Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

XXI.

Jakże dźwięcznie zabrzmiało w mém uchu imię Agenor, wymówione przez jednę z mych babek, która mi go przedstawiła! Jakże długiém spojrzeniem spoczęły na mnie jego wielkie, ciemnosiwe oczy, tak mądre, tak przenikliwe i dowcipne zarazem, patrzące z pod wypukłych, podłużnie wykrojonych, powiek! Blady był tą wykwintną arystokratyczną bladością, która świadczy o życiu, spędzoném w bezczynnym spoczynku i w burzliwém miotaniu się na przemian; włosy miał ciemne, w gęstych zwojach spadające na czoło, niezbyt wysokie, ale szlachetnych linii, i takież faworyty, po angielsku rozdzielone. Pod małym wąsikiem, wedle najświeższéj mody zakręconym w dwa długie rożki, ponsowiały usta, o cienkich, delikatnych wargach i takim samym mądrym i dowcipnym uśmiechu, jakim był wyraz spojrzenia. Gdy podawał mi białą, wykwintną, o długich palcach rękę, tęczowym połyskiem błysnął przede mną wielki brylant jedynego, jaki nosił, pierścionka. Skłonił się i, nie spuszczając ze mnie wzroku, wymówił:
— Nie powiem pani, że z jéj przybyciem horyzont naszéj okolicy nową przyozdabia się gwiazdą; nie powiem także, iż jéj zjawienia się między nami oczekiwaliśmy, jak miłośnicy kwiatów oczekują o wschodzie dnia rozkwitu lilii białéj; nie powiem pani tego wszystkiego, lubo-bym mówił szczerą prawdę, gdyż posądzić byś mię pani mogła o używanie próżnych komplementów i oklepanych frazesów. Ale nie mogę powstrzymać się od wyrażenia, że ci, którzy oczekiwali gwiazdy, zobaczą słońce, a ci, co wyglądali rozkwitu pięknéj lecz pospolitéj lilii, ujrzą pojawioną między nami wspaniałą ozdobę dalekich krain.
Wymówił to tonem łatwym, lekkim, nawpół żartobliwym, nawpół głębokim. Głos jego miał brzmienie czyste, pełne odcieni i modulacyi, niby z doskonałą mechaniką instrument, z którego mistrzowska ręka wywołuje kameleonową grę tonów. Byłam onieśmielona, a zarazem przejęta niewypowiedzianém i niepojętém dla mnie saméj wzruszeniem. Daremnie siliłam się na odpowiedź; usta mi drżały i w głowie myśli wikłały się, tak, jak długie loki moje, które plątałam bezwiednie w palcach, nie mogąc od nich wzroku oderwać.
Ze stanu tego wyprowadziło mię poczucie bólu. Ręka stojącéj obok mnie Rozalii tak silnie zaciężyła na mojém ramieniu, że aż mię zabolało. Zarazem podniosła ona wzrok na pana Agenora, i patrząc mu prosto w twarz z pod swoich długich rzęs o tajemniczych cieniach, zapytała słodkim i nieśmiałym głosem:
— Więc pan znajdujesz, że, do przybycia tu mojéj kuzynki, na horyzoncie naszym nie było ani jednéj gwiazdy, a w okolicy ani jednego pięknie rozkwitłego kwiatu? Czy doprawdy pan tak znajdujesz? O! powiedz, że tak myślisz; przyniesie mi to niezmierną radość! Ja tak kocham kuzynkę Wacławę! tak pragnę, aby ją wszyscy uwielbiali!
Dziwnym był uśmiech pana Agenora, jakim odpowiedział kuzynce Rozalii, a dziwniejsze jeszcze spojrzenie, jakie na nią rzucił. Wydało mi się, że w piérwszym było trochę cierpienia, a w drugim błysnął wyrzut i gniew szybko stłumiony. Była to tylko jedna sekunda, potém skłonił się przed nią i wyrzekł:
— Kiedy astronom przygląda się niebieskiemu przestworzu i spostrzega nową gwiazdę piérwszéj wielkości, zjawiającą się pomiędzy innemi, raduje się, ale jednak nie zapomina o tych, które widział piérwéj i które stanowiły z dawna rozkosze jego oczu i myśli. A czyliż miłośnik hortykultury pogardzi wspaniałą centyfolią, co mu wczoraj pod oknem rozkwitła, dlatego, że dziś obok niéj zjawiła się śnieżna towarzyszka jéj — lilia?
Mówił to zwykłym sobie głosem, w którym lekkość salonowa łączyła się z głębokością tonów, zda się z samego dna piersi płynących. Spojrzałam na niego i na Rozalią: patrzyli na siebie przez parę sekund dziwnie... dziwnie... nic a nic nie pojmowałam, coby znaczył wyraz, jaki miały wtedy ich oczy, ale instynktowo poczułam przykrość. Opuściłam ramię Rozalii i usiadłam obok mojéj matki.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.