Pamiętnik Wacławy/Jutrzenka życia/IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Jutrzenka życia”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Jutrzenka życia” jako ePub Pobierz Cały tekst „Jutrzenka życia” jako PDF Pobierz Cały tekst „Jutrzenka życia” jako MOBI
Indeks stron

IV.

Piérwszym widokiem, który uderzył oczy moje, budzące się do pojęcia zewnętrznego świata, były pełne ludzi i turkotu ulice wielkiego miasta. Urodziłam się w ludnym i wspaniałym grodzie, w obszerném mieszkaniu moich rodziców, którego okna wychodziły na jednę z pryncypalnych grodu tego ulic.
Matkę moję pamiętam bardzo piękną. Miała twarz białą przy kruczych włosach i wyniosłą, pełną dumy, postawę. Na wysokiém czole mego ojca leżała także duma i pewna surowość, którą jednak łagodził wyraz ust, pełnych dobroci.
Byli więc oboje młodzi i piękni, mieli we mnie jedyne dziecię, które kochali bardzo, a jednak ciemna jakaś chmura wisiała nad domem naszym, nie usunięta nawet gwarem gości, nieustannie zapełniających mieszkanie. Owszem, zdawało się, że właśnie z łona gwaru tych ustawicznych zabaw chmura wypływała.
Ojciec mój ukazywał się w salonach rzadko, a gdy wracał do swego gabinetu, wydawał się smutnym i zmęczonym; matka sama jedna najczęściéj przyjmowała gości, a gdy się rozeszli, widywałam ją często płaczącą. Niepamiętam, abym widziała kiedy rodziców moich długo rozmawiających z sobą. Pokoje ich nawet położone były na dwóch odległych od siebie końcach mieszkania, a ja, przebiegając często z jednych do drugich, zdawałam się być jedyną łączącą je nicią. Pamiętam, że, szybko biegnąc z pokojów matki do pokojów ojca, gniewałam się na długi szereg salonów, które przebywać musiałam, myśląc, że one-to dzielą rodziców moich tak, iż ich nigdy razem widziéć nie mogę. W dziecięcéj naiwności zastanawiałam się nad tém, dla czego ludzie budują sobie tak rozległe mieszkania, aby ci, co je zamieszkują, wiecznie rozdzieleni żyć musieli, i z dziecięcym gniewem uderzałam drobną stopą posadzkę salonów, wyobrażając sobie, że karzę je za rozdział, jaki tworzą one pomiędzy rodzicami memi. Późniejsze doświadczenie przekonało mię, że dziecinny gniew mój miał słuszne podstawy, lubom ich wtedy nie rozumiała jeszcze. Tak, salony te w istocie dzieliły tych, których kochałam...
Jak sięgnę pamięcią, miałam zawsze obok siebie poczciwą moję Binię, w białym czepcu i okularach, a oprócz niéj bonę Niemkę; późniéj zaś nieco, Francuzkę. Pamiętam, że sercem lgnęłam do Bini, lubo karciła i gderała na mnie nieraz, a obojętną czułam się względem bon, chociaż pochlebiały mi i dogadzały. Bo téż Binia umiała mi opowiadać dziwnie piękne powieści, które głęboko wnikały w mój umysł i wyobraźnią i budziły do piérwszych życia marzeń i zachwytów. Codziennie prawie, o zmroku, w ustronnym pokoiku staréj piastunki mojéj, siadałam u kolan jéj na nizkim stołeczku, a ona opowiadała mi. Binia umiała téż na pamięć śliczne wiersze, legendy i gadki ludu naszego, poetyczne a rzewne. Uczyłam się ich od niéj; wiała z nich na mnie dziwna tęsknica, któréj często rozproszyć nie mogły ani szczebiotania bon, opowiadających mi cuda o obcych krajach, ani ładna sukienka, w którą strojono mię przed wieczorem dla pokazania mię w salonach méj matki, napełnionych gośćmi, ani pochwały tych gości, głośno zachwycających się moją twarzyczką i figurką i przepowiadających, że będę bardzo piękną, gdy dorosnę. Niekiedy pochwały te unosiły mię w siódme niebo, budząc wcześnie w piersi méj rozkosz, z zadowolenia miłości własnéj płynącą. Ale nieraz, gdy towarzystwo bawiło się wesoło, siadywałam w kąciku salonu i myślałam sobie o królowéj Jadwidze, lub mężnym Żółkiewskim, albo powtarzałam w myśli którą z opowieści ludowych, prawiących o sierotach biednych i o Aniołach Stróżach, które, z rozkazu Bożego nad głowami sierot tych wciąż wzlatują. Niekiedy także Binia dawała mi moralne nauki.
