Pamiętnik Wacławy/Świat mojej matki/LII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Eliza Orzeszkowa
Tytuł Pamiętnik Wacławy
Podtytuł Ze wspomnień młodéj panny ułożony
Data wydania 1884
Wydawnictwo S. Lewental
Drukarz S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst „Świat mojej matki”
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako ePub Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako PDF Pobierz Cały tekst „Świat mojej matki” jako MOBI
Indeks stron

LII.

Po śnie niespokojnym, który mi same smutne, choć niewyraźne, przedstawiał obrazy, wstałam późno z ciężką głową i tak byłam zajęta myślami o biednéj Zosi i wczorajszym postępku Lubomira, że zaledwie monosylabami mogłam odpowiedziéć matce, troskliwie i z niepokojem dopytującéj się, co mi było, dlaczego wyglądałam blado i w szczególniejsze wpadałam zamyślenie.
W parę godzin po południu siedziałyśmy obie w bawialnym salonie. Matka czytała jakiś nowy romans, który ją wielce zajmował, ja z roztargnieniem i prawie machinalnie haftowałam mankietki; oznajmiono Lubomira. Matka pośpiesznie i z zadowoleniem wyrzekła: prosić! Ja czułam zwiększający się niepokój.
Lubomir z głębokiém uszanowaniem powitał moję matkę, mnie uścisnął za rękę silniéj, niż zwykle, przy czém oczy jego zapaliły się temi iskierkami, które najczęściéj ukazywały się wtedy, gdy patrzał na mnie. Rozmowa szła z pół godziny zwykłym trybem, z tą tylko różnicą, że ja bardzo mało mieszałam się do niéj. Smutna byłam i roztargniona; myślałam wciąż o rozpłakanéj biednéj Zosi; nie mogłam oderwać oczu od twarzy Lubomira, tak pragnęłam wyczytać na niéj powody jego wczorajszego postępku. Lubomir wydawał się także więcéj zamyślony, i więcéj jeszcze, niż zwykle, melancholiczny; matka, która i tak od pewnego czasu zostawiała nas niekiedy sam na sam, jakby w chęci, abyśmy się prędzéj i lepiéj porozumieli, powstała, i przeszedłszy do sąsiedniego gabineciku, usiadła z książką na sofce, tak, że, zostawiając nam wszelką swobodę rozmawiania, nie straciła nas jednak z oczu. Lubomir był u nas częstym gościem. Matka moja, jako tak znacznie starsza, czuła się uwolnioną od zbytnich ceremonii z młodymi ludźmi, to też oddalenie się jéj do sąsiedniego pokoju było bardzo naturalném. Musiało ono także być bardzo na rękę Lubomirowi, bo z pewnym pośpiechem przybliżył on swe krzesło do kanapki, na któréj siedziałam z moim haftem.
— Wiem o tém — zaczął półgłosem — że pani byłaś wczoraj u mojéj biednéj siostry i posiadasz wszystkie jéj tajemnice. Mówiła mi o tém sama. Pozwól pani, abym serdecznie jéj podziękował za tę przyjaźń, za ten kwiat tak rzadki i drogi, jaki pani ofiarujesz Zosi... Serce pani, to skarbnica dyamentowych...
— Nie potrzebujesz mi pan dziękować za przyjaźń moję dla Zosi — przerwałam. — Jesteśmy tak podobne do siebie wiekiem, uczuciami, pragnieniami, iż nic naturalniejszego nad to, żeśmy się zrozumiały i pokochały. Wierzaj mi pan, że wczorajsze zmartwienie Zosi mocno mię dotknęło...
Wymawiając ostatnie słowa, byłam przejęta istotnym żalem i podniosłam na Lubomira oczy, w których mimowoli zakręciła się łza.
— Pani jesteś aniołem dobroci — wyrzekł pan Lubomir stłumionym głosem i, wstrząsnąwszy głową, powiódł ręką po czole. Twarz jego przybrała ponury, tragiczny wyraz, który dziwnie sprzeczał się z kobiecą miękkością rysów i zimną mglistością spojrzenia.
