Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/LIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

LIII.

W trzy dni potém siedziałam jeszcze, według zalecenia lekarza, w swoim pokoju, z bólem głowy i mocno zmęczona a wzruszona, bo przed chwilą właśnie opowiedziałam historyą katastrofy zaszłéj ze mną i z panem Lubomirem. Helena, która, siedząc naprzeciw mnie, słuchała uważnie, nie przerywała mi ani jedném słowem, tylko od czasu do czasu uśmiechała się właściwym sobie smutno-ironicznym śmiechem. Zdziwi się może ktokolwiek, że tak drażliwe i przykre dla mnie przejście opowiadałam towarzyszce; ale naprzód, jak najczęściéj bywa u bardzo młodych osób, nie miałam tajemnic dla rówiennic moich, z któremi byłam sprzyjaźniona; następnie, Helenka była mi jedną z najsympatyczniejszych i najbliższych towarzyszek; nakoniec była ona znacznie starszą i doświadczeńszą ode mnie, wierzyłam w jéj rozsądek i znajomość ludzi, pragnęłam więc, aby mi wytłómaczyła to, czego dotąd jeszcze w postępowaniu i osobie pana Lubomira zrozumiéć nie mogłam.
— Jeżeli nie w szczególności, to w ogólności przewidziałam to, co mi teraz opowiedziałaś — ozwała się Helenka, gdym skończyłam mówić — byłam pewną, że ulegniesz rozczarowaniu tak prędko, jak uległaś złudzeniu pana Lubomira. Znam go oddawna; był on piérwszym młodym człowiekiem, którego poznałam, i który starał mi się podobać, gdy w świat wyszłam; miałam dla niego dość żywą sympatyą; tak, jak ty, uznawałam go skończonym ideałem, i tak, jak ty również, choć innemi sposobami i zbiegiem innych wypadków, przekonałam się, że jest to sobie wielce tuzinkowe indywiduum, i że cała garść marzeń i westchnień, jaką en l’honeur de lui straciłam, była najzupełniéj próżnym wydatkiem...
— Ależ moja droga! — zawołałam — dlaczegoż tak pięknie mówi? dlaczegoż tak wzniosłe i szlachetne wygłasza zasady i pojęcia?
— Deklamator! — odrzekła krótko Helenka, wzruszając ramionami.
— Czy podobna jednak — wymówiłam jeszcze — aby, mówiąc w ten sposób, człowiek nic a nic nie czuł tego o czém mówi, nic a nic nie obstawał w życiu za tém, co wygłasza? — Helenka uśmiechnęła się po swojemu i znowu ramionami wzruszyła.
— Moja Waciu — wyrzekła — gdybyś była cokolwiek doświadczeńszą, niż jesteś, a cokolwiek mniéj wrażliwą i skłonną do uwierzenia pięknym pozorom, dostrzegła-byś w samych słowach pana Lubomira przesadę, nadętość, więcéj brzmiących wyrazów i frazesów, niż zdrowych i głębokich myśli. Jest to, moja droga, dzwon, wydający z siebie donośne głosy, ale wewnątrz pusty; jest to jeszcze aktor, nie umiejący nawet dobrze na pamięć swojéj roli, ale recytujący ją wielkim głosem i z wielkiemi, gestami dla uczynienia effektu na spektatorów; jest to jeszcze przedewszystkiém nicość chodząca, która, poczuwszy sama w sobie, że jest nicością, a nie chcąc uchodzić przed światem za nią, oblokła się od stóp do głowy w wiele mówiącą melancholią, w romansowe zamyślenie, we wspomnienia przebytych cierpień, w duchową idealność i poetyczność, w cały ten, słowem, arsenał wyuczonych pozycyi, frazesów, spojrzeń, gestów, mimiki, w jakie uzbrajają się zarozumiali a ambitni głupcy, hultaje, chcący posiadać uwielbienie ogólne, a nie myślący o zdobyciu go jakąkolwiek zasługą; pogromcy serc kobiecych, idący do swych celów w romantycznym płaszczu Almawiwy, o melancholijném spojrzeniu Dafnisów i tutti quanti podobnych głupców, hultajów, Donkiszotów i Donżuanów, od których niech każdą z nas broni Bóg i Najświętsza Panna Marya Ostrobramska!
