Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/całość
| <<< Dane tekstu | ||
| Autor | ||
| Tytuł | Pamiętnik | |
| Wydawca | S. Lewental | |
| Data wyd. | 1891 | |
| Druk | S. Lewental | |
| Miejsce wyd. | Warszawa | |
| Źródło | Skany na Commons | |
| Inne | Pobierz jako: EPUB | |
|
| ||
| Indeks stron | ||
|
F. Kostrzewski. Pamiętnik z 35 illustracyami.
WARSZAWA. NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA Nowy-Świat Nr. 41.
ДОЗВОЛЕНО ЦЕНЗУРОЮ. Варшава, 21 Января 1891 года
|
W Sandomierskiém był las na wzgórzu dość wysokiém. Krzaki leszczyny gdzieniegdzie jałowcem lub grymaśnie powykrzywianą brzeziną przegradzane, otaczało kilku wiejskich chłopców, między którymi kilkunastoletni młodzieniaszek w studenckiéj na bakier czapce, nie zrywał jak inni orzechów, lecz pogwizdywał, naśladując wilgi, zięby lub szczygły; nie robił tego bezinteresownie, uczył się bowiem zwabiać ptaszki, łapiąc je na lep. W tym celu w gęstwinie na wierzchołku jakiéj sporéj choinki, przywiązywał rosochatą suchą gałązkę, któréj poprzeczne pręciki nasmarowane gęstym lepem, były zgubą dla siadających ptasząt. Nóżki tych biedaków, raz postawione na owych gałązkach, nie dały się już odczepić — i nie było dnia, żeby kilku złowionych w ten sposób śpiewaków, nie przybywało do klatek, których pełno było w dość dziwnie wyglądającym pokoju studencika.
Pokój ten, dosyć obszerny, miał ściany pogryzmolone węglem, i przedstawiał zbiór przeważnie wiejskich fizyognomii. Nad łóżkiem wisiała gitara, na stole pełno papierów zaszkicowanych.
Właśnie tylko-co ze złapaną ziębą i czyżykiem, w chustce od nosa uwięzionemi, powrócił do domu gwiżdżący chłopiec.
Za chwilę z drugiego pokoju wszedł z poczciwą, ale zakłopotaną twarzą, szpakowaty jegomość, i zażywszy porządny niuch tabaki, tak zaczął:
— Mój Franku, ja się martwię, co z tobą daléj robić, a ty jakby nic. Albo rysujesz, albo gwiżdżesz, albo włóczysz się po lesie... Co z ciebie będzie?!
— Mój kochany ojcze, co ze mnie będzie, sam nie wiem, ale do szóstéj klasy na drugi rok nie pójdę za nic na świecie!
— Zacząłeś za mojém staraniem w kancelaryi fabrycznéj aplikacyą, nawet z początku chwalił cię dyrektor, że ładnie piszesz, i cóż?... licho nadało, że na marginesie jakiegoś raportu wyrysowałeś ogromny zadarty nos. Dyrektor poznał, że to jego nos — i wypędzili cię sromotnie. Co ja nieszczęśliwy z tobą zrobię!!
Franek poskoczył do ojca, pocałował go w rękę i rzekł:
— Ja muszę być malarzem!
(Tym Frankiem, byłem ja).
W 1844 r. otworzono w Warszawie Szkołę Sztuk Pięknych. Dyrektorem był Frankowski, późniéj Sztender; profesorami: Kokular, Kaniewski, Hadziewicz, Breslauer, Zalewski, Piwarski — ten ostatni najwięcéj kochany przez uczniów, największy téż wpływ na nich wywierał. Jego typy i pejzaże czysto polskie najmocniéj przemawiały do ówczesnéj młodzieży.
Do téj-to szkoły na bryce krakowskiéj, płótnem na obręczach krytéj, szosą radomską przyjechałem do Warszawy, ze skromnym zasobem pieniężnym i tobołkami, napchanemi wiejskiemi specyałami.
Gdym w ławce szkolnéj zasiadł, nikogo nie znając, dziwnego doznałem uczucia. Żal mi się zrobiło lasu, ptaszków i gitary. Po wstępnéj lekcyi, schodząc ze schodów, dla poprawienia humoru, zacząłem sobie po cichu gwizdać sandomierskie piosenki.
— Jak ty ładnie gwiżdżesz! — odezwał się kolega Edward Petzold. — A gdzie ty mieszkasz?
— Właściwie, to ja nigdzie jeszcze nie mieszkam. Zostawiłem w hotelu na Grzybowie kuferek i nie wiem, co daléj robić.
— Wiész co... mieszkaj u mnie; tanio ci wypadnie i będzie nam wesoło. Ja mieszkam z matką niedaleko, na Ogrodowéj (a wychodziliśmy właśnie z Koszar Kazimierowskich na Krakowskiém-Przedmieściu). Chcesz, to chodź zaraz.
— A dobrze. — I poszliśmy.
I zaczęła się artystyczna edukacya. Trzeba przyznać, że, pogłaskany przez Kokulara i Piwarskiego, zaraz na wstępie z zapałem wziąłem się do pracy. Więc rysowałem od 8-éj do 2-éj, z początku z wzorów Juliena, późniéj z gipsów, nareszcie z żywych modeli. Artystyczne jednak życie ma mimo swego uroku, wiele cierni.
Po dwóch latach, środki materyalne okazały się za szczupłe. Fundusik, regularnie co miesiąc przez Rodziców przysyłany, regularnie do połowy miesiąca wystarczał. Koleżków grono wesołe, składało się z różnych gatunków. Tu muszę wymienić najwięcéj obiecujących młodych ludzi z talentami. Byli to:
Gierdziejewski, człowiek ogromnéj fantazyi i łatwości w kierunku kompozycyjnym. Wielką ilość natworzył szkiców, zdumiewających pomysłów pełno — lecz niespokojnego temperamentu. Lubił gawędę, niestety, przy kuflu. Imponował nam nieco młodszym wiekiem, wiedzą artystyczną i wielkim ferworem.
Henryk Pillati, wielkiego talentu człowiek, z poczuciem kolorytu nadzwyczajném, tak rzadką zaletą u polskich malarzy. Zmarnowawszy zdrowie, zamilkł niedługo z twórczością, tyle obiecującą.
Słoninkiewicz, zadziwiający miał talent, malował z taką niesłychaną wprawą i pięknością barw, że znawcy prawdziwi zdumiewali się nad jego studyami. Umarł młodo, nie skończywszy nawet Szkoły Sztuk Pięknych.
Było kilku bardzo uzdolnionych, którzy niewiadomo gdzie się podzieli.
Biegłym rysownikiem był także Bogdański.
Z całéj téj liczby utrzymali się zaledwie:
1-szy Gerson, zawsze sumienny i pracowity malarz; historycznym się stał, usilnie o to dbając i pracując. Szkoda, że porzucił malowanie pejzaży, które prześlicznie zaczął był malować. Tyle sentymentu, prawdy i całości miłéj dla oka bywało w tych dawnych jego pejzażykach i studyach!
2-gi Józef Brodowski, malarz koni i krów; doszedł do pewnéj doskonałości i wziętości — i tylu innych, których trudno dziś odszukać.
Przed otworzeniem Szkoły Sztuk Pięknych była Szkoła malarstwa u Kokulara, z któréj biegły i wytrawny malarz Murzynowski odznaczał się jako bardzo zdolny portrecista i malarz obrazów kościelnych. Mielnicki, Gumiński, Polkowski stanowili generacyą starszą, poprzedzającą naszą gruppę malarzy z czasów Piwarskiego.
Dziwna rzecz, że w tak trudnych warunkach dla sztuki u nas, gdzie ani zamożność, ani znawstwo sprzyjać nie mogły téj gałęzi przemysłu, tak silnie i tak obficie rozrosło się dziś zamiłowanie do uprawiania téj sztuki!
Ale zostawmy to innym, a mówmy o sobie.
Otóż, dobiegając lat dwudziestu, zacząłem rozglądać się po świecie, i, kochając bliźnich na ślepo, poznawałem coraz więcéj ludzi, i dzięki wrodzonemu dobremu humorowi, który szeroko mimo wszystko inne rekomenduję kolegom i wielu innym, wiodło mi się jako-tako.
Filozofią życia zachowałem aż do starości, i dzięki téj zasadzie, przebrnąłem przez wyboje karyery artystycznéj obronną ręką!
Byłem już na trzecim kursie, gdy pewnego dnia do sali rysunkowéj wszedł ówczesny inspektor naszéj szkoły, francuz Sestié, lubiący mnie bardzo, choć kilka razy sadzał mnie do kozy za niektóre wybryki zbyt humorystyczne.
— „Koczeski!“ proszę tam do kancelaryi, dwa panowie mają interes, proszę!
Rzuciwszy rejsbret z zaczętym golasem (trochę mnie nudziły modele na seryo traktowane), udałem się do kancelaryi, gdzie zastałem dwóch młodych ludzi (byli to Marcin Olszyński i Witold Horodyński).
— Co panowie każą?
— Chcielibyśmy brać od pana lekcye rysunków, dwa razy na tydzień. Kiedy pan będzie miał czas i ile pan bierze?
(Bierze? brać będę, co za rozkosz!).
— Ja, moi panowie, i owszem; ja z chęcią, kiedy tylko panowie każą, a co do ceny, to jak panowie myślą.
Podobały się widocznie te moje twarde warunki, bo z uśmiechem umówiliśmy się na nadchodzący Wtorek o godzinie 2-éj po obiedzie, chciałem powiedziéć: po południu.
Jakoż, doczekawszy Wtorku, w świeżym kołnierzyku (mankiety były głęboko schowane), udałem się na Marszałkowską ulicę, według adresu.
I zaczęły się lekcye.
Miałem lat 20, oni po 18; chciałem udawać powagę, ale mi się nie wiodło. Zato po kwadransie byliśmy ze sobą na „ty a ty“ i w okrutnéj przyjaźni. Na trzecią lekcyę już byłem zaproszony na obiad, cały obiad u radcostwa Horodyńskich — mówię „cały“ wyraźnie, bo mój bywał dziwnie krótki, najczęściéj u Kocha (rzeźnik na Senatorskiéj), składający się z kieliszeczka słodkiéj, dużego glona chleba, łokciowéj kiełbasy z kapustą i już.
Kilka razy jednakże obiadek ten mój własny redukował się do czterech bułek dorożkarskich i dwóch serdelków, a były to bułki i serdelki, akurat cztery razy większe jak dzisiaj, boć przecie na proporcyach się znam.
Nie wiem jak tam inni młodzi ludzie, ale ja bezgranicznie byłem kochliwy. Na Krochmalnéj ulicy, przez którą przechodziłem dość często, w dużym i porządnym domu, należącym ówcześnie do Szefera, gdzie był sławny browar, w oknie na dole spostrzegłem dziwnie piękną bruneteczkę z palącemi czarnemi oczyma. To było dosyć — gdzie tam dosyć? to było zanadto. Przystanąłem naprzeciwko tego okna i stałem długo, bardzo długo, aż doczekałem się za dobrą godzinę jeszcze raz téj twarzyczki. Powracałem kilka razy pod to okno.
Zakochałem się do szaleństwa.
Bruneteczka, naturalnie, zauważyła mnie w pozie Romea i zaczęło ją to bawić. Kupowałem bukieciki — tak jest, kupowałem bukieciki, zszedłszy z dwóch na jednego serdelka, i przez umyślnie czy przypadkiem otwarty zawsze lufcik, codziennie wrzucałem gałązkę bzu, lub hyjacentów kilka.
Ten platoniczny romans jednakże zauważył prawdopodobnie rywal jakiś z piérwszego piętra, i jednego dnia na rozgorzałą głowę moją lunął z miednicy mydlaną wodą! Na drugi dzień przyszedłem na stanowisko z pożyczonym parasolem.
Obelgę jednakże moją opowiedziałem kolegom, a ci oburzeni, złożywszy się na kilkanaście groszy, najęli trzech razem kataryniarzy — i wyprawili kocią muzykę srogiemu rywalowi. Tu zaszła brzydka awantura. Kilku nas asystowało koncertowi kataryniarzy, a boczną bramą z browaru wyszło z drągami kilku parobków. Po zamianie z nimi paru niezbyt wykwintnych komplementów, nastąpiło starcie, zakończone oberwaniem rękawów i pół od surduta i protokółem w cyrkule. Skompromitowani mocno, odsiedziawszy w kozie, przyrzekliśmy uroczyście, unikać raz na zawsze awantur ulicznych, i dotrzymaliśmy danego słowa. W starciu wyżéj przytoczoném, najgorzéj wyszedł Surzyński, wielkich zdolności młodzian z wydziału architektury, ale żyjący w przyjaźni serdecznéj z malarzami. Temu biedakowi podarli całkiem paltocik, który ja zwykle nosiłem, a owego dnia pożyczyłem go jemu. Biedny mój migdałowy paltocik, a jeszcze biedniejszy był Surzyński, który czuł dni kilka skutki gimnastycznych zapasów z browarnemi ludźmi!
Przyszedł karnawał.
Karnawały dawniejsze zupełnie inaczéj wyglądały jak dzisiejsze.
Tygodniowe zebrania, na których, przy skromnéj zakąsce, bawiono się tak, jak dziś o tém wyobrażenia nikt nie ma!
Jako zapalony tancerz, miałem już kilka domów, gdzie łaskawie i gościnnie mnie witano. Posiadając talent muzyczny zupełnie wystarczający do tańca, grywałem na fortepianie polki, mazury i walce, gwiżdżąc przy tém, dzięki czemu byłem upragniony na każdém zebraniu taneczném.
Lekcyi rysunków trochę przybywało; od czasu do czasu jakiś obrazeczek po znajomości się zbyło.
To wyrażenie „po znajomości“ widocznie ma swoją racyę bytu, boć do tego czasu zwykle, jeśli się co sprzeda, to najczęściéj po znajomości; to znaczy, bardzo tanio, ale w sekrecie.
Życie artysty ma tę wielką zaletę, że obfituje w bajeczną swobodę czasu. Niezależność moralna, ma się rozumiéć, jest rzeczą nieocenioną. Malarz nawet nie potrzebuje zegarka, i dlatego jeżeli go zkąd dostanie, to nieprzywiązuje się do niego na całe życie. Wiele to ja już miałem zegarków, Boże drogi! Wszak idąc ulicą co kilka domów jest zegarmistrz, a u tegoż można się dowiedziéć o godzinie — a na lekcyą z obiadem, to i tak człowiek się nie spóźni!
Albo przeprowadzka? Głupstwo! Mówi się kolegom, słuchajcie chłopcy, jutro się przeprowadzam! i przychodzi ich ze sześciu, dwóch niesie kuferek, jeden samowar i lampę, drugi kilka blejtramów i parę tek, inni pudełko z farbami, właściciel pod paltotem kryje bieliznę i kosztowności. Składa się to wszystko na kupę, stróż domu zrobi jutro porządek, a my dziś chodźmy na róg oblać nowe mieszkanie.
