Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/XVII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron
XVII.

Kto tylko zna miasto W., tego koniecznie uderzyć musiał szczególny charakter licznych zaułków, jakie, wypływając z łona wązkich ulic, przerzynają miasto w różnych kierunkach, niby krata z wielkich szpar, utworzonych pomiędzy wysokiemi i grubemi murami.
Stąpając po nierównym bruku tych wązkich i mrocznych przejść, mimowoli czujesz się ogarniętym zadumą. Wieje ona od wysokich ścian trzy i czteropiętrowych kamienic, popękanych i przygarbionych od starości i od rzędów okien, które zdają się patrzéć na cię zmęczonemi lub zapłakanemi oczyma tych wszystkich ubogich i pracujących ludzi, którzy z niemi żyli i żyją. Nikt bogaty i myślący o bawieniu się nie mieszka tu. Te stare i grube mury, jak mrowiska, napełnione są ludźmi, z których każdy pracuje czém może: rękoma lub głową, byle wyżyć i utrzymać rodzinę. Mieszczą się tu urzędnicy niższego stopnia, kupcy i rzemieślnicy na małą skalę, starcy z małemi funduszami i szukający cichego schronienia, studenci niezamożni a potrzebujący ciszy dla odbywania swych studyów, literaci, których talent zaledwie może nakarmić i przyodziać, nauczyciele i nauczycielki, udzielające prywatnych lekcyi na mieście, wszyscy słowem ludzie, którzy, ustawiczną pracą broniąc od nędzy siebie i swoich, nie mają przecie środków do dostarczenia sobie szerszéj przestrzeni i światlejszych mieszkań, albo którzy umyślnie, dla potrzeb swego skupionego nad pracą umysłu, lub zmęczonego życiem serca, unikają gwaru i tłumu głównych arteryi miasta. Nie są to przecie wcale jaskinie, ani przybytki samych łez i występków. Niéma tu bogactwa i świetności, ale niéma téż i ostatecznéj nędzy, która razi wzrok i umysł wykształconego człowieka. Za temi mnogiemi oknami, tkwiącemi w oprawie odwiecznych murów, zielenią się gdzieniegdzie i kwitną wazonowe rośliny, błyszczą śnieżnéj białości firanki, tu i owdzie za szybą przesuwa się zamyślona i szlachetna twarz mężczyzny, lub widnieje spokojna i piękna głowa kobieca. Ileż przez mnogie lata w tych drobnych mieszkankach, przyozdobionych w skromne wazony i firanki, wysnuło się prawdziwych poematów walk z losem, poświęceń i miłości! a tam na poddaszach, w tych facyatkach wysokich, których drobne okna migocą przez całe noce blademi światełkami i gasną aż wtedy, gdy dzień się zaczyna, ileż młodych żądz, wiedzą i miłością dla ludzkości rozpalonych głów, schylało się nad księgami w cichych nocnych godzinach, ucząc się tego i dumając nad tém, czego nie uczą się i o czém nigdy prawie nie myślą ci, co mieszkają w szerokich i światłych miejscach, a kochają tylko siebie i swoje świetności. Ileż z tych schronień uleciało w świat ze szlachetnych piersi gorących westchnień, ile tam zrodziło się wielkich postanowień, mających utworzyć wielkie charaktery! ile z umysłów, nawskróś przeniknionych świętością ciszy i medytacji, wylało się tam na papier myśli, przyodzianych formą poezyi lub nauki, które, wyszedłszy ztamtąd, cały kraj miały okrążyć, a mieszkańcowi poddasza, co je z pod serca wyjął i podarował światu, przynieść w darze kawałek twardego chleba, jako obronę od głodowéj śmierci, i ciche szczęście, doświadczone z dłonią przyłożoną do spokojnego sumienia.
Każde z miast większych posiada takie miejsca, będące niby warsztatem, na którym ubóztwo i praca wyrabiają materyały, jakiemi żywi się, przyodziewa i naucza druga połowa społeczności, połowa błyszcząca, próżnująca, bawiąca się, tańcząca, a w głębi cierpiąca także, cierpiąca nieskończenie więcéj, niż tamta, cicha i pracowita, w ciemne suknie ubrana, a na mrocznych zaułkach mieszkająca, jéj siostra.
