Pająki (Junosza, 1894)/Rozdział XV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pająki
Podtytuł Obrazek z życia warszawskiego
Data wydania 1894
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XV
zawierający zakończenie i wiadomość o losie różnych osób, w opowiadaniu tem występujących.

Mówią, że wszystko na świecie ma swój koniec; dziadzio Gancpomader twierdził, że nie; że są interesa, które nie kończą się nigdy, ma się rozumieć w granicach życia ludzkiego, chociaż i o tem możnaby jeszcze dużo powiedzieć; zdarza się albowiem, że dusza ludzka przechodzi w jakie inne stworzenie, a to stworzenie może mieć także interesa, będące w związku z temi, które miała na świecie, będąc w ludzkiem ciele.
To przypuszczenie wchodzi w zakres wyższych dociekań, które dziadzio niekiedy czynił w samotności, ale mówić o nich nie lubił, bo i do kogo?
Szymon Karawaner, chociaż niby człowiek porządny i zachowujący pozory, w gruncie rzeczy był brzydki epikurejczyk; myśl jego otaczał parkan z rubli i po za ten nie wychylała się ona nigdy; a z natury swego fachu patrzył ciągle na takie osoby i na takie rzeczy, które bynajmniej nie podnoszą ducha i nie prowadzą go na wysokości.
Na zięcia taki od biedy ujdzie, na wspólnika do interesu może być nawet bardzo dobry, ale do mądrych dyskusyj jest tak zdatny, jak koza do dorożki.
Wnuczek L. B. Hapergeld dużo się zmienił pod wpływem żony, ma coraz krótszą kapotę i tylko patrzeć, kiedy się przemieni w Niemca — także więc nie warto z nim dysputować; Immerschlecht w ogóle ma głowę tępą, nawet do rachunku, Sauerbier już zapomniał, czego się uczył w chederze, a Chaim Beispiel, Mojsie Durch, to ordynarni ludzie, z którymi mówić nie warto.
Z tej racyi dziadzio Gancpomader, mówiąc o interesach, które się nigdy nie kończą, miał na myśli tylko zwyczajne interesa pieniężne, jakie ludzie między sobą na tym padole płaczu miewają i twierdząc, że są takie, co nie kończą się nigdy, miał zupełną słuszność.
One podobne są do chorób chronicznych, które nie zabijają człowieka odrazu, pozwalają mu nawet kołatać się na świecie dość długo, ale nie opuszczają go aż do ostatniej chwili życia.
— Ja wam powiadam — twierdził dziadzio — że tak jest, a dlatego tak jest, że nie może być inaczej, a dlatego nie może być inaczej, że tak jest. Można o tem dużo myśleć i psuć sobie głowę; można ułożyć bardzo ładny projekt zakończenia całego kramu, ale nie można tak szybko powiększać zarobku, jak szybko powiększają się procenta i nie można mieć pewności, że kto jest zdrów na wiosnę, będzie także zdrów na jesieni i że nie przyjdzie zmartwienie, które odrazu cały projekt obali i wszystkie kombinacye popsuje. Na tym fundamencie jedna strona może budować trzypiętrową kamienicę, druga nie postawi najmarniejszego straganu.
Były to już ostatnie mądre słowa, jakie dziadzio Gancpomader swoim wnukom, krewnym i znajomym powiedział na posiedzeniu stojącem przed Bankiem.
Więcej się już nie pokazał na tem miejscu szanownem, na którem tyle w życiu swojem interesów załatwił, tyle rad dobrych udzielił, tyle wiadomości ciekawych nazbierał; na tem miejscu pięknem, do którego, niby żyły do serca, zbiegały się wszelkie nici spekulacyj, wszelkie geszefta tych małych finansistów, z których każdy ma kantor w głowie, a kasę w kieszeni.
W kilka dni później doszła przed Bank wiadomość, że pan Gancpomader nie żyje. Nie przyszedł tego dnia Hapergeld i jego bracia, ani Szymon Karawaner, ani stary Lufterman i wszyscy byli zmartwieni i opłakiwali swoją stratę.
Wiadomość przyniósł gruby Immerschlecht. Przybiegł zadyszany, zmęczony, ciężko sapał i wytrzeszczył szeroko swe rybie, bezmyślne oczy.
— Gancpomader nie żyje — rzekł.
— Nie żyje?