— Próżnujesz dziś, Waciu — mówiła — idź i zajmij się czémkolwiek. Ucz się, czytaj lub szyj co dla lalki; każdy człowiek zawsze coś robić powinien.
— A cóż robi mama? — pytałam Bini.
Zakłopotanie malowało się na twarzy mojéj piastunki, ale obecna rozmowie bona cudzoziemka podchwytywała prędko:
— Mama nic robić nie potrzebuje, bo jest bogatą panią.
— A co robi mój ojciec? — zwracałam się z nowém pytaniem do Bini.
Tym razem Binia nie była w kłopocie z odpowiedzią.
— Ojciec twój, Waciu — odpowiadała — zasiada codziennie na wysokiém krześle, które się katedrą nazywa, i tego, co sam umié, uczy kilkuset dorosłych już młodych ludzi. — Zastanawiałam się kilka chwil nad słowami Bini, a w umyśle moim tworzył się ze słów tych obraz, w którym wyobrażałam sobie mego ojca, siedzącego na tronie i przemawiającego do tłumu poddanych swoich, którzy go otaczali. Teraz rozumiem, że ojciec mój zasiadał na tronie królestwa nauk, a słuchacze jego byli podwładnymi jego ducha.
— Powiedz mi, Biniu — pytałam jeszcze — jeżeli mama jest bogatą, to i ojciec bogatym musi być także. Dlaczegoż mama nic nie robi, a ojciec jedzie tam codzień zasiadać na téj, jak mówisz, katedrze i nauczać innych tego, co sam umié?
Tu Binia była znowu w kłopocie.
— Bo widzisz, moje dziecko — mówiła, jąkając się — mama twoja jest światową damą, a ojciec uczonym naturalistą.
— Co to jest naturalista? — pytałam zdziwiona.
— Ja ci tego dokładnie wytłómaczyć nie potrafię — odpowiadała Binia — wiem tylko, że naturalista jest to człowiek, który wié, jak wzrasta każda trawka na ziemi i jakiemi drogami chodzą po niebie gwiazdy niezliczone; dlaczego kwiaty zapach wydają, robak pełza nizko, ptak wysoko lata, a człowiek czuje i myśli.
Znowu zastanawiałam się długo nad słowami Bini, a mała moja główka rady sobie z niemi dać nie mogła.
— Myślałam, że o tém wszystkiém wié tylko jeden Bóg, królujący nad gwiazdami — czyniłam w końcu uwagę. Binia odpowiadała:
— To téż człowiek, który, jak twój ojciec, zamyka się codziennie w cichym gabinecie i noce długie przepędza z książkami i myślami swemi, uczy się Boga rozumiéć.
Dziecięcy umysł mój uginał się pod wielkością orzeczenia Bini, a postać ojca przybierała w moich oczach olbrzymie rozmiary. Wyobrażałam go sobie siedzącym na tronie, który Binia nazywała katedrą, pośród mnóztwa ludzi, co słuchali jego mowy; albo w ciszy gabinetu swego uczącego się rozumiéć Boga, królującego nad gwiazdami.
Do gabinetu tego zbliżałam się często z przyśpieszoném biciem serca, uchylałam drzwi cichutko i wsuwałam się na palcach do pokoju, który miał dla mnie coś uroczystego.
Tam, pomiędzy ścianami, od góry do dołu zastawionemi mnóztwem książek, stało obszerne biuro, a na niém piętrzyły się rękopisma, rozkładały się karty geograficzne, stały globusy i różne niezrozumiałe dla mnie przyrządy, a o których wiem teraz, że były mikroskopami, retortami i t. p. naukowemi narzędziami.
Ojciec mój nie spostrzegał czasem mego wejścia, zajęty książką lub pisaniem. Wtedy wdrapywałam się na fotel, stojący w kącie pokoju, i przyglądałam się ciekawie otaczającym mię przedmiotom; raz usnęłam, tak siedząc,i obudziłam się w objęciu ojca, który zdjął mię z fotelu, posadził u siebie na kolanach i zapytał łagodnie:
— Pocoś tu przyszła, mała?