Są to dwa światy. Zkąd pochodzi ta nieokreślona tęsknota za czémś inném, lepszém, wyższém, jakiéj doświadczają ludzie ze świata połysków i gwarów? Zkąd płyną te cierpienia, jakie do głębi świat ten nurtują, psując dusze i podkopując istnienia?
Ztąd, że świat ten nie zna i nie rozumié tego drugiego świata, na szczeblach hierarchii społecznéj niżéj, ale na drabinie ku wiekuistéj prawdzie wiodącéj wyżéj stojącego nadeń; że gardzi lub nie zdoła sięgnąć ku niemu wzrokiem i ściągnąć ku sobie, i wsiąknąć w siebie to, co stanowi tamtego wartość i zasługę.
Zkąd pochodzą te trudności krwawe, z jakiemi mierzyć się przychodzi każdemu z mieszkańców świata ubóztwa i pracy? Co stanowi opokę, która zbyt często tamuje kroki ich stóp zmęczonych? Co w serca ich i umysły wlewa niepokój i boleść, a często gorycz i bunt zuchwały?
Zapomnienie! Niezrozumienie! Rozdział głęboki, leżący pomiędzy dwoma światami.
Na jedno z takich wązkich przejść miasta W., przy schyłku dnia zimowego, wjechały nasze podróżne sanie, i zatrzymały się przed bramą jednéj z wysokich starych kamienic. U stóp wschodów, wązkich lecz czystych, spotkała nas Binia, i po czułém powitaniu, otworzyła przed nami drzwi przygotowanego już i urządzonego mieszkania. Były to cztery niewielkie, ale czysto i ładnie nawet, lubo ze skromną prostotą, przybrane pokoiki, z których jeden przedstawiał bawialny salonik, drugi przeznaczony był na sypialnią mojéj matki, trzeci miał służyć mnie i Emilce, czwarty poczciwéj piastunce mojéj. W każdym z nich paliło się po jednéj niewykwintnéj lecz jasnéj lampie, a w bawialnym pokoju stał stół nakryty, z szumiącym samowarem i przekąskami do herbaty. Binia, zawiadomiona przeze mnie o dniu naszego przybycia, starała się urządzić wszystko tak, aby nowe siedlisko nasze ukazało się nam od razu w jak najprzyjemniejszéj postaci.
W istocie, gdy zdjąwszy futro i ogrzawszy nieco zziębnięte ręce przy ogniu wesoło płonącym na kominku, wzięłam się z pomocą Emilki do urządzania herbaty, a opowiadając przytém piastunce mojéj różne przygody naszéj podróży, rozejrzałam się wkoło siebie; mile mnie uderzyła czystość ścian, ciemném a gustowném pokrytych obiciem, śnieżna białość firanek, na czerwono pomalowana i bez pomocy wosku lśniąca od czystości posadżka, sprzęty niekosztowne, lecz zgrabne i przyjemnie uderzające oko błękitną barwą wełnianéj materyi, jaką były pokryte, cisza nakoniec, jaka panowała w mieszkaniu, i białe światło lamp, które wesoło łączyło się z czerwonawym blaskiem trzaskającego na kominku płomienia. Nawet twarz prostéj sługi, którą Binia przyjęła dla nas, wydała mi się poczciwą i otwartą.
Oddawszy imbryk stojącéj obok mnie i uśmiechającéj się także z zadowolenia Emilce, rzuciłam się Bini na szyję i czułemi wyrazami dziękowałam jéj, że tak mile, wygodnie i porządnie urządziła wszystko dla nas.
— Będzie nam tu bardzo dobrze — mówiłam, wracając do mojéj czynności — daleko lepiéj, niż w wielkim, bogatym domu, o którym wiedziałyśmy, że go lada chwila opuścim i którego bogactwo nie należało do nas. Tu przynajmniéj wszystko jest nasze, własne, nie potrzebujemy nikomu zdawać sprawy z niczego i otwierać naszych drzwi nieproszonym i niemiłym gościom z rachunkami i pozwami. Niechno jeszcze rozgospodarujemy się tu z Emilką, i rozpoczniemy nasze chlebodajne zatrudnienia! Ach, zdaje mi się, że wpłynęłam do portu!
Istotnie czułam, że wielki ciężar spadł mi z piersi, i z prawdziwą ulgą w sercu zamieniałam wesołe słowa i uśmiechy z piastunką moją, ucieszoną moją radością i Emilką, która zaczynała tak jednoczyć się ze mną, że każde moje uczucie znajdowało w niéj wierną odpowiedź.
