Pamiętnik Wacławy/W trzy lata później/II

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „W trzy lata później”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako ePub Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako PDF Pobierz Cały tekst „W trzy lata później” jako MOBI
Indeks stron

II.

Piérwszém mojém zajęciem po powrocie do matki, było przyprowadzenie jéj domu do jakiego takiego porządku i ładu. Wszystko tam zostawało w niewymowném zamieszaniu i bezrządzie. Matka moja ani wyobrażenia nie miała o gospodarstwie i sposobach zarządzania niém. Nieliczni domownicy, którzy pozostali przy niéj po rozproszeniu się licznéj dawnéj służby, korzystali na wyścigi z osiągniętego wszechwładztwa nad domem, i marnowali, lub zabierali dla siebie pozostałe resztki jéj dobra. Tak samo dziać się musiało i przed kilku laty, ale jam wtedy tego nie widziała.
Teraz więc zakrzątnęłyśmy się obie z Binią około gospodarstwa, porządkowałyśmy spiżarnią i komody, pisałyśmy rejestra i dzwoniłyśmy kluczami po całym domu. Dźwięk ten, łącząc się z wesołą naszą gawędką, wyprowadzał dom ze stanu głuchéj martwoty, w jakim go znalazłam, i spędzał chmury, które na widok moich nowych zajęć gromadziły się z razu na czole mojéj matki. Dźwigała ona troski swe z pewną mocą i hardością, która wypływała z wrodzonéj jéj dumy i szlachetności: nie skarżyła się nigdy, i od owego wieczora, w którym tak serdecznie płakała w mém objęciu, przy rozmowie ze mną o moim ojcu, ani razu nie zobaczyłam łzy w jéj oku. Nie mogłam jednak nie widziéć, że w piérwszych dniach po moim powrocie, ile razy patrzyła na mnie, piękne jéj oczy ćmiły się zawsze z całéj siły ukrywaną żałością. Byłam wtedy pewna, że nie przestała boléć nad omyleniem swych dawnych nadziei, i że myślą przenosiła się w czasy, gdy jeszcze spodziewać się mogła, że świetną zrobię partyą. Biedna moja matka! jak trudno jéj było wyrzec się marzeń o téj świetności, z którą od dzieciństwa się zrosła! A może téż czyniła sobie wyrzuty, że zmarnowała mienie, któreby mi mogło na całe życie świetność tę zapewnić. Albo, że błędem, popełnionym w młodości, nierozwagą, uniesieniem, dumą, pozbawiła mię spokojnego istnienia w rodzicielskim domu, jakie-bym prowadzić mogła, gdyby się była nie rozstała z ojcem moim. Każda z tych przykrych myśli z kolei, albo i wszystkie razem, ciążyły jéj sercu i głowie. Wiedziałam to, lubo mi nigdy nie mówiła o tém i lubo wydawała się tak spokojną i dumną, jak za najlepszych czasów. To téż podwoiłam moję wesołość i na każdym kroku starałam się okazać nieograniczoną wiarę w przyszłość, aby podobnąż natchnąć moję matkę. Biegałam po domu, ustawiałam i opylałam sprzęty, porządkowałam wszystko, śmiałam się i gawędziłam z Binią, prześpiewywałam przy każdéj robocie swobodną piosenkę, z rana wchodziłam do sypialni mojéj matki z bukietem jesiennych kwiatów w ręku, wieczorem rozpalałam żywy płomień na kominku i, usiadłszy przy fortepianie, grałam i gawędziłam naprzemian, starając się zawsze do rozmowy mojéj wybierać zajmujące i wesołe przedmioty. I bardzo szczęśliwą się czułam, gdy udało mi się wciągnąć moję matkę w ożywioną rozmowę, rozśmieszyć ją, lub zająć jakiém opowiadaniem, muzyką i wywrzeć na nią wpływ uspakajający.
A tak miałam czas zapełniony gospodarskiemi robotami, tak szybko upływały mi godziny i dnie, że nawet nie potrzebowałam udawać spokoju; czułam go w sobie istotnie, i wesołość, jaką okazywałam, nic mię wcale nie kosztowała.