Gdy dziś patrzę w bogatym salonie na milionera, który opływa we wszelkie nowowymyślne konieczne potrzeby, to jest piętnaście pokoi na pierwszém piętrze, z kantorem na dole, na górze dla dzieci i guwernantek, z wyasfaltowaném podwórzem, stajnią i wozownią; z wybrylantowaną żoną i ogniotrwałą kassą, i gdy widzę jak chodzi z założonemi w tył rękoma, ze spuszczoną głową, i bladą zamyśloną twarzą, to myślę sobie, po co on to wszystko ma i co mu z tego przyjdzie? Napoi i nakarmi chmarę wyfraczonych i dekoltowanych osobników, którzy obmówią go, że żyje nad stan, a żonę: że źle się prowadzi, a córki: że paskudne żydówki, i objedzeni i podnudzeni rozjadą się do domów; po co to wszystko i na co?
Albo jeśli się artysta znajdzie (artystów lepszego gatunku wszędzie dziś wpuszczają) u wielkiego pana z panów, to pokaże mu parę zczerniałych przodków, z herbami obok wygolonéj głowy, i opowie, jak któremu było na imię i kto go rodził, a potém zapyta: „No, a co pan tam teraz maluje!“ „Kilka rzeczy mam w robocie, może kiedy pan hrabia zechce obejrzéć“.
„O, i owszem“.
Niewierz, kolego, temu; nigdy w życiu nie przyjdzie. Najgrzeczniejszy z nich wyśle lokaja i każe mu pocichu swój bilet wizytowy zatknąć w szparę u drzwi, co cię raz na zawsze upoważnia do bywania w jego łaskawym domu.
Żyć jednak z procederu malarskiego, komu tak opatrzność kazała, trzeba, i jako doświadczony z ręką na sercu powiem, że można, ale trzeba przedewszystkiém być zabawnym, to jest tworzyć rzeczy małe, wesołe, tanie i na czasie. Dzięki takiemu tylko postępowaniu, można z dnia na dzień jakoś przeżyć, ale trzeba od czasu do czasu, na imieniny palnąć darmo temu lub owemu jakieś powinszowanko illustrowane, dziwnie uprzejme a delikatne. Karykatura winna być przyjemną, to jest o ile można ładniejszą, a podobną, i jak najgrzeczniejszą. Broń Boże ośmieszać, tylko basować co wlezie!
Ale wracajmy do wypadków.
Dnia pewnego, a byłem już na ukończeniu Szkoły Sztuk Pięknych, (z któréj otrzymałem patent leżący u mnie w szufladzie od chwili jakem go do domu przyniósł) otrzymałem list z Kielc od naczelnika powiatu, Zielińskiego, który zapraszał mnie na wakacye.
Na uprzejmy list odpowiedziałem uprzejmie, że jeżeli będę mógł to przyjadę.
Dziwny to człowiek był ten Zieliński, posiadał ogromną galeryę obrazów i pamiątek, między któremi wiele było rzeczy wartościowych. Jako domyślny człek przysłał mi pewne kwantum na koszta podróży, i naturalnie że pojechałem. Miałem w tych stronach mieszkającą rodzinę, z ochotą więc wybrałem się na parę miesięcy.
Kielce jest to miasto w prześliczném położeniu, mające okolice malownicze i nader miłe.
Było mi w tych Kielcach jak w niebie. Przedewszystkiém obrazów zbiór duży i bardzo ciekawy; malowałem kilka kopii zamówionych przez okolicznych obywateli.
Pobyt niesłychanie przyjemny. Gospodarz parę pokojów dla artystów przeznaczył i bardzo gościnnie ich traktował. Tam zastałem malarza Kulińskiego, restauratora, to jest odnawiacza starych obrazów.
Malowałem dosyć dużo. Do nauki przeznaczył mi ś. p. Zieliński młodego chłopca, Józefa Szermentowskiego, który następnie wyszedł był na znakomitego pejzażystę. Szkoda, że osiadłszy w Paryżu zatracił oryginalność w swoich pracach, ale te, które w kraju zostały, przemawiają poezyą, swojskością i pięknym kolorytem.
Naczelnik Zieliński był postacią niezmiernie rzadką, dość szorstki w obejściu ze zwykłemi śmiertelnikami, wyjątkowo artystów poważał i kochał.
Trzeba było widziéć go przed obrazem, który zdobył świeżo, a miał dar wyszukiwania dobrych rzeczy, jak zamknięty na klucz w pokoju, po kilka godzin przesiadywał i wpatrywał się w obrazek, mrucząc słowa zachwytu i uwielbienia; oczy mu łzami zachodziły i twarz pałała ogniem. Takich lubowników sztuki nie spotykałem. Podobnym do niego był w latach późniejszych, także już nieboszczyk, Feliks Gebethner, który odmawiając sobie wiele wygód i przyjemności z trudem i wysiłkiem gromadził koło siebie utwory sztuki.
Kielce, w owe czasy, były miasteczkiem bardzo ożywioném i czystém. Starozakonnym nie było wolno mieszkać; we Wtorki tylko na targ z poblizkich Chęcin, sławnych marmurami swojemi, zjeżdżało się dosyć żydowstwa. Charakterystyczne postacie żydków owych i okolicznych chłopów niezmiernie mnie zajmowały. Dużo zrobiłem w owych czasach notatek. Wogóle na całą moją dalszą działalność artystyczną bardzo wpłynęły pierwsze młodzieńcze lata przepędzone na wsi, w okolicy górzystéj, leśnéj i wodnéj. Wiele czasu spędzałem z wędką na stawie, w gęstych tatarakach, łowiąc ryby na różne sposoby. O, bo gdy dzień piękny, bez wiatru, jest coś czarującego w tych zarosłych stawach! Te kręte korytarze z obu stron gęstwiną malowniczą otoczone, ta cisza wodna — motylki niebieskie i migające niekiedy rybki — nadzwyczaj miłe robią wrażenie.
Ale to wszystko już daleko za mną zostało!
Życie w mieście wiele zabiera czasu, a rozmaitość postaci interesuje przybysza i spostrzegacza.
Zawsze żałowałem tych ludzi co rysować się nie uczyli. — Człek o wyrobioném smaku artystyczném nie zna, co to nuda. Na każdym kroku i w każdém miejscu jest na co popatrzéć: tu oświetlenie, tam ugrupowanie, tu pofałdowanie, a dopiéro wyrazy twarzy tak milionowéj różnicy! Dwóch podobnych twarzy spotkać nie można, a co za oryginalne profile, jakie nosy, co za ruchy! Niewyczerpane nigdy studya, tylko trzeba się nauczyć patrzéć, a do końca życia nie podobna się nudzić ani na chwilę!
Jako młody kawaler, zmieniałem kilka razy szlafkamratów, mieszkałem przez jakiś czas z Edwardem Petzoldem przy ulicy Ogrodowéj, w niewielkim domku drewnianym głęboko w bruku osiadłym. Letnią porą najwygodniéj nam było wchodzić do mieszkania przez okno wprost z ulicy. Stawiało się nogę na stole, który stał pod oknem, potém na krzesełku i nareszcie na podłodze. Raz nawet niepospolitego przyjmowałem gościa, a to dla następnéj przyczyny. Matka naszego inspektora pani Sestié była rezydentką czy lektorką u księcia Paszkiewicza; otóż syn jéj, pan inspektor, razu pewnego zajechał przed ów domek i widząc w oknie stalugi, zatrzymał powóz, w którym siedział wraz z nim książę Teodor Paszkiewicz, syn ówczesnego namiestnika.
Przyjechali z obstalunkiem!
Chodziło o to, żebym do albumu dla księcia wymalował nowość wystawioną wówczas na naszéj scenie, to jest scenę z baletu „Wesele w Ojcowie“.
Pamiętam jakem usilnie pracował nad wykończeniem téj akwarelli, dość sporéj, a przedstawiającéj starego baletnika Popiela, błogosławiącego państwa młodych. Wyszły mi z pamięci nazwiska artystek, które starałem się sportretować. Koniec końców, wrażenie na kolegach i profesorach wywarłem nie małe.
Po paru latach nareszcie dochodziki moje trochę się poprawiły. Budowano statki parowe Zamoyskiego, i do tychże statków za protekcyą Piwarskiego, malowało nas kilku na blachach cynkowych dość spore obrazki, umieszczane następnie w kajutach statków. Pamiętam, że malował Gerson, Szermentowski i ja. Co się z tém zrobiło, nie wiem.
Przy ulicy Chmielnéj była pensya męzka Withego, gdzie stało kilku paniczów na stancyi, którym dawałem lekcye rysunków. Byli tam Stanisław Lubomirski, Feliks Czacki, Bromirski, dwóch Karskich i wielu innych. Prócz tego dawałem lekcye i na mieście. Raz pamiętam dawałem lekcye rysunków jednemu z paniczów, lecz ponieważ rysunki nie bawiły mego pupila, więc po kilku lekcyach, prosił mnie, bym się nieco spóźniał, bo on całéj godziny wytrzymać nie może. Ponieważ byłem z natury zawsze zgodnym, więc przychodziłem z początku na pół godziny, potém na kwadrans, aż nareszcie doszło do tego, że mój uczeń zostawiał mi bilet w przedpokoju, a sam się wynosił. Już mnie to zaczynało żenować i chciałem porzucić tak łatwo intratną a nie mozolną lekcyjkę, boć to było nie bardzo ładnie, ale urwało się wszystko, bo panicza zabrano z Warszawy.
Na przeciwko mego mieszkania pracował szewc; otóż dowiedziawszy się, żem malarz, przyszedł z propozycyą, bym mu ładny szyld wymalował, a on mi za to zrobi parę butów. Z nieudanym zapałem wziąłem się do pracy, i za dni kilka namalowałem zgrabniutki but mocno świecący, cień rzucony od buta na podłodze i bliki ostre na skórze, dość dobrze naśladowały naturę. Pan majster jednak kazał mi światła zamalować na czarno, utrzymywał bowiem, że on robi buty całe czarne a nie z białemi plamkami!
Mój Boże, wielu ja potém takich szewców spotykałem, uchodzących za znawców i protektorów sztuki, w dalszéj mojéj karyerze!
Nareszcie około roku 1852 Hirszel, z początku na Miodowéj, późniéj na Krakowskiém-Przedmieściu, otworzył w swym składzie materyałów piśmiennych, małą wystawkę. Tam kilku kolegów ze mną wystawiało od czasu do czasu swe obrazki, i nawet sprzedaż się rozwinęła.
Była to pierwsza sposobność występowania publicznie. Kilka lat nawet wcale nie zły był ruch w tym kierunku. Można przyznać, że Hirszel był piérwszym, który spore położył zasługi, dając możność młodym malarzom zbytu swych obrazów.
Tu muszę przytoczyć historyę początku założenia „Towarzystwa zachęty sztuk pięknych“. W lat kilka potém zjechało do Warszawy dwóch cudzoziemców: Zamoyski i Tabaki, którzy, nająwszy duży apartament przy ulicy Marszałkowskiéj, otworzyli Wystawę obrazów bardzo pokaźną. Wówczas w gronie naszych młodych malarzy, trochę starszy wiekiem i dosyć zamożny, Alfred Schoupe, zacny i gorąco kochający sztukę amator malarz, rzucił myśl zawiązania Towarzystwa zachęty sztuk pięknych. Mając wyższe stosunki towarzyskie, z pomocą dyrektora ówczesnego, Kaniewskiego, wyjednał w Petersburgu pozwolenie na założenie wzmiankowanego Towarzystwa, i w istocie, po wielkich jego staraniach i zabiegach, ze współudziałem A. Przezdzieckiego, barona Rastawieckiego i b. gubernatora Białoskórskiego, w roku 1860 Towarzystwo do dziś istniejące, a stosunkowo dość świetnie stojące pod kierownictwem zabiegłego wice prezesa Lucyana Wrotnowskiego, głównie zawdzięcza byt swój Alfredowi Schoupemu.
Około roku 1850 we czterech, to jest: Olszyński, Gerson, Cegliński i ja, postanowiliśmy zrobić wycieczkę w Krakowskie. Sprawiwszy więc sobie długie buty i tornistry, z zapasami malarskiemi puściliśmy się w drogę.
Zapewne rzadko który z czytelników, a może i żaden, pieszéj po kraju wędrówki nie odbywał; inna to podróż, niż w wagonie kolei żelaznéj, wiecznie tak samo mijającéj stacye i okolice, a gdzie się oddycha dymem i swędem węgla kamiennego.
Dojechawszy koleją do Strzemieszyc, wysiedliśmy na stacyi, i po odejściu pociągu, gdy cisza nastała, pełni najlepszych nadziei, rozpoczęliśmy wędrówkę.
I zaraz na wstępie usłyszałem w krzakach znajome mi dobrze świergoty kochanych ptasząt. Tu zaimponowałem moim towarzyszom znajomością gatunków owych śpiewaków:
— Słuchajcie, o! to trznadel, żółtopióry a fertyczny; żonkę miewa tak mądrą i filuterną, że gdy się zbliżysz do krzaku, pod którym ma gniazdeczko, głęboko we mchu na ziemi usłane, to natychmiast piechotą biegnie pod inny krzak, i daléj znów pod inny, i tak cię zwodzi ciągle aż nareszcie, odprowadziwszy ciekawca dość daleko od swéj siedziby, frunie wesoło na wyższe drzewo i krętą drogą wróci do domu, zostawiwszy cię z rozwartą gębą, co często i mnie i pastuchom przytrafiało się.
Więc tedy z tornistrami na plecach, w pysznych humorach, ruszyliśmy ku Ojcowu. Marsz ten po gęstym piasku i przy gorącym dniu, zniewolił nas do pierwszego wypoczynku, i po kilku wymaszerowanych wiorstach, przy pierwszéj grupie fantastycznych sosen, legliśmy obozem, a zapaliwszy ulubione fajeczki, w kłębach dymu oczekiwaliśmy nadzwyczajnych przygód.
Pierwszą jednak i bardzo pożądaną był chłopak z pustym wasągiem; po krótkim targu usadowiliśmy się na bryczce, i podskakując po kamieniach i korzeniach, przywlekliśmy się do cudownego Ojcowa! Tyle już razy rysowany, i opisywany — dziś nawet do pewnych wygód z dwoma hotelami utrzymywany Ojców, zna już wielu ludzi. W owe czasy zwykła karczma była naszą rezydencyą. Więc skoro pogoda, zaraz od rana rozchodziliśmy się na studya, znajdując co parę kroków najpyszniejsze dla malarza motywa.
Naturalnie że wzbudzaliśmy, w malowniczo wówczas ubranych chłopach podziw i małe podejrzenia. — Co u licha te mizimetry opisują? jeden wlazł na sam wierzch skały, drugi siedzi u spodu nad Prądnikiem; jenszy zadarł głowę i patrzy na czubek świerka. — Czy powaryowały bestye, czy co?
Dnia pewnego, do zaglądającego mi przez plecy Wicka, mając na kolanach otwarte pudełko a w ręku owalną paletę, odezwałem się: — Cóż, mój przyjacielu, podoba ci się to?
— A które? czy te kwadratne (to widok który malowałem właśnie) cy krągłe (to była paleta z kilkunastoma przygotowanemi farbami)? — Zdaje mi się nawet, że więcéj mu przypadła do gustu paleta, niż studyum.