Wtém posłyszałam za sobą ciężkie westchnienie. Obejrzałam się i zobaczyłam moję matkę, siedzącą na kanapie w przygnębionéj postawie, z rękoma bezwładnie opuszczonemi na kolana i z wyrazem nieledwie przerażenia w oczach, rozglądającą się wkoło siebie. Od chwili przestąpienia progu nowego naszego mieszkania, nie wyrzekła ani słowa; dotąd jednak nie zwracałam na to uwagi, bo sądziłam, że zmęczona długą podróżą spoczywa w milczeniu. Westchnienie jéj i przygnębiony, przerażony niemal wyraz jéj twarzy, stłumiły na chwilkę moję radość. Nie pokazałam jednak tego po sobie i łagodnie wymogłam na niéj, aby zbliżyła się do naszego stołu i rozgrzała się ciepłym napojem. Uczyniła o co prosiłam, ale ani razu nie odezwała się do nas. Widok jéj bladéj i smutnéj twarzy mroził naszę wesołość i zatrzymywał na naszych ustach słowa i uśmiechy. Binia z uwagą przypatrywała się jéj przez okulary, a po skończonéj herbacie rzekła, iż czas jest, aby matka moja udała się na spoczynek. Uważałam, iż miała nadzieję, że pokój mojéj matki starannie i według moich instrukcyi ze stosunkowym urządzony zbytkiem, lepsze na niéj wywrze wrażenie, niż całość mieszkania, poprawi jéj humor i wleje w nią to uspokojenie, jakiego doświadczyć może osoba smutna, kiedy się ujrzy przedmiotem wyłącznéj czułości i starań. Wszakże oczekiwanie to omyloném zostało. Pokoik mojéj matki wygodny był, ale mały; ładnie i przytulnie, ale niekosztownie i nie błyszcząco urządzony. Ogromna zachodziła różnica pomiędzy nim, a wytwornym apartamentem, składającym się z obszernéj sypialni i kilku gabinetów, w jakim matka moja zwykła była dotąd przepędzać samotne swe godziny. To téż stanęła na progu, tém samém przygnębioném spojrzeniem orzuciła kobierzec zaściełający posadzkę, jakiemu podobne miewała dotąd zaledwie w przedpokojach, kotarę u łóżka zgrabnie zawieszoną, ale z taniéj wełnianéj materyi, firanki nie jedwabne także, sprzęty nie palisandrowe i nie rzeźbione, lubo zgrabne i miękkie; a gniazdko to, które ja z taką miłością uściełałam dla niéj w myśli, a do którego Binia przyłożyła tyle czułego i pojętnego starania, musiało wydać się jéj wielce nędzném i smutném, bo, skinąwszy nam obojętnie głową na dobranoc, z pognębieniem zbliżyła się do źwierciadła i zaczęła rozpuszczać swe olbrzymie warkocze. Sądziłam, iż najlepiéj będzie, jeśli ją tym razem pozostawimy saméj sobie, wierzyłam jeszcze w to, że, zostawszy samą, odkryje przecie w urządzeniu swego pokoju ślady mojéj serdecznéj o nią troskliwości i że to ją pocieszy i uspokoi. Zresztą na klęczniku leżały przywiezione przez Binię książki jéj do nabożeństwa: wiedziałam, że mianowicie od pory, w któréj się zaczęły jéj nieszczęścia, modliła się często i długo, miałam więc nadzieję, że rozmowa z Bogiem zbawienniéj na nią podziała, niż rozmowa z nami; lubo z innéj strony uważałam już była nieraz, iż modlitwa rzadko ją pocieszała, może dla tego, że umysł jéj nieskłonnym był do dewocyi, a nie przywykłym do skupienia się i rzetelnego oderwania się od rzeczy i uczuć ziemskich. W czasie więc, gdy Binia krzątała się około rozłożenia naszych rzeczy i układania ich w szafy i komody, przeszłyśmy z Emilką do pokoju, przeznaczonego dla nas, i z cicha rozmawiając, wydobywałyśmy z kufrów podróżnych nasze książki, nuty, roboty i układałyśmy to wszystko na politurowanych półkach, zapełniających trzy ściany sypialni. Pod czwartą stały dwa nasze czysto zasłane łóżka, ze zgrabnemi stoliczkami obok, a pośrodku było dość duże, wychodzące na dziedziniec, okno, przyozdobione białą muślinową firanką, zieloną grubą roletą i dwoma wazonikami rezedy, która już kwitła i przyjemną woń rozlewała dokoła. Wesołość moja, która była pierzchnęła wobec przykrego stanu, w jakim zostawała moja matka, wróciła mi znowu na widok białych przytulnych