— Jakim sposobem?
— Kiedy?
— Nie słychać było, żeby chorował.
— Mądry człowiek był — rzekł Immerschlecht.
— Tak, mądry, nie ma gadania; wielki praktykant, wielki znawca do interesów.
— Bardzo mądry!
— I bogaty. Ja myślę, że Hapergeldowie dobrze się pożywią. Karawaner też coś dostanie.
— On? Co on ma dostać? Za co?
— Przecież zięć; jego żona bierze całą sukcesyę.
— Moi panowie — rzekł Immerschlecht — za to, co Karawaner dostanie od swojej żony, jabym nie dał złamanego szeląga. Ona mu jeszcze odbierze; ona mu wszystkie klientki poodmawia.
— Zazdrosna kobieta.
— A ma szczęście!
— W czem może mieć szczęście?
— Takiego ojca mieć, to też szczęście — rzekł Immerschlecht.
— Ma się rozumieć, skoro zostawia ładny majątek.
— I jak zostawia, jak dobrze zostawia! Czy wy wiecie, jak on umarł?
— Jak miał umrzeć? Jak wszyscy.
— Nie. On umarł cicho, spokojnie, bez żadnego kosztu. Nie zarobił na tem ani doktór, ani apteka, ani felczer. Wczoraj po południu posilił się trochę i usiadł w wielkim fotelu, aby się zdrzemnąć cokolwiek. Zawsze miał taki zwyczaj i w domu nikt mu nie przeszkadzał. Taki staruszek potrzebuje spoczynku. I wczoraj tak samo było; usnął, wszyscy wyszli z tej stancyi — niech sobie śpi. Spał godzinę zwykle, potem się budził i wołał o herbatę. Lubił po przebudzeniu się pić herbatę. Służąca nastawiła samowar, już był gotów. Czeka godzinę — cicho, dwie — też cicho, trzy — jeszcze cicho. Samowar zaczął stygnąć, służąca poszła do pokoju, powiedziała, że herbata stygnie — on nic; wzięła go za rękę... on już też ostygł. Dla sukcesorów śliczna śmierć, bez żadnego wydatku! Sługa narobiła gwałtu, ludzie się zbiegli. Pani Karawaner zaraz przyleciała i zabrała wszystkie klucze. Aj, aj! Co się tam działo! Karawaner był na mieście, dowiedział się o wypadku późnym wieczorem, ale już wtenczas nie było po co iść.
— Musiał bardzo żałować.
— Włosy sobie z brody darł, bo akurat tego dnia miał tysiąc rubli od teścia pożyczyć. Gancpomader mu przyrzekł i byłby mu dał na słowo, bez żadnego pisma, bez wekslu, bez kwitka.
— Czemuż nie brał?
— Właśnie miał przyjść wieczorem na herbatę i dostać te pieniądze.
— Ma szczęście do handlu!
— Śliczne szczęście! niech-no teraz spróbuje pożyczyć od swojej kochanej żoneczki!
— Pierwejby zobaczył swoje własne ucho, niż od niej grosz.
Rzeczywiście, pani Jenta otrzymała dobrą sukcesyę; majątek Gancpomadera wynosił blisko pięć tysięcy rubli, a taka suma w dobrem ręku i przy porządnej klienteli, jaką sobie pani Karawanerowa, trochę z krzywdą męża, wyrobiła, ma duże znaczenie.
I mąż i synowie męczyli ją bardzo, żeby im trochę tego kapitału, jeżeli nie dała, to przynajmniej wypożyczyła, ale mężna niewiasta wytrzymała dzielnie oblężenie i odparła bohatersko szturmy.
— Jesteś kobieta — mówił mąż — nie znasz się na geszeftach.
— Mama jest delikatna na zdrowiu — tłómaczyli synowie — na co mamie ten kłopot, to chodzenie? Czy mama nie ma dzieci, żeby pracowały?
Pani Jenta stanęła w groźnej postawie i nasrożyła się, niby orlica w obronie swego gniazda.
— Idźcie wy na złamanie szyi! — zawołała — co jest moje, to moje, wydrzeć sobie nie dam; interesa sama potrafię prowadzić i pokażę wam, co ja umiem. Więcej ja delikatną ręką wyciągnę, aniżeli wy wszyscy swojemi wielkiemi łapami...
