Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
U hrabiowstwa Augustów Zamoyskich, gdzie dawałem lekcye pannie Annie, wychowywała się Marya Potocka, blizka ich krewna. Była to istota dziwnego uroku i nadzwyczajnych zdolności. Ślicznie już zaczęła malować, pisała bardzo udatne poezye, grała ładnie na fortepianie. Biedaczka, młodziutka jeszcze, umarła na suchoty. Wielka szkoda, bo takiéj drugiéj nie spotkałem.
Dawałem także lekcye u hrabiny Borch. Miała dwie córki, w swoim czasie słynne z piękności, szczególniéj młodsza. Wyszła za Sapiehę czy Sanguszkę, i młodo zmarła. Była to nadzwyczajna piękność: jasna blondyna, cudownych rysów, z czarnemi jak smoła oczyma.
Pamiętam na wielkim balu u Karola Krasińskiego, w pałacu dawniéj Andrzeja Zamoyskiego, na Nowym Świecie, gdy weszła do sali w białéj sukni, z gwiazdą brylantową nad czołem, odrazu zrobiło się cicho — wszyscy oniemieli z zachwytu.
Dziś takich piękności, jakie były dawniéj, niéma ani jednéj; a wtenczas w tym wielkim świecie było ich kilkanaście niezwykłego uroku.
Taka naprzykład, już podówczas niemłoda, niemłoda, pani Płatonow (z domu Drzewiecka), klasyczna piękność; pani Zenejda Lubomirska; pani Iza Tyszkiewicz; panna Łabuńska; pani Przezdziecka; pani Świejkowska, pani Czosnowska, późniéj pani ordynatowa Zamoyska i t. p.; a dziś kto? — ani jednéj. Doprawdy, że ten świat codzień marnieje. Bieda, brzydota, płaskość, bankructwa... Powié ktoś, żem się zestarzał i dlatego tak sądzę. No, to zapytajcie innych, jeśli mi nie wierzycie — bardzo proszę.
Dawniéj, jeśli jakaś piękna i wystrojona dama, świetnym ekwipażem jechała przez Nowy-Świat, to każda żona męża lub córka ojca mogła śmiało zapytać, kto to taki? Dziś przechodząca córka musi oczy spuścić, bo mamy lub papy nie śmié o to zapytać, i udawać musi, że nie widzi.
Jeśli jaki elegant dziś się pokaże w amerykanie, to napewno nie żaden pan ani panicz, ale kantorzysta, najętemi końmi i najętym brekiem.

Co prawda, niemiłosiernie świat mi się psuje, bo typów wybitnych
niéma wcale. Za moich lat młodych, proszę sobie przypomniéć, (zwracam się do tych, co przeszli pięćdziesiątkę) — co to za oryginalne postacie można było spotykać! Taki np. hrabia Męciński, trochę karykatura, ale co za typ! Daléj Kurnatowski, pełen wymuszonéj elegancyi staruszek, niezmiernie ugrzeczniony. Nosiłem jeszcze mundurek Szkoły Sztuk Pięknych, gdy nieraz, idąc w kilku z tekami pod pachą, ujrzeliśmy kroczącego ku nam Kurnatowskiego, usuwaliśmy mu się na bok, by doświadczyć jego grzeczności, a on natychmiast zdejmował kapelusz i głośno mówił: „Dziękuję panom“. — Dziś nikt nikomu nie dziękuje, ale prawdą téż, że nikt z młokosów z drogi nie ustąpi starszemu.

Szambelan Skibicki był także nadzwyczaj charakterystycznym dygnitarzem; senator Badeni; hrabia Nesselrode; późniéj Henryk hr. Rzewuski, autor „Listopada“. Wszystko ludzie starsi, ale z jakim wyglądem! Taki naprzykład Steinkeler na balu, w rozmowie z Salwianem Jakubowskim, co za typy! Nareszcie jeden z późniejszych, b. wojskowy polski, Laski, figura oryginalna, czupurna mina, ubrany krótko a zawadyacko. Daléj szereg hulaków, jak: Radziwiłłowie, Pusłowski Wiktor, awanturnik Dowbór i tylu innych. Teraz widocznie takich ludzi brakuje, a przynajmniéj ich nie widać; niema z kogo zbierać wzorów.