Na przeciw karczmy był spory ogród ze staroświeckim dworem (dziś już ani śladu). Wonczas zamieszkiwał go dziedzic Ojcowa p. Prędowski. Któregoś dnia byliśmy zaproszeni na obiad. Wystroiwszy się, o ile zamożność tornistra pozwalała, udaliśmy się do dworu. Musiało to zrobić silne na nas wrażenie, bo doskonale pamiętam te chwile. Wyobraźcie sobie państwo, kilka pokoi z posadzką pomalowaną na czarno; meble także czarne w białe pasy, takież firanki; gospodarz bardzo grzeczny, nieco oryginalny, ubrany także w te dwa kolory, uprzejmie nas przyjął a nawet suto utraktował. Człowiek młody, wyszukanych manier, prowadził z nami rozmowę o sztukach pięknych, i, opowiadając o oglądanych po Europie arcydziełach, dał nam poznać, że posiada pewne pojęcie o malarstwie. Zakończył nawet frazesem „dla mnie jeden tylko jest dziś malarz, to jest Kaulbach i przed nim jednym zginam kolano“.
Następne dni ubiegały nam zawsze jednakowo, to jest w dzień na studyach, wieczorami na gawędce, przyznaję, że te wieczorne gawędy w karczmie z chłopstwem dużo mnie oświeciły i nauczyły, pod względem charakterystyki typów włościańskich.
Zwiedzając okoliczne wzgórza dotarliśmy do wierzchołka Czajowskiéj góry, zkąd przepyszny roztaczał się widok na cały Kraków. Nie mając paszportów na wyjazd zagranicę, nie mogliśmy zwiedzić wtenczas Krakowa. Pewnego dnia ogromne kłęby dymu buchnęły z tego miasta, siedzieliśmy na górze dzień i noc, widok przerażający ale dla nas malarzy pożądany, ciekawy i zachwycający. Trzeba było widziéć tę grę barw, te szczyty licznych wież, zarumienionych pożarem! Pamiętny i straszny to był pożar. Nawet jęk dzwonów doskonale słychać było chwilami, gdy wiatr w naszą powiał stronę.
W parę tygodni byliśmy w Pieskowéj skale, także znanym i ciekawym zabytku przeszłości. Tu także bardzo oryginalny wydarzył mi się przypadek.
Siedziałem właśnie na skale na wprost starożytnego zamku Pieskowskiego, w chwili kiedym rozpoczynał rysować kontur najwyższéj i najcharakterystyczniejszéj wieżyczki, (byłem z ołówkiem przy wierzchołku), gdy raptem dziwnego kształtu chmurka z poza wieżyczki wypłynęła; przetarłem oczy, sądząc że mi się przywidziało, ale chmurka coraz dłuższa i czarniejsza, niespodzianie płomykiem zabłysła! Zdrętwiałem!
Znowu pożar! tak niestety, straszny pożar w moich oczach rozpoczęty! na samym wierzchu budynku!
W ciągu dnia cały zamek zgorzał! ratunek niepodobny i utrudniony, gdyż zamek stoi na wysokiéj skale. Jak się późniéj okazało, blacharze, przy reparacyi dachu, ogień przypadkiem zapuścili.
Te dwa pożary, jeden po drugim, takie klęski olbrzymie, bolesne wrażenia zostawiły po sobie.
Po kilku dniach, zapakowawszy manatki, w dalszą puściliśmy się drogę. Naturalnie humor nasz pobladł, wskutek tych straszliwych klęsk, jakich dziwnym zbiegiem okoliczności byliśmy świadkami.
Podczas pobytu mego w Kielcach u Zielińskiego, pewnego dnia, kilku panów, zwiedzało słynną galeryę obrazów i pamiątek.
Byli to książę Kazimierz Lubomirski, znany kompozytor muzyczny; Piotr Jaksa Bykowski, niedawno zgasły zasłużony literat, Anielewski guwerner u Lubomirskiego i Zapolski obywatel z Wołynia, nadzwyczajnéj piękności mężczyzna, późniéj mnich osiadły we Włoszech.
Cała ta drużyna wybrała się w celu zwiedzenia niektórych okolic w Sandomierskiém, a głównie dla poznania słynnéj Łyséj Góry.
Razem więc z nimi i ja wybrałem się w tę podróż, która nam dość zabawnie wypadła. Jaksa Bykowski, w owym czasie zamożny jeszcze obywatel, posiadał niezrównany humor. Najętemi furmankami podążyliśmy na Łysą Górę. To miejsce, rysowane i opisywane już nieraz, znane jest ogółowi.
Naszą wycieczkę jednakże z innego względu opiszę. Przybyliśmy już samym wieczorem na wierzch góry pod klasztor. Noc była dość ciemna i na górze naturalnie wilgotna.
Zadzwoniliśmy do furty klasztornéj, przez szparę furtyan zobaczywszy kilku ludzi w kapeluszach fantastycznych i dosyć, mimo chłodu, wesołych, wziął nas za zbójców, i do klasztoru nie wpuścił; co się ogromnie Bykowskiemu podobało. Machnęliśmy ręką na te niegościnność i ostrożność, i nazbierawszy suchych gałęzi rozpaliliśmy wielkie ognisko; a posiliwszy się zabranemi z Kielc prowizyami, po kilku łykach wybornego wina, otuleni od wilgoci w płaszcze i pledy, legliśmy koło ogniska, i gwarząc wesoło noc całą, doczekaliśmy się dnia białego.
Tysiąc anegdotek różnego kalibru urozmaicało nam ten dziwny nasz nocleg.
Nareszcie po trudach dostaliśmy się do klasztoru, bogatego w obrazy Smuglewicza, a Kazimierz Lubomirski wyjednał zwiedzenie grobów pod kościołem, gdzie odszukaliśmy któregoś Lubomirskiego, spoczywającego w tém miejscu. Po otworzeniu trumny, znaleźliśmy naturalnie zeschły szkielet. Na pamiątkę uciął pan Kazimierz kawałek atłasu z żupana nieboszczyka; kawałek ten atłasu był jeszcze koloru amarantowego i tak mocny, że rozerwać się nie dawał. Ciekawym, czy dzisiejsze wyroby będą tak trwałe; ale ponieważ przekonać się prawdopodobnie nie będę mógł, więc daję za wygraną téj sprawie.
Zrobiła się przecudna pogoda, która, błogo na nas oddziaławszy, do dalszéj wycieczki zachęciła. Pomijam niedawno przez Andriollego illustrowane osobliwości i nadmienię tylko, iż schodząc z góry, pożegnaliśmy kamienną postać, która na klęczkach bardzo powoli idzie ku górze (co dodaje nam otuchy, gdyż według opowiadania miejscowego leśnika, skoro dojdzie do wierzchu, koniec świata nastąpi), i pojechaliśmy malowniczą drogą do miasteczka Bodzentyna.
Dojeżdżając do miasta, Bykowski zaproponował nam, abyśmy prowincyonalnych aktorów udawali. Z chęcią na tę dziwną propozycyą przystawszy, powyginaliśmy fantastycznie kapelusze, a że ówczesna moda wymagała w szerokich rękawach u surdutów kolorowych podszewek, wywróciwszy więc na lewą stronę nasze tużurki, wyglądaliśmy dość zabawnie.
Gdyśmy w rynku na dwóch brykach się zatrzymali, otoczono nas odrazu. Między ciekawą publicznością widać było kilka starych mieszczanek w charakterystycznych pelerynach z białym jak śnieg futrem (była to Niedziela i dzień gorący). Peleryny te nazywano „Dyzabelkami“ i były z jasno-błękitnéj grubéj jedwabnéj adamaszkowéj materyi, na głowie zaś z zadziwiającą sztuką w dziwnych kształtach zawiązane, wielkie białe chustki. (Bodzentyn jest miastem rodzinném Józefa Szermentowskiego, o którym wyżéj wspominałem).
Weszliśmy do dużéj oberży; tu zaraz za nami zaciekawieni mieszczanie. Bykowski więc krótko a węzłowato przemówił do nich i zapytał, czy chcą zobaczyć tureckiego baszę ze swoim dworem?
— A juści! — była odpowiedź.
Przeciągnęliśmy szpagat przez pół izby, a ugrupowawszy się około kochanego pana Piotra, rozpoczęliśmy przedstawienie.
Bykowski tedy, zrobiwszy z ręcznika naprędce turban, usiadł na stole po turecku, my za nim, i zaczął uroczystą mowę w języku świeżutko zaimprowizowanym. Musieliśmy gryźć sobie języki, by nie wybuchnąć śmiechem, patrząc na zaciekawione i pootwierane gęby szanownéj publiczności. A mówił pan Piotr jak natchniony, raz głośno i wolno, to znowu ciszéj nieco, a gdy westchnąwszy, jęknął, z oczyma w pułap zwróconemi, widać było rozrzewnienie na twarzach słuchaczy. Nareszcie zamilkł, a dobywszy z kosza naszego szklankę kolorową, napełnił ją po brzegi winem, co nam jeszcze zostało, i krzyknąwszy: „W wasze niezawodne ręce!“ — spełnił toast.
Tu radość publiczności nie miała granic i rozpoczęła się gwarna biesiada. Publiczność uważała to dopiéro za wstęp do przedstawienia, co zmiarkowawszy, pod pozorem zmiany kostiumów, dobraliśmy się do naszych bryczek i drapnęliśmy galopem z miasteczka. Mijając już ostatnie domowstwa, słyszeliśmy nie bardzo uprzejme komplementa i spostrzegliśmy kilka kamieni, rzuconych za nami na pożegnanie!
Nie wiem, czy komu dziś udałoby się tak bawić, ale my długo nie mogliśmy się dość naśmiać z naszéj wyprawy. Powróciliśmy do Kielc w doskonałych humorach, a uszczęśliwiony opowieścią naszéj podróży Zieliński, wydał pożegnalny obiad, i goście a towarzysze naszéj wycieczki pojechali daléj.
Często do zbiorów Zielińskiego zaglądali znawcy i amatorowie sztuk. Było rzeczywiście co oglądać. Naprzykład dwa pejzaże Salwatora Rosy, wielkości około trzech łokci na wysokość, malowane z wielką brawurą, które w skutek grubego pęzla (jak u nas przeciętni znawcy się wyrażają), ogółowi się nie podobały, a które dziś są, zdaje mi się, w berlińskiéj galeryi. Dobrze za nie zapłacono adwokatowi Bronikowskiemu, który odziedziczył dość dużo obrazów po rodzonym bracie, w Kielcach owemi czasy osiadłym, i który wprost od Zielińskiego, czy téż już po jego śmierci, stał się posiadaczem w znacznéj części zbiorów po Zielińskim.
Spotkałem także w lat kilkanaście potém, obrazek na drzewie, widok Wenecyi, prawdziwy Canaletti, u Stanisława Potockiego. Daléj znowu takie arcydzieło, jak obrazek Netschera: „Dzieci, oglądające gipsową figurę przy świecy“.
Nic nie wiem, co się stało z bardzo pięknym obrazem świętego Tadeusza, malowanym przez Czechowicza, jak również portretami królewskiemi, malowanemi przez Dolabelle, „Ucztą mitologiczną“ nieznanego autora, ale nadzwyczaj pięknym obrazem, i tylu, tylu innemi!
Nie wiem, czy gdzie egzystuje spis owego zbioru, gdzie prócz obrazów, było dużo historycznych i kosztownych pamiątek. Była tam srebrna głowa Esterki, rzadkiéj piękności i wartości. Szkoda takiego znakomitego zbioru!
Zieliński, jako człowiek bezdzietny, nosił się z myślą zapisania tego całego swego muzeum na własność publiczną; tymczasem w końcu życia, obarczony długami, zmarnować musiał tyloletnią pracę i starania.
W Kielcach, jak już wspominałem, niezmiernie miłe zamieszkiwało towarzystwo; grywaliśmy na cele dobroczynne teatra amatorskie, z wielkiém powodzeniem. Pamiętam moje tryumfy, jako piérwszego tenora: — występowałem w sztuce pod tytułem „Landara“, gdzie miałem rolę wędrownego aktora-śpiewaka; i czy Kielce były mało wymagające pod względem muzykalnym, czy ja w istocie miałem piękny tenor, dość, żem wrażenie robił kolosalne, a kilka pensyonarek zakochało się w malarzu, co tak ślicznie śpiewa!
Tu odsunąwszy na bok skromność wrodzoną, przyznać się muszę, że sztukę gwizdania doprowadziłem do wysokiéj doskonałości, i od lat 50-u, czyli przez pół wieku, nie spotkałem prawie nikogo, co-by mnie pod tym względem sprostał. Widać jednak, w co zupełnie uwierzyłem, że tylko prawdziwi tenorzy ładnie gwizdać mogą, dwóch bowiem tylko spotkałem w życiu rywali: Mierzwińskiego i Filleborna; lepiéj od nich gwiżdżących nie słyszałem, a bliźni mówią, żem ja daleko od nich lepszy gwizdała. W istocie, mam zmysł muzykalny bardzo rozwinięty, kocham muzykę nadzwyczajnie, a ponieważ oddawszy się malarstwu, nie chciałem już przechodzić edukacyi muzycznéj, więc ze słuchu nauczywszy się także akompaniować, bardzo trafnie, jak mówią biegli, do dziś dnia zbieram często oklaski, nawet od specyalnych znawców.
Uważałem téż, że na nerwy kobieteczek, których nie mogę się odzwyczaić uwielbiać, gwizdanie moje oddziaływa w sposób zdumiewający. Więc będę do końca życia mego gwizdał, i co mi kto zrobi?...
Powróciwszy nareszcie po dwóch latach najmilszego pobytu w Kielcach, osiadłem na stałe w Warszawie. W Warszawie także między licznemi otwartemi domami, bardzo gościnnemi, górował salon Łuszczewskich, rodziców znakomitéj Deotymy. W Saskim pałacu słynne Poniedziałki trwały lat kilkanaście. Tu zbierało się wszystko, co się w owe czasy odznaczało talentem, zasługą, lub znakomitością rodu.
Młodziutka Deotyma improwizowała poemata na różne zadania i wprowadzała w zdumienie zgromadzonych gości.
Salon, w ścisłém znaczeniu tego słowa, jeśli jest nie przesadzoną galanteryą tylko, ma wielkie społeczne znaczenie. Młody człowiek, bywający w salonach prawdziwie dystyngowanych, nabiera przyzwoitych manier i robi sobie na przyszłość towarzyskie stosunki. Niestety, dziś (w r. 1890), oniemal powiedziéć można, iż niéma ani jednego.
Jako stary Warszawiak, pamiętam salonów kilkanaście, w których zgromadzało się mnóstwo osób. Każdy młody człowiek starał się bywać w salonach takich i to go ocalało od wielu i bardzo wielu niepotrzebnych, a często zgubnych towarzystw.
Byłem i ja wprowadzony do salonu Łuszczewskich, a z tego źródła wiele innych, równie zacnych i otwartych domów poznałem.
Były także i salony niearystokratyczne, również niesłychanie przyjemne i gościnne. Do takich należał dom Kucza, redaktora niegdyś „Kuryera Warszawskiego“, dom doktora Tryplina, Wojcickiego, i wiele, wiele innych.
Jeśli się nie szło na wieczorek do którego z tych domów, to naturalnie w domu się nie siedziało. Wtenczas zwykle odbywała się mała narada, co dziś robić należy? Między młodzieżą dużo było zawsze takich, którzy do artystów lgnęli; co prawda, między młodymi malarzami rzadko się spotyka nudziarza; a ponieważ nigdy nudziarzem nie byłem, więc mnóstwo tak zwanych dobrych chłopaków mnie otaczało.
— Co ty Franek dziś robisz?
