Pamiętnik (Kostrzewski, 1891)/II
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pamiętnik |
| Wydawca | S. Lewental |
| Data wyd. | 1891 |
| Druk | S. Lewental |
| Miejsce wyd. | Warszawa |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W 1844 r. otworzono w Warszawie Szkołę Sztuk Pięknych. Dyrektorem był Frankowski, późniéj Sztender; profesorami: Kokular, Kaniewski, Hadziewicz, Breslauer, Zalewski, Piwarski — ten ostatni najwięcéj kochany przez uczniów, największy téż wpływ na nich wywierał. Jego typy i pejzaże czysto polskie najmocniéj przemawiały do ówczesnéj młodzieży.
Do téj-to szkoły na bryce krakowskiéj, płótnem na obręczach krytéj, szosą radomską przyjechałem do Warszawy, ze skromnym zasobem pieniężnym i tobołkami, napchanemi wiejskiemi specyałami.
Gdym w ławce szkolnéj zasiadł, nikogo nie znając, dziwnego doznałem uczucia. Żal mi się zrobiło lasu, ptaszków i gitary. Po wstępnéj lekcyi, schodząc ze schodów, dla poprawienia humoru, zacząłem sobie po cichu gwizdać sandomierskie piosenki.
— Jak ty ładnie gwiżdżesz! — odezwał się kolega Edward Petzold. — A gdzie ty mieszkasz?
— Właściwie, to ja nigdzie jeszcze nie mieszkam. Zostawiłem w hotelu na Grzybowie kuferek i nie wiem, co daléj robić.
— Wiész co... mieszkaj u mnie; tanio ci wypadnie i będzie nam wesoło. Ja mieszkam z matką niedaleko, na Ogrodowéj (a wychodziliśmy właśnie z Koszar Kazimierowskich na Krakowskiém-Przedmieściu). Chcesz, to chodź zaraz.
— A dobrze. — I poszliśmy.
I zaczęła się artystyczna edukacya. Trzeba przyznać, że, pogłaskany przez Kokulara i Piwarskiego, zaraz na wstępie z zapałem wziąłem się do pracy. Więc rysowałem od 8-éj do 2-éj, z początku z wzorów Juliena, późniéj z gipsów, nareszcie z żywych modeli. Artystyczne jednak życie ma mimo swego uroku, wiele cierni.
Po dwóch latach, środki materyalne okazały się za szczupłe. Fundusik, regularnie co miesiąc przez Rodziców przysyłany, regularnie do połowy miesiąca wystarczał. Koleżków grono wesołe, składało się z różnych gatunków. Tu muszę wymienić najwięcéj obiecujących młodych ludzi z talentami. Byli to:
Gierdziejewski, człowiek ogromnéj fantazyi i łatwości w kierunku kompozycyjnym. Wielką ilość natworzył szkiców, zdumiewających pomysłów pełno — lecz niespokojnego temperamentu. Lubił gawędę, niestety, przy kuflu. Imponował nam nieco młodszym wiekiem, wiedzą artystyczną i wielkim ferworem.
Henryk Pillati, wielkiego talentu człowiek, z poczuciem kolorytu nadzwyczajném, tak rzadką zaletą u polskich malarzy. Zmarnowawszy zdrowie, zamilkł niedługo z twórczością, tyle obiecującą.
Słoninkiewicz, zadziwiający miał talent, malował z taką niesłychaną wprawą i pięknością barw, że znawcy prawdziwi zdumiewali się nad jego studyami. Umarł młodo, nie skończywszy nawet Szkoły Sztuk Pięknych.
Było kilku bardzo uzdolnionych, którzy niewiadomo gdzie się podzieli.
Biegłym rysownikiem był także Bogdański.