— Pani nie wiesz, — mówił daléj tym samym tonem — z jaką boleścią, z jaką rozpaczą zadawałem cios sercu mojéj siostry... ale musiałem... musiałem!... tak uczynić rozkazywał mi honor, obowiązek, rozkazywało mi sumienie...
— Mój Boże! — zawołałam — więc pan tak źle uważasz pana Władysława, tyle złego wiesz o nim!...
Na te słowa szczególniejszy wyraz przebiegł po twarzy Lubomira, wydało mi się, że mignęło po niéj coś, niby ironia, niby wstyd jakiś tajemny, niby zakłopotanie. Była to tylko błyskawica, po któréj przejściu na rysach jego osiadła znowu gruba warstwa melancholii i rozczulenia. Ale mnie się zdało, że w tém mgnieniu oka otworzyło się okienko duszy Lubomira, a ja ujrzałam przez nie... o! nie chciałam widziéć! spuściłam oczy na haft i tylko białe, atłaskiem wyszywane na batyście, listki, ukazały mi się jakoś szare i brzydkie... Lubomir mówił, znowu wstrząsając włosami i ręką wiodąc po czole:
— Tak, pani! inaczéj uczynić nie mogłem. Postępek ten był mi nakazany przez honor, przez obowiązek, przez sumienie i troskliwość o przyszłość siostry! Przecie jestem jéj bratem! Wszakże ja-to powinienem czuwać nad nią, nad młodą jéj głową, rozciągnąć ramię męzkiéj opieki, być dla niéj puklerzem, chroniącym od niebezpieczeństw, jakie spotykają tak często młodość i niedoświadczenie! O, pani! ja pojmuję moje obowiązki braterskie. Duch mój nie daremnie uniósł się nad poziom i buja w sferach niedostępnych dla wielu ludzi...
W ten sposób mówił jeszcze dość długo. Ja zaś słuchałam, połykałam jego słowa, a gdy nareszcie podniosłam wzrok, Lubomir stał przede mną z wysoko podniesioną głową, w szlachetnéj postawie. Oczy jego spotkały się z mojemi i znowu zapaliły się w nich iskry srebrnawe.
— Tak, pani — ciągnął pan Lubomir — gdyby było inaczéj, gdyby honor, obowiązek, sumienie nie nakazywały mi odmówić panu N. ręki méj siostry, czyżbym śmiał świętokradzką dłonią zgnieść w jéj sercu ten kwiat miłości, który sam najwyżéj cenię ze wszystkich kwiatów, rosnących na tym naszym padole płaczu...
Czyżbym poważył się targnąć na ten węzeł, prawdziwie magiczny, święty, niebiański, który wiąże serc dwoje! O, Pani! ja zbyt wielką cześć wyznaję dla prawdziwéj miłości, abym miał odebrać ją siostrze méj, gdyby nie nakazywały mi tak postąpić: honor, obowiązek, sumienie...
Tak, myślałam, on nie winien! tamten-to był Zosi niegodnym, a on, jak wzniośle pojmuje miłość, z jakim o niéj mówi zapałem!
Listki wyhaftowane na batyście były już całkiem białe, oderwałam jednak od nich oczy i znowu spojrzałam na pana Lubomira. Wydał mi się w téj chwili bardzo pięknym. Na czole jego wyczytałam usprawiedliwienie zupełne; niezwykły rumieniec wzruszenia palił się mu na policzkach; oczy, wpatrzone we mnie, migotały iskrami.
— Jakaś pani dziś piękna! — wymówił szeptem prawie, nachylając się ku mnie. — Jak pani czarownie z tą dzisiejszą bladością, z tym smutkiem tajemnym, który czytam w twém oku! O, pani! i ja cierpiałem!
Tu westchnął głęboko. Spojrzałam nań ze współczuciem.