— Albo ja wiem; to zależy...
— Od czego?
— Naturalnie od kasy.
Więc wydłubywanie z kieszeni; każdy ile miał, składał na stoliku. Ogólną sumę, która czasami nawet kilkanaście złotych wynosiła, pakowało się do małéj szkatułeczki, zamykanéj na kluczyk. Najlepszemu rachmistrzowi i najzgrabniejszemu gospodarzowi powierzaliśmy ową kasę, i jazda na miasto!
Najpiérw po kieliszeczku ulubionéj i modnéj ratafii albo kalmusówki. Uczta taka zaczynała się „pod Haleją“; była to restauracya przy Koziéj ulicy, gdzie za 20 groszy porządny człowiek dostawał dwa ogromne zrazy z kaszą lub kapustą, wybredniejszy plaster sztufady, jak czapka, z kartoflami, albo rozbratel (porcye były ogromne); po parę kufli bawara, który był daleko smaczniejszy i lepszy niż dziś, za groszy 6. Następnie szliśmy na Piwną, gdzie nas czekał deser. Deserem tym były to pączki z powidłami, największe w Warszawie, sztuka 3 grosze.
Takie dni uroczyste jednakże nie zawsze się trafiały; bo jeżeli kasa, a bywało tak bardzo często, wynosiła np. złp. 1 groszy 18 na czterech lub pięciu, to feta kończyła się na bochenku chleba i serdelkach.
Pomimo tak skromnych warunków, mieliśmy humory przepyszne. Anegdoty, naśladowanie profesorów, lub wyniosłe myśli o sztuce, czasem kłótnie o pojęciach sztuki, które dość hałaśliwie się odbywały, dopełniały uczty.
Razu jednego, broniąc uporczywie rodzajowego malarstwa, dostałem gorącym zrazem od ś. p. Gierdziejewskiego w samo czoło; na co nie chcąc mu pozostać dłużnym, rzuciłem weń kwaszonym ogórkiem, lecz chybiwszy, zbiłem szybę w oknie. Na odgłos stłuczonego szkła, gospodarz się zjawił i to wpłynęło na zawarcie pokoju, który naturalnie skończył się zgodą serdeczną. Za szybę rozbitą obiecałem na drugi dzień wymalować widok Wezuwiuszu, na wyraźne żądanie restauratora, który mi rubla z radości dopłacił!
— Trzeba-by, wiész ty co, — wyrzekł raz Marcin Olszyński — zrobić efekt na maskaradzie...
Więc tedy po długiéj naradzie postanowiliśmy ukleić ogromny but, który miał być oprowadzany przez szewca. A więc na trzecią maskaradę zjawiłem się w owym bucie, którego cholewę wciągnąłem z góry aż do kolan; obcas wypadał nad głową, nos zaś buta sterczał na przodzie. Marcinek, ucharakteryzowany za szewca, oprowadzał mnie, i niektórym ówczesnym dandysom brał miarę na głowę. Rzeczywiście efekt był wielki i na drugi dzień w „Kuryerze“, z wielką naszą radością wyczytaliśmy najpochlebniejszy o tym koncepcie artykuł. Było mi w owym bucie okropnie gorąco, ale ponieważ kilku kolegów było razem z nami, więc od czasu do czasu coraz inny w but właził, a operacya ta odbywała się na schodach, gdzieś w kącie.
Co to za radość i jaka duma nas napełniała, gdy koło nas gromadziła się masa publiki, buchająca śmiechem. Bawiąc na téj maskaradzie do czwartéj czy piątéj godziny, spostrzegliśmy jakiegoś jegomościa, który ubrał się w czamarkę, a potrzeby, to jest szamerunki, miał zrobione z prawdziwych kiełbasek.
— Zjedzmy go! — któryś krzyknął, no i w moment był zjedzony na miejscu.
Wtém zjawił się Puchała Cywiński, pułkownik. Chciał być srogim i aresztować nas zamierzał, ale nie wytrzymawszy długo, sam parsknął śmiechem.
Bywałem téż i w gronie cyganeryi, którą składali: Włodzimierz Wolski, Zmorski, Dziekoński, Filleborn, Niewiarowski i kilku, których nie pamiętam. Grupa ta, nieco w owe czasy dla mnie za stara, traktowała mnie trochę lżéj; wszakże i z nimi hulało się czasem.
Koło gmachu Loteryi, obok Kopernika, była budka, a w niéj, jak i w kilkunastu innych miejscach, mieszkało kilku tak zwanych budników, rodzaj nocnych policyantów. Otóż często nas spotykając, przyzwyczaili się do hałaśliwéj gromadki, a przez wdzięczność z naszéj strony, przyszła któremuś myśl wyuczenia budników kontredansa. Dostawał każdy w łapę parę dziesiątek, potém ustawialiśmy ich według formy i przy mojém gwizdaniu, wcale już nieźle dwie figury piérwsze umieli. Naturalnie, że i im, i nam nareszcie sprzykrzyła się dalsza edukacya, i na tych dwóch figurach poprzestaliśmy.
Największego protektora i serdecznego przyjaciela miałem w zacnym Kuczu. Ten kochany przez wszystkich człowiek, pisał w „Kuryerze“ o każdym moim obrazku, poznawał mnie nieraz z ludźmi, wysoko położonemi.
Pamiętam, żeśmy kilka sutych bibek przebyli z takim naprzykład dygnitarzem, jak minister Turkułł, który był wielkim zwolennikiem humoru i dobrego wina, a wiele-to śniadanek z wielkimi panami już wówczas się zjadło! Było np. dwóch hrabiów Czapskich, którzy byli prawdziwemi typami wielkich panów; prócz fet wielkich, często dostawałem obstalunek na obraz, na który i zadateczek się zaraz znalazł, a często i zgóry zapłacono. Tych i takich, niestety, nie wielu jednakże bywało!
Jednemu z wielkich panów, którzy mnie licho zapłacili, opowiedziałem, jak kiedyś bankier Mathias Rosen, któremu za protekcyą, jak zwykle, poczciwego Kucza, odniosłem zamówiony jakiś mały obrazek, i rozdygotany cały stanąłem przed nim.
— Dziękuję panu; a ile mu jestem dłużny?
Jest to chwila krytyczna i mocno do dziś dnia mnie denerwująca.
— Sam nie wiem...
— No, a któż będzie wiedział?
— Najlepiéj, niech pan dobrodziéj sam oceni.
— No, jak panu dam dwieście złotych, czy pan będziesz kontent?
— A! panie dobrodzieju, aż nadto!
Spojrzał na mnie mile i poszedł do biurka; włożył pieniądze w kopertę i takową mi wręczył.
Ukłoniłem się nizko, i szczęśliwy nad wyraz, wyleciałem na schody, w sieni bowiem już kilku koleżków niecierpliwie na mnie czekało.
— A co? masz?
— Mam!
— Brawo! niech żyje Franek! no, a teraz funda!
W restauracyi, ale już droższéj, zajrzeliśmy do koperty. Nie było tam dwieście złotych, ale trzysta!
Połowę schowałem do buta, a za resztę biba wielka, chciałem powiedziéć: aż miło! — ale sumienie każe mi wyznać, że aż nie miło!
Jednakże muszę się pochwalić, że lubiłem bardzo i poważniejsze, czyli porządniejsze towarzystwo; więc często koleżków puszczałem w trąbę, a sam, ufryzowawszy długie i czarne kędziory, we fraczku, chodziłem do porządnych ludzi.
Kochiwałem się w przeróżnych pannach po kilka nieraz tygodni, łaskawie, choć zlekka traktowany przez mamy i papów. Grywałem teatra amatorskie nie wiem sam po ile razy, zawsze z ogromnym sukcesem. Zdaje mi się dziś jeszcze, że gdybym był poszedł na scenę byłbym został dobrym aktorem! Teatr, muzykę, taniec uprawiałem z wielkiém zamiłowaniem.
Teatr namiętnie lubiąc bywałem w nim często, ma się rozumiéć, na Paradyzie; przypuszczam, że wielu z czytelników nigdy tam nie byli, więc muszę opowiedziéć jak się to odbywało. Ponieważ teatr zaczynał przedstawienie o siódméj, trzeba więc było przy drzwiach prowadzących na Paradyz stać już o w pół do szóstéj; kto pierwszy, ten lepszy; staliśmy więc oparci o drzwi i gnieceni przez późniejszych przybyszów.
Skoro woźny teatralny drzwi otworzył, wówczas galopując po kilkuset schodach, wpadaliśmy na Paradyz zajmując pierwszą przy poręczy ławkę. Niezdarni lub mający mniéj charakteru w nogach, musieli już siadać za nami, zkąd naturalnie nie tak dobrze scenę widać. Otóż godzinę przynajmniéj prawie po ciemku trzeba było wyczekiwać. Czas ten urozmaicaliśmy sobie mnóstwem figlów, których największa porcya dostawała się żydom. Niepodobna wszystkich przytaczać. Gryzło się przez ten czas orzechy, zajadało pierniki, chleb świętojański, buczynę i tym podobne specyały.
Jeden z moich kolegów spóźnił się nieco i wypadło mu siedziéć po-za żydkiem, który zajął miejsce w pierwszym rzędzie, a miał artysta ten w kieszeni flaszeczkę z terpentyną potrzebną do malowania, którą przypadkiem w ubraniu zapomniał. Otóż wlał w otwartą kieszeń od surduta żydowskiego sporo terpentyny, i odor przykry się rozszedł.
— Panie żandarm — powąchaj pan tego żyda, przecież wytrzymać nie można.
Żandarm powąchał, i wyprowadził żydka za drzwi. Tym sposobem, koleżka mój, zyskał dobre miejsce.
Mój Boże! wiele to razy słuchało się z góry Dobrskiego lub Żółkowskiego, choć pot kapał z głowy aż do krzeseł. Wściekłe bowiem tam zawsze panuje gorąco, a jakie rozmowy! naprzykład: „Co się pan pchasz na mnie, czyś pan szlachcic? — O jéj! — była odpowiedź, — „a Pan“ — „O laboga“. Wszystko wtedy bawiło — wszystko się podobało! Szkoda, że to się już nie wraca.
Jak nas naprzykład, dziwiło to, że ci państwo w lożach nigdy się nie śmieją, ziewają lub odbierając wizyty, głośno rozmawiają i niedoczekawszy końca sztuki, wychodzą, tracąc najpiękniejsze sceny. Było to dla nas niepojęte!
Śród bardzo miłych i gościnnych domów, poczetne miejsce zajmował doktora Tryplina, niezmiernie ożywiony, fetował gości i bawił. Zbierało się tam towarzystwo bardzo liczne i bardzo urozmaicone. Więc literaci, muzycy, malarze, panowie etc. etc.
Często urządzano wieczory tańcujące. Na takim wieczorze tłok bywał ogromny, młodzieży huk. Pań i panien mnóstwo. A mieszkał na Krakowskiém-Przedmieściu, na pierwszym piętrze, z dużym salonem, w domu wówczas Żukowskich, który dziś już nie egzystuje, przeprowadzono bowiem Nowo-Miodową ulicę na tém miejscu.
Na imieniny pani domu, urządzono bal większy. Wszedłszy do salonu, po przywitaniu z gospodarstwem, spostrzegłem gęstą kupkę młodzieży, otaczającéj ładną jakąś młodziutką panienkę... Była to Lucynka Żukowska, jedynaczka, córka właściciela domu, posiadającego ładny prócz tego majątek ziemski.
Ma się rozumiéć, że młodzież starała się na wyścigi przypodobać i rozkochać panienkę.
Forma każe się wszystkim panom starszym, paniom i pannom przedstawiać. Tryplin wziąwszy mnie za łokieć przyprowadził przed panienkę, coś jéj szepnął do ucha, a ja ukłoniłem się bardzo zgrabnie i nie pchając się za innymi stanąłem w kącie pokoju.
Nie wiem dlaczego, ale nieśmiałem się zbliżyć do niéj. Oczyma tylko kilkakrotnieśmy się spotkali.
Panna przyzwyczajona do nadskakiwania młodzieży, widząc że ja zdaleka się trzymam, sama przechodząc przemówiła do mnie; krótko ale zręcznie odpowiedziałem i zabawiwszy z godzinę na drugi wieczorek poleciałem.
Wszystko to wyszło mi na dobre. Za parę dni dostałem zaproszenie na obiad do Tryplina i tym razem siedząc obok panienki, ośmielony łaskawém obejściem całego towarzystwa, od razu stałem się śmielszym i krótko mówiąc zakochałem się po uszy, choć bez żadnéj nadziei.
Przyszła wiosna, sprawiłem sobie jasny kosmaty cylinder i pelerynę podług ówczesnéj mody. A że ogród Saski — aleje Belwederskie, Łazienki Królewskie, były licznie odwiedzane przez spacerujących.
Często więc z matką, gdyż ojciec na wsi przebywał, spacerowała Lucynka po alejach. Naturalnie, że o niéj tylko marząc; co dzień niby przypadkiem spotykałem ją na spacerach.
Po odprowadzeniu do domu za drugim razem, matka, wielkiéj zacności kobieta, zaprosiła mnie na górę. Za chwilę przyszedł Józef Lubowski, znakomity fortepianista i kompozytor, który lekcye dawał w tym domu. Był to człowiek stworzony na kochanka, piękny jak Apollo o niebiesko-czarnych włosach, blady, interesujący, w którym wszystkie ówczesne panie i panny na zabój się kochały.
Położenie moje stało się od razu przykre, czułem, że rywalizacya niepodobna. Zazdrość którą dusiłem w sobie, bardziéj mnie jeszcze roznamiętniała.
Nie wiem, czy miłość prawdziwa i szczera bywa widoczną dla innych od razu, ale panna Lucyna odczuła moje zgryzoty. Zaczęła się walka myśli i podrażnionéj mojéj ambicyi.
Powtarzałem ciągle, że malarstwo kocham, że jakto dobrze, że artyście nie wolno się żenić, że mam nadzieję wkrótce wyjechać zagranicę, że powinna z matką na wieś jechać na całe lato; jedném słowem, mówiłem wszystko przeciwnie temu jak sobie życzyłem.
Nie wiedziałem, że starzy z sobą dosyć źle żyli, i że dlatego o wyjeździe na wieś mowy być nie mogło.
Któréjś soboty, a był to dzień tygodniowego przyjęcia, poznałem ojca. Twardy, zimny i dumny szlachcic, wyraźnie mi swém obejściem okazywał obojętność. Rozmowa z rolnikiem dla mnie zawsze była trudną, bo nie mam o gospodarstwie żadnego pojęcia. Nie kleiło się więc z nim.
I przyszły takie tygodnie, w których nie mając żadnéj nadziei, zacząłem unikać spotkania się z moim ideałem.
Straciłem na humorze, co niecierpliwiło moich kolegów, i co narażało mnie na niemiłe ich strony żarciki.
Na jednym z wieczorów literackich, u Łuszczewskich, poznałem się z hrabią Łubieńskim Kazimierzem, byłym wojskowym polskim, człowiekiem znacznéj fortuny i zacnego serca. Otóż ten pan, po pewnym czasie, zaprojektował mi wyjazd na jego koszt do Paryża, gdzie miał mnie zamiar zostawić, zapłaciwszy z góry za rok pobytu.
Świetna ta a tak niespodziana propozycya, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Więc o wyjeździe moim prędko się wieść rozeszła. Naturalnie, że doszła i do mojéj panny.
