Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/IV
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Jako młody kawaler, zmieniałem kilka razy szlafkamratów, mieszkałem przez jakiś czas z Edwardem Petzoldem przy ulicy Ogrodowéj, w niewielkim domku drewnianym głęboko w bruku osiadłym. Letnią porą najwygodniéj nam było wchodzić do mieszkania przez okno wprost z ulicy. Stawiało się nogę na stole, który stał pod oknem, potém na krzesełku i nareszcie na podłodze. Raz nawet niepospolitego przyjmowałem gościa, a to dla następnéj przyczyny. Matka naszego inspektora pani Sestié była rezydentką czy lektorką u księcia Paszkiewicza; otóż syn jéj, pan inspektor, razu pewnego zajechał przed ów domek i widząc w oknie stalugi, zatrzymał powóz, w którym siedział wraz z nim książę Teodor Paszkiewicz, syn ówczesnego namiestnika.
Przyjechali z obstalunkiem!
Chodziło o to, żebym do albumu dla księcia wymalował nowość wystawioną wówczas na naszéj scenie, to jest scenę z baletu „Wesele w Ojcowie“.
Pamiętam jakem usilnie pracował nad wykończeniem téj akwarelli, dość sporéj, a przedstawiającéj starego baletnika Popiela, błogosławiącego państwa młodych. Wyszły mi z pamięci nazwiska artystek, które starałem się sportretować. Koniec końców, wrażenie na kolegach i profesorach wywarłem nie małe.
Po paru latach nareszcie dochodziki moje trochę się poprawiły. Budowano statki parowe Zamoyskiego, i do tychże statków za protekcyą Piwarskiego, malowało nas kilku na blachach cynkowych dość spore obrazki, umieszczane następnie w kajutach statków. Pamiętam, że malował Gerson, Szermentowski i ja. Co się z tém zrobiło, nie wiem.
Przy ulicy Chmielnéj była pensya męzka Withego, gdzie stało kilku paniczów na stancyi, którym dawałem lekcye rysunków. Byli tam Stanisław Lubomirski, Feliks Czacki, Bromirski, dwóch Karskich i wielu innych. Prócz tego dawałem lekcye i na mieście. Raz pamiętam dawałem lekcye rysunków jednemu z paniczów, lecz ponieważ rysunki nie bawiły mego pupila, więc po kilku lekcyach, prosił mnie, bym się nieco spóźniał, bo on całéj godziny wytrzymać nie może. Ponieważ byłem z natury zawsze zgodnym, więc przychodziłem z początku na pół godziny, potém na kwadrans, aż nareszcie doszło do tego, że mój uczeń zostawiał mi bilet w przedpokoju, a sam się wynosił. Już mnie to zaczynało żenować i chciałem porzucić tak łatwo intratną a nie mozolną lekcyjkę, boć to było nie bardzo ładnie, ale urwało się wszystko, bo panicza zabrano z Warszawy.
Na przeciwko mego mieszkania pracował szewc; otóż dowiedziawszy się, żem malarz, przyszedł z propozycyą, bym mu ładny szyld wymalował, a on mi za to zrobi parę butów. Z nieudanym zapałem wziąłem się do pracy, i za dni kilka namalowałem zgrabniutki but mocno świecący, cień rzucony od buta na podłodze i bliki ostre na skórze, dość dobrze naśladowały naturę. Pan majster jednak kazał mi światła zamalować na czarno, utrzymywał bowiem, że on robi buty całe czarne a nie z białemi plamkami!
Mój Boże, wielu ja potém takich szewców spotykałem, uchodzących za znawców i protektorów sztuki, w dalszéj mojéj karyerze!
Nareszcie około roku 1852 Hirszel, z początku na Miodowéj, późniéj na Krakowskiém-Przedmieściu, otworzył w swym składzie materyałów piśmiennych, małą wystawkę. Tam kilku kolegów ze mną wystawiało od czasu do czasu swe obrazki, i nawet sprzedaż się rozwinęła.
Była to pierwsza sposobność występowania publicznie. Kilka lat nawet wcale nie zły był ruch w tym kierunku. Można przyznać, że Hirszel był piérwszym, który spore położył zasługi, dając możność młodym malarzom zbytu swych obrazów.