— Chciałam, ojcze, zobaczyć, jak uczysz się rozumiéć Boga — odpowiedziałam.
— Co ty prawisz, dziecko? — zaśmiał się ojciec, ale ja się nie śmiałam, bo pokój jego nastrajał mię poważnie.
— Binia mówiła mi — rzekłam — że ty, ojcze, Boga rozumiész.
Uśmiechnął się ojciec i odpowiedział, całując mię w czoło:
— Każdy człowiek, który pracuje, rozumié myśl Bożą. — Innym razem siedziałam sobie według zwyczaju mego na fotelu, stojącym w kątku pokoju, a ojciec, nie zważając na moję obecność, czytał pilnie w jakiéjś książce. Potém wstał, wydobył z szafy kilka jakichś słoiczków i buteleczek, ustawił na stole nieznany mi przyrząd, i długo a powoli wlewał i wsypywał coś do niego ze słoiczków i buteleczek. Przypatrywałam się ciekawie téj robocie, gdy nagle trysnęły z przyrządu iskry, po nich zapalił się żółtawy płomyczek o sinych brzeżkach, które zwiększały się coraz, aż z przyrządu buchnął szeroki, szafirowy płomień, a zarazem przyrząd zaczął huczéć, szumiéć i pryskać iskrami na wszystkie strony.
Z razu przelękłam się i zeskoczyłam z fotelu, zbierając się do ucieczki, ale gdym zobaczyła, że ojciec mój spokojnie siada naprzeciw płomienia i uważnie przypatrywać się mu zaczyna, usiadłam znowu na mojém miejscu, zdjęta wielką ciekawością.
Było to już przy schyłku dnia, pół-zmrok zapełniał pokój. Światło szafirowego płomienia padło prosto na twarz mego ojca, a rysy jego, obleczone sinawym kolorytem, odskakiwały od wpółciemnego tła pokoju z wyrazistością i nieruchomością pięknéj rzeźby. Szczyt płomienia śpiczastym językiem kołysał się w różne strony, tworząc na przeciwległéj ścianie migocącą grę świateł i cieniów. Nigdy nie widziałam ojca tak pięknym i majestatycznym, jak wtedy.
Po czarnych jego włosach przemykały sinawe odbłyski, niby fosforyczne, z płonącego płomienia wychodzące nici; czoło jego sfałdowało się nieco pod wpływem głębokiego namysłu, usta poruszały się cichym szeptem, a w źrenicach, wpatrzonych w przyrząd, nurtowała myśl, niezrozumiała wtedy dla mnie, ale tak potężna, że po ciele mojém przebiegły dreszcze wzruszenia i poczułam ochotę upaść na kolana. Nie wiem, jak długo trwał obraz ten, od którego nie mogłam oczu oderwać; powoli płomień zmniejszał się, w przyrządzie szum ustawał, parę razy jeszcze kilkadziesiąt iskier trysnęło i rozprysło się w powietrzu, aż nakoniec buchnęły kłęby dymu i niby obłokiem owionęły postać i twarz mego ojca. Powstał i wyprostowany wyciągnął rękę ku zgasłemu ognisku; na podniesioném czole jego spoczął wyraz tryumfu, a oczy zapałały śród cieniu ogniem wielkiéj radości.
Przysunęłam się po cichu i wzięłam go za rękę. Zbudził się z zamyślenia, ale się nie rozgniewał.
— Więc byłaś tu? — zapytał, schylając się nade mną.
— Ojcze — odpowiedziałam — tyś przed chwilą z Bogiem rozmawiał?
Wziął mię w objęcia i przytulił do piersi.
— Tak, dziecko — rzekł — w téj chwili Bóg odsłonił przede mną jednę z tajemnic swoich.
Nieprędko potém dowiedziałam się, że dnia tego ojciec mój zrobił ważne chemiczne odkrycie.
Jakże różnym od gabinetu mego ojca był budoar méj matki. Pod ścianą, orzuconą złoconemi kwiatami obicia, stała tam rzeźbiona toaleta z mnóztwem szuflad i szufladek i z wielkiém zwierciadłem. Po stolikach i stoliczkach stały cacka różne: kryształowe kubeczki, porcelanowe figurki, flakony z perfumami, bombonierki, koszyczki misternie wyrabiane.