W parę dni otrzymałem list od matki panny, żebym koniecznie był u nich na obiedzie.
Z bijącém sercem i stanowczém postanowieniem pożegnania, pośpieszyłem do pani Żukowskiéj.
Pomijam rozmowę i wypytywania się o wyjazd mój, dość, że wstając od stołu, panna wzięła mnie za rękę i nieco pobladłszy, rzekła: „Pan nie pojedziesz“.
Proszę sobie wyobrazić moment w którym to usłyszałem.
— Wszak prawda? — powtórzyła.
Wyrzekłem pocichu: — Tak pani.
W rok potém po niewiem wielu i jakich przeszkodach, ślub nasz naznaczono na początek 1854 r. Ojciec jednak wyraźnie trzy razy mi powtórzył: „Nie dam wam ani grosza“. Szlachcic ten, dziś już nieżyjący, przez lat 18 dotrzymał święcie danego słowa, aż do śmierci.
Nie ma, powiadają, tego złego, coby na dobre nie wyszło. Fortunka 75,000 rs. znalazła się dla moich pełnoletnich już dzieci, po śmierci rodziców méj nieboszczki żony.
Tym sposobem córki otrzymały po 25 tysięcy rubli posagu — i mężów znalazły.
Syn machnąwszy znaczną część spadku od razu, jest zabezpieczony, bo jako zdolny bardzo portrecista i to przeważnie kobiet, ma już powodzenie. Ja zaś powróciwszy na starość do kawalerskiego bytu, odzyskałem swobodę, tą najdroższą spuściznę — i właśnie może dlatego zachowałem do dziś dnia okazałą porcyę humoru.
Humor, rzecz dziś tak rzadka i tak nawet trudna, potrzebuje tylko dwóch rzeczy, poczciwego i wytrwałego żołądka i ograniczenia potrzeb; przez lat trzydzieści kilka, musiałem trzymać mieszkanie o pięciu pokojach, i prowadzić dom nie okazały ale przyzwoity.
Mając otwarte wszystkie klamki najzamożniejszych domów, a wszędzie łaskawie widziany, dałem sposobność obu po kolei córkom bywania wszędzie, doprawdy, że nie wiem czy są panny, które by tyle się wybawiły co moje! Bywały karnawały, gdzie hasały co dzień, a często trzeba było po dwa bale na raz przeharować. Dziś obie już matkami, dziwnie mimo wesoło przepędzone panieństwo, gospodarne i pracowite ogólną cieszą się sympatyą.
Widocznie Pan Bóg nad sierotami czuwał! Dlatego też mnóstwo dziwi się ludzi, że bez matki, i z artystyczném usposobieniem, dokazałem niemałéj sztuki.
Ś. p. matka mojéj żony, jako kobieta, i jako zacna kobieta, mając swój niewielki stosunkowo majątek, przychodziła nam z pomocą jak mogła.
Żona moja, dziś już od lat 20 nieżyjąca, była kobietą wielkiego charakteru, niepospolitego rozumu; kochaliśmy się bardzo.
Byłem stosunkowo bardzo szczęśliwy, troje dzieci dał Pan Bóg, straciłem jednak żonę w sposób niezwykły, który tu dla przestrogi przytaczam, choć w swoim czasie gazety to opisywały.
Była epoka (która dziś znowu powraca) zajmowania się spirytyzmem. Niepamiętam jakim już sposobem książki traktujące o świecie pozagrobowym, wydawane między innemi przez Allan Cardeca i Flammariona, wpadły w ręce mojéj biednéj żony. Pod wrażeniem tych dzieł, ponętnie podobno pisanych, myśl o życiu przyszłym zaczęła moją żonę prześladować. W tym właśnie czasie przyjechała pani czy panna Hersylia z Paryża, sławna jasnowidząca.
Przez ciekawość żona moja z przyjaciółką udały się do téj prorokini (niech jéj nie znam!) która śmierć méj żonie niedługo zapowiedziała. Fatalność chciała, że zapadła w ciężką chorobę, z któréj pewno-by wyszła, gdyby nie owe nieszczęśliwe przepowiednie. Gorączka się ciągle wzmagała i oczekiwany napewno zgon nastąpił. Są to najboleśniejsze dla mnie wspomnienia i dlatego umyślnie o nich zamilczę.
Przepraszam Cię najmocniéj czytelniku, żem z bólem moim przed nim wystąpił, jeszcze raz przepraszam i wracam do humorystyki, bo to mój obowiązek!

But w moim życiu trzy razy odegrał ważną rolę! Pierwszy olejny obstalunek, szyld dla szewca, przedstawiający but. W bucie na maskaradzie ubawiłem całą publiczność warszawską i stałem się głośnym w dość dużém kole znajomych. But nareszcie schowałem memu teściowi, który niespodzianie do Warszawy przyjechał z zamiarem przyaresztowania w ostatnim momencie mego ślubu. A miał z sobą tylko jedną parę butów, więc musiał w domu zostać. Tak panowie, żeby nie ten but, byłoby wszystko inaczéj.
Sformowawszy dom, musiałem myśléć o powiększeniu dochodów. Ponieważ jakto do dziś dnia się dzieje, sztuka na twardy grunt trafiła, czyli, że trudno jest obraz sprzedać, więc rzuciłem się na illustrowanie pism, bo choć nie wielki, ale zawsze jakiś grosz zarobić można, i także zacząłem dawać lekcye.
Dzięki już licznym znajomościom, miałem lekcye w najzamożniejszych domach: Potoccy, Zamoyscy, Platerowie, Jezierscy, Lubomirscy, Łubieńscy i wiele innych zamożnych domów, protegowali mnie jako nauczyciela akwarelli i rysunku w swoich domach.
Zapewne, że kilka, i to najlepszych godzin dnia, musiałem poświęcać dawaniu lekcyi; z drugiéj strony, coraz nowe stosunki, a zawsze najlepsze, wyrobiły mi sympatyą i uznanie, któremi do dziś się cieszę.
Dostawszy parę tysięcy rubli od matki żoninéj na podróż, zwiedziłem w 1856 r. Paryż, Bruksellę, Drezno, Berlin, Wiedeń, i jakkolwiek żałuję, żem dłużéj dla wiedzy artystycznéj za granicą nie został, to znowu z drugiéj strony, choć sam wiele braków w technice swojéj postrzegam, tyle jednak zyskałem, że będąc ciągle w kraju, kraj tylko rozumiem, krajowe postacie i krajowe okolice tylko maluję, i zdaje mi się, w rysunkach najczytelniejszym dla swoich zostałem.
Dziwnie to jest o sobie korzystnie mówić, lecz zastawiam się tyloma i w tylu gazetach pisanemi o mnie artykułami. Wszak prawda?...
Miałem Was, o cierpliwi czytelnicy, bawić, a ja tu baję o rzeczach seryo. Trudno mi naprawdę w porządku chronologicznym jedno po drugiém opowiadać, więc proszę o pobłażanie; rozmaite w rozmaitych czasach przytoczę zdarzenia.
Wiele rzeczy mi się udawało; jedna nigdy, to jest powaga. Ile tylko razy chciałem być poważnym, zawsze dałem kiksa. I tak:
Pani hrabina Maurycowa Potocka, bardzo rozumna i miła osoba, spotkawszy mnie gdzieś na balu, wyrzekła:
— Panie Kostrzewski, słyszałam, że pan dajesz lekcye u Augustów Zamoyskich?
— Tak, pani.
— Bardzo tam mi pana zachwalają. Mam dwie córki dorastające; biorą lekcye rysunku od Tegazza, ale okropnie ich to nudzi. Jedna nie ma, zdaje mi się, żadnych zdolności, a druga bardzo leniwa.
— Ach, to lekcya akurat jak dla mnie.
— Dziękuję, więc proszę przyjść jutro około drugiéj godziny, to się umówimy.
Na drugi dzień pośpieszyłem na naznaczoną godzinę, i zastałem panią hrabinę już na mnie oczekującą.
Podobnie miłéj i dowcipnéj damy nie zdarzyło mi się spotkać. Osoba niemłoda, wówczas już około 50-letnia, bardzo otyła, o rysach kształtnych i rozumnych oczach, jest tak pełną wdzięku i prawdziwéj pańskości, że mogłaby być modelem wielkiéj pani, ale wątpię, czy łatwa do naśladowania. Rozmowa z nią jest prawdziwą przyjemnością; tyle tam przenikliwości, tyle bystrego pojęcia, tyle znajomości sztuk pięknych, że doprawdy, żałuję każdego, który nie miał sposobności zbliżenia się do niéj. Jakaż-to różnica od innych, nadętych, prawie niegrzecznych dam salonowych, które swym chłodem w obejściu ziębią każdego odrazu i które pożegnawszy, czujesz lekkość w sercu.
Ukazały się panienki podlotki, w czarnych sukienkach, żałobie po stryju, Auguście Potockim, ze spuszczonemi oczyma i prawie zakonnemi manierami. — Boże! jakże te lekcye będą smutne! — pomyślałem sobie, ale nazajutrz poszedłem.
Dla przyzwoitości towarzyszyła nam przy lekcyach Angielka, wysoka, rumiana ale chuda, rudawa, nierozumiejąca ani słowa po polsku, tak, jak ja nawzajem ani pół słowa po angielsku.
Zasiedliśmy w pokoju panieńskim przy stoliku: ja w środku, po bokach panny, vis-à-vis mnie Angielka.
Powiedzianém było, że lekcye odbywać się będą od 11-éj do 12-éj. Piérwsze chwile zajęła nam rozmowa o tém, jaki papier będzie potrzebny, czy ołówki, jakie zastałem, są dobre, i czy nie można-by odrazu malować, bo rysowanie to nudne.
— Proszę pań, rysunek jest duszą malarstwa. Kto mało i źle rysuje, ten malować nie może nigdy.
Piérwsza ta definicya, wygłoszona wolno i poważnie przezemnie, widocznie pannom się nie podobała, bo jedna wyjrzała przez okno, a druga schyliła się po coś na podłogę. (Milczenie).
— Proszę pana, — odzywa się po chwili panna Marya (dzisiejsza ordynatowa Zamoyska) — pan się podobno okropnie żab boi?... Czy to prawda?
— O jéj! — myślę sobie — co to będzie?
— Bo nam mówiła panna Zamoyska (dzisiejsza hrabina Krasicka), że jak pan zobaczył u nich w ogródku żabę, to pan aż krzyknął.
— Tak, pani, nie cierpię tego stworzenia... ale to mniejsza. Proszę pani, każda rzecz przedstawia bryłę, która ma swoje oświetlenie, i od tego zależą wypukłości, które należy na obrazie...
A tu hyc! hyc! prawdziwa, żywa żaba z pudełka po stole wprost do mnie podskakuje.
Zerwałem się jak wściekły, przewróciłem dwa krzesła i zbladłem jak ściana. Tu Angielka, coś bełkocząc do mnie po angielsku, wstała, wzięła żabę przez chustkę i wyrzuciła ją przez okno. Potém, zwróciwszy się do panien, które taczały się ze śmiechu, coraz ciszéj coś mamlała, aż nareszcie wyszła z pokoju, czerwona jak cegła, a ja, ogłupiały, spojrzałem na zegarek. Dopiéro dziesięć minut upłynęło, a więc jeszcze pięćdziesiąt zostało. Wtém boczne drzwi się otworzyły: wszedł fagas wygolony i wygalonowany, i wypowiedział:
— Starsza pani przyjechała.
— A! babcia! babcia! Przepraszamy, ale zaraz wrócimy — i poleciały, jak dwie czarne jaskółki.
Za chwilę przyniósł lokaj papierosów od pani hrabiny, żebym sobie tymczasem zapalił.
To mi trochę ulgi przyniosło. W dobre pół godziny powróciły wesołe i śliczne te dwie panienki; przyrzekły uroczyście, że już więcéj żab nie będzie, i że będą już cicho.
Usiadły.
— Więc, chcąc przenieść na papier przedmiot upatrzony, trzeba najpiérw naznaczyć kierunek, potém podzielić na główne partye...
— Proszę pana, czy łatwiéj jest malować akwarellą, czy olejno?
— Czémkolwiek chcąc malować dobrze, zawsze jest trudno.
— Ja-bym chciała się nauczyć malować konie. Dobrze, panie?
— Dobrze.
— A ja nie lubię koni; ja-bym chciała umiéć malować portrety na pamięć.
— Dobrze pani; ale zanim rozpoczniemy tamte prace, trzeba przedewszystkiém...
— Przepraszam; pan zna Gucia?
— Znam, pani.
— To wié pan co? dajmy już dziś malarstwu pokój i chodźmy na dół do Gucia.
Wtém drzwi się raptem otworzyły i Gucio, z którym się już doskonale znałem, wpadł jak bomba.
— Jak się masz, Kokuś! Co ty się tu będziesz z niemi nudził? Chodź na śniadanie.
— Ależ mój drogi...
— Niéma żadnego „ale“ — i wsadziwszy mi na głowę kapelusz, wziął mnie pod pachę i pociągnął za sobą; w jednéj chwili zlecieliśmy ze schodów do jadalnéj sali, gdzie już kilka osób siedziało, a po-za niemi stało sześciu wygalowanych i wyprostowanych lokai. Stary niemiec, „Pacyk“, marszałek dworu, dyrygował posługą. Śniadanie przewyborne, wina pyszne, rozmowa najpyszniejsza.
Sfrunęły natychmiast i obie panienki z góry i zasiadły do wesołego stołu.
To była piérwsza lekcya. Za taką lekcyę bierze się trzy ruble. Ale takich więcéj nie dostanie!
Na drugiéj były fajerwerki. Gdym wchodził do pokoju, moje śliczne i najmilsze uczennice zapaliły race pokojowe. No, i tak w dalszym ciągu dawałem lekcye przez lat pięć. Odrobinę się jednak te panie poduczyły; panna Natalia nawet troszkę już zaczęła rysować, a przynajmniéj trochę się z rysunkiem obeznała.
Lekcye u Platerów. Były dwie panny Plater, które zaczęły brać lekcye poważniejsze. Nawet młodsza, zdaje mi się że Cecylia (dzisiejsza Włodzimierzowa Plater), robiła znaczne postępy; oddana była sztukom, i powiedziéć mogę, iż była moją najzdolniejszą uczennicą. Siostra jéj (dzisiejsza Konstantowa Przezdziecka), także do pewnego stopnia nabrała wprawy. Ale cóż, kiedy tam znowu co lekcya przybywał ktoś nowy: to jeszcze siostra, to brat jeden, to potém dwóch braci, tak, że w końcu trochę mi tego było za dużo.
U hrabiowstwa Augustów Zamoyskich, gdzie dawałem lekcye pannie Annie, wychowywała się Marya Potocka, blizka ich krewna. Była to istota dziwnego uroku i nadzwyczajnych zdolności. Ślicznie już zaczęła malować, pisała bardzo udatne poezye, grała ładnie na fortepianie. Biedaczka, młodziutka jeszcze, umarła na suchoty. Wielka szkoda, bo takiéj drugiéj nie spotkałem.
Dawałem także lekcye u hrabiny Borch. Miała dwie córki, w swoim czasie słynne z piękności, szczególniéj młodsza. Wyszła za Sapiehę czy Sanguszkę, i młodo zmarła. Była to nadzwyczajna piękność: jasna blondyna, cudownych rysów, z czarnemi jak smoła oczyma.
