Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XXII.

Gdyby nie obecność pana Agenora, dziwnie zaprawdę wygłądało-by kółko osób, które zasiadło wkoło jednéj z czterech jednostajnych kanap, zajętéj, jak zwykle, przez dwie moje babki. Było to niby zebranie familijne, wszyscyśmy tam byli spokrewnieni z sobą bliżéj lub daléj, słychać było same imiona babek, ciotek, wujów, kuzynek i kuzynów. A jednak lodowy chłód zdawał się ścinać wszystkie serca, a z serc wydostawał się na usta i twarze. Babka Hortensya zajęta była zwyczajną swą świąteczną robotą, to jest rozplątywaniem i zwijaniem na kłębuszki moteczków bawełny, z któréj w dnie powszednie wyrabiała frywolitki. Pani Rudolfowa siedziała obok niéj i, co chwila pokazując w uśmiechu swoje białe zęby, z rodzajem uniżonego pośpiechu, pomagała jéj rozplątywać cieniuchne nici, podnosiła z ziemi upadłe kłębuszki, podsuwała jéj pod nogi stołeczek, poprawiała poduszkę za plecami. Babka Hortensya z wyraźném zadowoleniem przyjmowała te wszystkie przysługi ugrzecznionéj kuzynki, i rzucała na nią bardzo przyjazne spojrzenia, które sprzeczały się rażąco z surowym i zimnym wyrazem jéj oczu.
Zasunięta w przeciwny róg kanapy, milcząca jak najczęściéj i z głową opadłą na piersi, siedziała babka Ludgarda, a o bok niéj siedząca, matka moja, postawą swą i wyrazem twarzy zdawała się umyślnie dostrajać do jak najzupełniejszego kontrastu z panią Rudolfową. Im więcéj ta ostatnia była uniżoną, tém dumniejszą i bardziéj sztywną stawała się moja matka; im więcéj było w niéj pochlebstwa i biernego zgadzania się z każdém poruszeniem i słowem babki Hortensyi, tém więcéj moja matka zamykała się w sobie i owijała się wyrazem hardéj dumy i godności. Daléj jeszcze pan Rudolf, zatopiony w głąb’ fotelu, milczał i albo trzymał oczy utkwione w posadzkę, albo patrzył niemi przed siebie, jak człowiek, którego myśli odbiegają od obecności w daleki jakiś punkt czasu czy przestrzeni. Kuzynek Franuś trzymał się z daleka, z miną, jak zwykle było w Rodowie, nieśmiałą; kuzynka Rozalia usiadła tak, aby skąpe światło, rozświetlające nawpół salon, jak najmniéj na twarz jéj padało i na amarantowém tle jéj fotelu widać było tylko kibić jéj kształtną, wyprostowaną i pokornie spuszczające się, śniade, marmurowe, spokojne czoło.
Pomiędzy temi wszystkiemi osobami zdawały się uwijać niewidzialne jakieś duchy tajemnych rywalizacyi, pokrytych przezroczystą powłoczką światowéj grzeczności, niechęci, graniczących z nienawiścią, a chowających się pod płaszczyk salonowéj etykiety, rozlicznych dolegliwości, starannie zamkniętych w piersi, których koniuszczki wyglądały raz po raz przez oczy, lub wypływały na chmurach, przesuwających się po czołach, w mgnieniu oka spędzanych pamięcią na przyzwoitość. Pokrewne imiona, któremi obdarzały się wzajemnie te wszystkie osoby, nie wychodziły z ich ust ciepło i serdecznie, ale wyglądały raczéj, jak etykietalne tytuły, dawane w imię zwyczaju i posłuszeństwa ślepego raz przyjętéj formie mówienia. Nie wiem już, jaki wrodzony instynkt badania i zaglądania w głąb’ wszystkiego, co mię otaczało, dał mi spostrzedz te wszystkie cechy towarzystwa, w jakiém byłam. Widziałam wyraźnie, że pani Rudolfowa, dla przyczyn, o których nie wiedziałam jeszcze wtedy, pochlebiała babce Hortensyi i grała przed nią kłamaną jakąś rolę; że matka moja zimną i dumną swą postawą protestowała przeciwko téj uniżoności i pokorze; że babka Ludgarda była zatopioną w smutnych jakichś myślach, które widocznie biegły w przeszłość; że pan Rudolf, obok żony i córki, istot, które miały mu być najbliższe, czuł się samotnym i nieszczęśliwym; że w cieniach mknących po twarzy Rozalii i w pokorze jéj postawy, a marmurowym spokoju czoła, leżała tajemnica jakaś dziwna; że kuzynek Franuś czuł się upokorzonym i nie na swojém miejscu; że, słowem: że żadna z tych osób nie była sobą; że każda z nich nosiła w piersi inne uczucia, niż te, które objawiały się w twarzy i słowach; że nie było między niemi ani dwóch serc, spojonych szczerą sympatyą lub przyjaźnią; że wszystkie one zebrały się tutaj, nie przez pociąg i wzajemne upodobanie w sobie, ale w imię niepojętego wówczas dla mnie interesu, albo posłuszeństwa zimnéj, despotycznéj etykiecie.