— Pan cierpiał? — spytałam cicho.
— Tak, pani! — odpowiedział pełnym melancholii głosem, wiodąc ręką po czole; — fale życia unosiły mię po szerokim oceanie świata i byłem jako łódka bez kierowniczego wiosła, jako okręt pozbawiony masztów swych i busoli! Podobny do wędrowca, zbłąkanego na piasczystych wydmach pustyni, spragniony wszystkiego, co piękne i dobre, spragniony miłości prawdziwéj, wielkiéj, namiętnéj, szukałem niespokojnym wzrokiem oazy, na któréj-by spocząć mogły oczy moje i serce...
Umilkł na moment, niby pod wpływem wzruszenia, nad którém zapanować nie mógł, a ja spuściłam oczy na haft, bo instynktowe niemiłe ogarnęło mię wrażenie. Wyraz „oaza”, użyty przez pana Lubomira, rażąco uderzył moje uszy. Razem z nim przypłynęło do mnie bolesne wspomnienie. Wszakże i pan Agenor, oświadczając się, tego samego użył wyrazu!
— Ale przyszła chwila — ciągnął daléj pan Lubomir — że oczom moim ukazał się kwiat czarownéj piękności, serce moje ujrzało i odgadło upragnioną oazę...
Słowo w słowo tak samo mówił pan Agenor!
— Tym kwiatem i tą oazą jesteś pani — omdlewającym prawie głosem wymówił pan Lubomir i dodał, bliżéj jeszcze nachylając się nade mną: Ja panią kocham!
O, czarodziejska mocy wyrazu tego! jaki wpływ niezbadany i nieokreślony posiadasz na serca młode i gorące!
Sama nie wiedziałam, jakim sposobem ręka moja znalazła się w dłoni pana Lubomira. Trzymał ją w silnym uścisku i mówił szeptem prawie:
— Pani! pokochałem cię gorąco, namiętnie, na wieki... życie bez ciebie byłoby mi piekłem okropném... czy podzielasz pani moje uczucia? Czy prawdą jest to, co czytałem tyle razy w twych niebiańskich oczach? O! powiedz mi, czy pozwalasz, abym do szanownéj twéj matki zaniósł prośbę o oddanie mi ręki twojéj? Niech połączy nas wiekuisty węzeł miłości, niech droga życia wspólną nam będzie, a zaścielę ci ją samemi kwiatami. Powiedz mi pani, wymów jedno słowo, niech wyrok mój posłyszę z ust twoich! Czy pozwalasz mi mówić o tém z twą matką?...
— Tak — odpowiedziałam z cicha, przejęta uczuciem szczęścia, bo słowa pana Lubomira brzmiały w mém uchu tak gorące, tak na wskróś przesiąknięte miłością dla mnie, tak prawdy pełne...
— O, dziękuję ci, pani, dziękuję! — zawołał z uniesieniem, niosąc do ust mą rękę. — Zaraz, zaraz to uczynię... I podniósł się na-pół z krzesła.
— Albo nie — wymówił — jutro lepiéj. Dziś, w téj chwili, radość mąci mi myśli w głowie... niezdolnym był-bym wypowiedziéć przed matką pani treści mego serca, wyśpiewać przed nią téj pieśni, która mi gra w duszy... Oddalę się: potrzebuję w samotności uspokoić zbuntowane bicia mego serca... potrzebuję w samotném słodkiém marzeniu wychylić powoli kroplę po kropli ten kielich rozkoszy, jaki podałaś mi pani, dając mi swéj miłości, swéj ręki obietnicę... pożegnaj pani matkę swą ode mnie, bo ja nie mam siły... jutro, lub dziś w wieczór, będę tu i może mi daném będzie nazwać cię, pani, moją narzeczoną!..
To rzekłszy, okrył pocałunkami moje ręce i wybiegł z salonu drzwiami, od których siedzieliśmy o kilka kroków zaledwie.