Pamiętam na wielkim balu u Karola Krasińskiego, w pałacu dawniéj Andrzeja Zamoyskiego, na Nowym Świecie, gdy weszła do sali w białéj sukni, z gwiazdą brylantową nad czołem, odrazu zrobiło się cicho — wszyscy oniemieli z zachwytu.
Dziś takich piękności, jakie były dawniéj, niéma ani jednéj; a wtenczas w tym wielkim świecie było ich kilkanaście niezwykłego uroku.
Taka naprzykład, już podówczas niemłoda, niemłoda, pani Płatonow (z domu Drzewiecka), klasyczna piękność; pani Zenejda Lubomirska; pani Iza Tyszkiewicz; panna Łabuńska; pani Przezdziecka; pani Świejkowska, pani Czosnowska, późniéj pani ordynatowa Zamoyska i t. p.; a dziś kto? — ani jednéj. Doprawdy, że ten świat codzień marnieje. Bieda, brzydota, płaskość, bankructwa... Powié ktoś, żem się zestarzał i dlatego tak sądzę. No, to zapytajcie innych, jeśli mi nie wierzycie — bardzo proszę.
Dawniéj, jeśli jakaś piękna i wystrojona dama, świetnym ekwipażem jechała przez Nowy-Świat, to każda żona męża lub córka ojca mogła śmiało zapytać, kto to taki? Dziś przechodząca córka musi oczy spuścić, bo mamy lub papy nie śmié o to zapytać, i udawać musi, że nie widzi.
Jeśli jaki elegant dziś się pokaże w amerykanie, to napewno nie żaden pan ani panicz, ale kantorzysta, najętemi końmi i najętym brekiem.

Co prawda, niemiłosiernie świat mi się psuje, bo typów wybitnych
niéma wcale. Za moich lat młodych, proszę sobie przypomniéć, (zwracam się do tych, co przeszli pięćdziesiątkę) — co to za oryginalne postacie można było spotykać! Taki np. hrabia Męciński, trochę karykatura, ale co za typ! Daléj Kurnatowski, pełen wymuszonéj elegancyi staruszek, niezmiernie ugrzeczniony. Nosiłem jeszcze mundurek Szkoły Sztuk Pięknych, gdy nieraz, idąc w kilku z tekami pod pachą, ujrzeliśmy kroczącego ku nam Kurnatowskiego, usuwaliśmy mu się na bok, by doświadczyć jego grzeczności, a on natychmiast zdejmował kapelusz i głośno mówił: „Dziękuję panom“. — Dziś nikt nikomu nie dziękuje, ale prawdą téż, że nikt z młokosów z drogi nie ustąpi starszemu.

Szambelan Skibicki był także nadzwyczaj charakterystycznym dygnitarzem; senator Badeni; hrabia Nesselrode; późniéj Henryk hr. Rzewuski, autor „Listopada“. Wszystko ludzie starsi, ale z jakim wyglądem! Taki naprzykład Steinkeler na balu, w rozmowie z Salwianem Jakubowskim, co za typy! Nareszcie jeden z późniejszych, b. wojskowy polski, Laski, figura oryginalna, czupurna mina, ubrany krótko a zawadyacko. Daléj szereg hulaków, jak: Radziwiłłowie, Pusłowski Wiktor, awanturnik Dowbór i tylu innych. Teraz widocznie takich ludzi brakuje, a przynajmniéj ich nie widać; niema z kogo zbierać wzorów.
Jednym z ostatnich sympatycznych typów, ale już późniejszych, był hrabia Maurycy Potocki, typ pana i szlachcica, zawsze grzeczny, miły, nigdy o nikim źle nie mówiący. Wesoły, uśmiechnięty, dowcipny, lubił troszkę bibki. W swoim czasie chodziła o nim anegdota, że gdy pewnego razu któryś z bankierów pozwolił sobie nazwać go przy kieliszku bibułą, odrzekł natychmiast: „Odsuń się pan, bo wsiąkniesz“. — Wiadomo bowiem, że kleks, zrobiony atramentem na papierze, żydem nazywany, w bibułę wsiąka.
Oj, te bibki! wiele to ja ich widziałem, i jakże niektóre wesołe! Już to przyznać trzeba, że chyba nikt z moich znajomych nie był tak na bibki wciągany, jak ja; dzięki dobremu zawsze humorowi, nie obyło się nigdy bezemnie tam, gdzie się bawić chciano.

Za kawalerskich moich czasów żył bardzo przyjemny i piękny człowiek, Edward Koelichen, który, prócz znacznego majątku, posiadał także bardzo głośny handel win na rogu Długiéj i Przejazd. Otóż u niego bywały Piątki, gdzie dawano kolacye bardzo sute.
Bawiono się muzyką; grywali: Lubowski Józef, Dobrzyński, śpiewał nieporównany Dobrski, dwóch Zachorowskich, Komorowski, twórca „Kaliny“, i mnóstwo innych, których już zapomniałem; naturalnie, i ja wygwizdywałem. Po kolacyi sprzątano stoły i układano albo szarady z żywych osób, albo żywe obrazy, naturalnie treści bardzo wesołéj, ale niecenzuralnéj. Tańce naprzykład Hotentotów, lub marsze ludzi obdartych z garderoby przez dzikich; przypadki Robinsona, rozumie się wszystko w karykaturze. Otóż te Piątki takie ogromne powodzenie miały, że w końcu musiał gospodarz zamknąć swoje gościnne a wesołe progi.

Jednym z naczelnych przewodników tych uczt bywał ś. p.
Bonawentura Chrząński, urzędnik Banku Polskiego, nadzwyczaj wesołego usposobienia.
Gdy wieść o tych zabawach rozeszła się po Warszawie, jakto zwykle bywa, zaczęli ludziska przesadzać i w końcu niestworzone rzeczy opowiadać, co wywołało nawet pewne zgorszenie w salonach.
Razu pewnego będąc zapytany przez jedną z ówczesnych matron, czy to prawda, że u pana Edwarda takie okropności i nieprzyzwoitości się dzieją, odrzekłem:
— Proszę pani, ludzie przesadzają, bo niech pani przyzna, czy biały krawat jest nieprzyzwoity?
— A nie, przeciwnie!
— A frak?
— No nie.
— Otóż właśnie na ostatniém zebraniu odbywał się taniec, literalnie tylko we frakach i białych krawatach. A widzi pani.
Albo jeszcze dużo przedtém, syn Marcina Zalewskiego, naszego profesora perspektywy i kolega mój, Konrad, dosyć zdolny, ale hulaka straszliwy, zaprosił nas kilkunastu na imieniny. Imieniny studenta! więc moc ratafii i krupniku; krupnik składał się z okowity, miodu, słoniny i pomarańcz, a co, co za kombinacya!
Potrawy zaś stanowiły pieczone naturalne koty, z których skórki ze łbami, zawieszono na ścianach. Ponieważ o talerze było trudno, więc w braku takowych poszarpane pieczywo, podawano w mundurowych czapkach!
Ręczę słowem, że świętą piszę prawdę.
Dziś jako stary smakosz, aż się na to wspomnienie otrząsam. Wówczas, naturalnie więcéj przez swawolę, niż z musu takie uczty urządzaliśmy czasem.
Gitara z gwizdaniem albo harmonijka, zastępowała orkiestrę. Ponieważ byłem przez kolegów mianowany orkiestronem, a moja harmonijka już się była przedęła, więc koledzy zrobiwszy między sobą składkę, zafundowali mi piękną i dużą, nową harmonię, która téż bywała zawsze zabierana na ekskursyę, to jest wtenczas, gdyśmy z poczciwym i kochanym Piwarskim za rogatki na całe dnie wybierali się na studya.
Zabawny był widok, gdy nas kilkunastu siadywało po łąkach około drzew, naprzykład w Tarchominie.
Takich olbrzymich i malowniczych topoli nadwiślańskich nigdzie na świecie nie ma, jeszcze ich trochę stoi w Jabłonnie, a tak olbrzymie, że w kilkunastu zaledwie można te stare pnie otoczyć.
Pamiętam niedawno jeszcze, jakiś przejeżdżający Anglik, wielki wojażer, mówił (co naturalnie mi przetłómaczono), że gdyby Anglicy wiedzieli o egzystencyi takich olbrzymów, toby umyślnie po to jedno tu przyjeżdżali.
Tu muszę wypowiedziéć moje zdziwienie, dlaczego u nas przy tylu rozmaitych kierunkach w malarstwie, tak mało jest pejzażystów?! Przecież nasze sosny, wierzby, topole, dęby i tyle innych drzew, stanowią tak cudowne wzory! Byłem przecież trochę w Niemczech i Francyi, a przeważnie spotykałem lasy, wprawdzie bardzo porządnie utrzymane, ale bardzo ubogie.
Poznałem trochę i Księstwo Poznańskie, odwoziłem bowiem do Poznania około 1872 roku starszą moją córkę, mającą wówczas około dwunastu lat, by umieścić ją na pensyi Sacré coeur.
Przełożoną téj pensyi była wówczas panna Chłapowska, osoba wielkiego wykształcenia i niezmiernego uroku, bardzo dystyngowana i uprzejma.
Zwiedzając Poznań, spotkałem na ulicy Wiktora Barańskiego, portrecistę pastelowego, wołyniaka i viveura, bardzo dowcipnego, zatém bardzo miłego hulakę.
Przywitawszy się serdecznie, powiedział mi, że przyjechał do Poznania, gdzie teatr krakowski chwilowo bawił. Zastałem więc i Koźmiana, ówczesnego dyrektora teatru, człowieka miłego, bardzo wykształconego i interesującego. Z téj okazyi urządzono wesołą kolacyjkę z panną Urbanowiczówną; poznałem wtenczas także przepysznéj urody pannę Będównę, późniejszą Ładnowską. I tak zeszło mi w Poznaniu parę dni przyjemnie i wesoło.
Muszę tu opowiedziéć parę anegdotek z życia Barańskiego, by dać próbkę jego dowcipu. A trzeba mu przyznać, że miał toupet ogromny. I tak naprzykład:
W klubie myśliwskim, (téj warszawskiéj izbie panów od Bakara i Winta) pewnego razu, dość groźnie odzywa się jeden z paniczów do Barańskiego: — Podobno pan powiedziałeś o mnie, że śmierdzę?
— Nieprzypominam sobie tego, ale czuję, że to prawda.
Na to rozgniewany panicz rzuca mu bilet i wyzywa na pojedynek. Barański z najzimniejszą krwią odrzekł:
— Z przyjemnością, ale dla pana to żaden interes, bo jeśli pan mnie zabijesz, to swoją drogą będziesz pan daléj śmierdział. No, a jeśli ja pana zabiję, to pan jeszcze gorzéj śmierdzić będziesz.
Dowcip ten wywołał mimowolny śmiech obecnych, i skończyło się zgodą przy kieliszku.
Pytam się Barańskiego o Poznańczyków:
— Ot zachciałeś, są rozmaici, ale i fujarów nie brak. Imaginuj sobie, jeden z okolicznych obywateli, zaprasza mnie na kilka dni na wieś. — Cóż ja tam będę robił? — No, popolujesz trochę, wypoczniesz sobie, i zrobisz mi wielką przyjemność swoją osobą.
— Ha, myślę sobie, to i pojadę. Więc po dobrém śniadanku w hotelu Kornatowskiego, wyjeżdżamy ładnym Wicusia (Wincenty mu było) ekwipażykiem. Ponieważ droga, wyjątkowo w Poznańskiém, była nieco ciężka, zrobiło się trochę nudno, więc ja do niego: — Patrzaj, serce, przypadkiem znalazłem karty w kieszeni. Ot, wiesz co, zagrajmy sobie w baczka. Wicuś lubił karteczki, więc zrobiła się partyjka.
W pół godziny, wyobraź sobie, kochany Franku, wygrałem od niego wszystkie pieniądze. Rozindyczony, proponuje grać na konie i powóz, wygrałem i to. Aż on zaczyna klnąć i rozbijać się. Pasya mnie porwała, krzyknąłem na furmana: — Stój — a ponieważ rozbijał się i klął daléj, wyprosiłem go z mego już powozu, i puściłem trutnia piechotą, a sam kazałem zawrócić napowrót do miasta, gdzie powróciwszy, natychmiast sprzedałem konie i powóz, bo mi już były niepotrzebne.
Na drugi dzień spotkałem księcia Sułkowskiego, który przypomniawszy mi dane słowo, że do Rydzyny wstąpię, już mnie nie puścił i do domu zabrał.
Dojeżdżając do Rydzyny, już zdaleka doznaje się wielkiego wrażenia.
Ogromny starożytny zamek kilkopiętrowy, zbudowany w kwadrat, ze zwodzonym mostem, otoczony głębokim, na około rowem napełnionym wodą. Zawiera w sobie paręset komnat, teatr, sale balowe, pokoje gościnne i przepyszny park. Na wieży powiewa wielka chorągiew z książęcym herbem, u bramy wjazdowéj dwie strażnice, w których, gdy wjeżdżałem, wesoło świergotały wróble.
Zastałem wielki zjazd gości. Odbywały się zaręczyny najstarszego syna księcia, Józefa Sułkowskiego, Antoniego, który świeżo powrócił z kampanii Francuzko-Niemieckiéj, z panną Alkantara, hiszpanką.
Przez dwa tygodnie trwały uczty. Do stołu zasiadało osób z 80, panie w wielkich toaletach, panowie po balowemu. W czasie obiadu, codzień w parku przygrywała wojskowa kapela, po obiedzie w sali balowéj rozpoczynały się tańce.
Te dwa tygodnie, to nieustająca uczta, stoły zastawione przepysznemi porcelanami i kryształami, po królewsku wyglądały.
W Rydzynie utrzymuje się legenda o białéj damie, która jakoby z portretu wychodziła i o północy w parku się przechadzała.
Naturalnie, że o téj legendzie nie zapomnieliśmy. Gdy podczas pięknéj księżycowéj nocy, po tańcach, pewne grono osób spacerowało po parku, z gęstego klombu raptem, wysoka biała postać wysunęła się wprost ku nam.
Zdrętwieliśmy ze wzruszenia. Panie niektóre już chciały mdleć, gdy wtém głośne: „a pudziesz“ zabrzmiało wśród ciszy. I postać w długiéj powłóczystéj szacie, zmieniła się raptem w białego także dryblasa, ale w grubym negliżu i o długich nogach. Byłto, jak się wydało, hrabia Jan Zamoyski (późniéj żonaty z panną Pelisier, córką marszałka Francyi) sławnie gwiżdżący, ztąd mój wielki przyjaciel. On to, chcąc całe grono spacerowiczów nastraszyć, gdy był już w łóżku zmęczony tańcem, wylazł przez okno, okrywszy się naprędce prześcieradłem, i gdyby nie jakiś pies, byłby nam strachu napędził.
W kilka dni potém brałem udział w polowaniu na rogacze, których ma być dużo w lasach Rydzyńskich.
Pojechało nas trzech: hr. Adam Krasiński, syn młodszy księcia Sułkowskiego Józef, dziś już nieboszczyk i ja.
Gdyśmy z powozu pod gęstym lasem, ale dość jeszcze młodym, wysiedli, udaliśmy się w największéj cichości do gąszczu i poczekawszy chwilkę, zaczęliśmy dziwne polowanie.