Tu muszę przytoczyć historyę początku założenia „Towarzystwa zachęty sztuk pięknych“. W lat kilka potém zjechało do Warszawy dwóch cudzoziemców: Zamoyski i Tabaki, którzy, nająwszy duży apartament przy ulicy Marszałkowskiéj, otworzyli Wystawę obrazów bardzo pokaźną. Wówczas w gronie naszych młodych malarzy, trochę starszy wiekiem i dosyć zamożny, Alfred Schoupe, zacny i gorąco kochający sztukę amator malarz, rzucił myśl zawiązania Towarzystwa zachęty sztuk pięknych. Mając wyższe stosunki towarzyskie, z pomocą dyrektora ówczesnego, Kaniewskiego, wyjednał w Petersburgu pozwolenie na założenie wzmiankowanego Towarzystwa, i w istocie, po wielkich jego staraniach i zabiegach, ze współudziałem A. Przezdzieckiego, barona Rastawieckiego i b. gubernatora Białoskórskiego, w roku 1860 Towarzystwo do dziś istniejące, a stosunkowo dość świetnie stojące pod kierownictwem zabiegłego wice prezesa Lucyana Wrotnowskiego, głównie zawdzięcza byt swój Alfredowi Schoupemu.
Około roku 1850 we czterech, to jest: Olszyński, Gerson, Cegliński i ja, postanowiliśmy zrobić wycieczkę w Krakowskie. Sprawiwszy więc sobie długie buty i tornistry, z zapasami malarskiemi puściliśmy się w drogę.
Zapewne rzadko który z czytelników, a może i żaden, pieszéj po kraju wędrówki nie odbywał; inna to podróż, niż w wagonie kolei żelaznéj, wiecznie tak samo mijającéj stacye i okolice, a gdzie się oddycha dymem i swędem węgla kamiennego.
Dojechawszy koleją do Strzemieszyc, wysiedliśmy na stacyi, i po odejściu pociągu, gdy cisza nastała, pełni najlepszych nadziei, rozpoczęliśmy wędrówkę.
I zaraz na wstępie usłyszałem w krzakach znajome mi dobrze świergoty kochanych ptasząt. Tu zaimponowałem moim towarzyszom znajomością gatunków owych śpiewaków:
— Słuchajcie, o! to trznadel, żółtopióry a fertyczny; żonkę miewa tak mądrą i filuterną, że gdy się zbliżysz do krzaku, pod którym ma gniazdeczko, głęboko we mchu na ziemi usłane, to natychmiast piechotą biegnie pod inny krzak, i daléj znów pod inny, i tak cię zwodzi ciągle aż nareszcie, odprowadziwszy ciekawca dość daleko od swéj siedziby, frunie wesoło na wyższe drzewo i krętą drogą wróci do domu, zostawiwszy cię z rozwartą gębą, co często i mnie i pastuchom przytrafiało się.
Więc tedy z tornistrami na plecach, w pysznych humorach, ruszyliśmy ku Ojcowu. Marsz ten po gęstym piasku i przy gorącym dniu, zniewolił nas do pierwszego wypoczynku, i po kilku wymaszerowanych wiorstach, przy pierwszéj grupie fantastycznych sosen, legliśmy obozem, a zapaliwszy ulubione fajeczki, w kłębach dymu oczekiwaliśmy nadzwyczajnych przygód.
Pierwszą jednak i bardzo pożądaną był chłopak z pustym wasągiem; po krótkim targu usadowiliśmy się na bryczce, i podskakując po kamieniach i korzeniach, przywlekliśmy się do cudownego Ojcowa! Tyle już razy rysowany, i opisywany — dziś nawet do pewnych wygód z dwoma hotelami utrzymywany Ojców, zna już wielu ludzi. W owe czasy zwykła karczma była naszą rezydencyą. Więc skoro pogoda, zaraz od rana rozchodziliśmy się na studya, znajdując co parę kroków najpyszniejsze dla malarza motywa.
Naturalnie że wzbudzaliśmy, w malowniczo wówczas ubranych chłopach podziw i małe podejrzenia. — Co u licha te mizimetry opisują? jeden wlazł na sam wierzch skały, drugi siedzi u spodu nad Prądnikiem; jenszy zadarł głowę i patrzy na czubek świerka. — Czy powaryowały bestye, czy co?
Dnia pewnego, do zaglądającego mi przez plecy Wicka, mając na kolanach otwarte pudełko a w ręku owalną paletę, odezwałem się: — Cóż, mój przyjacielu, podoba ci się to?
— A które? czy te kwadratne (to widok który malowałem właśnie) cy krągłe (to była paleta z kilkunastoma przygotowanemi farbami)? — Zdaje mi się nawet, że więcéj mu przypadła do gustu paleta, niż studyum.
