Przejdź do zawartości

Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Kostrzewski
Tytuł Pamiętnik
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1891
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

 Na drugi dzień spotkałem księcia Sułkowskiego, który przypomniawszy mi dane słowo, że do Rydzyny wstąpię, już mnie nie puścił i do domu zabrał.
 Dojeżdżając do Rydzyny, już zdaleka doznaje się wielkiego wrażenia.
 Ogromny starożytny zamek kilkopiętrowy, zbudowany w kwadrat, ze zwodzonym mostem, otoczony głębokim, na około rowem napełnionym wodą. Zawiera w sobie paręset komnat, teatr, sale balowe, pokoje gościnne i przepyszny park. Na wieży powiewa wielka chorągiew z książęcym herbem, u bramy wjazdowéj dwie strażnice, w których, gdy wjeżdżałem, wesoło świergotały wróble.
 Zastałem wielki zjazd gości. Odbywały się zaręczyny najstarszego syna księcia, Józefa Sułkowskiego, Antoniego, który świeżo powrócił z kampanii Francuzko-Niemieckiéj, z panną Alkantara, hiszpanką.
 Przez dwa tygodnie trwały uczty. Do stołu zasiadało osób z 80, panie w wielkich toaletach, panowie po balowemu. W czasie obiadu, codzień w parku przygrywała wojskowa kapela, po obiedzie w sali balowéj rozpoczynały się tańce.
 Te dwa tygodnie, to nieustająca uczta, stoły zastawione przepysznemi porcelanami i kryształami, po królewsku wyglądały.
 W Rydzynie utrzymuje się legenda o białéj damie, która jakoby z portretu wychodziła i o północy w parku się przechadzała.
 Naturalnie, że o téj legendzie nie zapomnieliśmy. Gdy podczas pięknéj księżycowéj nocy, po tańcach, pewne grono osób spacerowało po parku, z gęstego klombu raptem, wysoka biała postać wysunęła się wprost ku nam.
 Zdrętwieliśmy ze wzruszenia. Panie niektóre już chciały mdleć, gdy wtém głośne: „a pudziesz“ zabrzmiało wśród ciszy. I postać w długiéj powłóczystéj szacie, zmieniła się raptem w białego także dryblasa, ale w grubym negliżu i o długich nogach. Byłto, jak się wydało, hrabia Jan Zamoyski (późniéj żonaty z panną Pelisier, córką marszałka Francyi) sławnie gwiżdżący, ztąd mój wielki przyjaciel. On to, chcąc całe grono spacerowiczów nastraszyć, gdy był już w łóżku zmęczony tańcem, wylazł przez okno, okrywszy się naprędce prześcieradłem, i gdyby nie jakiś pies, byłby nam strachu napędził.
 W kilka dni potém brałem udział w polowaniu na rogacze, których ma być dużo w lasach Rydzyńskich.
 Pojechało nas trzech: hr. Adam Krasiński, syn młodszy księcia Sułkowskiego Józef, dziś już nieboszczyk i ja.
 Gdyśmy z powozu pod gęstym lasem, ale dość jeszcze młodym, wysiedli, udaliśmy się w największéj cichości do gąszczu i poczekawszy chwilkę, zaczęliśmy dziwne polowanie.
 Hrabia Adam Krasiński, kazawszy nam przygotować strzelby, kilka razy na maleńkiéj piszczałce zakwilił.
 W parę sekund usłyszeliśmy łomot gałązek i ujrzeliśmy na kilka kroków dwóch rogaczy. Któryś z nas wystrzelił, ale chybił, choć były bardzo blizko, po chwili, pojechaliśmy w inne miejsce, i powtarzając w ten sam sposób naszą zasadzkę, przywieźliśmy do zamku kilka sztuk zwierzyny.
 Akwarelkę, przedstawiającą ten epizodzik, zostawiłem na miejscu. Ufetowany i ubawiony, pożegnałem gościnne, prawdziwie magnackie progi.
 Mając zaproszenie, pojechałem do Turwi, majątku jenerała Chłapowskiego.
 Tu zastałem również piękny, choć nie tak wielki pałac, z którego kurytarz wprost do kościoła prowadził. Park dziwnie piękny, poważny, świetny bardzo miał wygląd.
 Poznałem tu dwa typy, które żywo mam w pamięci. Byli to dwaj starcy, oryginalne i szanowne postacie.
 Jenerał Chłapowski, starzec siwiuteńki z białą hiszpanką, istny typ marszałka Francyi.
 Głuchy i poważny, pamiętał wszystko co się działo za Napoleona pierwszego; z błyszczącém zapałem w oku, opowiadał niezliczone przygody, tak świeżo i tak szczegółowo, jakby to było wczoraj.
 Wszystko późniejsze było mu obojętne i albo milczał o dzisiejszym świecie, albo przyznawał się, że teraźniejszego świata nic a nic nie rozumie.