Hrabia Adam Krasiński, kazawszy nam przygotować strzelby, kilka razy na maleńkiéj piszczałce zakwilił.
W parę sekund usłyszeliśmy łomot gałązek i ujrzeliśmy na kilka kroków dwóch rogaczy. Któryś z nas wystrzelił, ale chybił, choć były bardzo blizko, po chwili, pojechaliśmy w inne miejsce, i powtarzając w ten sam sposób naszą zasadzkę, przywieźliśmy do zamku kilka sztuk zwierzyny.
Akwarelkę, przedstawiającą ten epizodzik, zostawiłem na miejscu. Ufetowany i ubawiony, pożegnałem gościnne, prawdziwie magnackie progi.
Mając zaproszenie, pojechałem do Turwi, majątku jenerała Chłapowskiego.
Tu zastałem również piękny, choć nie tak wielki pałac, z którego kurytarz wprost do kościoła prowadził. Park dziwnie piękny, poważny, świetny bardzo miał wygląd.
Poznałem tu dwa typy, które żywo mam w pamięci. Byli to dwaj starcy, oryginalne i szanowne postacie.
Jenerał Chłapowski, starzec siwiuteńki z białą hiszpanką, istny typ marszałka Francyi.
Głuchy i poważny, pamiętał wszystko co się działo za Napoleona pierwszego; z błyszczącém zapałem w oku, opowiadał niezliczone przygody, tak świeżo i tak szczegółowo, jakby to było wczoraj.
Wszystko późniejsze było mu obojętne i albo milczał o dzisiejszym świecie, albo przyznawał się, że teraźniejszego świata nic a nic nie rozumie.

Drugim mieszkańcem Turwi był
Gutakowski, ubrany podług mody z czasów Księztwa Warszawskiego. Obaj ci starcy na tle poważnego i nieco ponurego pałacu, wyglądali jak z przeszłego wieku przywołane duchy.
Gutakowski z żabotami i ufryzowany staruszek, biegał po pokoju jak kuropatwa, lat już dwadzieścia nie wychodził na powietrze, utrzymując, że oddychać dzisiejszém powietrzem nie może, i nie warto! Z nieodstępną tabakierką w ręku, niezmiernie ugrzeczniony, aż do przesady uprzejmy, pokazywał mi mnóstwo starych miniatur, i o każdéj z nich długą opowiadał historyą.

Zabawiwszy dni parę w Turwi, pożegnałem szanownych starców i pojechałem do Karczyna,
własności Augusta Kościelskiego, ojca znanego poety i posła, Józefa Kościelskiego. Pan August, postać bardzo znana, był także typem jakich dziś już nie spotykamy. Zamieszkiwał prześliczną rezydencyą, był słynnie gościnnym gospodarzem i pobyt u niego jest najmilszém mém wspomnieniem. Już nieco dawniejszy znajomy mój, przyjaciel i protektor, bardzo mnie kochał i nie na platonicznéj tylko przyjaźni poprzestawał. Bardzo wiele mi moich mniejszych akwarelli sprzedawał. Jeżdżąc corocznie na jarmark kijowski, zabierał ze sobą po kilkanaście sztuk małych obrazków lub szkiców i zawsze sprzedawał wszystkie po cenie dwa razy wyższéj, niż ja oznaczyłem. Sam często także nabywał moje roboty. Był-to człowiek o gorącém sercu, kochał sztukę naprawdę.
Ileż to przepysznych wieczorków u niego się przepędziło! Wszyscy najznakomitsi, ale zawsze tylko polscy artyści, muzykę u niego urządzali. Najczęściéj Zarzycki lub Żeleński.
W lat kilkanaście, kiedy już na łożu ciężko chory leżał, siadywałem u niego po całych dniach i nocach, — mimo cierpień był zawsze wesoły i dowcipny. Wielka mi szkoda go, bo to był prawdziwy mój przyjaciel.
Kiedym tedy bawiąc w Karczynie, po kilku tygodniach wyjeżdżał, po drodze musiałem wstąpić i do Lubostronia, którego dziedzicem jest hr. Leon Skórzewski. Tu wpadłem w koteryą młodych jeszcze paniczyków, ale hulaków nie małych. W Lubostroniu mieszkała matka p. Leona, bawił tam téż wówczas zasłużony, światły i ceniony ksiądz Polkowski, ale w Łabiszynie, który możnaby było na ówczas Łobuzinem nazwać, była gromadka takiéj przedsiębiorczéj młodzieży, jak Józef Kościelski, dwóch hrabiów Czapskich, dwóch braci książąt Sułkowskich, hrabia Bniński (Bobem w całém poznańskiém zwany), Barański wyżéj wzmiankowany i wielu innych.
Dom obszerny niby skromny, ale kuchnia i piwnica koncertowe! Śniadanie spożywało się o pierwszéj, a obiad o dziewiątéj godzinie. Swoboda szeroka i humor ananasowy. Więc bilard, gawęda, rybołówstwo, polowania i spacery, konie, jedném słowem, życie niebiańskie.
Był dzień prześliczny: staliśmy na moście patrząc na parę osób, które z wędkami zasiedli nad brzegiem rzeki. Postawszy trochę dłużéj, mówię do Barańskiego: wiesz ty co, że ci, co tam niby to ryby łapią, to mają strasznie głupią minę.
— A ja ci powiem, że ci, co się im przypatrują, mają daleko jeszcze głupszą.
Miałem polecone, bym najlepszą z anegdotek wczoraj opowiedzianych, namalował akwarellą i takową do śniadania codzień przynosił. Zostało więc po moim wyjeździe sztuk kilkanaście przez te parę tygodni namalowanych. Wszystkie bardzo niecenzuralne i w kawalerskim stylu trzymane.
Sowicie zapłacony i ufetowany, powróciłem nareszcie do mojéj Warszawy, do któréj zawsze wracam całém sercem. Oto wspomnienia z wycieczki w Poznańskie.
Poznałem także i Wołyń trochę. Zawiózł mnie tam kochany Gucio Potocki, wielki zawsze mój przyjaciel. Wycieczkę tę na Wołyń odbytą lat temu kilkanaście, zaliczam także do bardzo przyjemnych wspomnień.
Wybraliśmy się do Zachajec, pysznéj (dziś zrujnowanéj) pańskiéj rezydencyi po marszałku Bobrze, ojcu pani hrabiny Maurycowéj Potockiéj. Był to ogromny murowany budynek o bardzo wielu pokojach, tém się odznaczający, że na około całego domu szeroki z balustradą żelazną kamienny ganek, mógł służyć wrazie niepogody za długi spacer.
Kochany Gucio, żeby mi dać poznać lud tamtejszy, urządził bal dla chłopów, a niedobitki orkiestry kiedyś wielkiéj za jego dziada, stanowiły kapelę. Widziałem trepaka, rodzaj dreptanego tańca, który tam jest między ludem tak rozpowszechniony. Między chłopami dużo jest rosłych i bardzo przystojnych mężczyzn, a między mołodycami trafiają się i bardzo piękne.
Niezapomnę nigdy przecudnéj Petryczanki, wysoka z małą główką o niebieskich cudownych oczach i rysach klasycznie pięknych, była prawie zdumiewającą.
Co dziwne, że do tańca najwięcéj zapalone widziałem stare baby, które niezmordowane, ani chwili nie odpoczywały!
Ufetowane suto chłopstwo, tańcowało do rana.
Okolice tam bardzo piękne, znane z licznych opisów, wszakże nieco monotonne; ziemie urodzajne lekko wzgórzyste, a w jarach, czyli rozdołach ogromne wsie zamożnie wyglądające.
Z Zachajec, Potocki August zawiózł mnie do Sławuty. Podróż tę odbywaliśmy nocą, zwyczajem tamtejszym, czwórką w poprzek, drogi bowiem szerokie na taką jazdę pozwalają.
Przed nami na kroków kilkanaście na koniu jechał kozak z kagańcem, dla oświetlania drogi. Noc była cudowna, wjechaliśmy na stepy. Tu pierwszy raz poznałem lepiéj Gucia.
Sławuta, znana i opisywana pewnie nieraz, zaimponowała mi ogromnie.

Stary książę Roman Sanguszko, typ wielkiego a zacnego pana, był postacią wyjątkową.
Olbrzymiéj fortuny pan niezamieszkiwał wielkiego pałacu po magnacku urządzonego, ale mieszkał w tak zwanym „dworku“, a sypiał w pokoju nad stajniami. Przebywszy długi czas na Kaukazie, ogłuchł zupełnie. Nosił się bardzo skromnie, sypiał na ubogiém łóżku żelazném. Kochał w końcu życia tylko konie, i sławną na cały świat stadninę z wielkim komfortem utrzymywał. Służba cała równie jak sam książę, ubrana w skromne kurty szare, w długich butach, miała typowy zupełnie wygląd.
Przy obiedzie, codziennie ostatni teorbanista „Widort“, akompaniując sobie na teorbanie, śpiewał pieśni o hetmanie Rzewuskim, w sposób tak dziwnie rozrzewniający, że bez łez słuchać go było nie podobna.
Pobyt kilkudniowy w Sławucie, głębokie zostawiał na wszystkich wrażenie.
Takiego wielkiego pana, z taką prostotą i godnością zarazem, pewno drugiego nie znaleźć!
I znowu zapominam o obowiązku bawienia czytelnika! najmocniéj
przepraszam! Zapominam, że koniecznie mam być śmiesznym.
Wracajmy do głupstw.
Więc trochę spowiedzi, choćby i z momentów życia nie najfortunniejszych, nie zawadzi. W pohulankach kawalerskich często gęsto przebrało się miarkę; wszyscy młodzi, a témbardziéj artyści, są wrażliwi i niespokojnego temperamentu; o ile pamiętam, rzadko się sensat między nami trafiał.
Przedewszystkiém téż wesoło i filozoficznie się życie brało. Razu jednego, stróż domu, poczciwy Walenty, stawiając wyczyszczone buty obok sofy, na któréj wyciągałem się jeszcze, choć było już około 11-éj zrana, powiada:
— Ale téż pan wycałował mnie wczoraj, jakem bramę otworzył! No, jeszcze mnie tak nikt nie wyściskał. Musiał pan chyba na loteryi wygrać?
— Nie, mój kochany; dopiéro mam zamiar wygrać, ale to chyba w przyszłém ciągnieniu i jeśli potrafię kupić na nią bilet.
— No, no, to dziwna rzecz!
Otóż muszę się państwu wytłómaczyć.
Byłem trochę urznięty, a Walentego, który także za kołnierz nie wylewał, wziąłem za jego żonę. To złudzenie optyczne wywołane zostało tém, iż Walenty, którego głowa wtedy bolała, związał ją sobie chustką żoniną; a okryty kożuchem i skurczony z zimna, w półcieniu bramy, oświetlonéj dogasającym kagankiem, doskonale mógł uchodzić za samą Walentową — a Walentową znałem, bo mi kołnierzyki i mankiety na niebiesko prała.
A co to przygódek rozmaitych w salonach! Ba, dziś będąc starym, nie mogę się dość nażałować mojéj przesadzonéj nieśmiałości. I tak: odprowadzając pewną blondyneczkę z babcią, z jakiéjś tańcującéj herbatki, nie śmiałem figlarkę pocałować w samego dziobka, którego wyraźnie do mnie wysuwała na parterze; dopiéro stanąwszy na drugiém piętrze, gdzie było ciemno, zdecydowałem się na całuska; lecz w téj chwili bestyjka schowała się za babkę, czegom nie zauważył, i, zamiast wycisnąć całusa na rumianéj buzi, ucałowałem babkę, która namiętnie tabakę zażywała, a któréj moc zmusiła mnie do głośnego kichnięcia. No, potém, co prawda, za ten figiel kazałem sobie zapłacić gotówką, to jest prawdziwym dziobkiem méj przyjaciółeczki.
Przytrafiały się téż i sensacyjne sceny.
Wyglądając raz oknem, spostrzegłem na podwórzu drwali, rąbiących drzewo. Jeden z nich, z widocznie żołnierską twarzą, (a w owe czasy dużo się takich spotykało), bardzo mi się spodobał. Schodzę więc na podwórze i następuje rozmowa:
— Ile téż, mój przyjacielu, zarabiacie dziennie?
— Phi! czasem cztery złote, czasem i pięć... różnie, panie.
— Słuchajcie: dostaniecie rubla i nic robić nie będziecie, tylko posiedzicie mi parę godzin, nie ruszając się.
— E! proszę pana, nie chcę.
— Dlaczego?
— Bo to musi być coś złego, żeby nic nie robiąc, rubla zarobić.
Nie mogłem mu wytłómaczyć, że ma mi służyć za model. On jednakże po swojemu tak pojmował zarobek.
Około r. 1858 zacząłem piérwszy prawie w kraju wykonywać illustracye na większą skalę. Piérwsze moje, do dziś dnia cenione dosyć, „Szkice i obrazki“, były pisane przez Wacława Szymanowskiego, przezemnie rysowane na litograficznym kamieniu, a wydawane przez Józefa Ungra. Następnie Gregorowicz i Lewestam wydawali głośne „Wolne żarty“; były to piérwsze moje próby humorystyczne. Z resztek rękopismów wydaliśmy jeszcze „Szpargały“. Późniéj urodził się „Tygodnik Illustrowany“, do którego od samego początku wszedłem i do dziś dnia, od czasu do czasu pomieszczam szkice; zresztą o tych rzeczach tyle już drukowano, że mówić mi się samemu nie chce.
Obrazów i obrazków tysiące namalowałem; o ile zatém z jednéj strony obfitość ta na pochwałę zasługuje, o tyle z drugiéj na wykończeniu szwankuje.
Tu muszę moje wyznanie wiary co do sztuki zanotować. Kocham sztukę i za nic w świecie nie chciałbym być kim innym, jak malarzem. Widząc naokoło takie mnóstwo artystów, a sam nigdy na mistrza nie pozując, przyznaję się, że całe to moje malarstwo jakoś z amatorska trochę traktuję. Temperament, niepoprawnie żywy, nie dał-by mi długo nad jedną robotą ślęczyć; najudatniejsze moje roboty są te, które łatwo, a więc prędko wykonywam. Ile razy staranności dokładałem, zawsze nie tęgo na tém wychodziłem. Obrazy téż moje nie mogły-by wytrzymać surowszéj krytyki. Najlepszych zaś urywków publiczność nie widzi, bo te są albo trochę dekoltowane, jak np. „Album Karola Lilpopa“, albo okolicznościowe i dorywcze prace.
Na wystawie moich obrazów w r. 1889, u Krywulta, zgadnijcie, co się najlepiéj podobało? — Oto „Album przysłowiów Dobieckiego“, które w parę dni, na wsi bawiąc, wykonałem!
U nas znawstwo sztuki malarskiéj dwóch tylko rzeczy wymaga, a temi są: portrety podobne czy niepodobne, i karykatury zabawne lub niezabawne; inne rodzaje są zupełnie obojętne. Czasem jednak wyjątek stanowi jakaś goła kobieta przed kąpielą, w kąpieli, albo po kąpieli...
Nie wiem, czy którykolwiek zawód tak rozmaite wytwarza stosunki między ludźmi, jak zawód artysty-malarza, szczególniéj popularnego illustratora w stylu humorystycznym i przez lat tak wiele kołatającego się po świecie.