ścian, pod któremi w coraz liczniejsze rzędy ustawiały się moje ulubione książki i koszyki z robotami. Na widok szczególniéj rozweselonéj i promiennéj twarzy Emilki, która, wspinając się na krzesła, aby dosięgnąć wyższych pułek, otrzepując z pyłu moje nuty, nachylając się do kufrów i całując mnie co chwila, powierzała mi swoję radość, jakiéj doświadczała na widok otwierającego się przed nią nowego życia, i tysiączne plany, jakie układała w swéj głowie. Skończyłyśmy porządkowanie naszego pokoju i właśnie rozmyślałyśmy nad tém, gdzie i jak ustawimy fortepian, który miał mi być przysłanym przez mego ojca, gdy nagle usłyszałam odgłos głośnych łkań, wychodzących z przedzielonego od nas tylko drzwiami pokoju mojéj matki. Przestraszona, pobiegłam do niéj i znalazłam ją leżącą na sofie w stanie nieopisanego rozdrażnienia i rozżalenia. Kiedy zbliżyłam się i chciałam ją pocieszać, usunęła mnie od siebie z niecierpliwością, i z płaczem zaczęła mi wyrzucać, że skłoniłam ją do odrzucenia ofiary babki Hortensyi, w któréj domu miała-by przynajmniéj wszystko, do czego przywykła, bez czego żyć nie może, u któréj zostając, umarła-by może wkrótce z upokorzenia i tęsknoty za mną, ale byłoby to i lepiéj, bo życie jéj jest tylko ciężarem dla niéj i dla innych, i wolała-by co najprędzéj je zakończyć, niż zadawać co chwila gwałt przyzwyczajeniom, jakie stały się już jéj naturą, i nie miéć ani jednego momentu, w którym-by ta nędza, w jaką popadła, żywo jéj przed oczyma nie stała. Powtórzyła znowu, że najlepiéj zrobię, jeśli powrócę do mego ojca, a ją zostawię jéj losowi, bo nie chce ani patrzéć na moje ubóztwo, w które ona mnie wtrąciła, ani okazywać przede mną swojéj słabości, któréj wstydzi się sama, ale któréj pozbyć się nie może.
— Czyniłam wszystko, co mogłam — mówiła — aby pokryć moję boleść i moję śmiertelną o przyszłość trwogę; wysilałam się na spokojność, i zdaje się, iż nikt nie może powiedziéć, abym raziła czyjeś uszy swemi skargami, albo czyjeś oczy widokiem mego płaczu. Ale dłużéj przezwyciężać się już nie mogę. Duszno mi w tych ciasnych izbach. Przewiduję okropność życia, jakie tu wieść będę musiała, i nie życzę sobie wcale, abyś ty je dzieliła ze mną, ani żebyś była świadkiem moich udręczeń, które wydają ci się zapewne rzeczą godną wzgardy. Nie zniosę tego, aby córka moja miała mną pogardzać. Chcę być samą i płakać, ile mi się podoba, i aby nikt nie podpatrywał mego smutku i nie podsłuchywał mego płaczu.
Wszystko to wypowiadała, zalewając się gorącemi łzami i targając sobie warkocze; ale przez cały czas, choć ciągle zwracała do mnie mowę, ani razu nie podniosła na mnie oczu. Probowałam kilka razy odezwać się, ale nie pozwalała mi mówić, tylko coraz rzewniéj płakała, powtarzając ciągle, abym ją opuściła co najprędzéj i odjechała do ojca. Nakoniec, nieuspokojona wcale, ale zmęczona, przestała mówić i, rzuciwszy się znowu na sofkę, oczy rękoma zakryła. Wtedy, powściągając boleść, jaką czułam, powiedziałam jéj, że daremnie żąda ode mnie, abym się oddaliła, bo, gdyby nawet dziesięć razy wygnała mnie z pod swojego dachu, dziesięć razy-bym wróciła i błagała ją, aby nie odrzucała mojéj miłości i moich starań. Mówiłam to zaś z czułością i łagodnością, ale zarazem ze spokojem i stanowczością, bo uważałam już nieraz, że wszelkie roztkliwianie się wzmagało tylko żal i rozdrażnienie méj matki. Na to oświadczenie moje odwróciła się do mnie gwałtownie i zawołała:
— Wiesz dobrze, że nie mogę wygnać nikogo z pod mego dachu, bo nie posiadam sama żadnego schronienia. Dach, pod którym zostajemy, jest twój, boś go najęła za cenę twoich sprzedanych klejnotów, wiem o tém dobrze, choć się z tém taiłaś, dosłyszałam, jak o tém rozmawiałaś z Balbiną. Więc moja córka zmuszoną jest aż do fantowania się, a to wszystko z mojéj winy!
