Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/III
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Kielce jest to miasto w prześliczném położeniu, mające okolice malownicze i nader miłe.
Było mi w tych Kielcach jak w niebie. Przedewszystkiém obrazów zbiór duży i bardzo ciekawy; malowałem kilka kopii zamówionych przez okolicznych obywateli.
Pobyt niesłychanie przyjemny. Gospodarz parę pokojów dla artystów przeznaczył i bardzo gościnnie ich traktował. Tam zastałem malarza Kulińskiego, restauratora, to jest odnawiacza starych obrazów.
Malowałem dosyć dużo. Do nauki przeznaczył mi ś. p. Zieliński młodego chłopca, Józefa Szermentowskiego, który następnie wyszedł był na znakomitego pejzażystę. Szkoda, że osiadłszy w Paryżu zatracił oryginalność w swoich pracach, ale te, które w kraju zostały, przemawiają poezyą, swojskością i pięknym kolorytem.
Naczelnik Zieliński był postacią niezmiernie rzadką, dość szorstki w obejściu ze zwykłemi śmiertelnikami, wyjątkowo artystów poważał i kochał.
Trzeba było widziéć go przed obrazem, który zdobył świeżo, a miał dar wyszukiwania dobrych rzeczy, jak zamknięty na klucz w pokoju, po kilka godzin przesiadywał i wpatrywał się w obrazek, mrucząc słowa zachwytu i uwielbienia; oczy mu łzami zachodziły i twarz pałała ogniem. Takich lubowników sztuki nie spotykałem. Podobnym do niego był w latach późniejszych, także już nieboszczyk, Feliks Gebethner, który odmawiając sobie wiele wygód i przyjemności z trudem i wysiłkiem gromadził koło siebie utwory sztuki.
Kielce, w owe czasy, były miasteczkiem bardzo ożywioném i czystém. Starozakonnym nie było wolno mieszkać; we Wtorki tylko na targ z poblizkich Chęcin, sławnych marmurami swojemi, zjeżdżało się dosyć żydowstwa. Charakterystyczne postacie żydków owych i okolicznych chłopów niezmiernie mnie zajmowały. Dużo zrobiłem w owych czasach notatek. Wogóle na całą moją dalszą działalność artystyczną bardzo wpłynęły pierwsze młodzieńcze lata przepędzone na wsi, w okolicy górzystéj, leśnéj i wodnéj. Wiele czasu spędzałem z wędką na stawie, w gęstych tatarakach, łowiąc ryby na różne sposoby. O, bo gdy dzień piękny, bez wiatru, jest coś czarującego w tych zarosłych stawach! Te kręte korytarze z obu stron gęstwiną malowniczą otoczone, ta cisza wodna — motylki niebieskie i migające niekiedy rybki — nadzwyczaj miłe robią wrażenie.
Ale to wszystko już daleko za mną zostało!
Życie w mieście wiele zabiera czasu, a rozmaitość postaci interesuje przybysza i spostrzegacza.
Zawsze żałowałem tych ludzi co rysować się nie uczyli. — Człek o wyrobioném smaku artystyczném nie zna, co to nuda. Na każdym kroku i w każdém miejscu jest na co popatrzéć: tu oświetlenie, tam ugrupowanie, tu pofałdowanie, a dopiéro wyrazy twarzy tak milionowéj różnicy! Dwóch podobnych twarzy spotkać nie można, a co za oryginalne profile, jakie nosy, co za ruchy! Niewyczerpane nigdy studya, tylko trzeba się nauczyć patrzéć, a do końca życia nie podobna się nudzić ani na chwilę!