Wypowiedziawszy tę tyradę, Helenka odetchnęła głęboko, bo ból piersi, jakiego doświadczała, utrudniał jéj długie mówienie; ale widząc, że patrzę na nią z lekkiém zdziwieniem, uśmiechnęła się i mówiła daléj:
— Moja droga! Spostrzegam, że dziwisz się, iż mam tyle doświadczenia i umiem tak dobrze rozgatunkować ludzi. Otóż nie dziw się; mam dwadzieścia dwa lata; sześć lat całych i okrągłych żyję już na świecie, jako panna dorosła i na wydaniu; do tego, jak wiesz, mam niezły, choć niezbyt wielki posag, nie jestem zupełnie brzydką, a rodzice moi pragną, abym się co najwięcéj bawiła, jak najładniéj ubierała, jak najświetniéj za mąż poszła i t. d. To wszystko dało mi sposobność poznania wielu ludzi, a że mam z natury dar spostrzegawczy i że długo byłam dręczona takąż żądzą ideałów, jaka ciebie dręczy, zatém... zatém patrzyłam, myślałam, poznawałam i... poznałam. Poznanie to, kto wié? może mi życie kosztować będzie, bo z początku wiele płakałam, potém wiele śmiałam się, a śmiech, wierzaj, więcéj mi zaszkodził od płaczu. Mówiłaś mi, że i ciebie śmiech porwał, gdy zobaczyłaś owę sławną scenę w przedpokoju; to źle! strzeż się podobnego śmiechu, bo mogą cię z czasem piersi boléć, jak mnie bolą, nerwy ci się rozstroją i dostaniesz kaszlu, który bardzo źle wróży... No, ale mniejsza oto! o czém-że to ja chciałam mówić? — ciągnęła Helenka po krótkiéj pauzie, w czasie któréj zakaszlała w istocie — a! o panu Lubomirze! Otóż widzisz, znałam ja niejednego już takiego romantycznego młodzieńca, który śpiewał, ba, czasem i pisał, alias gryzmolił ody pochwalne na cześć miłości, prawił o wiekuistém połączeniu się serc dwojga, o kochaniu do grobowéj deski, o chatce w lesie z ukochaną, a obok tego nie pogardził przystojną twarzą pokojówki i recytował przed nią słowo w słowo, tylko w przystępniejszéj nieco formie, to w garderobie, co téj ukochanéj swojéj prawił w salonie.
I takich jeszcze zdarzyło mi się widziéć, którzy, przesiedziawszy kilka lat w Paryżu i nasłuchawszy się tu i owdzie tego i owego, szerokie mówili kazania o równości wszystkich ludzi pomiędzy sobą, głośno powstawali przeciwko przesądom tego świata, oświadczali, że są rycerzami, gotowymi w każdéj chwili skruszyć kopię z każdym, kto-by się jeszcze przesądów tych miał trzymać, ale gdy nadeszła sposobność wprowadzenia w czyn tych wszystkich pięknie wygłaszanych frazesów... traf! rycerz przemienił się w barana, i ze spuszczonym łbem biegł za swym stadem i beczał, jak inne beczały... Otóż pan Lubomir jest jota w jotę takim Donżuanem, strojącym się w płaszcz Almawiwy i w sentymentalizm pasterzy złotych wieków; takim rycerzem, wojującym językiem, a wobec czynu przemieniającym się w wiernego swemu stadu barana, i w tém-to właśnie leży klucz do zagadki jego całéj moralnéj wartości, redukującéj się do zera, i téj pozornéj sprzeczności pomiędzy słowami jego a postępowaniem.
— Czy jesteś zupełnie przekonana — przerwałam — że pan Lubomir nie miał żadnéj istotnéj słuszności, odmawiając ręki swéj siostry panu Władysławowi N. i że uczynił to jedynie przez dumę i posłuszeństwo zwyczajom, panującym w jego klasie?