I znowu zaczęła płakać i drżeć całém ciałem.
Nie wiedziałam już doprawdy, co czynić; zapominając o mojém postanowieniu nieroztkliwiania się, upadłam przed nią na kolana, i starając się pochwycić jéj ręce, błagałam ją najczulszemi wyrazami, aby się uspokoiła i z chłodném zastanowieniem się rozważyła nasze położenie, które wcale nie było tak rozpaczliwe, jak się jéj wydawało. Nie odpowiadała, nie dawała mi swych rąk, któremi sobie ciągle twarz zakrywała i usuwała się ode mnie, abym nie mogła otoczyć jéj ramionami memi. Znając ją zawsze tak łagodną i dumną, nie przypuszczałam nigdy, aby dojść mogła do tak zupełnego zatracenia saméj siebie, i drżałam cała, tak z żalu, jak z obawy, aby ten gwałtowny wybuch, długo znać powstrzymywanych uczuć, nie nadwerężył jéj zdrowia. Nagle poczułam się ujęta za ramię. Była to Binia, która objęła mnie wpół i podniosła z klęczek, a potém wzięła za rękę i przemocą prawie wyprowadziła z pokoju. Twarz jéj, zwykle tak spokojna i łagodna, miała wyraz głębokiéj rozwagi, a zarazem lekkiego gniewu.
— Ochłoń z żalu i spocznij — rzekła do mnie, gdy znalazłam się już w moim pokoju — połóż się i zaśnij, bo jesteś i tak zmęczona podróżą i możesz zachorować. Ja sama uspokoję twoję matkę. Spuść się na mnie. Jak ciebie, tak i ją wyhodowałam prawie na moich rękach.
Rzekłszy to wzruszonym głosem, nim opamiętać się i odpowiedziéć mogłam, Binia cofnęła się do pokoju mojéj matki i drzwi zamknęła za sobą na klucz, dlatego zapewne, abym już wejść tam ani probowała.
Emilka, która słyszała i widziała całą scenę, płakała cicho, siedząc na kufrze, ale nie mogłam się nią teraz zajmować, bo bałam się bardzo o matkę. Przyklękłam więc przy progu i przyłożyłam ucho do drzwi, aby posłyszéć, co się tam w jéj pokoju będzie działo. Słyszałam stłumiony głos Bini, która długo mówiła do mojéj matki coś, czego posłyszéć nie mogłam, potém odpowiedzi mojéj matki, z razu żywe i przerywane łkaniem, nakoniec łagodniejsze i spokojniejsze.
Po kwadransie może wszystko ucichło i tylko posłyszałam ciche stąpania po kobiercu dwóch osób: domyśliłam się, że Binia pomaga mojéj matce zdejmować ubranie i że ta udaje się na spoczynek. Spokojniejsza nieco powstałam od progu i poszłam ucałować zapłakaną Emilkę, która nie wiedziała, jakich dobrać słów i pieszczot, aby mnie pocieszyć. Po kilku minutach weszła Binia, i upewniwszy mnie, że matka moja uspokoiła się zupełnie i wkrótce uśnie, ucałowała nas obie na dobranoc i oddaliła się. Długo w noc rozmawiałyśmy z Emilką; rozmowa nasza, jak ziemia około swéj osi, obracała się wciąż około téj biednéj, złamanéj, osłabionéj istoty, która była moją matką. Niekiedy tylko niespokojném okiem zaglądałyśmy w tę krainę przyszłości naszéj, nad którą, jak się nam zdawało, nigdy żadne inne nie miały zaświecić promienie, prócz tych, które zdołamy wysnuć z nas samych, z ciepła własnych serc naszych i ze świadectw własnego sumienia. Przypomniałyśmy sobie, jak to kiedyś, na balu w Rodowie, młodziutkie i świeże, w balowych sukniach i wieńcach na głowach, siedziałyśmy obie w parku mojéj babki, i na wzór ptasząt zbłąkanych tuląc się do siebie ze drżeniem, patrzyłyśmy w gwiazdy, pytając ich i siebie: gdzie jest prawda?