Powstałam, nogi się chwiały pode mną. Znowu więc posłyszałam ten cudowny wyraz: kocham, i drugi, bratni mu, a tak dźwięczny, tak tajemniczo rozkoszny: narzeczona! Pokój ze wszystkiemi swemi sprzętami wirował wkoło mnie i przed sobą nic nie widziałam.
Nagle poczułam się pociągniętą za rękaw; ktoś ujął moję rękę i, sama nie wiedząc jak, znalazłam się w sali jadalnéj z Binią, która, ciągnąc mię za sobą, spiesznie mówiła:
— Piérwszy raz w życiu słuchałam pode drzwiami, ale było to z trwogi o ciebie... przewidywałam, że ci się dziś oświadczy... tak się i stało... przyjęłaś go prawie... nieszczęśliwe dziecko! pójdź-że i zobacz sama...
Tu zatrzymała się i wskazujący palec wyciągnęła ku na-pół otwartym drzwiom od przedpokoju.
Dziś jeszcze, po wielu upłynionych latach, wspomnienie widoku, jaki ujrzałam wówczas, przejmuje mię bolesném uczuciem! dziś jeszcze rumieniec wstydu występuje mi na policzki przy tém wspomnieniu, a na serce kładzie się dłoń mroźna. A jednak wiele już lat upłynęło odtąd, wiele różnych na tym biednym świecie widziałam rzeczy! Cóż więc musiało dziać się ze mną wówczas, wówczas, gdym była tak młoda, świeża duszą, niedoświadczona, tak łatwo i uparcie wierząca!..
Na środku przedpokoju stał pan Lubomir, ubrany już w palto i w kapeluszu na głowie. Przed nim o parę kroków stała garderobiana moja, Zosia, trzymając w ręku żelazko do prasowania. On trzymał drugą jéj rękę i ciągnął ją ku sobie. A twarz jego, mój Boże! jakiż wyraz miała twarz jego! Wstrętny jakiś, brzydki, niepojęty dla mnie, ale taki, że na widok jego twarz moja oblała się ukropem, brwi ściągnęły się mimowoli, powieki kłoniły się w dół pod naciskiem niezmiernego wstydu. Nie spuściłam ich jednak, okropna przejęła mię żądza zobaczenia, usłyszenia wszystkiego.
Zosia, cała w płomieniach, wyrywała się i odwracała głowę. Pan Lubomir nie spuszczając z niéj wzroku i coraz silniéj pociągając ją do siebie, wymówił dość cicho, ale głosem, którego każdy dźwięk przeszywał me serce: Czegoż wyrywasz się, moja śliczna! takie masz piękne, filuterne oczki! pozwól, abym na nie popatrzał!
— Ja nie mam czasu, proszę pana! — odparła dziewczyna, wyrywając się z całéj siły.
— No, co tam, że nie masz czasu! czyż nie możesz poświęcić mi jednéj chwilki! Ja ciebie tak kocham...
Nic więcéj nie widziałam, nic więcéj nie słyszałam...
Ostatni wyraz wpadł mi do piersi, jak kula ognista! ciemno mi się zrobiło w oczach, dłońmi zakryłam płonącą twarz. Posłyszałam, jak Binia zatrzasnęła drzwi do przedpokoju i poczułam, że położyła rękę na mém ramieniu. Słowa, które mówiła do mnie, jak niewyraźne brzmienie dochodziły do mego pojęcia; zrozumiałam tylko, że piastunka moja widziała już nieraz, jak człowiek, w którego szlachetność i miłość uwierzyłam, w podobny sposób zalecał się do mojéj garderobny, i niespokojna o mój los, umyślnie dziś oddaliła z przedpokoju lokajów, a wysłała tam pod jakimś pozorem Zosię, bo była pewną tego, co nastąpiło, i chciała mi oczy otworzyć.
Odjęłam dłonie od twarzy, skrzyżowałam ręce na piersi i stałam nieruchoma, patrząc przed siebie, a nic nie widząc.
