Przejdź do zawartości

Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Kostrzewski
Tytuł Pamiętnik
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1891
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

 Więc trochę spowiedzi, choćby i z momentów życia nie najfortunniejszych, nie zawadzi. W pohulankach kawalerskich często gęsto przebrało się miarkę; wszyscy młodzi, a témbardziéj artyści, są wrażliwi i niespokojnego temperamentu; o ile pamiętam, rzadko się sensat między nami trafiał.
 Przedewszystkiém téż wesoło i filozoficznie się życie brało. Razu jednego, stróż domu, poczciwy Walenty, stawiając wyczyszczone buty obok sofy, na któréj wyciągałem się jeszcze, choć było już około 11-éj zrana, powiada:
 — Ale téż pan wycałował mnie wczoraj, jakem bramę otworzył! No, jeszcze mnie tak nikt nie wyściskał. Musiał pan chyba na loteryi wygrać?
 — Nie, mój kochany; dopiéro mam zamiar wygrać, ale to chyba w przyszłém ciągnieniu i jeśli potrafię kupić na nią bilet.
 — No, no, to dziwna rzecz!
 Otóż muszę się państwu wytłómaczyć.
 Byłem trochę urznięty, a Walentego, który także za kołnierz nie wylewał, wziąłem za jego żonę. To złudzenie optyczne wywołane zostało tém, iż Walenty, którego głowa wtedy bolała, związał ją sobie chustką żoniną; a okryty kożuchem i skurczony z zimna, w półcieniu bramy, oświetlonéj dogasającym kagankiem, doskonale mógł uchodzić za samą Walentową — a Walentową znałem, bo mi kołnierzyki i mankiety na niebiesko prała.
 A co to przygódek rozmaitych w salonach! Ba, dziś będąc starym, nie mogę się dość nażałować mojéj przesadzonéj nieśmiałości. I tak: odprowadzając pewną blondyneczkę z babcią, z jakiéjś tańcującéj herbatki, nie śmiałem figlarkę pocałować w samego dziobka, którego wyraźnie do mnie wysuwała na parterze; dopiéro stanąwszy na drugiém piętrze, gdzie było ciemno, zdecydowałem się na całuska; lecz w téj chwili bestyjka schowała się za babkę, czegom nie zauważył, i, zamiast wycisnąć całusa na rumianéj buzi, ucałowałem babkę, która namiętnie tabakę zażywała, a któréj moc zmusiła mnie do głośnego kichnięcia. No, potém, co prawda, za ten figiel kazałem sobie zapłacić gotówką, to jest prawdziwym dziobkiem méj przyjaciółeczki.
 Przytrafiały się téż i sensacyjne sceny.
 Wyglądając raz oknem, spostrzegłem na podwórzu drwali, rąbiących drzewo. Jeden z nich, z widocznie żołnierską twarzą, (a w owe czasy dużo się takich spotykało), bardzo mi się spodobał. Schodzę więc na podwórze i następuje rozmowa:
 — Ile téż, mój przyjacielu, zarabiacie dziennie?
 — Phi! czasem cztery złote, czasem i pięć... różnie, panie.
 — Słuchajcie: dostaniecie rubla i nic robić nie będziecie, tylko posiedzicie mi parę godzin, nie ruszając się.
 — E! proszę pana, nie chcę.
 — Dlaczego?
 — Bo to musi być coś złego, żeby nic nie robiąc, rubla zarobić.
 Nie mogłem mu wytłómaczyć, że ma mi służyć za model. On jednakże po swojemu tak pojmował zarobek.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Kostrzewski.