— A ty czy jeszcze wątpisz o tém? — zapytała nawzajem Helenka. — Czyliż człowiek, który udaje zapał miłosny, przysięga miłość do grobowéj deski, a w moment potém przeniewierza się własnym słowom w najlekkomyślniejszy i najbrudniejszy sposób, może być pod innemi względami konsekwentnym z samym sobą, szczerze wyznającym w czynie to, co wyznaje i głosi ustami? Nie, moja droga! pan Lubomir nie miał żadnéj słuszności, raniąc tak boleśnie serce biednéj Zosi, i odpychając od niéj jedyną może sposobność uczciwego i prawdziwie szczęśliwego zamążpójścia, jaka jéj się w życiu zdarzyła. Pan N., lubo jest jeszcze młodym, posiada ogólną i ustaloną opinią zacnego, rozumnego i biegłego w swym zawodzie człowieka. Wiem o tém szczegółowo i dokładnie, bo stryj mój, który, jak wiesz, jest bardzo bogaty, ale usposobieniem różni się wielce od mego poczciwego i najlepszego, lecz pełnego kastowych pojęć, ojca, używa zwykle pana N. jako adwokata i niezmiernie go lubi i szanuje. Brat mój stryjeczny, którego nie znasz, bo kształci się teraz w Uniwersytecie, jest najściślejszym pana N. przyjacielem. Przyjeżdżał on właśnie w tych dniach do rodziców, z powodu pewnych spraw familijnych, i widział młodego adwokata w kilka godzin po otrzymanéj przez niego od brata Zosi odmowie. Opowiadał nam, że znalazł go pogrążonego w wielkim i prawdziwym żalu, nad którym jednak panowało poczucie obrażonéj dumy i godności osobistéj. Lubomir bowiem niczém rozumném nie umiał usprawiedliwić swojéj odmowy, a z całego jego znalezienia się i sposobu, w jaki mu ją wyłożył pan N. wniósł, że jedyną przeszkodę do połączenia się jego z Zosią stanowi, w wyobrażeniu jéj brata, pozycya jego społeczna, jako człowieka pracy, który sam sobie winien wszystko i nosi, jak wiadomo, demokratyczne nazwisko, przypominające wyraźnie pochodzenie od zagrodowéj szlachty...
— To okropne! — zawołałam — jaka obłuda! co za nieszczerość! Wszak jeszcze brzmią mi w uchu słowa pana Lubomira:
„Pękają już mury średniowiecznych przesądów, które dzieliły dotąd ludzi na klasy i stany! Dziś praca uszlachetnia! Dziś poczciwy biedak więcéj wart od nieuczciwego bogacza.”
— I tam daléj, i tam daléj! — przerwała mi, śmiejąc się, Helenka. — Frazesy żywcem wyjęte z ust jakiegoś republikańskiego mówcy, albo jakiegoś zrujnowanego markiza, starającego się o córkę bogatego episiera i pragnącego przypodobać się au pauvre diable le riche papa admiracyą rotiury i naprędce włożoną czerwoną czapką. Pan Lubomir przywiózł z sobą z za granicy wszystkie modne formuły o egalizacyi i fraternizacyi, i popisuje się niemi tak, jak Diumasowskiemi apostrofami do miłości, melancholicznemi pozami i tym podobnemi obsłonkami, któremi pragnie pokryć swą istotną nicość, zajaśniéć w towarzystwie i sprawiać swoją, bladą zresztą, osobistością nieustanne efekta; ale gdy idzie o wydanie siostry za człowieka, który nie posiada dóbr i pracuje na kawałek powszedniego chleba, o! wtedy rzecz inna! Wtedy pardon monsieur, vous étes peuple, a moja siostra jest bien née i powinna zostać jaśnie wielmożną panią, nie jakąś tam adwokatową, czy doktorową, czy jakiegokolwiek tam zresztą demokraty i wyrobnika żoną. Inaczéj, jakże-bym spojrzał w oczy światu? Jakże-bym pogodził moję własną wielkość z małością mojego szwagra, le pauvre diable adwokata, czy kogoś tam z tego gatunku?
Co innego, moja droga, mówić, a co innego czynić. Dla mówienia pięknych i górno-brzmiących słów, dosyć jest miéć trochę pamięci i wiele próżności; ale dla dokonania czynu, trzeba odwagi i prawdziwych przekonań, a tych, mój Boże, okazów świat nasz posiada tak mało, jak zoologiczne gabinety białych kruków i czarnych łabędzi...
Ostatnie wyrażenie było ulubioném przez Helenkę porównaniem, gdy mówiła o miłości, szczęściu lub ideałach.
Umilkła i czoło na dłoń spuściwszy, zamyśliła się. Na bladych jéj policzkach wybiły się dwie plamki, z oczu wpatrzonych w posadzkę strzelał smutny a gorący wyraz. Z wielkim smutkiem patrzyłam na nią. Sześć lat, mój Boże, sześć lat tylko życia, spędzonego w ciągłym gwarze zabaw i tłumie ludzi, tak chłodne, bolesne rozczarowanie wlało w tę piękną, myślącą i szlachetną istotę!