Jednym z ostatnich sympatycznych typów, ale już późniejszych, był hrabia Maurycy Potocki, typ pana i szlachcica, zawsze grzeczny, miły, nigdy o nikim źle nie mówiący. Wesoły, uśmiechnięty, dowcipny, lubił troszkę bibki. W swoim czasie chodziła o nim anegdota, że gdy pewnego razu któryś z bankierów pozwolił sobie nazwać go przy kieliszku bibułą, odrzekł natychmiast: „Odsuń się pan, bo wsiąkniesz“. — Wiadomo bowiem, że kleks, zrobiony atramentem na papierze, żydem nazywany, w bibułę wsiąka.
Oj, te bibki! wiele to ja ich widziałem, i jakże niektóre wesołe! Już to przyznać trzeba, że chyba nikt z moich znajomych nie był tak na bibki wciągany, jak ja; dzięki dobremu zawsze humorowi, nie obyło się nigdy bezemnie tam, gdzie się bawić chciano.

Za kawalerskich moich czasów żył bardzo przyjemny i piękny człowiek, Edward Koelichen, który, prócz znacznego majątku, posiadał także bardzo głośny handel win na rogu Długiéj i Przejazd. Otóż u niego bywały Piątki, gdzie dawano kolacye bardzo sute.
Bawiono się muzyką; grywali: Lubowski Józef, Dobrzyński, śpiewał nieporównany Dobrski, dwóch Zachorowskich, Komorowski, twórca „Kaliny“, i mnóstwo innych, których już zapomniałem; naturalnie, i ja wygwizdywałem. Po kolacyi sprzątano stoły i układano albo szarady z żywych osób, albo żywe obrazy, naturalnie treści bardzo wesołéj, ale niecenzuralnéj. Tańce naprzykład Hotentotów, lub marsze ludzi obdartych z garderoby przez dzikich; przypadki Robinsona, rozumie się wszystko w karykaturze. Otóż te Piątki takie ogromne powodzenie miały, że w końcu musiał gospodarz zamknąć swoje gościnne a wesołe progi.

Jednym z naczelnych przewodników tych uczt bywał ś. p.
Bonawentura Chrząński, urzędnik Banku Polskiego, nadzwyczaj wesołego usposobienia.
Gdy wieść o tych zabawach rozeszła się po Warszawie, jakto zwykle bywa, zaczęli ludziska przesadzać i w końcu niestworzone rzeczy opowiadać, co wywołało nawet pewne zgorszenie w salonach.
Razu pewnego będąc zapytany przez jedną z ówczesnych matron, czy to prawda, że u pana Edwarda takie okropności i nieprzyzwoitości się dzieją, odrzekłem:
— Proszę pani, ludzie przesadzają, bo niech pani przyzna, czy biały krawat jest nieprzyzwoity?
— A nie, przeciwnie!
— A frak?
— No nie.
— Otóż właśnie na ostatniém zebraniu odbywał się taniec, literalnie tylko we frakach i białych krawatach. A widzi pani.
Albo jeszcze dużo przedtém, syn Marcina Zalewskiego, naszego profesora perspektywy i kolega mój, Konrad, dosyć zdolny, ale hulaka straszliwy, zaprosił nas kilkunastu na imieniny. Imieniny studenta! więc moc ratafii i krupniku; krupnik składał się z okowity, miodu, słoniny i pomarańcz, a co, co za kombinacya!
Potrawy zaś stanowiły pieczone naturalne koty, z których skórki ze łbami, zawieszono na ścianach. Ponieważ o talerze było trudno, więc w braku takowych poszarpane pieczywo, podawano w mundurowych czapkach!
Ręczę słowem, że świętą piszę prawdę.
Dziś jako stary smakosz, aż się na to wspomnienie otrząsam. Wówczas, naturalnie więcéj przez swawolę, niż z musu takie uczty urządzaliśmy czasem.
Gitara z gwizdaniem albo harmonijka, zastępowała orkiestrę. Ponieważ byłem przez kolegów mianowany orkiestronem, a moja harmonijka już się była przedęła, więc koledzy zrobiwszy między sobą składkę, zafundowali mi piękną i dużą, nową harmonię, która téż bywała zawsze zabierana na ekskursyę, to jest wtenczas, gdyśmy z poczciwym i kochanym Piwarskim za rogatki na całe dnie wybierali się na studya.
Zabawny był widok, gdy nas kilkunastu siadywało po łąkach około drzew, naprzykład w Tarchominie.
Takich olbrzymich i malowniczych topoli nadwiślańskich nigdzie na świecie nie ma, jeszcze ich trochę stoi w Jabłonnie, a tak olbrzymie, że w kilkunastu zaledwie można te stare pnie otoczyć.