— Emilko — rzekłam — teraz jesteśmy obie na drodze do prawdy.
— Wacławo! — odrzekła, tuląc się do mnie tak, jak wtedy ja tuliłam się do niéj — ale po téj drodze postępować trudno, nie prawdaż?
Tak jak mnie wtedy, tak ją teraz zdejmowała trwoga. Otworzyłam biurko i wyjęłam małą książeczkę, w któréj spisałam wszystko, co tylko spamiętać mogłam ze słów, jakie ojciec mój wymawiał kiedyś do mnie. Dałam ją Emilce i prosiłam, aby, ile razy poczuje smutek lub trwogę, zaglądała do téj książeczki, a znajdzie w niéj wiele wskazówek pociechy i podniety do męztwa.
Usnęłam, nieledwie zupełnie spokojna, i zapewne w skutek wspomnień, wywołanych w rozmowie z Emilką, przyśnił mi się park Rodowski, sklepienie niebios rzęsiście zasiane gwiazdami, i grota na wzgórzu, a u wejścia do niéj stojący hrabia Witold.
Obudziłam się wcale nie rozmarzona, ale owszem orzeźwiona snem tym i uspokojona. Przesądne nieledwie wyobrażenie przywiązywałam do wspomnień moich o hrabim Witoldzie. Sen o nim wydał mi się dobrą wróżbą... cała w końcu krótka moja z nim znajomość nie byłaż tylko snem, który mi się wyśnił w porannéj porze życia i znikł, pozostawiając po sobie tylko niepochwytny i nieokreślony, ale promienisty, szlak myśli.
Na dzień dobry powiała ku mnie z okna słodka woń rezedy i spłynął na moje usta pocałunek Emilki. Porwałam się z posłania i, narzuciwszy ranne ubranie, ostrożnie uchyliłam drzwi do pokoju mojéj matki. Nie spała już i, siedząc przed źwierciadłem, usiłowała splatać swoje długie włosy, co musiało przychodzić jéj z trudnością, bo dotąd nigdy się nie czesała sama. W źwierciedle zobaczyła mnie wchodzącą, zarumieniła się trochę i spuściła oczy. Gdym się zbliżyła, patrzyła na mnie ze zmieszaniem i niespokojnością, wyraźnie wstydziła się wczorajszéj sceny i obawiała się piérwszego mego słowa. Z uśmiechem ucałowałam jéj ręce i zagadałam do niéj wesoło. Potém odebrałam jéj z ręki warkocze, które daremnie splatać usiłowała, bo i nie wprawna była, i ręce jéj drżały nieco od znużenia; uczesałam ją tak, jak wiedziałam, że najlepiéj lubi być uczesaną, i pomogłam jéj włożyć suknią. Czyniąc to wszystko, opowiadałam jéj jakieś zajmujące zdarzenie, zaszłe niedawno w mieście, a o którém wczoraj słyszałam od Bini. Patrzyła na mnie z razu z lekkiém zdziwieniem, bo może spodziewała się zobaczyć mnie po wczorajszéj scenie smutną i zażaloną; objęła wreszcie moję szyję i w milczeniu kilka razy pocałowała w czoło. Podskoczyłam z radości i wprowadziłam ją do bawialnego pokoju. Przez dwa niewielkie, ale czyste i światłe okna, wnikało parę promieni zimowego słońca i wesoło igrało na białych firankach. Przy stole, zastawionym przyrządami do herbaty, stała Emilka, zupełnie już ubrana, i z pogodną twarzą rozmawiała z Binią, która kończyła ostateczne opylanie błękitnych sprzętów. Gdy zobaczyła nas wchodzące, postawiła imbryk z herbatą, którą zaczęła była urządzać, podbiegła i ucałowała rękę mojéj matki, Binia zaś zbliżyła się, i poprawiając fałdy jéj sukni, popatrzyła na nią z za okularów swoim poczciwym, troskliwym wzrokiem. Na ustach matki mojéj wykwitł uśmiech, słaby wprawdzie, ale piękny, w oku jéj zaświeciła łza nie taka, jakich potoki wylewała wczoraj w przystępie rozpaczy i trwogi, ale rzewna, dobra, taka, która nie pali, ale ochładza. Cała prawie godzina zeszła około samowara na swobodnéj rozmowie, do któréj kilka razy, ku wielkiéj mojéj