Przejdź do zawartości

Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/VIII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Franciszek Kostrzewski
Tytuł Pamiętnik
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1891
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

 Miałem Was, o cierpliwi czytelnicy, bawić, a ja tu baję o rzeczach seryo. Trudno mi naprawdę w porządku chronologicznym jedno po drugiém opowiadać, więc proszę o pobłażanie; rozmaite w rozmaitych czasach przytoczę zdarzenia.
 Wiele rzeczy mi się udawało; jedna nigdy, to jest powaga. Ile tylko razy chciałem być poważnym, zawsze dałem kiksa. I tak:
 Pani hrabina Maurycowa Potocka, bardzo rozumna i miła osoba, spotkawszy mnie gdzieś na balu, wyrzekła:
 — Panie Kostrzewski, słyszałam, że pan dajesz lekcye u Augustów Zamoyskich?
 — Tak, pani.
 — Bardzo tam mi pana zachwalają. Mam dwie córki dorastające; biorą lekcye rysunku od Tegazza, ale okropnie ich to nudzi. Jedna nie ma, zdaje mi się, żadnych zdolności, a druga bardzo leniwa.
 — Ach, to lekcya akurat jak dla mnie.
 — DiękujęDziękuję, więc proszę przyjść jutro około drugiéj godziny, to się umówimy.
 Na drugi dzień pośpieszyłem na naznaczoną godzinę, i zastałem panią hrabinę już na mnie oczekującą.
 Podobnie miłéj i dowcipnéj damy nie zdarzyło mi się spotkać. Osoba niemłoda, wówczas już około 50-letnia, bardzo otyła, o rysach kształtnych i rozumnych oczach, jest tak pełną wdzięku i prawdziwéj pańskości, że mogłaby być modelem wielkiéj pani, ale wątpię, czy łatwa do naśladowania. Rozmowa z nią jest prawdziwą przyjemnością; tyle tam przenikliwości, tyle bystrego pojęcia, tyle znajomości sztuk pięknych, że doprawdy, żałuję każdego, który nie miał sposobności zbliżenia się do niéj. Jakaż-to różnica od innych, nadętych, prawie niegrzecznych dam salonowych, które swym chłodem w obejściu ziębią każdego odrazu i które pożegnawszy, czujesz lekkość w sercu.
 Ukazały się panienki podlotki, w czarnych sukienkach, żałobie po stryju, Auguście Potockim, ze spuszczonemi oczyma i prawie zakonnemi manierami. — Boże! jakże te lekcye będą smutne! — pomyślałem sobie, ale nazajutrz poszedłem.
 Dla przyzwoitości towarzyszyła nam przy lekcyach Angielka, wysoka, rumiana ale chuda, rudawa, nierozumiejąca ani słowa po polsku, tak, jak ja nawzajem ani pół słowa po angielsku.
 Zasiedliśmy w pokoju panieńskim przy stoliku: ja w środku, po bokach panny, vis-à-vis mnie Angielka.
 Powiedzianém było, że lekcye odbywać się będą od 11-éj do 12-éj. Piérwsze chwile zajęła nam rozmowa o tém, jaki papier będzie potrzebny, czy ołówki, jakie zastałem, są dobre, i czy nie można-by odrazu malować, bo rysowanie to nudne.
 — Proszę pań, rysunek jest duszą malarstwa. Kto mało i źle rysuje, ten malować nie może nigdy.
 Piérwsza ta definicya, wygłoszona wolno i poważnie przezemnie, widocznie pannom się nie podobała, bo jedna wyjrzała przez okno, a druga schyliła się po coś na podłogę. (Milczenie).
 — Proszę pana, — odzywa się po chwili panna Marya (dzisiejsza ordynatowa Zamoyska) — pan się podobno okropnie żab boi?... Czy to prawda?
 — O jéj! — myślę sobie — co to będzie?
 — Bo nam mówiła panna Zamoyska (dzisiejsza hrabina Krasicka), że jak pan zobaczył u nich w ogródku żabę, to pan aż krzyknął.
 — Tak, pani, nie cierpię tego stworzenia... ale to mniejsza. Proszę pani, każda rzecz przedstawia bryłę, która ma swoje oświetlenie, i od tego zależą wypukłości, które należy na obrazie...