Czasem tylko, gdy, ułożywszy matkę do spoczynku i zamknąwszy jéj do snu oczy pocałunkami, sama jedna wracałam do mojéj sypialni, niewyraźna trwoga mię ogarniała i głos wewnętrzny zadawał mi groźne pytanie: czy wydołasz temu zadaniu, które tak hardo przyjęłaś na siebie? Czy męztwo twoje i spokój ostoją się w tobie wtedy, gdy zostaniecie obie wygnane z pod rodzinnego dachu, i pójdziecie w świat szeroki na tułanie się pod groźbą ubóztwa i ciężkiéj, nieustannéj pracy? Wtedy siadałam z głową spuszczoną na dłonie, i długie godziny rachowałam się z własnemi siłami, całą mocą odpędzając od siebie obawy i zwątpienia, które przedstawiały mi z kolei niedostatek, mozolne trudy i cierpienia matki. Długa jesienna noc kończyła się niekiedy, lampa gasła i szary świt znajdował mię niepewną siebie, bladą, z czołem tylko rozognioném natłokiem myśli, co się do głowy cisnęły, i niepokojów, co ściskały serce. Wtedy zbliżałam się do okna i patrzyłam, jak śród mgły, podnoszącéj się do góry, różowiały piérwsze brzaski zarania, jak zwolna i świetnie z za krańców widnokręgu występowała tarcza słoneczna i rozpraszała do reszty mrok ustępującéj nocy. Patrząc na to, myślałam sobie: dla ilu to ludzi ten wschód słońca rozpoczynał dzień pracy i ubóztwa! ile ta tarcza złota, w godzinach wspaniałego swego po niebie przebiegu, oświetlić miała trosk i trudów, stokroć cięższych, niż te, które mię czekały! I przypomniałam sobie tę drogę, szeroką i daleką, o któréj śniło mi się niegdyś, że mię na nią wprowadził ojciec mój, i te roje geniuszów skrzydlatych, które unosiły się tam nad tłumami, wspierając, pocieszając, prowadząc i ucząc ludzi zmęczonych, spracowanych i rwących się do czynu. Więc sen mój spełnionym został: miałam wejść na tę wyśnioną drogę, która na jawie już teraz otwierała się przede mną? Czułam, że nad głową moją zawisł jeden z dobrych geniuszów ludzkości, i szeptał mi do ucha słowa zachęty i nadziei... Po takich rozmyślaniach nocnych i porannych, i po śnie krótkim, wstawałam znowu rzeźwą, ochoczą do pracy, zdrową na ciele i umyśle.
Tak upłynęło kilkanaście dni, podczas których pan Rudolf był codziennym prawie naszym gościem. Bawił zwykle krótko, mówił nie wiele, ale spostrzegałam, że, ile razy spoglądał na moję matkę, lub na mnie, oczy jego stawały się posępniejszemi i na czole bruzd mu przybywało. Zdarzało się to mianowicie wtedy, gdy matka moja, dotknięta jakiém nowém niepowodzeniem, smutniejszą i bledszą była, niż zawsze. Wtedy pan Rudolf zsuwał brwi, i dziwnym, szorstkim, właściwym sobie sposobem, usiłował ją pocieszać. Słowa pociechy jednak wyglądały na jego bladych ustach, jak kwiaty na grobie. Rzadko téż ich używał.
Daleko częściéj chwytał za czapkę i wyjeżdżał prawie bez pożegnania. Dziwiło mię wielce to wszystko i coraz wyraźniejszém mi się zdawało, że pan Rudolf poczuwał się do jakiegoś udziału w nieszczęściu, jakie spotkało moję matkę. Nie siliłam się jednak na rozwiązanie téj zagadki, bo człowiek ten cały był zagadką dla mnie; ale przyznać muszę, zagadką sympatyczną, pomimo wszystkiego, co wiedziałam o jego przeszłości, i niekorzystnych dla niego wniosków, jakie rodziły się w mym umyśle na widok jego współczucia dla mojéj matki, zakrawającego na zgryzotę sumienia.
Dziwiło mię także wielce, że pan Rudolf nigdy nie czynił przed nami najlżejszéj wzmianki o żonie swéj, ani o starszéj córce. Przestałam jednak dziwić się, gdy się dowiedziałam od mojéj matki, że pani Rudolfowa i Rozalia od roku stale już zamieszkały w Rodowie, że pani Rudolfowa pomagała zwijać babce Hortensyi bawełnę setnego numeru, i podnosiła jéj upadłe na ziemię kłębuszki. Temu się nie dziwiłam, bo wiedziałam oddawna, że piastowała ona w sercu swém nadzieję przyciągnięcia ku sobie na tych cieniuchnych niteczkach ciężkiego spadku swéj ciotki. Ale Rozalia? Czyliż-by i ona, idąc w ślady matczyne, pełzała nizko u tych stóp, które tak nielitościwie zdeptały jéj szczęście, dlatego, aby pieniądz, co kiedyś z martwéj wypadnie dłoni, zapłacił jéj nędznie za wszystkie popełnione błędy i doznane niedole?


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.