Przejdź do zawartości

Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Kostrzewski
Tytuł Pamiętnik
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1891
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

 Poznałem także i Wołyń trochę. Zawiózł mnie tam kochany Gucio Potocki, wielki zawsze mój przyjaciel. Wycieczkę tę na Wołyń odbytą lat temu kilkanaście, zaliczam także do bardzo przyjemnych wspomnień.
 Wybraliśmy się do Zachajec, pysznéj (dziś zrujnowanéj) pańskiéj rezydencyi po marszałku Bobrze, ojcu pani hrabiny Maurycowéj Potockiéj. Był to ogromny murowany budynek o bardzo wielu pokojach, tém się odznaczający, że na około całego domu szeroki z balustradą żelazną kamienny ganek, mógł służyć wrazie niepogody za długi spacer.
 Kochany Gucio, żeby mi dać poznać lud tamtejszy, urządził bal dla chłopów, a niedobitki orkiestry kiedyś wielkiéj za jego dziada, stanowiły kapelę. Widziałem trepaka, rodzaj dreptanego tańca, który tam jest między ludem tak rozpowszechniony. Między chłopami dużo jest rosłych i bardzo przystojnych mężczyzn, a między mołodycami trafiają się i bardzo piękne.
 Niezapomnę nigdy przecudnéj Petryczanki, wysoka z małą główką o niebieskich cudownych oczach i rysach klasycznie pięknych, była prawie zdumiewającą.
 Co dziwne, że do tańca najwięcéj zapalone widziałem stare baby, które niezmordowane, ani chwili nie odpoczywały!
 Ufetowane suto chłopstwo, tańcowało do rana.
 Okolice tam bardzo piękne, znane z licznych opisów, wszakże nieco monotonne; ziemie urodzajne lekko wzgórzyste, a w jarach, czyli rozdołach ogromne wsie zamożnie wyglądające.
 Z Zachajec, Potocki August zawiózł mnie do Sławuty. Podróż tę odbywaliśmy nocą, zwyczajem tamtejszym, czwórką w poprzek, drogi bowiem szerokie na taką jazdę pozwalają.
 Przed nami na kroków kilkanaście na koniu jechał kozak z kagańcem, dla oświetlania drogi. Noc była cudowna, wjechaliśmy na stepy. Tu pierwszy raz poznałem lepiéj Gucia.
 Sławuta, znana i opisywana pewnie nieraz, zaimponowała mi ogromnie.

Ks. R. Sanguszko.

 Stary książę Roman Sanguszko, typ wielkiego a zacnego pana, był postacią wyjątkową.
 Olbrzymiéj fortuny pan niezamieszkiwał wielkiego pałacu po magnacku urządzonego, ale mieszkał w tak zwanym „dworku“, a sypiał w pokoju nad stajniami. Przebywszy długi czas na Kaukazie, ogłuchł zupełnie. Nosił się bardzo skromnie, sypiał na ubogiém łóżku żelazném. Kochał w końcu życia tylko konie, i sławną na cały świat stadninę z wielkim komfortem utrzymywał. Służba cała równie jak sam książę, ubrana w skromne kurty szare, w długich butach, miała typowy zupełnie wygląd.
 Przy obiedzie, codziennie ostatni teorbanista „Widort“, akompaniując sobie na teorbanie, śpiewał pieśni o hetmanie Rzewuskim, w sposób tak dziwnie rozrzewniający, że bez łez słuchać go było nie podobna.
 Pobyt kilkudniowy w Sławucie, głębokie zostawiał na wszystkich wrażenie.
 Takiego wielkiego pana, z taką prostotą i godnością zarazem, pewno drugiego nie znaleźć!
 I znowu zapominam o obowiązku bawienia czytelnika! najmocniéj przepraszam! Zapominam, że koniecznie mam być śmiesznym.
 Wracajmy do głupstw.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Kostrzewski.