 A tu hyc! hyc! prawdziwa, żywa żaba z pudełka po stole wprost do mnie podskakuje.
 Zerwałem się jak wściekły, przewróciłem dwa krzesła i zbladłem jak ściana. Tu Angielka, coś bełkocząc do mnie po angielsku, wstała, wzięła żabę przez chustkę i wyrzuciła ją przez okno. Potém, zwróciwszy się do panien, które taczały się ze śmiechu, coraz ciszéj coś mamlała, aż nareszcie wyszła z pokoju, czerwona jak cegła, a ja, ogłupiały, spojrzałem na zegarek. Dopiéro dziesięć minut upłynęło, a więc jeszcze pięćdziesiąt zostało. Wtém boczne drzwi się otworzyły: wszedł fagas wygolony i wygalonowany, i wypowiedział:
 — Starsza pani przyjechała.
 — A! babcia! babcia! Przepraszamy, ale zaraz wrócimy — i poleciały, jak dwie czarne jaskółki.
 Za chwilę przyniósł lokaj papierosów od pani hrabiny, żebym sobie tymczasem zapalił.
 To mi trochę ulgi przyniosło. W dobre pół godziny powróciły wesołe i śliczne te dwie panienki; przyrzekły uroczyście, że już więcéj żab nie będzie, i że będą już cicho.
 Usiadły.
 — Więc, chcąc przenieść na papier przedmiot upatrzony, trzeba najpiérw naznaczyć kierunek, potém podzielić na główne partye...
 — Proszę pana, czy łatwiéj jest malować akwarellą, czy olejno?
 — Czémkolwiek chcąc malować dobrze, zawsze jest trudno.
 — Ja-bym chciała się nauczyć malować konie. Dobrze, panie?
 — Dobrze.
 — A ja nie lubię koni; ja-bym chciała umiéć malować portrety na pamięć.
 — Dobrze pani; ale zanim rozpoczniemy tamte prace, trzeba przedewszystkiém...
 — Przepraszam; pan zna Gucia?
 — Znam, pani.
 — To wié pan co? dajmy już dziś malarstwu pokój i chodźmy na dół do Gucia.
 Wtém drzwi się raptem otworzyły i Gucio, z którym się już doskonale znałem, wpadł jak bomba.
 — Jak się masz, Kokuś! Co ty się tu będziesz z niemi nudził? Chodź na śniadanie.
 — Ależ mój drogi...
 — Niéma żadnego „ale“ — i wsadziwszy mi na głowę kapelusz, wziął mnie pod pachę i pociągnął za sobą; w jednéj chwili zlecieliśmy ze schodów do jadalnéj sali, gdzie już kilka osób siedziało, a po-za niemi stało sześciu wygalowanych i wyprostowanych lokai. Stary niemiec, „Pacyk“, marszałek dworu, dyrygował posługą. Śniadanie przewyborne, wina pyszne, rozmowa najpyszniejsza.
 Sfrunęły natychmiast i obie panienki z góry i zasiadły do wesołego stołu.
 To była piérwsza lekcya. Za taką lekcyę bierze się trzy ruble. Ale takich więcéj nie dostanie!
 Na drugiéj były fajerwerki. Gdym wchodził do pokoju, moje śliczne i najmilsze uczennice zapaliły race pokojowe. No, i tak w dalszym ciągu dawałem lekcye przez lat pięć. Odrobinę się jednak te panie poduczyły; panna Natalia nawet troszkę już zaczęła rysować, a przynajmniéj trochę się z rysunkiem obeznała.
 Lekcye u Platerów. Były dwie panny Plater, które zaczęły brać lekcye poważniejsze. Nawet młodsza, zdaje mi się że Cecylia (dzisiejsza Włodzimierzowa Plater), robiła znaczne postępy; oddana była sztukom, i powiedziéć mogę, iż była moją najzdolniejszą uczennicą. Siostra jéj (dzisiejsza Konstantowa Przezdziecka), także do pewnego stopnia nabrała wprawy. Ale cóż, kiedy tam znowu co lekcya przybywał ktoś nowy: to jeszcze siostra, to brat jeden, to potém dwóch braci, tak, że w końcu trochę mi tego było za dużo.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Franciszek Kostrzewski.