Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Powróciwszy nareszcie po dwóch latach najmilszego pobytu w Kielcach, osiadłem na stałe w Warszawie. W Warszawie także między licznemi otwartemi domami, bardzo gościnnemi, górował salon Łuszczewskich, rodziców znakomitéj Deotymy. W Saskim pałacu słynne Poniedziałki trwały lat kilkanaście. Tu zbierało się wszystko, co się w owe czasy odznaczało talentem, zasługą, lub znakomitością rodu.
Młodziutka Deotyma improwizowała poemata na różne zadania i wprowadzała w zdumienie zgromadzonych gości.
Salon, w ścisłém znaczeniu tego słowa, jeśli jest nie przesadzoną galanteryą tylko, ma wielkie społeczne znaczenie. Młody człowiek, bywający w salonach prawdziwie dystyngowanych, nabiera przyzwoitych manier i robi sobie na przyszłość towarzyskie stosunki. Niestety, dziś (w r. 1890), oniemal powiedziéć można, iż niéma ani jednego.
Jako stary Warszawiak, pamiętam salonów kilkanaście, w których zgromadzało się mnóstwo osób. Każdy młody człowiek starał się bywać w salonach takich i to go ocalało od wielu i bardzo wielu niepotrzebnych, a często zgubnych towarzystw.
Byłem i ja wprowadzony do salonu Łuszczewskich, a z tego źródła wiele innych, równie zacnych i otwartych domów poznałem.
Były także i salony niearystokratyczne, również niesłychanie przyjemne i gościnne. Do takich należał dom Kucza, redaktora niegdyś „Kuryera Warszawskiego“, dom doktora Tryplina, Wojcickiego, i wiele, wiele innych.
Jeśli się nie szło na wieczorek do którego z tych domów, to naturalnie w domu się nie siedziało. Wtenczas zwykle odbywała się mała narada, co dziś robić należy? Między młodzieżą dużo było zawsze takich, którzy do artystów lgnęli; co prawda, między młodymi malarzami rzadko się spotyka nudziarza; a ponieważ nigdy nudziarzem nie byłem, więc mnóstwo tak zwanych dobrych chłopaków mnie otaczało.
— Co ty Franek dziś robisz?
— Albo ja wiem; to zależy...
— Od czego?
— Naturalnie od kasy.
Więc wydłubywanie z kieszeni; każdy ile miał, składał na stoliku. Ogólną sumę, która czasami nawet kilkanaście złotych wynosiła, pakowało się do małéj szkatułeczki, zamykanéj na kluczyk. Najlepszemu rachmistrzowi i najzgrabniejszemu gospodarzowi powierzaliśmy ową kasę, i jazda na miasto!
Najpiérw po kieliszeczku ulubionéj i modnéj ratafii albo kalmusówki. Uczta taka zaczynała się „pod Haleją“; była to restauracya przy Koziéj ulicy, gdzie za 20 groszy porządny człowiek dostawał dwa ogromne zrazy z kaszą lub kapustą, wybredniejszy plaster sztufady, jak czapka, z kartoflami, albo rozbratel (porcye były ogromne); po parę kufli bawara, który był daleko smaczniejszy i lepszy niż dziś, za groszy 6. Następnie szliśmy na Piwną, gdzie nas czekał deser. Deserem tym były to pączki z powidłami, największe w Warszawie, sztuka 3 grosze.
Takie dni uroczyste jednakże nie zawsze się trafiały; bo jeżeli kasa, a bywało tak bardzo często, wynosiła np. złp. 1 groszy 18 na czterech lub pięciu, to feta kończyła się na bochenku chleba i serdelkach.
Pomimo tak skromnych warunków, mieliśmy humory przepyszne. Anegdoty, naśladowanie profesorów, lub wyniosłe myśli o sztuce, czasem kłótnie o pojęciach sztuki, które dość hałaśliwie się odbywały, dopełniały uczty.
Razu jednego, broniąc uporczywie rodzajowego malarstwa, dostałem gorącym zrazem od ś. p. Gierdziejewskiego w samo czoło; na co nie chcąc mu pozostać dłużnym, rzuciłem weń kwaszonym ogórkiem, lecz chybiwszy, zbiłem szybę w oknie. Na odgłos stłuczonego szkła, gospodarz się zjawił i to wpłynęło na zawarcie pokoju, który naturalnie skończył się zgodą serdeczną. Za szybę rozbitą obiecałem na drugi dzień wymalować widok Wezuwiuszu, na wyraźne żądanie restauratora, który mi rubla z radości dopłacił!