Z całéj téj liczby utrzymali się zaledwie:
1-szy Gerson, zawsze sumienny i pracowity malarz; historycznym się stał, usilnie o to dbając i pracując. Szkoda, że porzucił malowanie pejzaży, które prześlicznie zaczął był malować. Tyle sentymentu, prawdy i całości miłéj dla oka bywało w tych dawnych jego pejzażykach i studyach!
2-gi Józef Brodowski, malarz koni i krów; doszedł do pewnéj doskonałości i wziętości — i tylu innych, których trudno dziś odszukać.
Przed otworzeniem Szkoły Sztuk Pięknych była Szkoła malarstwa u Kokulara, z któréj biegły i wytrawny malarz Murzynowski odznaczał się jako bardzo zdolny portrecista i malarz obrazów kościelnych. Mielnicki, Gumiński, Polkowski stanowili generacyą starszą, poprzedzającą naszą gruppę malarzy z czasów Piwarskiego.
Dziwna rzecz, że w tak trudnych warunkach dla sztuki u nas, gdzie ani zamożność, ani znawstwo sprzyjać nie mogły téj gałęzi przemysłu, tak silnie i tak obficie rozrosło się dziś zamiłowanie do uprawiania téj sztuki!
Ale zostawmy to innym, a mówmy o sobie.
Otóż, dobiegając lat dwudziestu, zacząłem rozglądać się po świecie, i, kochając bliźnich na ślepo, poznawałem coraz więcéj ludzi, i dzięki wrodzonemu dobremu humorowi, który szeroko mimo wszystko inne rekomenduję kolegom i wielu innym, wiodło mi się jako-tako.
Filozofią życia zachowałem aż do starości, i dzięki téj zasadzie, przebrnąłem przez wyboje karyery artystycznéj obronną ręką!
Byłem już na trzecim kursie, gdy pewnego dnia do sali rysunkowéj wszedł ówczesny inspektor naszéj szkoły, francuz Sestié, lubiący mnie bardzo, choć kilka razy sadzał mnie do kozy za niektóre wybryki zbyt humorystyczne.
— „Koczeski!“ proszę tam do kancelaryi, dwa panowie mają interes, proszę!
Rzuciwszy rejsbret z zaczętym golasem (trochę mnie nudziły modele na seryo traktowane), udałem się do kancelaryi, gdzie zastałem dwóch młodych ludzi (byli to Marcin Olszyński i Witold Horodyński).
— Co panowie każą?
— Chcielibyśmy brać od pana lekcye rysunków, dwa razy na tydzień. Kiedy pan będzie miał czas i ile pan bierze?
(Bierze? brać będę, co za rozkosz!).
— Ja, moi panowie, i owszem; ja z chęcią, kiedy tylko panowie każą, a co do ceny, to jak panowie myślą.
Podobały się widocznie te moje twarde warunki, bo z uśmiechem umówiliśmy się na nadchodzący Wtorek o godzinie 2-éj po obiedzie, chciałem powiedziéć: po południu.
Jakoż, doczekawszy Wtorku, w świeżym kołnierzyku (mankiety były głęboko schowane), udałem się na Marszałkowską ulicę, według adresu.
I zaczęły się lekcye.
Miałem lat 20, oni po 18; chciałem udawać powagę, ale mi się nie wiodło. Zato po kwadransie byliśmy ze sobą na „ty a ty“ i w okrutnéj przyjaźni. Na trzecią lekcyę już byłem zaproszony na obiad, cały obiad u radcostwa Horodyńskich — mówię „cały“ wyraźnie, bo mój bywał dziwnie krótki, najczęściéj u Kocha (rzeźnik na Senatorskiéj), składający się z kieliszeczka słodkiéj, dużego glona chleba, łokciowéj kiełbasy z kapustą i już.
Kilka razy jednakże obiadek ten mój własny redukował się do czterech bułek dorożkarskich i dwóch serdelków, a były to bułki i serdelki, akurat cztery razy większe jak dzisiaj, boć przecie na proporcyach się znam.