Nagle Helenka podniosła głowę i zawołała:
— A propos! zapominam ci téż oznajmić ważną nowinę, la nouvelle du jour, którą od wczoraj cały nasz świat powtarza!
— Cóż to takiego? — zapytałam ciekawie.
— Zenia przyrzekła panu Michałowi...
— Czy już? — zawołałam.
— Już i to po długich wahaniach się — odpowiedziała Helenka. — Stało się to w dniach, gdy byłaś cierpiącą i nie mogłaś widywać nikogo. W braku ciebie, Zenia obrała mię sobie za powiernicę i któregoś dnia wpadła do mnie, jak to wiész ona umié, z trzaskiem drzwi i szelestem sukni, uścisnęła mię i zawołała:
— Czy wiesz? już oświadczył się.
— I cóż mu odpowiedziałaś? — spytałam.
— Rozkazałam mu, aby na decyzyą moję czekał trzy dni!
— A jakąż będzie ta decyzya?
— Alboż ja wiem? zdaje się, że odmówię!
Po téj rozmowie z pół godziny biegała po moim pokoju od okna do drzwi i od drzwi do okna, nic nie mówiąc, a tylko szarpiąc z całéj siły rękawiczkę; potém uścisnęła mię znowu i pojechała, ani wspomniawszy więcéj o panu Michale. Nazajutrz, zaledwie ubrałam się, przyjechała znowu. Była daleko już poważniejszą i, co dziwna, nie miała wcale na twarzy rumieńców. Usiadła ze mną na sofce i ze dwie godziny prawiła mi o różnych rzeczach, o sukniach, o teatrze, o wczorajszym wieczorze, a ani słówka nie wspomniała ani o panu Michale, ani o swojém postanowieniu. Mówiła zaś tak prędko i ciągle, jakby lękała się, abym jéj nie zadała jakiego pytania. Dopiero żegnając się ze mną i zawiązując wstążki od kapelusza, rzekła krótko:
— Czy wiesz? zdaje mi się, że dam mu słowo! — potém, nie czekając mojéj odpowiedzi, pocałowała mię i wybiegła z pokoju. Tego samego dnia wieczorem znowu przyjechała. Biedną rękawiczkę trzymała w ręku, całkiem podartą i poszarpaną.
— Wyobraź sobie! — zawołała zaraz przy wejściu — mama koniecznie chce, abym mu przyrzekła. Emilka odradza, ja sama téż nie chcę go i z pewnością odmówię!... Odmówię! odmówię! — powtórzyła kilka razy, szarpiąc nieszczęśliwą rękawiczkę; porozmawiała jeszcze ze mną parę minut o rzeczach obojętnych, nie chcąc nawet usiąść, i uciekła. Wczoraj byłyśmy z mamą u jéj matki, a w czasie, gdy starsze panie usiadły na kanapie i zajęły się rozmową, Zenia pociągnęła mię do swego pokoju i, chwytając moję rękę, rzekła: — Czy wiesz? już przyrzekłam! — Poczém zakryła twarz chusteczką i w głos się rozpłakała. Emilka była także bardzo smutna i łzy miała w oczach. Przyznam się, że żałuję Zeni; dobra to bardzo i nie głupia dziewczyna, a przewiduję, że nie będzie wcale szczęśliwą, jeśli danie słowa przyszłemu małżonkowi tyle ją walki i bólu kosztowało...
Zaledwie Helenka skończyła mówić, gdy z trzaskiem i na oścież otworzyły się drzwi, a do pokoju weszły: Emilka i Zenia. Przy piérwszych powitaniach i uściśnieniach uważałam, że twarz Zeni miała wyraz rozpromienienia i wesołości. Usiadła przy mnie i zapytała z cicha: — Czy wiesz, Waciu, co w tych dniach zaszło ze mną? — Wiem — odpowiedziałam, patrząc ze zdziwieniem na jéj rumianą twarz i śmiejące się oczy. — A więc wszystkie już wiecie o tém! — zawołała głośno Zenia, zrywając się z kozetki, — niéma więc sekretu? Idę za mąż! ślub odbędzie się w ostatnią niedzielę karnawału, a ponieważ dzieli nas od niéj kilka zaledwie tygodni, jesteśmy z Emilką literalnie zarzucone robotą i kłopotami...
— Kłopotami około czego? — przerwałam.