— Trzeba-by, wiész ty co, — wyrzekł raz Marcin Olszyński — zrobić efekt na maskaradzie...
Więc tedy po długiéj naradzie postanowiliśmy ukleić ogromny but, który miał być oprowadzany przez szewca. A więc na trzecią maskaradę zjawiłem się w owym bucie, którego cholewę wciągnąłem z góry aż do kolan; obcas wypadał nad głową, nos zaś buta sterczał na przodzie. Marcinek, ucharakteryzowany za szewca, oprowadzał mnie, i niektórym ówczesnym dandysom brał miarę na głowę. Rzeczywiście efekt był wielki i na drugi dzień w „Kuryerze“, z wielką naszą radością wyczytaliśmy najpochlebniejszy o tym koncepcie artykuł. Było mi w owym bucie okropnie gorąco, ale ponieważ kilku kolegów było razem z nami, więc od czasu do czasu coraz inny w but właził, a operacya ta odbywała się na schodach, gdzieś w kącie.
Co to za radość i jaka duma nas napełniała, gdy koło nas gromadziła się masa publiki, buchająca śmiechem. Bawiąc na téj maskaradzie do czwartéj czy piątéj godziny, spostrzegliśmy jakiegoś jegomościa, który ubrał się w czamarkę, a potrzeby, to jest szamerunki, miał zrobione z prawdziwych kiełbasek.
— Zjedzmy go! — któryś krzyknął, no i w moment był zjedzony na miejscu.
Wtém zjawił się Puchała Cywiński, pułkownik. Chciał być srogim i aresztować nas zamierzał, ale nie wytrzymawszy długo, sam parsknął śmiechem.
Bywałem téż i w gronie cyganeryi, którą składali: Włodzimierz Wolski, Zmorski, Dziekoński, Filleborn, Niewiarowski i kilku, których nie pamiętam. Grupa ta, nieco w owe czasy dla mnie za stara, traktowała mnie trochę lżéj; wszakże i z nimi hulało się czasem.
Koło gmachu Loteryi, obok Kopernika, była budka, a w niéj, jak i w kilkunastu innych miejscach, mieszkało kilku tak zwanych budników, rodzaj nocnych policyantów. Otóż często nas spotykając, przyzwyczaili się do hałaśliwéj gromadki, a przez wdzięczność z naszéj strony, przyszła któremuś myśl wyuczenia budników kontredansa. Dostawał każdy w łapę parę dziesiątek, potém ustawialiśmy ich według formy i przy mojém gwizdaniu, wcale już nieźle dwie figury piérwsze umieli. Naturalnie, że i im, i nam nareszcie sprzykrzyła się dalsza edukacya, i na tych dwóch figurach poprzestaliśmy.
Największego protektora i serdecznego przyjaciela miałem w zacnym Kuczu. Ten kochany przez wszystkich człowiek, pisał w „Kuryerze“ o każdym moim obrazku, poznawał mnie nieraz z ludźmi, wysoko położonemi.
Pamiętam, żeśmy kilka sutych bibek przebyli z takim naprzykład dygnitarzem, jak minister Turkułł, który był wielkim zwolennikiem humoru i dobrego wina, a wiele-to śniadanek z wielkimi panami już wówczas się zjadło! Było np. dwóch hrabiów Czapskich, którzy byli prawdziwemi typami wielkich panów; prócz fet wielkich, często dostawałem obstalunek na obraz, na który i zadateczek się zaraz znalazł, a często i zgóry zapłacono. Tych i takich, niestety, nie wielu jednakże bywało!
Jednemu z wielkich panów, którzy mnie licho zapłacili, opowiedziałem, jak kiedyś bankier Mathias Rosen, któremu za protekcyą, jak zwykle, poczciwego Kucza, odniosłem zamówiony jakiś mały obrazek, i rozdygotany cały stanąłem przed nim.
— Dziękuję panu; a ile mu jestem dłużny?
Jest to chwila krytyczna i mocno do dziś dnia mnie denerwująca.
— Sam nie wiem...