W przeciągu kilku minut spostrzegłam to wszystko, dojrzałam nawet rzeczy, których znaczenia nie rozumiałam jeszcze; niemniéj jednak, od tego chłodu, od tego przymusu, od téj dwulicowości osób mię otaczających, i na moje serce spadł przymus i ciężar. Siedziałam obok mojéj matki, zmieszana, zdziwiona własnemi uwagami; a, pamiętna na przestrogi babki Hortensyi i owiana atmosferą, jaką oddychałam, czułam sama, że byłam wyprostowana i sztywna bardziéj może jeszcze, niż to jest wymaganém od dobrze wychowanéj panny.
I powtarzam: dziwnie-byśmy tam wyglądali wszyscy, gdyby nie obecność pośród nas pana Agenora. Świetna i błyszcząca jego indywidualność rozjaśniała sobą pół-zmrok posępnego salonu. Skry, sypiące się z siwych jego oczu, rzucały blask na zimne czoła i sztywne postacie otaczających; głos jego, pełen modulacyi i zgięć przedziwnych, przywodził na pamięć w téj chłodnéj i ciemnéj szufladzie wiosnę, świat szeroki, ogrody pełne kwiatów i gaje brzozowe, szumiące śpiewem ptasząt.
Mowa jego była tak samo mądra i dowcipna, jak uśmiech ust i wyraz oczu. Pełno w niéj było niespodzianych zwrotów, błysków poetycznych, odbijających przy lekko wyrzucanych sarkazmach, jak promienie słońca przy sztucznych iskrach fajerwerku. Wysoka i smukła jego postać posągowych nabierała kształtów, gdy powstawał i opierał się o wysoką poręcz fotelu, a sam nawet ruch jego, którym, snać ze zwyczaju, wydobywał często chusteczkę i przecierał nią szkiełko od lornetki, jakże był wdzięcznym i pełnym dystyngowanego zaniedbania!
Piérwszy-to raz w życiu widziałam światowego mężczyznę w całém znaczeniu tego wyrazu; piérwszy raz w życiu uderzył mię w oczy ten przymiot, iskrzący się i jak ognie sztuczne mieniący się barwami tęczy. Widziałam blask, iskry, barwy, falowanie głosu i kształtów, miękkie i artystyczne, na wzór posągowych draperyi i... byłam zachwyconą.
Spojrzałam na kuzynka Franusia i, widząc jego zmieszaną postawę i smutny wyraz ust milczących, nie mogłam pojąć, jakim sposobem myśl o nim zajęła kilka tygodni mego życia. Błękitne jego oczy wydały mi się blade i bez życia, przy żywych, pełnych dowcipu i blasku źrenicach pana Agenora; on sam dziwnie mały, niezręczny, niepokaźny, przy świetnéj, wysokiéj, śmiałéj jego postaci.
Gdy, po godzinie rozmowy, babka Hortensya zaproponowała przechadzkę i wszyscy wyszliśmy do ogrodu, gdy różowe promienie zachodzącego słońca padły na twarz pana Agenora i bladość jego ożywiły ruchomą grą świateł, uznałam, że w piękności, dowcipie, powabie, przechodzi on o wiele bohatera powieści, o którym na pensyi śniłam dwie noce z rzędu. Kuzynek Franuś na daleki bardzo plan cofnął się w pamięci mojéj, a pan Agenor nie miał już w wyobraźni mojéj rywala.
Stałam się mówną, ożywioną, czułam, że byłam dowcipną, słowa potokiem cisnęły mi się do ust, majowe powietrze, owiewając twarz moję rozkosznie, sprowadzało na policzki rumieńce, w oczy wsypywało iskry.
Widziałam, że matka moja ściga mię pełnemi macierzyńskiéj radości oczyma, że nawet babka Hortensya mniéj surowo na mnie spogląda, że za to pani Rudolfowa, coraz częściéj pokazuje swe białe zęby, a przy spojrzeniu na mnie pana Rudolfa czoło jego mniéj chmurném się staje.