Na przeciw karczmy był spory ogród ze staroświeckim dworem (dziś już ani śladu). Wonczas zamieszkiwał go dziedzic Ojcowa p. Prędowski. Któregoś dnia byliśmy zaproszeni na obiad. Wystroiwszy się, o ile zamożność tornistra pozwalała, udaliśmy się do dworu. Musiało to zrobić silne na nas wrażenie, bo doskonale pamiętam te chwile. Wyobraźcie sobie państwo, kilka pokoi z posadzką pomalowaną na czarno; meble także czarne w białe pasy, takież firanki; gospodarz bardzo grzeczny, nieco oryginalny, ubrany także w te dwa kolory, uprzejmie nas przyjął a nawet suto utraktował. Człowiek młody, wyszukanych manier, prowadził z nami rozmowę o sztukach pięknych, i, opowiadając o oglądanych po Europie arcydziełach, dał nam poznać, że posiada pewne pojęcie o malarstwie. Zakończył nawet frazesem „dla mnie jeden tylko jest dziś malarz, to jest Kaulbach i przed nim jednym zginam kolano“.
Następne dni ubiegały nam zawsze jednakowo, to jest w dzień na studyach, wieczorami na gawędce, przyznaję, że te wieczorne gawędy w karczmie z chłopstwem dużo mnie oświeciły i nauczyły, pod względem charakterystyki typów włościańskich.
Zwiedzając okoliczne wzgórza dotarliśmy do wierzchołka Czajowskiéj góry, zkąd przepyszny roztaczał się widok na cały Kraków. Nie mając paszportów na wyjazd zagranicę, nie mogliśmy zwiedzić wtenczas Krakowa. Pewnego dnia ogromne kłęby dymu buchnęły z tego miasta, siedzieliśmy na górze dzień i noc, widok przerażający ale dla nas malarzy pożądany, ciekawy i zachwycający. Trzeba było widziéć tę grę barw, te szczyty licznych wież, zarumienionych pożarem! Pamiętny i straszny to był pożar. Nawet jęk dzwonów doskonale słychać było chwilami, gdy wiatr w naszą powiał stronę.
W parę tygodni byliśmy w Pieskowéj skale, także znanym i ciekawym zabytku przeszłości. Tu także bardzo oryginalny wydarzył mi się przypadek.
Siedziałem właśnie na skale na wprost starożytnego zamku Pieskowskiego, w chwili kiedym rozpoczynał rysować kontur najwyższéj i najcharakterystyczniejszéj wieżyczki, (byłem z ołówkiem przy wierzchołku), gdy raptem dziwnego kształtu chmurka z poza wieżyczki wypłynęła; przetarłem oczy, sądząc że mi się przywidziało, ale chmurka coraz dłuższa i czarniejsza, niespodzianie płomykiem zabłysła! Zdrętwiałem!
Znowu pożar! tak niestety, straszny pożar w moich oczach rozpoczęty! na samym wierzchu budynku!
W ciągu dnia cały zamek zgorzał! ratunek niepodobny i utrudniony, gdyż zamek stoi na wysokiéj skale. Jak się późniéj okazało, blacharze, przy reparacyi dachu, ogień przypadkiem zapuścili.
Te dwa pożary, jeden po drugim, takie klęski olbrzymie, bolesne wrażenia zostawiły po sobie.
Po kilku dniach, zapakowawszy manatki, w dalszą puściliśmy się drogę. Naturalnie humor nasz pobladł, wskutek tych straszliwych klęsk, jakich dziwnym zbiegiem okoliczności byliśmy świadkami.
Podczas pobytu mego w Kielcach u Zielińskiego, pewnego dnia, kilku panów, zwiedzało słynną galeryę obrazów i pamiątek.
Byli to książę Kazimierz Lubomirski, znany kompozytor muzyczny; Piotr Jaksa Bykowski, niedawno zgasły zasłużony literat, Anielewski guwerner u Lubomirskiego i Zapolski obywatel z Wołynia, nadzwyczajnéj piękności mężczyzna, późniéj mnich osiadły we Włoszech.
Cała ta drużyna wybrała się w celu zwiedzenia niektórych okolic w Sandomierskiém, a głównie dla poznania słynnéj Łyséj Góry.
Razem więc z nimi i ja wybrałem się w tę podróż, która nam dość zabawnie wypadła. Jaksa Bykowski, w owym czasie zamożny jeszcze obywatel, posiadał niezrównany humor. Najętemi furmankami podążyliśmy na Łysą Górę. To miejsce, rysowane i opisywane już nieraz, znane jest ogółowi.
Naszą wycieczkę jednakże z innego względu opiszę. Przybyliśmy już samym wieczorem na wierzch góry pod klasztor. Noc była dość ciemna i na górze naturalnie wilgotna.