Gancpomader umarł, lecz pamięć o nim żyje — imię jego wspominane jest nietylko w prywatnych mieszkaniach kapitalistów, ale nawet przed Bankiem.
Zatabaczony jeden staruszek z Gęsiej ulicy, który nie mając nic lepszego do roboty, pisze kronikę współczesną i życiorysy znakomitych ludzi, tak się o nim wyraża: „W roku takim a takim od stworzenia świata, usnął na wieki mąż prawy, zacny, uczony i nabożny, cnót wszelakich pełen, w zasługi nadzwyczajne bogaty, czci ludzkiej i poważania syty. Przed nim chodziła sprawiedliwość, za nim miłosierdzie, bo on sam był miłosierny syn miłosiernych i jaśniał, jako świeca gorejąca, a imię tego męża było Abram, Abram syn Dawida dla swoich, a dla świata i na świecie Gancpomader!“
Tego atoli zatabaczony kronikarz nie dodał, że ów mąż fach swój i zatrudnienie swoje po jubilersku, delikatnie, artystycznie, traktował i że w dzieci i wnuki swe wszczepiał zamiłowanie do filigranowej, subtelnej roboty; ale dzieci nie rozumiały mądrych rad dziadka i po jego śmierci traktowały rzecz swą ordynaryjnie, grubo, po kowalsku. Nie było w ich robocie tego, co się da określić jednym króciutkim wyrazem: „fajn,“ nie było śladu talentu w ich działaniu.
Zaledwie upłynęło pół roku od śmierci dziadka, już jego nauki zostały zapomniane. L. B. Hapergeld uległ zupełnie wpływom żony, którą jakieś licho ciągnęło zawsze do wielkiego świata, która marzyła tylko o tem, żeby mieć własny lombard i córkę hrabinę, a stroić się w same aksamity, atłasy i złoto.
Ulegając jej życzeniom. L. B. Hapergeld zaczął się ubierać już całkiem po niemiecku i można go nieraz spotkać w Saskim ogrodzie, jak paraduje w króciutkiej marynarce, w cylindrze i już nie w talmigoldowych, ale w pozłacanych binoklach na grubym, mięsistym nosie.
Wygląda wspaniale, niby wielki globus, osadzony na grubych i krótkich nogach. Zdrowie mu służy stale, tylko oddech ma trochę zakrótki i szybkość chodzenia go męczy, ale wynalazł na te dolegliwości bardzo skuteczny sposób, sam wynalazł. Chodzi... powoli i śmieje się z doktorów.
Pani Regina twierdzi, że z tem powolnem chodzeniem jest mu bardzo do twarzy; tak chodzą bowiem wielcy finansiści, z pewnością siebie, z powagą, z wielkiem zamyśleniem o takich interesach, od których maleńki procent wystarczyłby na założenie lombardu.
Jeżeli towarzyszy małżonkowi swemu na spacer, stosuje kroki swe do jego kroków i toczą się oboje pomaleńku, a tak pięknie, że ludzie nadziwić się nie mogą.
Doskonała, dobrana para!
Pan Szymon Karawaner zupełnie skapcaniał, a Izrael Meir Zwanzig, gdy go ujrzy zdaleka, chowa się do pierwszej lepszej bramy, lub ucieka w boczną uliczkę. Bardzo roztropnie czyni, gdyż Karawaner dał się słyszeć, że nie zazna spokoju, dopóki własną trzcinową laską nie przetrąci Zwanzigowi kilku kości. I to było także roztropne postanowienie, gdyż nikt inny, tylko Izrael Meir, był przyczyną upadku Karawanera.
On go ślicznie ożenił i ma teraz za swoje! Aby mu kto, przez żart, krzyknął niespodzianie nad uchem: „Karawaner!“ — Izrael Meir natychmiast stawał się blady, jak płótno, drżał i zmykał, jak zając, bez względu na to, że pierwsza lepsza dorożka mogła go na śmierć przejechać.
Strach ma wielkie oczy, a nie ma na świecie człowieka, któryby bez opozycyi i oporu oddał na przetrącenie rękę, nogę, albo inną kość.
Karawaner był wściekły i miał słuszność, ale co temu winien Izrael Meir? Czy on się mógł domyśleć, że w takiej delikatnej kobiecie, jak pani Jenta, kobiecie, mającej krótki oddech i pełne serce smalcu, pragnącej wyjść za mąż nie dla innego powodu, tylko żeby mieć trochę zmartwienia na lekarstwo od żółci — siedzi taki wielki, taki gwałtowny i niesłychanie zazdrosny finansista?
