Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/VI
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Śród bardzo miłych i gościnnych domów, poczetne miejsce zajmował doktora Tryplina, niezmiernie ożywiony, fetował gości i bawił. Zbierało się tam towarzystwo bardzo liczne i bardzo urozmaicone. Więc literaci, muzycy, malarze, panowie etc. etc.
Często urządzano wieczory tańcujące. Na takim wieczorze tłok bywał ogromny, młodzieży huk. Pań i panien mnóstwo. A mieszkał na Krakowskiém-Przedmieściu, na pierwszym piętrze, z dużym salonem, w domu wówczas Żukowskich, który dziś już nie egzystuje, przeprowadzono bowiem Nowo-Miodową ulicę na tém miejscu.
Na imieniny pani domu, urządzono bal większy. Wszedłszy do salonu, po przywitaniu z gospodarstwem, spostrzegłem gęstą kupkę młodzieży, otaczającéj ładną jakąś młodziutką panienkę... Była to Lucynka Żukowska, jedynaczka, córka właściciela domu, posiadającego ładny prócz tego majątek ziemski.
Ma się rozumiéć, że młodzież starała się na wyścigi przypodobać i rozkochać panienkę.
Forma każe się wszystkim panom starszym, paniom i pannom przedstawiać. Tryplin wziąwszy mnie za łokieć przyprowadził przed panienkę, coś jéj szepnął do ucha, a ja ukłoniłem się bardzo zgrabnie i nie pchając się za innymi stanąłem w kącie pokoju.
Nie wiem dlaczego, ale nieśmiałem się zbliżyć do niéj. Oczyma tylko kilkakrotnieśmy się spotkali.
Panna przyzwyczajona do nadskakiwania młodzieży, widząc że ja zdaleka się trzymam, sama przechodząc przemówiła do mnie; krótko ale zręcznie odpowiedziałem i zabawiwszy z godzinę na drugi wieczorek poleciałem.
Wszystko to wyszło mi na dobre. Za parę dni dostałem zaproszenie na obiad do Tryplina i tym razem siedząc obok panienki, ośmielony łaskawém obejściem całego towarzystwa, od razu stałem się śmielszym i krótko mówiąc zakochałem się po uszy, choć bez żadnéj nadziei.
Przyszła wiosna, sprawiłem sobie jasny kosmaty cylinder i pelerynę podług ówczesnéj mody. A że ogród Saski — aleje Belwederskie, Łazienki Królewskie, były licznie odwiedzane przez spacerujących.
Często więc z matką, gdyż ojciec na wsi przebywał, spacerowała Lucynka po alejach. Naturalnie, że o niéj tylko marząc; co dzień niby przypadkiem spotykałem ją na spacerach.
Po odprowadzeniu do domu za drugim razem, matka, wielkiéj zacności kobieta, zaprosiła mnie na górę. Za chwilę przyszedł Józef Lubowski, znakomity fortepianista i kompozytor, który lekcye dawał w tym domu. Był to człowiek stworzony na kochanka, piękny jak Apollo o niebiesko-czarnych włosach, blady, interesujący, w którym wszystkie ówczesne panie i panny na zabój się kochały.
Położenie moje stało się od razu przykre, czułem, że rywalizacya niepodobna. Zazdrość którą dusiłem w sobie, bardziéj mnie jeszcze roznamiętniała.
Nie wiem, czy miłość prawdziwa i szczera bywa widoczną dla innych od razu, ale panna Lucyna odczuła moje zgryzoty. Zaczęła się walka myśli i podrażnionéj mojéj ambicyi.
Powtarzałem ciągle, że malarstwo kocham, że jakto dobrze, że artyście nie wolno się żenić, że mam nadzieję wkrótce wyjechać zagranicę, że powinna z matką na wieś jechać na całe lato; jedném słowem, mówiłem wszystko przeciwnie temu jak sobie życzyłem.
Nie wiedziałem, że starzy z sobą dosyć źle żyli, i że dlatego o wyjeździe na wieś mowy być nie mogło.
Któréjś soboty, a był to dzień tygodniowego przyjęcia, poznałem ojca. Twardy, zimny i dumny szlachcic, wyraźnie mi swém obejściem okazywał obojętność. Rozmowa z rolnikiem dla mnie zawsze była trudną, bo nie mam o gospodarstwie żadnego pojęcia. Nie kleiło się więc z nim.
I przyszły takie tygodnie, w których nie mając żadnéj nadziei, zacząłem unikać spotkania się z moim ideałem.
Straciłem na humorze, co niecierpliwiło moich kolegów, i co narażało mnie na niemiłe ich strony żarciki.
Na jednym z wieczorów literackich, u Łuszczewskich, poznałem się z hrabią Łubieńskim Kazimierzem, byłym wojskowym polskim, człowiekiem znacznéj fortuny i zacnego serca. Otóż ten pan, po pewnym czasie, zaprojektował mi wyjazd na jego koszt do Paryża, gdzie miał mnie zamiar zostawić, zapłaciwszy z góry za rok pobytu.