Zadzwoniliśmy do furty klasztornéj, przez szparę furtyan zobaczywszy kilku ludzi w kapeluszach fantastycznych i dosyć, mimo chłodu, wesołych, wziął nas za zbójców, i do klasztoru nie wpuścił; co się ogromnie Bykowskiemu podobało. Machnęliśmy ręką na te niegościnność i ostrożność, i nazbierawszy suchych gałęzi rozpaliliśmy wielkie ognisko; a posiliwszy się zabranemi z Kielc prowizyami, po kilku łykach wybornego wina, otuleni od wilgoci w płaszcze i pledy, legliśmy koło ogniska, i gwarząc wesoło noc całą, doczekaliśmy się dnia białego.
Tysiąc anegdotek różnego kalibru urozmaicało nam ten dziwny nasz nocleg.
Nareszcie po trudach dostaliśmy się do klasztoru, bogatego w obrazy Smuglewicza, a Kazimierz Lubomirski wyjednał zwiedzenie grobów pod kościołem, gdzie odszukaliśmy któregoś Lubomirskiego, spoczywającego w tém miejscu. Po otworzeniu trumny, znaleźliśmy naturalnie zeschły szkielet. Na pamiątkę uciął pan Kazimierz kawałek atłasu z żupana nieboszczyka; kawałek ten atłasu był jeszcze koloru amarantowego i tak mocny, że rozerwać się nie dawał. Ciekawym, czy dzisiejsze wyroby będą tak trwałe; ale ponieważ przekonać się prawdopodobnie nie będę mógł, więc daję za wygraną téj sprawie.
Zrobiła się przecudna pogoda, która, błogo na nas oddziaławszy, do dalszéj wycieczki zachęciła. Pomijam niedawno przez Andriollego illustrowane osobliwości i nadmienię tylko, iż schodząc z góry, pożegnaliśmy kamienną postać, która na klęczkach bardzo powoli idzie ku górze (co dodaje nam otuchy, gdyż według opowiadania miejscowego leśnika, skoro dojdzie do wierzchu, koniec świata nastąpi), i pojechaliśmy malowniczą drogą do miasteczka Bodzentyna.
Dojeżdżając do miasta, Bykowski zaproponował nam, abyśmy prowincyonalnych aktorów udawali. Z chęcią na tę dziwną propozycyą przystawszy, powyginaliśmy fantastycznie kapelusze, a że ówczesna moda wymagała w szerokich rękawach u surdutów kolorowych podszewek, wywróciwszy więc na lewą stronę nasze tużurki, wyglądaliśmy dość zabawnie.
Gdyśmy w rynku na dwóch brykach się zatrzymali, otoczono nas odrazu. Między ciekawą publicznością widać było kilka starych mieszczanek w charakterystycznych pelerynach z białym jak śnieg futrem (była to Niedziela i dzień gorący). Peleryny te nazywano „Dyzabelkami“ i były z jasno-błękitnéj grubéj jedwabnéj adamaszkowéj materyi, na głowie zaś z zadziwiającą sztuką w dziwnych kształtach zawiązane, wielkie białe chustki. (Bodzentyn jest miastem rodzinném Józefa Szermentowskiego, o którym wyżéj wspominałem).
Weszliśmy do dużéj oberży; tu zaraz za nami zaciekawieni mieszczanie. Bykowski więc krótko a węzłowato przemówił do nich i zapytał, czy chcą zobaczyć tureckiego baszę ze swoim dworem?
— A juści! — była odpowiedź.
Przeciągnęliśmy szpagat przez pół izby, a ugrupowawszy się około kochanego pana Piotra, rozpoczęliśmy przedstawienie.
Bykowski tedy, zrobiwszy z ręcznika naprędce turban, usiadł na stole po turecku, my za nim, i zaczął uroczystą mowę w języku świeżutko zaimprowizowanym. Musieliśmy gryźć sobie języki, by nie wybuchnąć śmiechem, patrząc na zaciekawione i pootwierane gęby szanownéj publiczności. A mówił pan Piotr jak natchniony, raz głośno i wolno, to znowu ciszéj nieco, a gdy westchnąwszy, jęknął, z oczyma w pułap zwróconemi, widać było rozrzewnienie na twarzach słuchaczy. Nareszcie zamilkł, a dobywszy z kosza naszego szklankę kolorową, napełnił ją po brzegi winem, co nam jeszcze zostało, i krzyknąwszy: „W wasze niezawodne ręce!“ — spełnił toast.