Któż to mógł zgadnąć? Kto mógł przewidzieć?
Ona zaraz z początku pokazała rogi, ale to było głupstwo, prowadziła drobne geszefciki; zresztą żył jeszcze wówczas Gancpomader, ojciec, którego musiała słuchać. On poskramiał ją cokolwiek, między nią a mężem zrobił układ, porządnie, jak należy, uregulował stosunek ich wzajemny. I było wszystko jako tako, ale dziadzio Gancpomader umarł, a pani Jenta otrzymała w spadku kilka tysięcy rubli.
Wówczas zbudziła się w niej lwica. Poczuła w sobie wielką siłę i zapragnęła objąć wszystko, zagarnąć w swoje ręce własne, co się tylko zagarnąć dało. Nie zważając na układ, zabierała klientkę po klientce swemu mężowi. Dawała pieniądze na spłatę jego pretensyj, mówiąc przytem słodziutkim głosem:
— Widzi pani, ja jego bardzo kocham i bardzo żałuję. On już nie młody, on spracowany, jemu należy się odpoczynek po tylu latach trudów. Ja chcę go zastąpić; chociaż mam delikatne zdrowie i ciężko mi chodzić po schodach, ale jestem od niego młodsza i łatwiej sobie dam rady, aniżeli on...
Jak dojrzałe jabłka na jesieni odpadają z gałęzi, aby już więcej nigdy do swego rodzinnego drzewa nie powrócić, tak klientki pana Karawanera odpadały od niego raz na zawsze.
Pani Jenta umiała się z niemi zaprzyjaźnić, stać się ich powiernicą i doradczynią niezbędną.
Zdolna kobieta odrazu się poznała na takich interesach, o których, tyle lat przeżywszy na świecie, nie miała żadnego wyobrażenia.
Taki już talent z natury!
Szymon Karawaner został ogłodzony podwójnie.
Ponieważ żona po całych dniach biegała za interesami, nigdy więc, oprócz soboty i świąt, nie miał na czas obiadu, a zdarzało się także, iż nie miewał go wcale. Żona nie miała czasu tem się zajmować, a gdy jej robił wymówki, odpowiadała tak ostro, żeby się można jedzenia wyrzec, byle tylko takich słów przyjemnych nie słyszeć.
— Co mnie to obchodzi? — wołała.
— Ja dziś jeszcze nic nie jadłem.
— Wielka rzecz! Będziesz jutro jadł; przyjdzie szabas, to nażresz się na cały tydzień.
— Tymczasem ja głodny jestem.
— Bądź sobie głodny i ja też nie jestem najedzona, a przecież żyję.
— Ale ja dałem pieniądze na jedzenie!
— Jakie pieniądze, wielkie pieniądze! Myślał by kto, że jesteś taki wyrywny do dawania pieniędzy!
— Nie zaprzeczysz jednak, że dałem... Oddaj mi je, pójdę jeść do restauracyi.
— Co? Ja ci mam oddać? Za co? Dlaczego? Czy ja ci bronię jeść obiad? Dziś go nie ma, to prawda, ale kto ci broni jeść jutro? Przyjdzie jutro — dostaniesz obiad.
— Powiedz mi, kobieto, na co ja się ożeniłem?
— Ty gałganie, może chciałbyś żonę jeść, ty ludożerco! dziki człowieku!
— Ciebie? Ja obiad chcę jeść!
— Idź do dyabła! Ja mam co innego na głowie! Mam myśleć o ważniejszych rzeczach, niż o tem, czem napchać twoje nienasycone gardło!
— Słuchaj, kobieto, nie żartuj! Ja tobie dam rozwód!
— Daj nawet dwa i pięć! Co mnie po takim mężu? Chwalić Boga, jestem dość bogata, mogę sobie znaleźć męża trochę w lepszym gatunku, aniżeli Szymon Karawaner.
Dał jej rozwód, ale ogłodzony był podwójnie; całkowitą klientelę stracił. Przechodzą całe tygodnie, a nie zarabia ani grosza. Tak go kochana żoneczka urządziła.