— Około wyprawy mojéj! — zawołała Zenia, biegając po pokoju, i żywo gestykulując, mówiła daléj: — Myślicie może, iż to jest rzecz łatwa zrobić wyprawę! Otóż mylicie się; i ja tak myślałam, ale widzę teraz, że się myliłam. Grand Dieu! jakaż to praca! Mama, Emilka i ja, we trzy, zaledwie będziemy mogły wydołać zadaniu. Zaczęło się to dopiéro od wczoraj, a już mam głowę przewróconą od tego huku, stuku, jeżdżenia, targowania się, kupowania, przymierzania, a cóż to daléj będzie? Przyjdzie chyba zapomniéć o Bożym świecie...
— I o narzeczonym — przerwała, śmiéjąc się, Helenka.
— Ja sobie swoją drogą, a on swoją — odpowiedziała Zenia — ja kupuję suknie, koronki, szale, biżuterye, kapelusze, czepeczki i t. d., a on pojechał kupować powozy, konie, liberye, meble, zwierciadła i t. d., i nie zobaczymy się, aż w wigilią ślubu.
— Jakto? — zawołałam — nie zobaczysz narzeczonego, aż w wigilią ślubu?
— A na co mi on potrzebny? — zawołała Zenia; — przeszkadzał-by mi tylko w robieniu sprawunków.
— I nie będzie ci za nim tęskno? — spytałam.
Zenia zrobiła drwiąco-wesołą minkę.
— Zeniu — ze smutkiem wyrzekła Emilka — gdybyś kochała pana Michała, nie tak-byś mówiła...
Zenia obie ręce do uszu podniosła.
— Moja Emilko! — zawołała — już ty mi dość nagadałaś o tych swoich kochaniach i niekochaniach, straconych marzeniach, przyszłych nieszczęściach i tym podobnych rzeczach, o których więcéj słyszéć nie chcę. Daj mi już raz święty pokój z tym swoim: „ależ ty go nie kochasz!” Słyszałaś przecie, jak mama mówiła, że l’amour viendra après le mariage! Wprawdzie, między nami mówiąc, nie bardzo ja w to wierzę, aby francuzkie to przysłowie sprawdziło się na mnie, i abym miała po ślubie zapłonąć gorącą miłością dla mego przyszłego małżonka. Ale stało się! rzecz zdecydowana! nie kocham wprawdzie pana Michała, ale nie mam téż do niego antypatyi i uważam go za dobrego i poczciwego człowieka. Przytém, zostając jego żoną, otrzymam pewność, że nie będę już nigdy starą panną, co przy moich problematycznych wdziękach i problematyczniejszym posagu było bardzo możebném. Jako mężatka, będę miała niezależną w świecie pozycyą, swobodę rozporządzenia się wszystkim, co będzie do mnie należało, i mnóztwo przyjemności, rozrywek, zabaw, których pan Michał z pewnością mi dostarczy, bo kocha mnie i jest dobry i bogaty...
— A serce? — ozwała się z wolna Emilka.
— A obowiązki? — powtórzyła za nią Helenka.
Zenia znowu przycisnęła uszy rękoma.
— I znowu te wielkie wyrazy! — zawołała. — I kiedyż dacie mi już święty z niemi pokój? Serce? wielka mi rzecz! Jeżeli chcecie wiedziéć, to teraz nic a nic nie czuję, że mam w sobie to niespokojne narzędzie kochania...
— A jak poczujesz, że je masz, a będzie już po ślubie? — zapytała Emilka.
Alors nous verrons! — z komiczną powagą odrzekła Zenia.
To rzekłszy, pożegnała się ze mną i z Helenką, i pociągnęła z sobą siostrę, mówiąc, że mają jeszcze do zrobienia przed obiadem kilka sprawunków. Wkrótce po nich i Helenka mię opuściła.
Gdy zostałam sama, długo myślałam o Zeni i jéj dziwném dla mnie usposobieniu. Dotąd wyraz „narzeczona” przedstawiał mi zawsze dziewicę, całą przejętą głębokiém a świętém wzruszeniem, więcéj zamyśloną, niż wesołą, z trwogą i nadzieją zarazem marzącą o téj nieznanéj przyszłości, odsłaniającéj przed nią rożek swéj tajemniczéj zasłony, nie mogącą ani na dzień jeden bez bólu rozstać się z wybranym swego serca. Tak wyobrażałam sobie zwykle narzeczoną. I otóż ujrzałam dziewicę, która przed dwoma dniami tém mianem się przyoblokła, i jakże ujrzałam ją różną od narzeczonéj, co się zjawiła w méj wyobraźni! Pośród aksamitów, koronek i szalów, mających składać pyszną wyprawę, fruwała ona lekko, jak motyl, serca nie czując w piersi, do przyszłości mówiąc lekkomyślnie: Alors nous verrons!
