Przejdź do zawartości

Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/XIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Kostrzewski
Tytuł Pamiętnik
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1891
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

 Około r. 1858 zacząłem piérwszy prawie w kraju wykonywać illustracye na większą skalę. Piérwsze moje, do dziś dnia cenione dosyć, „Szkice i obrazki“, były pisane przez Wacława Szymanowskiego, przezemnie rysowane na litograficznym kamieniu, a wydawane przez Józefa Ungra. Następnie Gregorowicz i Lewestam wydawali głośne „Wolne żarty“; były to piérwsze moje próby humorystyczne. Z resztek rękopismów wydaliśmy jeszcze „Szpargały“. Późniéj urodził się „Tygodnik Illustrowany“, do którego od samego początku wszedłem i do dziś dnia, od czasu do czasu pomieszczam szkice; zresztą o tych rzeczach tyle już drukowano, że mówić mi się samemu nie chce.
 Obrazów i obrazków tysiące namalowałem; o ile zatém z jednéj strony obfitość ta na pochwałę zasługuje, o tyle z drugiéj na wykończeniu szwankuje.
 Tu muszę moje wyznanie wiary co do sztuki zanotować. Kocham sztukę i za nic w świecie nie chciałbym być kim innym, jak malarzem. Widząc naokoło takie mnóstwo artystów, a sam nigdy na mistrza nie pozując, przyznaję się, że całe to moje malarstwo jakoś z amatorska trochę traktuję. Temperament, niepoprawnie żywy, nie dał-by mi długo nad jedną robotą ślęczyć; najudatniejsze moje roboty są te, które łatwo, a więc prędko wykonywam. Ile razy staranności dokładałem, zawsze nie tęgo na tém wychodziłem. Obrazy téż moje nie mogły-by wytrzymać surowszéj krytyki. Najlepszych zaś urywków publiczność nie widzi, bo te są albo trochę dekoltowane, jak np. „Album Karola Lilpopa“, albo okolicznościowe i dorywcze prace.
 Na wystawie moich obrazów w r. 1889, u Krywulta, zgadnijcie, co się najlepiéj podobało? — Oto „Album przysłowiów Dobieckiego“, które w parę dni, na wsi bawiąc, wykonałem!
 U nas znawstwo sztuki malarskiéj dwóch tylko rzeczy wymaga, a temi są: portrety podobne czy niepodobne, i karykatury zabawne lub niezabawne; inne rodzaje są zupełnie obojętne. Czasem jednak wyjątek stanowi jakaś goła kobieta przed kąpielą, w kąpieli, albo po kąpieli...
 Nie wiem, czy którykolwiek zawód tak rozmaite wytwarza stosunki między ludźmi, jak zawód artysty-malarza, szczególniéj popularnego illustratora w stylu humorystycznym i przez lat tak wiele kołatającego się po świecie.
 Naturalnie, że potrzebując chleba, najwięcéj musiałem przebywać z ludźmi, posiadającymi pieniądze. Zdaje mi się, że prawie wszystkich bogatszych ludzi w kraju znałem osobiście.
 Kulminacyjnym punktem towarzystwa warszawskiego był dom hrabiego Maurycego Potockiego. Był to pan w całém znaczeniu tego słowa: niesłychanie miły, w obejściu gościnny i zawsze dobrego humoru. Syn jego, August, Guciem zwany przez całą Warszawę, dużo go przypomina, choć nie tyle słodki, ile był ojciec.
 W tym-to domu, gdzie długi szereg lat przebywałem, poznałem całą arystokracyę krajową, dziś już prawie wymarłą.
 Cóż to były za świetne czasy! Jakie bale! dziś wszystko to znikło bezpowrotnie.
 Kilka z nich, jako uczestnik, pamiętam. Naprzykład dwa bale we Frascati, jeden dany przez Konstantego, drugi przez Władysława Branickich. Najświetniejsze towarzystwo, pań pięknych moc niezliczona. Gospodyni domu, hrabina Konstantowa Branicka (z domu Potocka), typ gruziński, o profilu pięknym i kruczych splotach; daléj sławna w owe czasy, cudnéj urody pani Świejkowska, lub siostra, pani Przezdziecka, pani Iza Tyszkiewicz i tyle innych.
 Orkiestrą dyrygował trębacz Rajczak, bardzo podówczas znany kapelmistrz. W czasie mazura, od czasu do czasu wtrącał jakąś znaną pobudkę, a hr. Kazimierz Łubieński, były Krakus z 30 roku, poznał odrazu w nim trębacza ze swego szwadronu.
 Bale owe, oprócz świetności i przepychu, niezmiernie wesołe, trwały zwykle do godziny 12-éj w południe!
 O wiele już późniéj odbył się także jeden z najświetniejszych balów u syna hr. Kazimierza Łubieńskiego, Franciszka, w domu niegdyś Kurtza. Przy wejściu, na każdym schodzie stało po dwóch lokai, w nowiuteńkiéj ad hoc liberyi, w aksamitnych amarantowych spodniach, białych pończochach, szafirowych frakach złotem szamerowanych i białych perukach. Kolacya odbywała się na dole, w półokrągłéj sali, któréj ściany przybrane były w białe kamelie. O godzinie 9-éj rano śniadanie z ostrygami. Osób było 300, bal trwał do południa.
 W tym samym lokalu, w parę lat późniéj, był znów bal kostiumowy, wydany przez Józefa hrabiego Krasińskiego, gdzie cudowna ogrodniczka à la Watteau, pani ordynatowa Zamoyska, królowała w całém znaczeniu tego słowa. Kontredans w kostiumach muszkieterskich był najciekawszym na tym balu.
 W kilka lat potém był także bal u ordynatów Zamoyskich, na osób 400, gdzie między najbogatszemi kostiumami i ja się odznaczyłem; nie bogactwem jednak, ale oryginalnością kostiumu: byłem bowiem przebrany za... kucharza. Cały biało ubrany, w czapce kucharskiéj, z łyżką drewnianą za fartuchem, wzbudzałem dobry humor, a okazałością wypukłego żywota przedstawiałem typ wypasionego kucharza.
 Późniejsze bale kostiumowe, naprzykład u hrabiny Raczyńskiéj, były liczne i okazałe, ale już nie tak świetne.
 Były to ostatnie podrygi świetności i wesołości, któréj dziś od lat kilku ani śladu! Wszystko to już prawie pomarło, a pałace w Warszawie stoją pustkami.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Kostrzewski.