Nie wiem jak tam inni młodzi ludzie, ale ja bezgranicznie byłem kochliwy. Na Krochmalnéj ulicy, przez którą przechodziłem dość często, w dużym i porządnym domu, należącym ówcześnie do Szefera, gdzie był sławny browar, w oknie na dole spostrzegłem dziwnie piękną bruneteczkę z palącemi czarnemi oczyma. To było dosyć — gdzie tam dosyć? to było zanadto. Przystanąłem naprzeciwko tego okna i stałem długo, bardzo długo, aż doczekałem się za dobrą godzinę jeszcze raz téj twarzyczki. Powracałem kilka razy pod to okno.
Zakochałem się do szaleństwa.
Bruneteczka, naturalnie, zauważyła mnie w pozie Romea i zaczęło ją to bawić. Kupowałem bukieciki — tak jest, kupowałem bukieciki, zszedłszy z dwóch na jednego serdelka, i przez umyślnie czy przypadkiem otwarty zawsze lufcik, codziennie wrzucałem gałązkę bzu, lub hyjacentów kilka.
Ten platoniczny romans jednakże zauważył prawdopodobnie rywal jakiś z piérwszego piętra, i jednego dnia na rozgorzałą głowę moją lunął z miednicy mydlaną wodą! Na drugi dzień przyszedłem na stanowisko z pożyczonym parasolem.
Obelgę jednakże moją opowiedziałem kolegom, a ci oburzeni, złożywszy się na kilkanaście groszy, najęli trzech razem kataryniarzy — i wyprawili kocią muzykę srogiemu rywalowi. Tu zaszła brzydka awantura. Kilku nas asystowało koncertowi kataryniarzy, a boczną bramą z browaru wyszło z drągami kilku parobków. Po zamianie z nimi paru niezbyt wykwintnych komplementów, nastąpiło starcie, zakończone oberwaniem rękawów i pół od surduta i protokółem w cyrkule. Skompromitowani mocno, odsiedziawszy w kozie, przyrzekliśmy uroczyście, unikać raz na zawsze awantur ulicznych, i dotrzymaliśmy danego słowa. W starciu wyżéj przytoczoném, najgorzéj wyszedł Surzyński, wielkich zdolności młodzian z wydziału architektury, ale żyjący w przyjaźni serdecznéj z malarzami. Temu biedakowi podarli całkiem paltocik, który ja zwykle nosiłem, a owego dnia pożyczyłem go jemu. Biedny mój migdałowy paltocik, a jeszcze biedniejszy był Surzyński, który czuł dni kilka skutki gimnastycznych zapasów z browarnemi ludźmi!
Przyszedł karnawał.
Karnawały dawniejsze zupełnie inaczéj wyglądały jak dzisiejsze.
Tygodniowe zebrania, na których, przy skromnéj zakąsce, bawiono się tak, jak dziś o tém wyobrażenia nikt nie ma!
Jako zapalony tancerz, miałem już kilka domów, gdzie łaskawie i gościnnie mnie witano. Posiadając talent muzyczny zupełnie wystarczający do tańca, grywałem na fortepianie polki, mazury i walce, gwiżdżąc przy tém, dzięki czemu byłem upragniony na każdém zebraniu taneczném.
Lekcyi rysunków trochę przybywało; od czasu do czasu jakiś obrazeczek po znajomości się zbyło.
To wyrażenie „po znajomości“ widocznie ma swoją racyę bytu, boć do tego czasu zwykle, jeśli się co sprzeda, to najczęściéj po znajomości; to znaczy, bardzo tanio, ale w sekrecie.
Życie artysty ma tę wielką zaletę, że obfituje w bajeczną swobodę czasu. Niezależność moralna, ma się rozumiéć, jest rzeczą nieocenioną. Malarz nawet nie potrzebuje zegarka, i dlatego jeżeli go zkąd dostanie, to nieprzywiązuje się do niego na całe życie. Wiele to ja już miałem zegarków, Boże drogi! Wszak idąc ulicą co kilka domów jest zegarmistrz, a u tegoż można się dowiedziéć o godzinie — a na lekcyą z obiadem, to i tak człowiek się nie spóźni!