Narzeczony jéj, o kilkadziesiąt mil oddalony, skupował także powozy, konie, liberyą; a pożegnawszy się w tym dniu uroczystym, gdy ona mu powiedziała: będę twoją! zobaczą się dopiéro z sobą aż w wigilią ślubu!... I nie tęskno jéj za nim, i ze śmiechem mówi ona: „a na cóż mi on potrzebny?”
— Nie! — zawołałam w myśli — jabym nie taką była narzeczoną! Jabym z wybranym moim długie, długie spędzać musiała godziny, aby ducha jego tak ściśle, tak ściśle ze swoim zespolić, iżby już byli jak bracia rodzeni. Jabym narzeczonemu memu tyle, tyle rzeczy do opowiedzenia miała i pragnęła-bym słuchać go w cichych minutach zmroku, jak-by mi mówił o wszystkiém, co żyje na niebie i ziemi, o ludzkości ogromnéj, kraju kochanym, czynach i cnotach wielkich, i o sobie, i o tém, jak mię kocha! A jabym pytała jego, jaką będzie ta nasza przyszłość wspólna, ta droga, na którą on mię wprowadzi? Czy na wzór ptaków, co z rozpiętemi skrzydłami kołyszą się pod niebem wysokiém, dusze nasze, nierozłączone z sobą, uniosą się nad poziom pospolitości, górnych wyżyn cnót i czynów dosięgną? Czy serca nasze, pod blaskiem i ciepłem uczucia, wiecznie kwitnąć będą miłością i poezyą, jak kwiaty purpurą i bielą kwitną pod słońca promieniem? I pytała-bym go jeszcze: czy bardzo kocha mię? czy lubi kolor moich włosów? czy w oczach moich odgaduje mą miłość? I prosiłabym, aby spojrzał na mnie, a gdyby już to uczynił, czytała-bym w jego oczach przyszłość mego życia, szczęście mego serca, spełnienie moich przeczuć, wiarę mego umysłu... I gdzież-by mi już po tém wszystkiém było myśléć o wyprawie! Niech-by już sobie o niéj myślał kto chciał, jabym myślała o nim i o przyszłości.
Tak marzyłam długo, gdy nagle ocknęłam się. Z marzeń moich obudziła mię myśl, że może nigdy dziać się tak ze mną nie będzie, że może nigdy niczyją nie będę narzeczoną!
Wszak dwa razy już w życiu przekonałam się, że mogę kochać takiego człowieka, w którego wielkość, zacność i rozum bez granic uwierzę. Z upadkiem wiary téj, więdnie we mnie kwiat uczucia. Mogę tylko ukochać człowieka z piękną duszą... dlaczego tak jest? Wie o tém chyba jeden Bóg, który stworzył moję duszę. A takiego człowieka czy spotkam kiedy na drodze mojéj? Ludzie tacy, to białe kruki, mówi Helenka.
A jeszcze czy którykolwiek z takich ludzi zechce zbliżyć się do mnie i będzie mógł mnie ukochać? Czy każden z nich nie weźmie mię za lalkę ustrojoną, za próżną i wietrzną istotę, kochającą tylko zabawy i błyskotki i upędzającą się za tém, co się zwie w świecie świetnym maryażem? I czy każdy z nich, wziąwszy mię za taką, nie ominie z lekceważeniem, co najwięcéj z litością? Wszak i Helenka mówi, że tak zwykle bywa na świecie.
Można więc przejść życie całe, nie spotkawszy dusz bratnich, lub rozminąwszy się z niemi na rozstajnych drogach, zapoznając lub będąc zapoznaną.
Więc może kiedy, po latach wielu, z pooraném czołem i przygasłemi oczyma, usiądę, jak babka Ludgarda, przed oknem o widniejącym kawałku nieba, i patrzéć będę, jak w klatce swéj trzepocą ptaszki niewolne, a drżące od niewypłakanéj tęsknoty usta moje wyszepcą nad brzegiem mogiły: postarzałam, życie przebyłam sama jedna, nikt mię nigdy nie kochał!...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.