Szymon Karawaner chodzi po mieście w tym celu, aby spotkać Izraela Meira i połamać mu kości — i w tym, aby znaleźć jaki interes do zrobienia. Podobno do współki z dwoma żydkami ma zamiar założyć bawaryę na Twardej ulicy.
Ładny los! Od pięknych pań, od cyrku, od szansonetek, od gratisowych widowisk, zejść do bawaryi — piwo sprzedawać? Co to jednak małżeństwo może zrobić z najporządniejszego człowieka!
Izrael Meir Zwanzig tak zręcznie lawirował, że nie wpadł w ręce Karawanera wtedy, gdy ten znajdował się w najwyższym stopniu rozdrażnienia. Człowiek zagniewany, w pierwszej złości, może zrobić głupstwo i nawet bardzo brzydkie głupstwo, dlatego najlepiej jest unikać takiego gwałtownika i dać mu czas, aby się wysapał.
Skoro się wysapie, można z nim rozmawiać, a nawet traktować o interesach, ma się rozumieć ostrożnie.
Tak też uczynił Izrael Meir. Gdy upłynęły dwa miesiące, sądził, że jest czas dość długi na to, aby gwałtowna złość zamieniła się w spokojny żal.
Zaczął tedy sam szukać Karawanera, nie dlatego, żeby go szczególnie kochał i towarzystwa jego potrzebował, ale dlatego, że widział w nim rozwodnika. Nie jest to prima gatunek towaru, jest o wiele gorszy od wdowca, a nie równa się nawet z kawalerem, ale zawsze towar dla swata.
Nie można powiedzieć, żeby przywitanie ze strony pana Szymona było bardzo uprzejme, nie można powiedzieć nawet, że było grzeczne. Miało ono w sobie dość gestykulacyi groźnej, wyrazów przykrych i przekleństw niemiłych do słuchania, ale Izrael Meir przyjął to z pobłażliwym uśmiechem.
— Ja bardzo żałuję — mówił — że się tak stało. Ja wiem, że się źle stało, ale...
— A kto temu winien? Kto temu winien? — krzyczał Karawaner.
— Czy wy nie wiecie kto?
— Ty jesteś winien, ty!
— Dziwne macie wyobrażenie o sprawiedliwości, panie Szymonie. Jakto? Więc, że kobieta zrobiła wam krzywdę, to winowajcą ma być Izrael Meir? Dlaczego Izrael Meir?
— Bo on jest swat!
— Tak, a gdybym wam był nastręczył żonę, jak złoto, z której bylibyście kontenci — to czy dostałbym od was wynagrodzenie nad umowę? Źle sądzicie, panie Karawaner, dalibóg źle! Kto mógł się spodziewać, że ona taka będzie?
— Niech ją dyabli wezmą!
— Niech wezmą! Daję wam uczciwe słowo, że nie robiłbym opozycyi w takim wypadku, a nawet, gdybym to widział, nie krzyczałbym gwałtu! Nie bądźcie na mnie zagniewani i pomówmy spokojnie, jak dwaj porządni ludzie.
— Co ja mam z wami mówić? Idźcie w swoją stronę, cygańcie, skoro taki wasz proceder jest.
— Nie, nie! Tak nie może być, moje sumienie na to nie pozwala.
— Sumienie? Co sumienie ma wspólnego z takiemi rzeczami?
— Dużo ma.
— No?...
— Jeżeli ja, nie z mojej winy, przypadkiem, zrobiłem wam troszeczkę przykrości, to sumienie mi każe, żebym wam, naumyślnie, na obstalunek, zrobił dużo uciechy. Ja wam dam teraz żoneczkę... oj, jaką żoneczkę! Młoda, ma ośmnaście lat, trochę posagu, nie będzie latała po mieście, bo ma mały feler w nodze i trudno jej chodzić.
— Dajcie mi pokój...
— Zła? To wam dam inną, też fajn kawałek kobietki, ma czterdzieści ośm lat...
Szymon Karawaner nie chciał słuchać, nie rzekł już ani słowa i odszedł.
— Jeszcze czas — mruknął Izrael Meir — jeszcze czas; trzeba trochę poczekać, aż o swojej kochanej żoneczce zapomni.
I poszedł Izrael Meir Zwanzig dalej pracować na kawałek chleba; szukać młodzieńców i dziewic, wdowców i wdów, rozwodników i rozwódek, kombinować wielkość familij z posagami, uczonością nabożną, edukacyą światową, z tysiącznemi względami.