Chłapowski.

 Drugim mieszkańcem Turwi był Gutakowski, ubrany podług mody z czasów Księztwa Warszawskiego. Obaj ci starcy na tle poważnego i nieco ponurego pałacu, wyglądali jak z przeszłego wieku przywołane duchy.
 Gutakowski z żabotami i ufryzowany staruszek, biegał po pokoju jak kuropatwa, lat już dwadzieścia nie wychodził na powietrze, utrzymując, że oddychać dzisiejszém powietrzem nie może, i nie warto! Z nieodstępną tabakierką w ręku, niezmiernie ugrzeczniony, aż do przesady uprzejmy, pokazywał mi mnóstwo starych miniatur, i o każdéj z nich długą opowiadał historyą.

Gutakowski.

 Zabawiwszy dni parę w Turwi, pożegnałem szanownych starców i pojechałem do Karczyna, własności Augusta Kościelskiego, ojca znanego poety i posła, Józefa Kościelskiego. Pan August, postać bardzo znana, był także typem jakich dziś już nie spotykamy. Zamieszkiwał prześliczną rezydencyą, był słynnie gościnnym gospodarzem i pobyt u niego jest najmilszém mém wspomnieniem. Już nieco dawniejszy znajomy mój, przyjaciel i protektor, bardzo mnie kochał i nie na platonicznéj tylko przyjaźni poprzestawał. Bardzo wiele mi moich mniejszych akwarelli sprzedawał. Jeżdżąc corocznie na jarmark kijowski, zabierał ze sobą po kilkanaście sztuk małych obrazków lub szkiców i zawsze sprzedawał wszystkie po cenie dwa razy wyższéj, niż ja oznaczyłem. Sam często także nabywał moje roboty. Był-to człowiek o gorącém sercu, kochał sztukę naprawdę.
 Ileż to przepysznych wieczorków u niego się przepędziło! Wszyscy najznakomitsi, ale zawsze tylko polscy artyści, muzykę u niego urządzali. Najczęściéj Zarzycki lub Żeleński.
 W lat kilkanaście, kiedy już na łożu ciężko chory leżał, siadywałem u niego po całych dniach i nocach, — mimo cierpień był zawsze wesoły i dowcipny. Wielka mi szkoda go, bo to był prawdziwy mój przyjaciel.
 Kiedym tedy bawiąc w Karczynie, po kilku tygodniach wyjeżdżał, po drodze musiałem wstąpić i do Lubostronia, którego dziedzicem jest hr. Leon Skórzewski. Tu wpadłem w koteryą młodych jeszcze paniczyków, ale hulaków nie małych. W Lubostroniu mieszkała matka p. Leona, bawił tam téż wówczas zasłużony, światły i ceniony ksiądz Polkowski, ale w Łabiszynie, który możnaby było na ówczas Łobuzinem nazwać, była gromadka takiéj przedsiębiorczéj młodzieży, jak Józef Kościelski, dwóch hrabiów Czapskich, dwóch braci książąt Sułkowskich, hrabia Bniński (Bobem w całém poznańskiém zwany), Barański wyżéj wzmiankowany i wielu innych.
 Dom obszerny niby skromny, ale kuchnia i piwnica koncertowe! Śniadanie spożywało się o pierwszéj, a obiad o dziewiątéj godzinie. Swoboda szeroka i humor ananasowy. Więc bilard, gawęda, rybołówstwo, polowania i spacery, konie, jedném słowem, życie niebiańskie.
 Był dzień prześliczny: staliśmy na moście patrząc na parę osób, które z wędkami zasiedli nad brzegiem rzeki. Postawszy trochę dłużéj, mówię do Barańskiego: wiesz ty co, że ci, co tam niby to ryby łapią, to mają strasznie głupią minę.
 — A ja ci powiem, że ci, co się im przypatrują, mają daleko jeszcze głupszą.
 Miałem polecone, bym najlepszą z anegdotek wczoraj opowiedzianych, namalował akwarellą i takową do śniadania codzień przynosił. Zostało więc po moim wyjeździe sztuk kilkanaście przez te parę tygodni namalowanych. Wszystkie bardzo niecenzuralne i w kawalerskim stylu trzymane.
 Sowicie zapłacony i ufetowany, powróciłem nareszcie do mojéj Warszawy, do któréj zawsze wracam całém sercem. Oto wspomnienia z wycieczki w Poznańskie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Kostrzewski.