— No, a któż będzie wiedział?
— Najlepiéj, niech pan dobrodziéj sam oceni.
— No, jak panu dam dwieście złotych, czy pan będziesz kontent?
— A! panie dobrodzieju, aż nadto!
Spojrzał na mnie mile i poszedł do biurka; włożył pieniądze w kopertę i takową mi wręczył.
Ukłoniłem się nizko, i szczęśliwy nad wyraz, wyleciałem na schody, w sieni bowiem już kilku koleżków niecierpliwie na mnie czekało.
— A co? masz?
— Mam!
— Brawo! niech żyje Franek! no, a teraz funda!
W restauracyi, ale już droższéj, zajrzeliśmy do koperty. Nie było tam dwieście złotych, ale trzysta!
Połowę schowałem do buta, a za resztę biba wielka, chciałem powiedziéć: aż miło! — ale sumienie każe mi wyznać, że aż nie miło!
Jednakże muszę się pochwalić, że lubiłem bardzo i poważniejsze, czyli porządniejsze towarzystwo; więc często koleżków puszczałem w trąbę, a sam, ufryzowawszy długie i czarne kędziory, we fraczku, chodziłem do porządnych ludzi.
Kochiwałem się w przeróżnych pannach po kilka nieraz tygodni, łaskawie, choć zlekka traktowany przez mamy i papów. Grywałem teatra amatorskie nie wiem sam po ile razy, zawsze z ogromnym sukcesem. Zdaje mi się dziś jeszcze, że gdybym był poszedł na scenę byłbym został dobrym aktorem! Teatr, muzykę, taniec uprawiałem z wielkiém zamiłowaniem.
Teatr namiętnie lubiąc bywałem w nim często, ma się rozumiéć, na Paradyzie; przypuszczam, że wielu z czytelników nigdy tam nie byli, więc muszę opowiedziéć jak się to odbywało. Ponieważ teatr zaczynał przedstawienie o siódméj, trzeba więc było przy drzwiach prowadzących na Paradyz stać już o w pół do szóstéj; kto pierwszy, ten lepszy; staliśmy więc oparci o drzwi i gnieceni przez późniejszych przybyszów.
Skoro woźny teatralny drzwi otworzył, wówczas galopując po kilkuset schodach, wpadaliśmy na Paradyz zajmując pierwszą przy poręczy ławkę. Niezdarni lub mający mniéj charakteru w nogach, musieli już siadać za nami, zkąd naturalnie nie tak dobrze scenę widać. Otóż godzinę przynajmniéj prawie po ciemku trzeba było wyczekiwać. Czas ten urozmaicaliśmy sobie mnóstwem figlów, których największa porcya dostawała się żydom. Niepodobna wszystkich przytaczać. Gryzło się przez ten czas orzechy, zajadało pierniki, chleb świętojański, buczynę i tym podobne specyały.
Jeden z moich kolegów spóźnił się nieco i wypadło mu siedziéć po-za żydkiem, który zajął miejsce w pierwszym rzędzie, a miał artysta ten w kieszeni flaszeczkę z terpentyną potrzebną do malowania, którą przypadkiem w ubraniu zapomniał. Otóż wlał w otwartą kieszeń od surduta żydowskiego sporo terpentyny, i odor przykry się rozszedł.
— Panie żandarm — powąchaj pan tego żyda, przecież wytrzymać nie można.
Żandarm powąchał, i wyprowadził żydka za drzwi. Tym sposobem, koleżka mój, zyskał dobre miejsce.
Mój Boże! wiele to razy słuchało się z góry Dobrskiego lub Żółkowskiego, choć pot kapał z głowy aż do krzeseł. Wściekłe bowiem tam zawsze panuje gorąco, a jakie rozmowy! naprzykład: „Co się pan pchasz na mnie, czyś pan szlachcic? — O jéj! — była odpowiedź, — „a Pan“ — „O laboga“. Wszystko wtedy bawiło — wszystko się podobało! Szkoda, że to się już nie wraca.
Jak nas naprzykład, dziwiło to, że ci państwo w lożach nigdy się nie śmieją, ziewają lub odbierając wizyty, głośno rozmawiają i niedoczekawszy końca sztuki, wychodzą, tracąc najpiękniejsze sceny. Było to dla nas niepojęte!