W jego głowie, niby w wielkiej sali „Amatorskiej“, kręciły się ciągle postacie urodziwych dziewic i młodzieńców, poważnych ojców, delikatnych matek, kręciły się i wikłały z sobą w kombinacyach przeróżnych, a wśród tych kombinacyj najzawilszych błąkały się wspomnienia uczt zaręczynowych i weselnych, cyfry prowizyj od par skojarzonych, projekta nowych związków.
Wielką głowę musiał mieć Izrael Meir, aby to wszystko objąć, spamiętać, jakie kto ma żądania i wymagania, w czem szuka szczęścia, w czem zadowolenia ambicyi i marzeń.
Dotychczas zacny ten mąż prowadzi swój proceder bardzo pomyślnie i skutecznie — i jedno ma tylko niepowodzenie. Nie może na żaden sposób wyswatać pani Jenty, bo los Szymona Karawanera najodważniejszych ryzykantów zniechęcił.
I apetyt Izrael Meir Zwanzig ma wciąż dobry, na ucztach zaręczynowych i weselnych pochłania masę pokarmów i napojów.
Nie żałuje sobie, bo mu się należy, a skoro się należy, to dlaczego ma zostawiać dla takich, którym się nie należy?
We wszystkiem musi być porządek, ścisłość i główna rzecz, uczciwość handlowa. Swojego nie daj, cudzego nie rusz, a jeżeli trafi się, że ruszysz, to niech to będzie zrobione uczciwie.
Zresztą, w tym małym światku wszystko idzie po dawnemu. Chaim Beispiel wciąż narzeka, że zdrowie traci od chodzenia i upominania się, że panowie nie szanują jego nóg, że świat się psuje, że interes lichwiarski przestaje już być interesem, że ogólna poczciwość i moralność upadła.
Nawet ambicya nie jest już dziś ambicyą.
— Dawniej — mówił płaczliwie Chaim Beispiel — bywało, że gdy pan nie miał pieniędzy, to dawał za fatygę trzy ruble, ażeby tylko nie mówić dużo z kapitalistą, dziś bardzo chętnie może nawet przez dwie godziny rozmawiać z kapitalistą, ale nie daje ani rubla.
Mozes Bencyan Durch twierdzi, że spraw jest coraz mniej, a skupowanie wątpliwej wartości weksli i rewersów, staje się coraz gorszym interesem.
— Jak można żyć? — powiada. — Przed rokiem kupiłem od jednego krawca bankruta na dwa tysiące rubli rachunków; dałem mu za to krwawo zapracowanym groszem sto rubli w jednym papierku, gotówką... no i co? Po roku procesów i ambarasu, wyegzekwowałem całego kramu, z procentami i kosztami, siedemset czterdzieści dwa ruble i kopiejek ośm, a mam do dystrybucyi, z aresztem na pensyach, około stu rubli. Czy można w takich warunkach żyć na świecie! Oczywiście, nie — i lepiej ten robi, kto jedzie do Argentyny i tam zakłada fabrykę czarnej rzodkwi, fasoli i cebuli; przynajmniej nie ma tyle zmartwienia...
Pan Sauerbier zupełnie wyrzekł się lichwy i wziął się do ogrodnictwa. To jest piękny i spokojny fach! Pożycza „zieleniarkom,“ takim babom, co sprzedają warzywo na targu i od rubla bierze tygodniowo tylko pięć kopiejek. Jestto procent umiarkowany, ale honorowy; można z tego fachu cokolwiek żyć, zwłaszcza, gdy się ma parę tysięcy rubli w obrocie, ale przynajmniej nikt nie mówi na kapitalistę, że jest lichwiarzem.
Pan Immerschlecht zupełnie stracił humor i na seryo myśli o wyjeździe; nie do Argentyny, bo to głupstwo i czysta komedya, ale do Ameryki Północnej, do Stanów Zjednoczonych, gdzie kwitnie wolność.
— Proszę pana — mówi — to jest kraj... Ja biorę sobie naprzykład do kieszeni dwie flaszki dobrej wódki i kieliszek. Ja sobie staję koło fabryki i ja sobie krzyczę: — uiskij! uiskij! Każdy robotnik przychodzi do mnie na kieliszek, ja zbieram pieniądze; nie płacę patent, handluję sobie spokojnie. Ciotka moja, która w Ameryce jest, tak opisuje ten złoty kraj! To rozkosz prawdziwa, to życie!