Tu radość publiczności nie miała granic i rozpoczęła się gwarna biesiada. Publiczność uważała to dopiéro za wstęp do przedstawienia, co zmiarkowawszy, pod pozorem zmiany kostiumów, dobraliśmy się do naszych bryczek i drapnęliśmy galopem z miasteczka. Mijając już ostatnie domowstwa, słyszeliśmy nie bardzo uprzejme komplementa i spostrzegliśmy kilka kamieni, rzuconych za nami na pożegnanie!
Nie wiem, czy komu dziś udałoby się tak bawić, ale my długo nie mogliśmy się dość naśmiać z naszéj wyprawy. Powróciliśmy do Kielc w doskonałych humorach, a uszczęśliwiony opowieścią naszéj podróży Zieliński, wydał pożegnalny obiad, i goście a towarzysze naszéj wycieczki pojechali daléj.
Często do zbiorów Zielińskiego zaglądali znawcy i amatorowie sztuk. Było rzeczywiście co oglądać. Naprzykład dwa pejzaże Salwatora Rosy, wielkości około trzech łokci na wysokość, malowane z wielką brawurą, które w skutek grubego pęzla (jak u nas przeciętni znawcy się wyrażają), ogółowi się nie podobały, a które dziś są, zdaje mi się, w berlińskiéj galeryi. Dobrze za nie zapłacono adwokatowi Bronikowskiemu, który odziedziczył dość dużo obrazów po rodzonym bracie, w Kielcach owemi czasy osiadłym, i który wprost od Zielińskiego, czy téż już po jego śmierci, stał się posiadaczem w znacznéj części zbiorów po Zielińskim.
Spotkałem także w lat kilkanaście potém, obrazek na drzewie, widok Wenecyi, prawdziwy Canaletti, u Stanisława Potockiego. Daléj znowu takie arcydzieło, jak obrazek Netschera: „Dzieci, oglądające gipsową figurę przy świecy“.
Nic nie wiem, co się stało z bardzo pięknym obrazem świętego Tadeusza, malowanym przez Czechowicza, jak również portretami królewskiemi, malowanemi przez Dolabelle, „Ucztą mitologiczną“ nieznanego autora, ale nadzwyczaj pięknym obrazem, i tylu, tylu innemi!
Nie wiem, czy gdzie egzystuje spis owego zbioru, gdzie prócz obrazów, było dużo historycznych i kosztownych pamiątek. Była tam srebrna głowa Esterki, rzadkiéj piękności i wartości. Szkoda takiego znakomitego zbioru!
Zieliński, jako człowiek bezdzietny, nosił się z myślą zapisania tego całego swego muzeum na własność publiczną; tymczasem w końcu życia, obarczony długami, zmarnować musiał tyloletnią pracę i starania.
W Kielcach, jak już wspominałem, niezmiernie miłe zamieszkiwało towarzystwo; grywaliśmy na cele dobroczynne teatra amatorskie, z wielkiém powodzeniem. Pamiętam moje tryumfy, jako piérwszego tenora: — występowałem w sztuce pod tytułem „Landara“, gdzie miałem rolę wędrownego aktora-śpiewaka; i czy Kielce były mało wymagające pod względem muzykalnym, czy ja w istocie miałem piękny tenor, dość, żem wrażenie robił kolosalne, a kilka pensyonarek zakochało się w malarzu, co tak ślicznie śpiewa!
Tu odsunąwszy na bok skromność wrodzoną, przyznać się muszę, że sztukę gwizdania doprowadziłem do wysokiéj doskonałości, i od lat 50-u, czyli przez pół wieku, nie spotkałem prawie nikogo, co-by mnie pod tym względem sprostał. Widać jednak, w co zupełnie uwierzyłem, że tylko prawdziwi tenorzy ładnie gwizdać mogą, dwóch bowiem tylko spotkałem w życiu rywali: Mierzwińskiego i Filleborna; lepiéj od nich gwiżdżących nie słyszałem, a bliźni mówią, żem ja daleko od nich lepszy gwizdała. W istocie, mam zmysł muzykalny bardzo rozwinięty, kocham muzykę nadzwyczajnie, a ponieważ oddawszy się malarstwu, nie chciałem już przechodzić edukacyi muzycznéj, więc ze słuchu nauczywszy się także akompaniować, bardzo trafnie, jak mówią biegli, do dziś dnia zbieram często oklaski, nawet od specyalnych znawców.
Uważałem téż, że na nerwy kobieteczek, których nie mogę się odzwyczaić uwielbiać, gwizdanie moje oddziaływa w sposób zdumiewający. Więc będę do końca życia mego gwizdał, i co mi kto zrobi?...