Jeden tylko wyraz, ten wielki, święty wyraz: kocham! brzmiał mi wciąż w uchu, ten wyraz zbluźniony, wymówiony do mnie przed chwilą z takim zapałem i taką prawdą w głosie, i jednocześnie temiż ustami rzucony pod nogi pokojówce, na podłogę przedpokoju, z pustym śmiechem i zmysłowém uniesieniem!
Poczułam na ustach uśmiech palący, gorzki, jak piołun; po chwili uśmiech ten rozszerzał się i coraz więcéj palił i bolał, aż roztworzył całkiem moje usta, z których wyszedł śmiech głośny, długi, z saméj głębi piersi, i rozlegający się po obszernéj sali całą gammą o coraz wyższych, przenikliwszych tonach. Upadłam na kanapę, twarz znowu zakryłam dłońmi i śmiałam się ciągle, coraz głośniéj, a w piersi bolało mi coś i jęczało, i ręce czułam całe mokre od łez.
— Co to jest? co to się stało? — posłyszałam przy sobie głos mojéj matki, która przerażona rzuciła się ku mnie, odrywała mi ręce od twarzy i sama rozpinała moję suknią. Wody! wody! — wołała z przerażeniem i kropiła moje skronie orzeźwiającym płynem; ale ja nie przestawałam śmiać się, zdawało-by się, że jakiś demon śmiechu wstąpił we mnie, a ja nie mogłam wyrzucić go z siebie, siliłam się a nie mogłam. Doktora! — wołała moja matka przeszywającym głosem; po tym jéj wykrzykniku słyszałam jeszcze ruch jakiś wkoło siebie; zdawało mi się, że mię niesiono, aż przestałam całkiem słyszéć i czuć.... straciłam przytomność.
Kiedy otworzyłam oczy, leżałam w łóżku rozebrana, a przy mnie stał lekarz z zamyśloną twarzą; matka moja, blada i bardzo smutna, Binia z zapłakanemi oczyma, bez okularów, które snadź zdjęła w przystępie rozpaczy, i z czepkiem opadającym z siwych włosów.
— Niech pani się uspokoi — rzekł lekarz, zwracając się do mojéj matki — niebezpieczeństwa niéma żadnego. Córka pani doświadczyła nerwowego ataku, który żadnych po sobie ważnych nie zostawi następstw, oprócz skłonności doświadczania na przyszłość podobnych. Musiał to być skutek bardzo silnego moralnego wstrząśnienia, a oprócz tego panie tak niszczą swoje zdrowie i rozstrajają systemat nerwowy ciągłą zabawą, bezsennością, wrażeniami światowego życia, że...
Przy ostatnich wyrazach lekarza, matka moja spuściła oczy, fałdy na jéj czole stały się bardzo głębokie; przenikałam, że dręczył ją w głębi wyrzut, jaki sobie czyniła, i niepokój o mnie.
— Zapiszę córce pani uspakajające lekarstwo, ale przedewszystkiém zalecam, aby przez trzy dni najmniéj ani na krok nie opuszczała swego pokoju, nie widywała nikogo, oprócz domowych, i zostawała otoczoną najzupełniejszą ciszą i spokojnością... Systemat nerwowy silnie jest podrażniony; radziłbym nadal powstrzymywać się od bezsennych nocy, częstego gwaru i zabaw, wrażeń działających na wyobraźnią, inaczéj może nastąpić nerwowe osłabienie i rozstrojenie, którego tyle z naszych pań doświadcza, a które z czasem psuje organizm fizyczny i niekorzystnie wpływa nawet na charakter...
Zwrócił się do mnie z pytaniem:
— Pani musisz się czuć osłabioną i doświadczać bólu głowy?
— W istocie, miałam w skroniach ból nieznośny i byłam tak słabą, że zaledwie podnieść się mogłam na łóżku.
