Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XXVI.

Pewnego wieczora, gdy siedzieliśmy wszyscy w koło jednéj z czterech jednostajnych kanap, pan Agenor zaproponował grę, zasadzającą się na tém, że jedna z osób, należących do towarzystwa, miała zadawać pytanie, na które wszystkie inne odpowiadały z kolei. Była to jedna z gier towarzyskich, zwanych myślącemi.
Babka Hortensya, mimo surowości i wyniosłości swojéj, posiadała wielką umiejętność zajmowania gości, a szczególniéj od przyjazdu pana Agenora stała się wielce uprzejmą. Zadała więc piérwsze dowcipne jakieś pytanie, na które odpowiedzieliśmy wszyscy po kolei; towarzystwo ożywiło się, na zimnych twarzach wykwitły uśmiechy. Gdy przyszła na Rozalią koléj pytania, podniosła oczy, powiodła niemi wkoło i, na mgnienie oka zatrzymując je na twarzy pana Agenora, wyrzekła zwolna:
— Na jakiém miejscu téj ziemi wyrasta najpiękniejszy kwiat szczęścia?
— U stóp ołtarza — odpowiedziała babka Hortensya.
— U stóp twoich, najdroższa ciociu — podchwyciła wujenka.
— W sercu małéj dziewczynki, która bawi się świeżo podarowaną sobie lalką — smutnie wyrzekła babka Ludgarda.
— W sercu matki, cieszącéj się szczęściem swego dziecka — wymówiła moja matka.
— W pełnéj szkatule — na własne pytanie odrzekła Rozalia i zaśmiała się właściwym sobie pokornie-metalicznym śmiechem.
— Wśród szerokich pól, pod słońcem pomiędzy ptakami polnemi — rzekłam, przypominając sobie dziką różę, widzianą w południe.
— W szafirowych oczach pięknéj dziewicy — wymówił pan Agenor, bardzo wyraźnie patrząc na mnie.
— Na dnie mogiły — ozwał się pan Rudolf.
— W poczuciu osobistéj swobody — ostatni powiedział Franuś.
— Teraz na pana koléj — zawołała Rozalia, zwracając się do pana Agenora.
— Tak, pani — odpowiedział — i tworząc dalszy ciąg pytania, któreś pani zadała, zapytam: co najczęściéj przeszkadza ludziom do zerwania owego najpiękniejszego kwiatu szczęścia?
— Porywy własnéj wyobraźni — odpowiedziała moja matka, gdy przyszła na nią koléj.
— Poryw namiętności, nad którym człowiek zapanować nie umié — wyrzekł po niéj pan Rudolf.
— Słabość charakteru — powiedział Franuś.
— Zwyczaje — odrzekłam ze śmiechem, wspominając o moich rozmyślaniach nad zwyczajami.
— Długi — wymówiła zwolna i dobitnie Rozalia, podnosząc oczy i z nieopisanym wyrazem topiąc je w twarzy pana Agenora.
— Długi! zkąd-że ci myśl o nich przyszła do głowy, Róziu? — zawołałam zdziwiona.
— O, kuzynko! — odpowiedziała — nie masz pojęcia o téj śmiertelnéj chorobie, która się tak nazywa. Ona to jest przyczyną wielu samobójstw moralnych i fizycznych, podkopuje najpiękniejsze exystencye i do niéj można zastosować ten wiersz poety: „robak się lęgnie i w pięknym kwiecie”.
— Panna Rozalia mówi, jak bankier, blizki bankructwa, albo zrujnowany obywatel, nie mający pieniędzy na opłacenie podatków! — zaśmiał się pan Agenor, przymuszonym, jak mi się zdawało, śmiechem.
— O, panie! — zawołała Rozalia — wszak różne bywają bankructwa i ruiny, nie prawdaż? A czyliż komukolwiek nie może zabraknąć siły moralnéj do zapłacenia życiu podatku, podatku cierpień, regularnie dotąd wypłacanego?
Pan Agenor przecierał chusteczką szkiełko lornetki i dziwnie się uśmiechał.
— Teraz, moi państwo — wyrzekł — ponieważ ukończyliśmy koléj pytań i odpowiedzi, pozwólcie, abym wam opowiedział pewne oryginalne zdarzenie, którego byłem świadkiem, w czasie, gdym polował na lwy w Algierze.
— O, chętnie będziemy słuchali opowiadania pańskiego! — zawołała Rozalia — tém bardziéj, że polowania na lwy, żeglowania po morzach, przechadzki po bulwarach paryzkich i tym podobne rozrywki i przyjemności życia, mają związek ścisły z tém, o czém mówiliśmy dopiéro?
— Z czém-że to, Róziu? — spytałam, nic a nic jéj nie pojmując.
— Z długami — odpowiedziała spokojnie.
Pan Agenor zdawał się nie słyszéć téj odpowiedzi, i ze zwyczajną sobie werwą, zaczął opowiadać jakiś oryginalny rys krajów, w których przebywał.
Po raz piérwszy nie słuchałam go. Pytałam siebie: coby znaczyły docinki Rozalii o długach, rzucone w oczy panu Agenorowi? Miałżeby on wiele długów? A jeśli tak było, dlaczego tak żywo dotykało to kuzynę? dlaczego nie było to dla niéj równie obojętném, jak dla mnie. Długi? ani wiedziałam jaką-by ważność wyraz ten posiadał? ktoś komuś pożyczył pieniędzy i ktoś komuś je oddać powinien; oto i całe wyobrażenie, jakie sobie o tym wyrazie tworzyłam. Byłoż się czém zajmować? Alboż pan Agenor stawał się mniéj miłym, dowcipnym, pięknym, ponieważ miał długi? Czyliż-by w wyższym stopniu posiadał te zalety, gdyby ich nie miał? Że osoba pana Agenora obchodziła Rozalią, tego nie mogłam nie widziéć, ale w czém mogły obchodzić ją jego długi?
W godzinę potém babka Hortensya skinęła na Rozalią, aby szła za nią, i zaprowadziła ją do swego pokoju. Około drzwi tego pokoju przechodziłam potém wypadkiem i usłyszałam twardy a nakazujący głos babki Hortensyi i połączonych z nim parę łkań, jak mi się zdawało, wyszłych z piersi Rozalii. Żal mi się zrobiło kuzynki; myślałam, że babka zbyt ostro ją napomina za jakie rozminięcie się ze zwyczajem. Postanowiłam, gdy wróci do salonu, okazać jéj więcéj, niż wprzódy, sympatyi i współczucia, ale nie mogłam dopełnić tego postanowienia; bo Rozalia nie pokazała się już w salonie tego wieczora. Nazajutrz, gdy spotkałyśmy się z rana przy stole herbatnim, rzuciła na mnie takie spojrzenie, że odpadła mi wszelka ochota okazywania jéj przyjaźni i spółczucia.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.