Naturalnie, że potrzebując chleba, najwięcéj musiałem przebywać z ludźmi, posiadającymi pieniądze. Zdaje mi się, że prawie wszystkich bogatszych ludzi w kraju znałem osobiście.
Kulminacyjnym punktem towarzystwa warszawskiego był dom hrabiego Maurycego Potockiego. Był to pan w całém znaczeniu tego słowa: niesłychanie miły, w obejściu gościnny i zawsze dobrego humoru. Syn jego, August, Guciem zwany przez całą Warszawę, dużo go przypomina, choć nie tyle słodki, ile był ojciec.
W tym-to domu, gdzie długi szereg lat przebywałem, poznałem całą arystokracyę krajową, dziś już prawie wymarłą.
Cóż to były za świetne czasy! Jakie bale! dziś wszystko to znikło bezpowrotnie.
Kilka z nich, jako uczestnik, pamiętam. Naprzykład dwa bale we Frascati, jeden dany przez Konstantego, drugi przez Władysława Branickich. Najświetniejsze towarzystwo, pań pięknych moc niezliczona. Gospodyni domu, hrabina Konstantowa Branicka (z domu Potocka), typ gruziński, o profilu pięknym i kruczych splotach; daléj sławna w owe czasy, cudnéj urody pani Świejkowska, lub siostra, pani Przezdziecka, pani Iza Tyszkiewicz i tyle innych.
Orkiestrą dyrygował trębacz Rajczak, bardzo podówczas znany kapelmistrz. W czasie mazura, od czasu do czasu wtrącał jakąś znaną pobudkę, a hr. Kazimierz Łubieński, były Krakus z 30 roku, poznał odrazu w nim trębacza ze swego szwadronu.
Bale owe, oprócz świetności i przepychu, niezmiernie wesołe, trwały zwykle do godziny 12-éj w południe!
O wiele już późniéj odbył się także jeden z najświetniejszych balów u syna hr. Kazimierza Łubieńskiego, Franciszka, w domu niegdyś Kurtza. Przy wejściu, na każdym schodzie stało po dwóch lokai, w nowiuteńkiéj ad hoc liberyi, w aksamitnych amarantowych spodniach, białych pończochach, szafirowych frakach złotem szamerowanych i białych perukach. Kolacya odbywała się na dole, w półokrągłéj sali, któréj ściany przybrane były w białe kamelie. O godzinie 9-éj rano śniadanie z ostrygami. Osób było 300, bal trwał do południa.
W tym samym lokalu, w parę lat późniéj, był znów bal kostiumowy, wydany przez Józefa hrabiego Krasińskiego, gdzie cudowna ogrodniczka à la Watteau, pani ordynatowa Zamoyska, królowała w całém znaczeniu tego słowa. Kontredans w kostiumach muszkieterskich był najciekawszym na tym balu.
W kilka lat potém był także bal u ordynatów Zamoyskich, na osób 400, gdzie między najbogatszemi kostiumami i ja się odznaczyłem; nie bogactwem jednak, ale oryginalnością kostiumu: byłem bowiem przebrany za... kucharza. Cały biało ubrany, w czapce kucharskiéj, z łyżką drewnianą za fartuchem, wzbudzałem dobry humor, a okazałością wypukłego żywota przedstawiałem typ wypasionego kucharza.
Późniejsze bale kostiumowe, naprzykład u hrabiny Raczyńskiéj, były liczne i okazałe, ale już nie tak świetne.
Były to ostatnie podrygi świetności i wesołości, któréj dziś od lat kilku ani śladu! Wszystko to już prawie pomarło, a pałace w Warszawie stoją pustkami.
Znaną mi téż trochę jest także i Żmujdź. Bawiłem bowiem parę miesięcy u pani marszałkowéj Burbiny w Belwederze.
Nad samym Niemnem, na wysokiéj górze zbudowany, stoi okazały pałac, otoczony pięknym parkiem, który imponuje okolicy.
Życie było tam pańskie, choć już trafiłem na ostatki dobrobytu; gościnnie wszakże podejmowany z moją ukochaną Maniusią, bardzo miłe wywiozłem ztamtąd wrażenie.
Z sąsiadów tamtejszych poznałem marszałka Pusłowskiego, który także wystąpił z balem.
Bale jednak nad Niemnem nie udawały się z powodu nader małego zjazdu, i choć przygotowywane były na 100 osób, zdarzało się, że ledwie dwadzieścia przyjeżdżało. Nic to jednak nie przeszkadzało ani tanom, ani sprowadzonym pułkowym orkiestrom, które grały zapamiętale do białego dnia.
Z kawalerskich znowu festynów pamiętam obiad, wyprawiony w Kutnie przez Witolda Mniewskiego. Tu zaproszono nas osób 30, ale gościnny gospodarz, znany w swoim czasie hulaka, przeholował traktament, bo po zupie, odrazu, od wasana do wasana starożytnym puharem zdrowie wniesiono, i przy rybie już nikogo przy stole nie było. Wszyscy dobrze podchmieleni, do parku się wynieśli, a mnie znaleziono w rowie, gdzie, spragniony wody, straciwszy równowagę, na dół się stoczyłem, a kontent, że mi nikt nie przeszkadza, uciąłem sobie drzémkę.
Biédni, dziś nieboszczycy, doktór Pawlikowski i obywatel Skrutkowski nareszcie mnie odszukali, a sądząc, żem tknięty apopleksyą, już nie żyję, machnęli rękoma i zostawili mnie w rowie; za co niech im ziemia lekką będzie, bom się wyspał kapitalnie.
Opisując różne moje wycieczki, nie mogę zamilczéć i o Hrubieszowskiéj ziemi.
Tam także przepędziłem któreś lato w zamożnym domu Władysława Horodyńskiego, jednego z najbogatszych obywateli w kraju.
Bawił tu ze mną nieocenionego humoru Kazimierz Dobiecki, wielki mój i serdeczny przyjaciel. Urządzaliśmy więc różne fetki, i raz o mały figiel, że nie sprowadziliśmy ogniowéj katastrofy. Puszczaliśmy duży balon, który, osiadłszy na słomianym dachu, na stodole, — z tylko-co zapalonym spirytusem, ledwie nie wywołał pożaru. Trzeba było widziéć, jakie głupie zrobiliśmy miny z przestrachu.
Niewiem dlaczego, ale najmiléj mi przebywać w lecie w granicach Królestwa; ani Karpaty, ani zabużne kraje jakoś nie ciągną mnie. Ot, lat temu trzy (a piszę te słowa w r. 1891), bawiłem kilka tygodni w Rudzie Malenieckiéj, w okolicach miasta Końskie, w dość liczném gronie, u niezwykle miłych i dowcipnych państwa Konstantostwa Komierowskich. Boże mój! czemu to tak rzadko spotyka się ludzi z dobrym humorem! Długoby o tém gadać trzeba, a ponieważ z góry od poważnych i smutnych myśli uciekać postanowiłem, więc wracajmy do wesołych.
Ukochany Kocio powszechnie lubiany człowiek, chcąc mnie ufetować, postanowił jeden dzień ku czci mojéj poświęcić. Skomponował więc jubileusz. Od samego tedy rana, pod drzwiami mego pokoju, kiedym jeszcze najsmaczniéj zasypiał, sprowadzone z Końskich żydki urznęły odrazu marsza. Więc basetla, skrzypki i klarynety w towarzystwie bębna zagrzmiały odrazu tak głośno, żem się z łóżka zerwał na równe nogi. Schody prowadzące do mego pokoju znalazłem już przybrane w festony z liści, i wieńce na ścianach. Panie w toaletach świetnych, naturalnie z humorystycznym odcieniem przybrane, z bukietami w rękach powitały mnie schodzącego z góry. Uroczysty nastrój zajaśniał w całéj okazałości dopiéro przy wystawnym obiedzie. Posadzony na pierwszém miejscu, ucieszony i ubawiony serdeczném, wesołém otoczeniem, zadziwiłem się bardzo, gdy zaraz po zupie, lokaj wniósł na tacy telegram pierwszy!
Prawdziwe telegramy, umyślnie z Warszawy wyprawiane, przychodziły co dziesięć minut, jeden po drugim. Oto ich treść:
Kraków, Matejko.
„Choć jestem znany i nieźle maluję,
„To przed Kostrzewskim wszakże salutuję“.
Warszawa, Bandkie (zięć).
„Wiwat dzielny artysta co tak pęzlem włada,
„I z Rożniecką pod pompą pierniczki zajada“.
Deotyma.
„Po niebotycznych idź wciąż życia szlakach,
„Po łez dolinie z geniuszem na czole,
„Pnij się w wyżyny po kwiatach i makach,
„Niech proza życia ciebie nie ukole“.
Manowska.
„Memu zacnemu przyjacielowi winszuję i życzę pełna pamięci Manowska“.
Paris, Boulanger.
„A l’éminent peintre Polonais-salut!
Égalité, liberté“.
Warszawa, Rawiczowa Melania.
„Ty stary Muniu, nędzny bałamucie,
„Na moją miłość, kiwasz palcem w bucie“.
Warszawa, Sznage Mania.
„Nie daj się Franiu tak brać na blagę
„Twoja, choć cudza, droga ci Sznage“.
Warszawa, Wrotnowski.
„Ilu artystów jest w Syrenim grodzie
„Krzyczą dziś wszyscy jak jeden mąż,
„A co dziwniejsza w największéj zgodzie;
„Dzielna Kostrzewa niech żyje wciąż“.
i t. d. i t. d.
NB. Wszystkie te telegramy, umyślnie przez Józefa Komierowskiego wyprawiane z Warszawy, a ułożone przez Konstantego, zachowałem na pamiątkę.
Możecie sobie państwo wyobrazić, ile śmiechu przy wybornym stole i pysznych winach płodziły te co dziesięć minut przybywające telegramy! I jak tu się nieśmiać, w otoczeniu życzliwych i kochanych osób.
Nie wiem doprawdy, czy ktokolwiek tyle przyjemnych i swobodnych dni w swojém życiu przepędził ile ja! i nie wiem, czy kto to tyle cenił, ile ja.
Mimo to, nieraz zasępia mi się czoło, gdy pomyślę o najukochańszych dzieciach i wnukach, czy które z nich będzie miało dni tak jasne jak ja! Sam nawet często boję się przyszłości, widząc tyle bolesnych zawodów i tyle trosk na około.
Starałem się wpoić w moje dzieci, trochę filozofii tego gatunku przedewszystkiém, żeby dzisiejsze swoje ja i swoje radości ceniły, jako przypadkowe szczęśliwe momenta, które nam życie zdobią.
Oby dni takich słonecznych jak najwięcéj im przypadło!
Dzieci moje objawiały także artystyczne chętki od małego; widząc papę ciągle rysującego lub malującego, nabrały wielkiego zamiłowania do téj sztuki.
Syn, dzisiaj już dość ceniony, jako zdolny portrecista, przebywał lat kilka w Monachium.
Córka starsza, Bandkowa, objawiała wielki talent do śpiewu, i był czas, żem myślał, że będzie artystką, lecz poszła za mąż, a obdarzona dziś czworgiem pysznych dzieciaków, na tryle czasu nie ma.
Młodsza, jako Benjaminek, ukochana, posiada zadziwiające zdolności muzyczne. Będąc jeszcze młodziutką panienką, zaczęła uprawiać fortepian, i doszła do dużéj już wprawy, a przedewszystkiém gra jéj była indywidualną i rozumną, co dawało mi nadzieję, iż zostanie kiedyś niepospolitą artystką.
Losy jednakże inaczéj zrządziły. Będąc na kuracyi w Nałęczowie poznała Konrada Wodzińskiego, tamże bawiącego, a zakochawszy się w nim, oddała mu swą drobną, ale pracowitą i zdolną rączkę. Dziś doprowadziwszy do doskonałości konną jazdę, uczy w Tatersalu wyborową sferę panien; nadzwyczajnie ceniona i kochana przez wszystkich.
Obok tego, nabrawszy zamiłowania do koni, maluje studya naturalnéj wielkości, zdaniem znawców niepospolicie.
Obejrzawszy się na siebie, spostrzegam, żem już przestąpił Rubikon, to jest sześćdziesiątkę, muszę jednak przyznać, żem przeżył tę szmatę czasu, względnie powiedziawszy, bardzo szczęśliwie.
Zarzucać mi mogą — zamiłowanie do najlepszego towarzystwa, to jest arystokracyi.
Otóż wciągnięty, przez dawanie lekcyi, jeszcze za młodych moich lat, do najpierwszych domów, mimo nawet woli, musiałem przywyknąć do tych sfer. Zresztą o ile mi się zdaje, ludzie prawie wszędzie i na każdym szczeblu społeczeństwa mają zalety i wady te same.
Naturalnie, że wyjątki są tu i tam, przyznać jednak muszę, że piękniejsza połowa ludzkości w sferach wyższych, ma wiele powabu i wdzięku.
Wiele prawdziwie wielkich dam spotykałem bardzo wykształconych i rozwiniętych; poczucie sztuk pięknych zdarza się nie rzadko między niemi. Bo i nareszcie trudno wymagać od pań ze sfer niższych, by zajmowały się lub uprawiały malarstwo, gdy tymczasem tamte w podróżach mianowicie, zwiedzając liczne zagraniczne galerye, gustu nabrać mogły.
Co do mężczyzn z téj sfery, mianowicie za moich lat młodszych, nie spotykałem ludzi z artystyczném wykształceniem. W owéj epoce, szlachta nie lubiła ani się tém zajmować, ani tém bardziéj uczyć się, zastałem właśnie dogorywające resztki wielkich fortun, z dziwném i zapamiętałém marnotrawstwem tracone. Gdzie mi się tylko zdarzyło być na wsi, u najzamożniejszych, zawsze to samo spotykałem: gościnność, uprzejmość i hulanki, ale o sztukach pięknych wyobrażenia ani śladu.
Dziś zapewne już trochę inaczéj by być mogło, ale znowu ogólny jęk na biedę, zasłania nawet tych, coby mogli coś czasem kupić. Trafia się jednakże gdzieniegdzie obrazek, ale to dosyć rzadko.
Na mojéj wystawie, która stosunkowo dobrze się powiodła, czytając nazwiska właścicieli obrazów, z małym wyjątkiem, można się było łatwo przekonać, że nabywcami są mieszczanie i świat finansowy. Dzięki wykształceniu, można się już spotkać z dziełami sztuki, u prawników, doktorów, no naturalnie i u bankierów.
Zbytek w urządzaniu mieszkań, powinienby więcéj na rozwój sztuki wpłynąć. Cóż kiedy przy nowoczesnym umeblowaniu więcéj ludzie dbają o jedwabne obicia, aksamitne portyery, stare szmaty makatami zwane, niż o obrazy, wreszcie we wszystkich salonach i buduarach panuje umyślnie urządzana ciemność. Okna zasłonięte firankami, a nawet szyby nibyto koronkami pokryte. Obrazka olejnego nie widać, chyba jaką scenę na śniegu, prędzéj już akwarelka się znajdzie, i tę zawsze lepiéj dojrzéć można.
Kiedym raz komuś zarzut z tego zaciemniania mieszkań robił, ten ktoś odrzekł:
— Mój kochany, moja pani w ciemności lepiéj się wydaje, a to jest przecie najpierwsze w domu malowidło.