Widziałam to wszystko i po raz piérwszy zapragnęłam wzmódz sprawione na otaczających wrażenie. Pozwoliłam jednemu z moich loków, aby mi opadł na czoło i wązkiemi nićmi wił się po twarzy płonącéj; stąpałam tak, aby moja różowa sukienka płynęła za mną malowniczą falą, usta otworzyłam pół-uśmiechem, bo widziałam już w lustrze, że w takim razie były one najpiękniejszemi.
Szłam wsparta na ramieniu Rozalii; obok mnie postępował pan Agenor, prowadząc rozmowę, złożoną z urywanych frazesów, sypiących się jak grad iskier, i pół-uśmiechów, migocących po twarzy. Przechodziliśmy około pysznie rozkwitłego krzaku róż białych. Byłam tak pewna siebie, takie poczucie swobody i panowania mnie ogarniało, że, zerwawszy dwie róże, jednę z nich przypięłam do czarnych koronek, zdobiących mój stanik, drugą zaś ośmieliłam się podać panu Agenorowi z uśmiechem, mówiąc:
— Ze słów, któremi mnie pan powitałeś, wnoszę, że lubisz kwiaty. Daję więc panu tę różę, jako mój kwiat ulubiony.
Przypiął sobie różę do klapy ubrania i odpowiedział z ukłonem:
— Uszczęśliwiasz mię pani! — potém dodał półgłosem:
— W istocie, dzień ten do najszczęśliwszych mego życia policzę.
Ręka Rozalii znowu dziwnie ciężko zawisła na mojém ramieniu. Milcząca dotąd, podniosła oczy i ze zwykłym sobie, pełnym słodyczy uśmiechem, wymówiła:
— Czy doprawdy nie miałeś pan dni szczęśliwszych, niż dzisiejszy? czy doprawdy nie miałeś pan dni takich? O, powiedz mi pan! jeśli tak jest, będę bardzo uradowana, bo i w mojéj pamięci dzień dzisiejszy głęboko się zapisze...
Nie wiem, co odpowiedział jéj pan Agenor, bo wzrok mój padł na kuzynka Franusia, który szedł o kilka kroków od nas i dziwnemi oczyma patrzył na białą różę, tkwiącą przy klapie surduta pana Agenora. Był taki blady i taki jakiś smutny, że zdjęła mię litość i przez kilka sekund popatrzyłam na niego.
Jakby przyzwany tém mojém spojrzeniem, zbliżył się, a w czasie, gdy pan Agenor rozmawiał z Rozalią, szepnął mi z cicha:
— Dziś właśnie mija cztery tygodnie... jak o téj saméj porze, przy zachodzie słońca, dałaś mi, kuzynko, biały narcyz...
— A więc? — spytałam, nie podnosząc oczu na Franusia, bo sama nie wiedziałam czemu, ale przypomnienie to jego sprawiało mi przykrość.
— Nic, kuzynko — odpowiedział — myślałem tylko, że w życiu ludzkiém szczęśliwe chwile prędko mkną, bardzo prędko... a potém...
— A potém co? — spytałam — z coraz przykrzejszém poczuciem.
— A potém człowiek budzi się ze snu miłego i widzi, że na miejscu, na którém go sen postawił, stoi kto inny...
— Kuzynku! — zawołałam z urazą i żalem.
— O, przebacz! jeślim cię obraził, więcéj nigdy nie uczynię tego! — wymówił z cicha, głosem, w którym łzy drżały, i wszedłszy w boczną aleję, zniknął mi z oczu. Ścigałam go długo wzrokiem, serce moje podzieliło się na dwa uczucia. Żałowałam kuzynka i bolałam nad tém, że sprawiłam mu przykrość; ale z drugiéj strony tajemną rozkosz czułam na myśl, że jest serce, którém władam dowoli, które przeze mnie, dla mnie boleje; że jestem tak potężną, iż mogę jedném słowem pogrążyć kogoś w najwyższą radość lub smutek... Kiedy spojrzałam potém na Rozalią i pana Agenora, rozmowa przerwana już była między niemi.
Na twarzy Rozalii harde łuki brwi więcéj niż kiedy sprzeczały się ze spuszczonemi powiekami: pan Agenor piérwszy raz od przybycia do Rodowa zamyślił się, patrzył przed siebie nieruchomemi oczyma, a na gładkiém jego czole zarysowała się przykra jakaś zmarszczka, w któréj, jak mi się wydało, ból walczył z szyderstwem...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.