pociesze, wmieszała się i moja matka. Ale gdyśmy powstały od stołu, zbliżyła się do okna i zapuściwszy wzrok w zaułek, na którym znajdywało się nasze mieszkanie, pobladła znowu i zacisnęła usta z goryczą. Tak, nie była to ta główna pełna ruchu ulica miasta, na którą wychodziły liczne, adamaszkowemi firankami ozdobione, okna dawniejszego naszego mieszkania. Wązkie przejście, leżące teraz u stóp kamienicy, w któréj mieszkałyśmy, czyste było i białym śniegiem zasłane, ale puste i milczące. Po śniegu ślizgały się tylko promienie słońca, zasypując ziemię migotliwemi rojami iskier i brylantów, a naprzeciw, za czystą szybą okna kamienicy, stojącéj z drugiéj strony zaułka, widniała siwowłosa głowa jakiegoś starca i z przeciwległéj bramy wybiegła młoda i zgrabna, w skromne futerko otulona panienka, i żywym krokiem przemknęła zaułkiem. Binia, która w téj chwili spojrzała przez drugie okno, powiedziała nam, że siwowłosy starzec, to stary dymisyonowany urzędnik jakiś, a młoda panienka, która tak spiesznie pomknęła ku miastu, to wnuczka jego, dająca lekcye muzyki i śpiewu i utrzymująca tém siebie i dziadka. Powiodłam wzrokiem po oknach przeciwległych kamienic i pomyślałam, że za każdém z nich mieszka zapewne jakiś wędrowiec, drogą podobną postępujący; w górze, po nad oknem, przeświecającém głową sędziwego starca, zobaczyłam za szybami rękę męzką w białym rękawie, zamaszyście a szybko wywijającą szydłem. Nieco daléj, na tém samym piętrze, leżała tuż za szybą spora książka, a przy niéj zabłyszczały parę razy guzy od studenckiego munduru.
Żywo włożyłam futro i kapelusz i wyszłam na miasto, udając się do kantoru, w którym stręczono guwernantki, aby zapisać się tam na kandydatkę do dawania lekcyi muzyki, języków, historyi, geografii, nauk przyrodniczych i t. d.
Utrzymująca kantor pani kazała mi wykonać wobec siebie parę kompozycyi muzycznych na fortepianie, z pół godziny rozmawiała ze mną po francuzku i angielsku, sprowadziła zręcznie rozmowę na dziedzinę historyi i geografii, a w ten sposób zbadawszy moje uzdolnienie, oświadczyła, że wkrótce będzie w możności dostarczenia mi kilka dość korzystnych lekcyi muzyki i języków. Znajomość historyi, — dodała — mało przyniesie pani pożytku, chociaż, jak widzę, studyowałaś ją nie żartem, ale do udzielania tak poważnych przedmiotów rodzice przekładają zwykle nauczycieli mężczyzn. Co do nauk przyrodniczych, możesz pani o nich całkiem zapomniéć, bo żadna z naszych panienek ich się nie uczy...
Pomimo ostatniego punktu, który mi wcale nie przypadł do smaku, przez wzgląd szczególnie na uczące się młode pokolenie, z lekkiém sercem wracałam do domu. Miałam bowiem nadzieję, że wkrótce otrzymam możność rozpoczęcia obranego zawodu.
Matkę moją znalazłam znowu w przygnębionéj postaci, siedzącą na sofie i martwemi oczyma patrzącą przed siebie. Nie płakała już i nie wyrzekała, ale była bardzo smutna i blada. Emilka opowiedziała mi, że po mojém wyjściu patrzyła długo na zaułek, a potém powiedziała Bini, iż nie pojmuje, jak można było obrać mieszkanie w tak brzydkiém i pustém miejscu położone? Kiedy zaś w odpowiedzi na to Binia wspominała o potrzebie oszczędzania się i o taniości mieszkań, w podobnych miejscach położonych, westchnęła, usiadła na sofie z obwisłemi rękoma i przez całą już godzinę najmniejszego nie uczyniła poruszenia.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.