Tutejsze stosunki zupełnie panu Immerschlechtowi obrzydły; już nie chodzi do swoich klientów, ale pisuje do nich listy otwarte pocztą miejską. Nic go tak bardzo nie oburza, jak wszelka zwłoka w terminie zapłaty.
„Pańskie zwłoki — pisze do swego klienta — w gardle mi stoją, życie mi się przykrzy od tej zwłoki; jeżeli więc pan etc... jeszcze zwłoki, to ja już nie potrafię tego wytrzymać.“
Czarna giełda odbywa codzień swe posiedzenia stojące i burza, czy pogoda, mróz, czy słota, kapitaliści zawsze są na swych stanowiskach.
W soboty tylko i w święta pusto jest na chodnikach; bagienko śpi.
Pozostaje jeszcze powiedzieć kilka słów o losie państwa Karolów. Nic się nie zmieniło w ich domu, dzieci tylko podrosły, a jemu i jej zmarszczek trochę przybyło.
I musimy znowu powiedzieć o tych dwojgu ludziach to samo, co na początku naszego opowiadania.
Nie stary on, a przecież siwy; nie chory, a jednak skulony, jak gdyby go wielki ciężar bólu przytłaczał; nie próżniak, a przecież zawsze biedny; nie pijak, a zatacza się nieraz, tak go własna niedola odurza.
Kobieta przy nim tak samo złamana, a oboje idą przez życie, niosąc ciężar obowiązków.
Żyją z sobą dopiero lat piętnaście, a już mają wszelkie prawo do złotego wesela, bo te lat piętnaście pięćdziesięciu się równają.
Niosą ciężar obowiązków bez nadziei lepszego jutra, z rezygnacyą, która prawie apatyi się równa.
Dlaczego?
Wszakże łudzili się, że będzie lepiej, że wydobędą się z bagna; wszakże on powtarzał jej: „Jeszcze rok, tylko rok;“ później nie dawał jej określonych terminów, ale pocieszał, że po jakimś przeciągu czasu lepiej będzie; a potem przestał już mówić o tym przedmiocie zupełnie.
Dlaczego?
Wszakże lepiej mu było, miał większą pensyę i dużo zarabiał; sam wspominał, że widzi przed sobą drogę wyjścia.
Więc dlaczego?
Nieraz to tłómaczył swym wnukom nieboszczyk Gancpomader, że są interesa, z których nie wychodzi się wcale, bo arytmetyka na to nie pozwala, a jej postanowienia są niewzruszone i nikt się od nich wyłamać nie może.
I to również dziadzio Gancpomader mówił, że jak nie każdy człowiek ginie od pioruna, tak też nie każdy wygrywa na loteryi, nie na każdego spadają sukcesye, mogące odrazu postawić na nogi i wydobyć na lepszą drogę, a i to także nie sekret, że człowiek nie jest żelazny, że przychodzi na niego niekiedy choroba i niemoc, wydatki zdwaja, a pracować nie da.
W takich razach najprościej obmyślany plan psuje się i rozpada, a Hapergeld i jego towarzysze nowe nakładają haracze, z podwójną nacierają energią.
I jeszcze jedno słowo mądre powiedział Gancpomader: że klienci jego wnuków wspólnemi siłami ratować się nie będą, bo wspólności w nich nie ma.
Gdy jedna mucha wpadnie w sieć pajęczą, miota się rozpaczliwie, brzęczy, ale się wydobyć nie zdoła; gdyby sto much złożyło swe siły, pajęczynaby pękła.
Państwo Karolowie wegetują z dnia na dzień; nie spodziewają się już niczego od życia i nie marzą o niczem; bagno ich wchłania powoli, potrosze, zapadają stale i bez przerwy.
On chodzi do fabryki regularnie, o pięć minut nigdy się nie spóźni, w domu po całych nocach pracuje, ona również pracą swą dopomaga; mało z sobą mówią, czasem dzień przejdzie, jedno do drugiego nie odezwie się nawet.