Albo przeprowadzka? Głupstwo! Mówi się kolegom, słuchajcie chłopcy, jutro się przeprowadzam! i przychodzi ich ze sześciu, dwóch niesie kuferek, jeden samowar i lampę, drugi kilka blejtramów i parę tek, inni pudełko z farbami, właściciel pod paltotem kryje bieliznę i kosztowności. Składa się to wszystko na kupę, stróż domu zrobi jutro porządek, a my dziś chodźmy na róg oblać nowe mieszkanie.
Gdy dziś patrzę w bogatym salonie na milionera, który opływa we wszelkie nowowymyślne konieczne potrzeby, to jest piętnaście pokoi na pierwszém piętrze, z kantorem na dole, na górze dla dzieci i guwernantek, z wyasfaltowaném podwórzem, stajnią i wozownią; z wybrylantowaną żoną i ogniotrwałą kassą, i gdy widzę jak chodzi z założonemi w tył rękoma, ze spuszczoną głową, i bladą zamyśloną twarzą, to myślę sobie, po co on to wszystko ma i co mu z tego przyjdzie? Napoi i nakarmi chmarę wyfraczonych i dekoltowanych osobników, którzy obmówią go, że żyje nad stan, a żonę: że źle się prowadzi, a córki: że paskudne żydówki, i objedzeni i podnudzeni rozjadą się do domów; po co to wszystko i na co?
Albo jeśli się artysta znajdzie (artystów lepszego gatunku wszędzie dziś wpuszczają) u wielkiego pana z panów, to pokaże mu parę zczerniałych przodków, z herbami obok wygolonéj głowy, i opowie, jak któremu było na imię i kto go rodził, a potém zapyta: „No, a co pan tam teraz maluje!“ „Kilka rzeczy mam w robocie, może kiedy pan hrabia zechce obejrzéć“.
„O, i owszem“.
Niewierz, kolego, temu; nigdy w życiu nie przyjdzie. Najgrzeczniejszy z nich wyśle lokaja i każe mu pocichu swój bilet wizytowy zatknąć w szparę u drzwi, co cię raz na zawsze upoważnia do bywania w jego łaskawym domu.
Żyć jednak z procederu malarskiego, komu tak opatrzność kazała, trzeba, i jako doświadczony z ręką na sercu powiem, że można, ale trzeba przedewszystkiém być zabawnym, to jest tworzyć rzeczy małe, wesołe, tanie i na czasie. Dzięki takiemu tylko postępowaniu, można z dnia na dzień jakoś przeżyć, ale trzeba od czasu do czasu, na imieniny palnąć darmo temu lub owemu jakieś powinszowanko illustrowane, dziwnie uprzejme a delikatne. Karykatura winna być przyjemną, to jest o ile można ładniejszą, a podobną, i jak najgrzeczniejszą. Broń Boże ośmieszać, tylko basować co wlezie!
Ale wracajmy do wypadków.
Dnia pewnego, a byłem już na ukończeniu Szkoły Sztuk Pięknych, (z któréj otrzymałem patent leżący u mnie w szufladzie od chwili jakem go do domu przyniósł) otrzymałem list z Kielc od naczelnika powiatu, Zielińskiego, który zapraszał mnie na wakacye.
Na uprzejmy list odpowiedziałem uprzejmie, że jeżeli będę mógł to przyjadę.
Dziwny to człowiek był ten Zieliński, posiadał ogromną galeryę obrazów i pamiątek, między któremi wiele było rzeczy wartościowych. Jako domyślny człek przysłał mi pewne kwantum na koszta podróży, i naturalnie że pojechałem. Miałem w tych stronach mieszkającą rodzinę, z ochotą więc wybrałem się na parę miesięcy.