Jak tylko lekarz oddalił się, wzięłam rękę mojéj matki i całując ją, rzekłam:
— Moja mamo! proszę cię, abyś tak uczyniła, iżby pan Lubomir nie przestąpił więcéj nigdy progu naszego mieszkania!
Usiadła przy mnie, i długo patrzyła ze łzą w oczach.
— Wiem o wszystkiém — wyrzekła w końcu — Balbina całą rzecz mi opowiedziała. Nie masz szczęścia, moje biedne dziecko, a jednak ja sama łudziłam się.
Znowu pochyliła głowę, jakby wstydziła się i wyrzucała sobie, że nie zdołała ochronić mię od złudzeń i bolesnego rozczarowania.
— To, co cię spotkało — mówiła daléj — to, co widziałaś dziś i co cię tak mocno dotknęło, może liczyć się do powszednich i całkiem zwyczajnych zdarzeń. Nie jedna panna, starsza od ciebie i z innemi pojęciami i żądaniami, zaśmiała-by się tylko z czegoś podobnego, albo-by, co najwięcéj, bardzo lekko się zmartwiła, ale ani-by jéj na myśl przyszło wyrzekać się świetnego maryażu dlatego, że garderobiana jéj przystojna, a narzeczony lubi ładne twarze wszędzie, gdzie je napotka, czy to w salonach, czy w przedpokojach...
— Moja matko! — zawołałam, podnosząc się żywo — czyliż sądzisz, że i ja podobnież uczynić powinnam była? Czyliż-byś chciała, abym oddała czyste, całe, tak żywo i niezmiernie mogące kochać moje serce człowiekowi, który rzuca swoje na wszystkie wiatry świata, pod nogi subretkom i garderobianom...
— Serce? — wyrzekła z wolna moja matka; — czyż myślisz, że u niego serce grało tu najmniejszą rolę w zalotach do twojéj pokojówki?...
— A jednak mówił jéj, że ją kocha! — zawołałam.
— Moje dziecko! — odpowiedziała matka ze smutnym uśmiechem — mężczyźni nie cenią tak, jak my, tego wyrazu; rzucają go często w żarcie, w uniesieniu jakiémkolwiek, na wiatr.
— O, moja mamo! — przerwałam — ja nie chcę człowieka, który mówi, że wyraz ten ceni wysoko a lekceważy go w gruncie; ja nie chcę człowieka, który wyraz ten na wiatr rzuca!...
— I dobrze jest, że nie chcesz takiego człowieka — wyrzekła moja matka po chwili smutnego zamyślenia. — Zapewne, praktycznie biorąc, możesz źle wyjść na tém, możesz nie znaléźć nigdy, a przynajmniéj długo, świetnego losu, jakiego bardzo dla ciebie pragnę; ale, Wacławo moja, ja nie należę do rzędu matek, które pragną z duszy swego dziecka zetrzéć wszystkie wyryte na niéj litery lepszych i wyższych pragnień, a zastąpić je samemi arytmetycznemi cyframi, sprowadzonemi do jednego mianownika materyalnego powodzenia. Sama, będąc w twym wieku, marzyłam, duchem wyrywałam się za obręb otaczającéj mię sfery, śniłam o ideale... znalazłam go, ale i utraciłam własną winą... Wszakże ze snów mojéj młodości i z cierpień późniéjszych zostało we mnie coś, co mi mówi, że dobrze czynisz, szukając po świecie nietylko bogactwa i świetności, ale cnoty i prawdy, coś, co przeszkadza mi gniewać się na ciebie za to, że odrzucasz bogactwo i brzmiące imię dlatego, że razem z niemi nie ujrzałaś szlachetności i prawdziwego uczucia!
To rzekłszy, matka moja pocałowała mię w głowę i odeszła. Zostałam sama w pokoju, o przysłoniętych sztorami oknach, słaba, z bolącą głową, z pustką, która nagle utworzyła się w méj piersi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Eliza Orzeszkowa.