Nie żyją z nikim prawie, od ludzi trzymają się zdaleka, rozrywek żadnych nie znają; myśl ich jednem tylko zajęta, jak rozdzielić zarobek, żeby zadowolnić wszystkich... przyjaciół, a sobie kupić spokój, chociaż na miesiąc.
Jeden miesiąc spokoju, to bardzo wiele!
Pewnego razu pan L. B. Hapergeld spostrzegł, że pan Karol bardzo źle wygląda.
— Co panu jest? — zapytał.
— Nic.
— Pan chory jesteś?
— Chwilowe to osłabienie zapewne.
— Trzeba się leczyć. Jedź pan gdzie na wypoczynek, to nie drogo kosztuje... Ja panu nastręczę śliczne mieszkanie w Mrozach.
Widocznie przyszły mu na myśl nauki dziadka, że trzeba czasem dać folgę dłużnikowi dobremu.
Pan Karol uśmiechnął się gorzko.
— Ja, wyjechać?
— Kto panu broni?
— Pan, drugi, trzeci, piąty...
— Daj pan pokój, nie narzekaj pan. Masz pan do czynienia z porządnymi ludźmi. Pan mówisz, że oni są lichwiarze. Pan nie znasz jeszcze prawdziwych lichwiarzy. My panu nie zrobimy krzywdy, nikt z nas panu nie dokuczył, nie szykanował, nie robił przykrości. Bierzemy trochę procentu, to trudno; my potrzebujemy żyć. My nie mamy stałej pensyi w fabryce, nam nikt nie da ślicznego zarobku do domu. My musimy inaczej na kawałek chleba pracować.
— Zapewne...
— Tak, było panie, na świecie i tak będzie. To brzydkie słowo lichwiarz niech panu nawet do głowy nie przychodzi, bo pan prawdziwych lichwiarzy, zdzierców, jeszcze nie widział. Widzisz pan, my jesteśmy inni ludzie, porządni ludzie jesteśmy. Ja naprzykład sam pana namawiam, odpocznij pan cokolwiek. Pan mówisz, że ja nie pozwalam, a właśnie ja pana proszę — jedź pan... Może panu braknie pieniędzy?... Ja dam.
— Wiesz pan, że od dość dawna nic nie biorę, tylko oddaję.
— I w tem, proszę pana, nie jest dobry rachunek.
— Nie?
— Dlaczego nie masz pan brać? Miałbyś pan więcej spokoju, łatwiejby panu było.
— Dziękuję.
— Na wyjazd, na wypoczynek, przydałoby się.
— Nie, nie trzeba.
— Jak pan chce. Ja pana namawiam, odpocznij pan trochę, miesiąc, czy półtora. Dostaniesz pan trochę lepszą siłę. Ja ze swoją pretensyą, chociaż mam straty na panu, poczekam.
— A inni?
— Innym ja każę; bądź pan spokojny. Czy dać panu jeszcze pieniędzy?
— Dziękuję i jeżeli panowie przez ten czas będziecie czekali, to znajdę środki na wyjazd.
Dał się przekonać; nietyle dla siebie, ile dla żony i dzieci.
Pojechali.
Mieli pokoik w chłopskiej chacie pod lasem; dzieci były uszczęśliwione, biegały po polach, goniąc motyle; blade ich twarzyczki opaliły się trochę i nabrały rumieńców.
Pan Karol odpoczywał, ale nie odrazu się do tego odpoczynku mógł przyzwyczaić.
Gdy rano oczy otwierał i wzrok jego padł na sosny, które przez okna widać było, to mu się zdawało, że to nie drzewa, lecz ludzkie żyjące postacie, tylko do potwornych wydłużone rozmiarów; sądził, że to Chaim Beispiel, Mojsie Durch, stary Lufterman, zaglądają przez okno i budzić go przyszli.
Cały miesiąc na odpoczynku mu zeszedł, rodzina na dłużej jeszcze pozostała.
Odżył trochę.
Był to jego pierwszy i ostatni wypoczynek; więcej już sobie na takie zbytki nie pozwalał, gdyż kiedy wrócił, z podwójną natarczywością rzucili się żydzi na niego, tak, że rady sobie dać nie mógł.
Wrócił do dawnego trybu życia; chodzi do fabryki, w domu nocami zarabia, mózg wysiła na to, żeby wszystkich obdzielić.
I tak mu się wlecze to życie szare, jednostajne, ciężkie i ciągłego niepokoju pełne...

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.