Na stole przed kanapą leżały rozrzucone wkoło mapy, dzienniki mód, z których ja wybierałam najpiękniejsze malowane figurki; według ich wzorów szyłam suknie dla lalek, a potém wspaniałomyślnie darowywałam je Bini, która wyklejała niemi sobie parawan. Trzy razy na dzień matka moja siadywała przed toaletą i zmieniała ubranie. Lubiłam przypatrywać się, jak służąca umiejętną ręką rozplatała połyskliwe jéj włosy, które były tak długie, że po krawędzi taboretu zwieszały się aż na ziemię. Ale najwyższéj już doświadczałam przyjemności, gdy matka moja otwierała szuflady toalety i wydobywała z nich wstążki, koronki i różne pudełeczka. Wyciągałam wtedy na przód ciekawą głowę i ze szczególną uwagą zaglądałam w ostatnie. Były tam w złoto oprawne kamienie, zielone, ponsowe, błękitne i białe, o tęczowych połyskach.
— Jak się nazywa ten kamień? — pytałam moję matkę, pokazując broszę, zawartą w jedném z pudełek.
— To szmaragd — odpowiadała mi matka.
— A ten w bransolecie?
— To rubin.
— A te, które składają to kolie?
— To są turkusy.
— A ten w pierścionku?
— Brylant.
— Jak się nazywa ta materya? — pytałam innym razem, wskazując suknią, którą wkładała na siebie moja matka.
— Atłas — odpowiadano mi.
— A tamta, którą wczoraj mama miała na sobie?
— Tamta była mora.
Mając lat siedm, znałam po imieniu wszystkie drogie kamienie i materye.
— Jak wyrosnę, będę nosiła takie same — mawiałam do matki, a ona, śmiejąc się i żartując, przypinała mi u szyi brylantową broszę, wkładała w uszy ciężkie szmaragdy i całą moję figurkę owijała, jak w pieluchy, wielką chustką z pajęczéj koronki. Wtedy wskakiwałam na krzesło, stojące przed toaletą, stawałam na niém i z upodobaniem patrzałam, jak błyskały i migotały na mnie klejnoty kosztowne, i jak w malowniczych fałdach biała koronka do stóp mi spływała.
— A jak Wacia piękną będzie, gdy, dorosłszy, ustroi się już na dobre w to wszystko! — mawiały mi wtedy bony i służące.
— A jeśli do tego będzie jeszcze i rozumną — odzywał się pomiędzy niemi niekiedy głos mojéj Bini.
Lubo budoar mojéj matki zajmował mię nieskończenie i bawił zawierającemi się w nim przedmiotami, gdy tylko wiedziałam, że ojciec mój jest u siebie, biegłam do jego gabinetu, wsuwałam się na palcach i cichutko siadywałam w moim kąciku. Tam patrząc na twarz mego ojca i wodząc oczyma po tytułach książek, ustawionych przy ścianach, zapominałam o klejnotach i koronkach, jakie mię zajmowały w budoarze méj matki, a młodą duszyczkę moję nawskroś przejmowała uroczysta cisza pokoju, w którym, wedle wyobraźni mojéj i słów Bini, ojciec mój rozmawiał z Bogiem, królującym nad gwiazdami.
Te-to może chwile, w gabinecie ojcowskim spędzone, sprawiły, że potém, gdy wesołe grono koleżanek moich huczało wkoło mnie zabawą i swawolą, ja siadywałam niekiedy sama jedna w ciemnym jakim kąciku, nieokreśloną ogarnięta tęsknicą; tym-to chwilom może, winna byłam mój poryw do nauk i coraz nowe budzące się w méj głowie pytania, wiodące mię do zastanawiania się nad wszystkiém, co mię otaczało.
A również może z chwil, przepędzonych w budoarze mojéj matki, wyniknęły owe w przededniu opuszczenia pensyi, marzenia moje o sali balowéj i radość, jaką czułam na myśl o oczekujących mię blaskach i świetnościach.
Tak, niezawodnie, atmosfera, w któréj człowiek spędza dzieciństwo swe, niewidomym strumieniem przenika całą przyszłość jego. Piérwsze wrażenia życia wsiąkają w umysł i serce, tworząc szereg wpływów, najdłuższemi niezwalczonych latami.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.