Świetna ta a tak niespodziana propozycya, zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Więc o wyjeździe moim prędko się wieść rozeszła. Naturalnie, że doszła i do mojéj panny.
W parę dni otrzymałem list od matki panny, żebym koniecznie był u nich na obiedzie.
Z bijącém sercem i stanowczém postanowieniem pożegnania, pośpieszyłem do pani Żukowskiéj.
Pomijam rozmowę i wypytywania się o wyjazd mój, dość, że wstając od stołu, panna wzięła mnie za rękę i nieco pobladłszy, rzekła: „Pan nie pojedziesz“.
Proszę sobie wyobrazić moment w którym to usłyszałem.
— Wszak prawda? — powtórzyła.
Wyrzekłem pocichu: — Tak pani.
W rok potém po niewiem wielu i jakich przeszkodach, ślub nasz naznaczono na początek 1854 r. Ojciec jednak wyraźnie trzy razy mi powtórzył: „Nie dam wam ani grosza“. Szlachcic ten, dziś już nieżyjący, przez lat 18 dotrzymał święcie danego słowa, aż do śmierci.
Nie ma, powiadają, tego złego, coby na dobre nie wyszło. Fortunka 75,000 rs. znalazła się dla moich pełnoletnich już dzieci, po śmierci rodziców méj nieboszczki żony.
Tym sposobem córki otrzymały po 25 tysięcy rubli posagu — i mężów znalazły.
Syn machnąwszy znaczną część spadku od razu, jest zabezpieczony, bo jako zdolny bardzo portrecista i to przeważnie kobiet, ma już powodzenie. Ja zaś powróciwszy na starość do kawalerskiego bytu, odzyskałem swobodę, tą najdroższą spuściznę — i właśnie może dlatego zachowałem do dziś dnia okazałą porcyę humoru.
Humor, rzecz dziś tak rzadka i tak nawet trudna, potrzebuje tylko dwóch rzeczy, poczciwego i wytrwałego żołądka i ograniczenia potrzeb; przez lat trzydzieści kilka, musiałem trzymać mieszkanie o pięciu pokojach, i prowadzić dom nie okazały ale przyzwoity.
Mając otwarte wszystkie klamki najzamożniejszych domów, a wszędzie łaskawie widziany, dałem sposobność obu po kolei córkom bywania wszędzie, doprawdy, że nie wiem czy są panny, które by tyle się wybawiły co moje! Bywały karnawały, gdzie hasały co dzień, a często trzeba było po dwa bale na raz przeharować. Dziś obie już matkami, dziwnie mimo wesoło przepędzone panieństwo, gospodarne i pracowite ogólną cieszą się sympatyą.
Widocznie Pan Bóg nad sierotami czuwał! Dlatego też mnóstwo dziwi się ludzi, że bez matki, i z artystyczném usposobieniem, dokazałem niemałéj sztuki.
Ś. p. matka mojéj żony, jako kobieta, i jako zacna kobieta, mając swój niewielki stosunkowo majątek, przychodziła nam z pomocą jak mogła.
Żona moja, dziś już od lat 20 nieżyjąca, była kobietą wielkiego charakteru, niepospolitego rozumu; kochaliśmy się bardzo.
Byłem stosunkowo bardzo szczęśliwy, troje dzieci dał Pan Bóg, straciłem jednak żonę w sposób niezwykły, który tu dla przestrogi przytaczam, choć w swoim czasie gazety to opisywały.
Była epoka (która dziś znowu powraca) zajmowania się spirytyzmem. Niepamiętam jakim już sposobem książki traktujące o świecie pozagrobowym, wydawane między innemi przez Allan Cardeca i Flammariona, wpadły w ręce mojéj biednéj żony. Pod wrażeniem tych dzieł, ponętnie podobno pisanych, myśl o życiu przyszłym zaczęła moją żonę prześladować. W tym właśnie czasie przyjechała pani czy panna Hersylia z Paryża, sławna jasnowidząca.
Przez ciekawość żona moja z przyjaciółką udały się do téj prorokini (niech jéj nie znam!) która śmierć méj żonie niedługo zapowiedziała. Fatalność chciała, że zapadła w ciężką chorobę, z któréj pewno-by wyszła, gdyby nie owe nieszczęśliwe przepowiednie. Gorączka się ciągle wzmagała i oczekiwany napewno zgon nastąpił. Są to najboleśniejsze dla mnie wspomnienia i dlatego umyślnie o nich zamilczę.
Przepraszam Cię najmocniéj czytelniku, żem z bólem moim przed nim wystąpił, jeszcze raz przepraszam i wracam do humorystyki, bo to mój obowiązek!