Pamiętam niedawno jeszcze, jakiś przejeżdżający Anglik, wielki wojażer, mówił (co naturalnie mi przetłómaczono), że gdyby Anglicy wiedzieli o egzystencyi takich olbrzymów, toby umyślnie po to jedno tu przyjeżdżali.
Tu muszę wypowiedziéć moje zdziwienie, dlaczego u nas przy tylu rozmaitych kierunkach w malarstwie, tak mało jest pejzażystów?! Przecież nasze sosny, wierzby, topole, dęby i tyle innych drzew, stanowią tak cudowne wzory! Byłem przecież trochę w Niemczech i Francyi, a przeważnie spotykałem lasy, wprawdzie bardzo porządnie utrzymane, ale bardzo ubogie.
Poznałem trochę i Księstwo Poznańskie, odwoziłem bowiem do Poznania około 1872 roku starszą moją córkę, mającą wówczas około dwunastu lat, by umieścić ją na pensyi Sacré coeur.
Przełożoną téj pensyi była wówczas panna Chłapowska, osoba wielkiego wykształcenia i niezmiernego uroku, bardzo dystyngowana i uprzejma.
Zwiedzając Poznań, spotkałem na ulicy Wiktora Barańskiego, portrecistę pastelowego, wołyniaka i viveura, bardzo dowcipnego, zatém bardzo miłego hulakę.
Przywitawszy się serdecznie, powiedział mi, że przyjechał do Poznania, gdzie teatr krakowski chwilowo bawił. Zastałem więc i Koźmiana, ówczesnego dyrektora teatru, człowieka miłego, bardzo wykształconego i interesującego. Z téj okazyi urządzono wesołą kolacyjkę z panną Urbanowiczówną; poznałem wtenczas także przepysznéj urody pannę Będównę, późniejszą Ładnowską. I tak zeszło mi w Poznaniu parę dni przyjemnie i wesoło.
Muszę tu opowiedziéć parę anegdotek z życia Barańskiego, by dać próbkę jego dowcipu. A trzeba mu przyznać, że miał toupet ogromny. I tak naprzykład:
W klubie myśliwskim, (téj warszawskiéj izbie panów od Bakara i Winta) pewnego razu, dość groźnie odzywa się jeden z paniczów do Barańskiego: — Podobno pan powiedziałeś o mnie, że śmierdzę?
— Nieprzypominam sobie tego, ale czuję, że to prawda.
Na to rozgniewany panicz rzuca mu bilet i wyzywa na pojedynek. Barański z najzimniejszą krwią odrzekł:
— Z przyjemnością, ale dla pana to żaden interes, bo jeśli pan mnie zabijesz, to swoją drogą będziesz pan daléj śmierdział. No, a jeśli ja pana zabiję, to pan jeszcze gorzéj śmierdzić będziesz.
Dowcip ten wywołał mimowolny śmiech obecnych, i skończyło się zgodą przy kieliszku.
Pytam się Barańskiego o Poznańczyków:
— Ot zachciałeś, są rozmaici, ale i fujarów nie brak. Imaginuj sobie, jeden z okolicznych obywateli, zaprasza mnie na kilka dni na wieś. — Cóż ja tam będę robił? — No, popolujesz trochę, wypoczniesz sobie, i zrobisz mi wielką przyjemność swoją osobą.
— Ha, myślę sobie, to i pojadę. Więc po dobrém śniadanku w hotelu Kornatowskiego, wyjeżdżamy ładnym Wicusia (Wincenty mu było) ekwipażykiem. Ponieważ droga, wyjątkowo w Poznańskiém, była nieco ciężka, zrobiło się trochę nudno, więc ja do niego: — Patrzaj, serce, przypadkiem znalazłem karty w kieszeni. Ot, wiesz co, zagrajmy sobie w baczka. Wicuś lubił karteczki, więc zrobiła się partyjka.
W pół godziny, wyobraź sobie, kochany Franku, wygrałem od niego wszystkie pieniądze. Rozindyczony, proponuje grać na konie i powóz, wygrałem i to. Aż on zaczyna klnąć i rozbijać się. Pasya mnie porwała, krzyknąłem na furmana: — Stój — a ponieważ rozbijał się i klął daléj, wyprosiłem go z mego już powozu, i puściłem trutnia piechotą, a sam kazałem zawrócić napowrót do miasta, gdzie powróciwszy, natychmiast sprzedałem konie i powóz, bo mi już były niepotrzebne.