wiosna stawała się coraz piękniejszą; strumienie w ogrodach miejskich mruczały śród gęstéj już zieleni; góry stroiły się codziennie w coraz gorętsze blaski; błękitna rzeka odbijała w przezroczystych falach niebo bez chmury i wieżyce świątyń, złotemi krzyżami wzbijające się pod obłoki.
Matka moja nie mogła dłużéj oprzéć się pokusie wiosny, i parę razy w towarzystwie mojém i Emilki wyszła na przechadzkę. Mieszkanie jednak nasze daleko było położone od ogrodu i wszelkich miejsc sposobnych do przechadzek, a uważałam, że przebywanie ulic, które nas z miejscami temi dzieliły, nużyło moję matkę fizycznie i moralnie. Wychodziła téż bardzo rzadko i coraz częściéj zaczęła uskarżać się na bóle głowy, spowodowane brakiem powietrza i ruchu.
Złożyłyśmy więc walną naradę z Binią i Emilką, na któréj postanowioném zostało, że musimy wynaléźć inne mieszkanie, położone w bardziéj otwartém miejscu, pomiędzy ogrodami i w pobliżu rzeki, gdyby to być mogło, — takie, słowem, które-by dostarczyło mojéj matce możności używania świeżego powietrza i ruchu, bez narażenia jéj na chodzenie po bruku ulic i, przykre dla niéj, wystawianie się na widok publiczny.
Jak powiedziałam, tak się i stało. W parę tygodni po walnéj naradzie, zostałyśmy ze wszystkiemi naszemi sprzętami i manatkami przeniesione na jedno z przedmieść miejskich, do milutkiego domku o pięciu pokoikach, otoczonego rozkosznym ogródkiem pełnym grusz, jabłoni, pachnących groszków i rezedy, i ozdobionego zielonemi żaluzyami przy niewielkich oknach, o szybach przezroczystych jak kryształ. Naokoło stały tam podobneż domki, podobnemi poprzedzielane ogródkami; rzeka płynęła tak blizko, że z ganku można było widziéć jéj pas błękitny, a wieczorem słuchać jéj szumu przy otwartych oknach. Wrzawa i turkot miejski wcale tam nie dochodziły, a za to od gór, podnoszących swe szczyty po-nad dachy domków, i zieleni ogródków, wiało zdrowe, ożywcze powietrze. Błękitne nasze sprzęty ładniéj wyglądały przy obfitych promieniach słońca, które bez przeszkody murów wpływały do mieszkania, a fortepian mój wspaniale królował w cokolwiek przestronniejszym i wykwintniejszą opatrzonym posadzką bawialnym pokoju.
Wprawdzie mieszkanie to kosztowało drożéj, niż piérwsze, ale wydatek ten poniosłyśmy z małéj sumki, jaka pozostawała nam jeszcze ze sprzedaży moich klejnotów, a przy tém dochody nasze zwiększyły się, bo i Emilka zarabiała już trochę pieniędzy, i ja otrzymałam jednę jeszcze lekcyą muzyki w poobiednich godzinach. Tak ja, jak ona, w skutek oddalenia się od środka miasta, musiałyśmy w wycieczkach naszych na lekcye i do warsztatu daleko dłuższe odbywać pochody; ale byłyśmy przecie młode i zupełnie zdrowe, przychodziło więc tylko raniéj trochę wstawać i, w czasie deszczu, staranniéj zaopatrywać się w parasole.
Opuszczając piérwsze nasze mieszkanie, rzuciłam pożegnalne spojrzenie na okna przeciwległéj kamienicy, w których nawykłam była widywać codziennie siwowłosą głowę starego urzędnika, rękę z szydłem szewca, stosy kartonów introligatora i błyszczące guziki studenta. Czułam już była pewną przychylność dla tych nieznanych ludzi, o których wyobrażałam sobie, że postępowali wraz ze mną po téj drodze, oblanéj światłem i napełnionéj trudami, o jakiéj to śniłam niegdyś... Ale i w nowém naszém siedlisku nie zbrakło na podobnych sąsiadach. W jednym z poblizkich domów mieszkała jakaś podeszła już kobieta z kilkorgiem wnucząt, które codziennie biegły ku miastu, udając się do szkół; w drugim od rana do nocy szyły na maszynach szwaczki; w trzecim jakiś młody artysta grywał na fortepianie w nocnych godzinach; z czwartego rozlegał się monotonny huk tokarni; w piątym, średniego wieku literat siadywał na ganku z książką w ręku i ołówkiem, którym kreślił coś na marginesach, a młoda żona jego błyskała ładną i świeżą twarzą, to ukazując się w otwartém oknie z małém dziecięciem na ręku, to pielęgnując kwiaty w ogródku.
Były to wszystko osoby obce mi i nieznane, nie mniéj jednak wewnętrzne życie tych otaczających mnie domków zajmowało mnie wielce; spostrzegałam w nich nieraz rzeczy, pobudzające umysł do głębokich uwag, albo wyobraźnią do rojenia wesołych, rzewnych lub poetycznych obrazów.
Matka moja całe prawie dnie przesiadywała na ganku, oplecionym dzikim winogradem, albo przechadzała się po ogródku; była zupełnie zdrowa i coraz spokojniejsza. Wszystko więc szło dobrze i lato dochodziło do połowy.
Pewnego dnia, gdy po obiedzie wszystkie razem siedziałyśmy w bawialnym pokoju i matka wybierała kwiaty, które układała w bukiet, ja czytałam głośno, Emilka z kartonów wyklejała tekę, Binia zajęta była robotą, — tuż pod naszemi oknami rozległ się turkot szybko nadjeżdżającego powozu. Potém tak prędko, że nie zdołałyśmy wyjrzéć przez okna, otworzyły się ze stukiem drzwi bawialnego pokoju i stanął w nich wysoki lokaj, ubrany w piękną liberyą. Wymienił nazwisko mojéj matki i zapytał, czy tu znajduje się jéj mieszkanie, a po otrzymaniu twierdzącéj odpowiedzi cofnął się do przedpokoju. W parę sekund zaszeleściały jedwabie i do pokoju wbiegła młoda kobieta, w białym kapelusiku i sukni jasnéj barwy, o długim, szeleszczącym ogonie. Emilka wydała okrzyk radości i rzuciła się w obięcia przybywającéj.
Była nią Zenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.