Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/XIV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Znaną mi téż trochę jest także i Żmujdź. Bawiłem bowiem parę miesięcy u pani marszałkowéj Burbiny w Belwederze.
Nad samym Niemnem, na wysokiéj górze zbudowany, stoi okazały pałac, otoczony pięknym parkiem, który imponuje okolicy.
Życie było tam pańskie, choć już trafiłem na ostatki dobrobytu; gościnnie wszakże podejmowany z moją ukochaną Maniusią, bardzo miłe wywiozłem ztamtąd wrażenie.
Z sąsiadów tamtejszych poznałem marszałka Pusłowskiego, który także wystąpił z balem.
Bale jednak nad Niemnem nie udawały się z powodu nader małego zjazdu, i choć przygotowywane były na 100 osób, zdarzało się, że ledwie dwadzieścia przyjeżdżało. Nic to jednak nie przeszkadzało ani tanom, ani sprowadzonym pułkowym orkiestrom, które grały zapamiętale do białego dnia.
Z kawalerskich znowu festynów pamiętam obiad, wyprawiony w Kutnie przez Witolda Mniewskiego. Tu zaproszono nas osób 30, ale gościnny gospodarz, znany w swoim czasie hulaka, przeholował traktament, bo po zupie, odrazu, od wasana do wasana starożytnym puharem zdrowie wniesiono, i przy rybie już nikogo przy stole nie było. Wszyscy dobrze podchmieleni, do parku się wynieśli, a mnie znaleziono w rowie, gdzie, spragniony wody, straciwszy równowagę, na dół się stoczyłem, a kontent, że mi nikt nie przeszkadza, uciąłem sobie drzémkę.
Biédni, dziś nieboszczycy, doktór Pawlikowski i obywatel Skrutkowski nareszcie mnie odszukali, a sądząc, żem tknięty apopleksyą, już nie żyję, machnęli rękoma i zostawili mnie w rowie; za co niech im ziemia lekką będzie, bom się wyspał kapitalnie.
Opisując różne moje wycieczki, nie mogę zamilczéć i o Hrubieszowskiéj ziemi.
Tam także przepędziłem któreś lato w zamożnym domu Władysława Horodyńskiego, jednego z najbogatszych obywateli w kraju.
Bawił tu ze mną nieocenionego humoru Kazimierz Dobiecki, wielki mój i serdeczny przyjaciel. Urządzaliśmy więc różne fetki, i raz o mały figiel, że nie sprowadziliśmy ogniowéj katastrofy. Puszczaliśmy duży balon, który, osiadłszy na słomianym dachu, na stodole, — z tylko-co zapalonym spirytusem, ledwie nie wywołał pożaru. Trzeba było widziéć, jakie głupie zrobiliśmy miny z przestrachu.