Pająki (Junosza, 1894)/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pająki
Podtytuł Obrazek z życia warszawskiego
Data wydania 1894
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.
Pan Izrael Meir Zwanzig robi rodzinie Hapergeldów propozycyę, nad którą dziadzio Gancpomader radzi się zastanowić.

Pewnego razu, w sobotę wieczorem, cała rodzina państwa Hapergeldów zgromadziła się przy stole. Było już po szabasie i po kolacyi, paliła się lampa wisząca nad stołem, a w wysokim lichtarzu mosiężnym, migając czerwonawym płomykiem, dogorywała łojówka.
Małżonkowie Hapergeld pili herbatę, synowie przy piecu odbywali ważną naradę w przedmiocie: jakim sposobem w czasie możliwie najkrótszym zrobić z trzech groszy rubla; córeczki przypominały sobie, co działo się w piątek na pensyi i rozmyślały, jak się może nazywać po francusku cymes z marchwi.
Chwilowo zapanowała cisza, którą zaraz atoli przerwało wejście gości.
Naprzód przyszedł dziadzio Gancpomader, a w kilka minut później niejaki pan Izrael Meir Zwanzig, rudy, pękaty, uśmiechnięty zawsze i dowcipny. Mąż ten miał specyalne swoje zatrudnienie, przy którem trzeba być i uśmiechniętym i dowcipnym. Stręczył małżeństwa. Jest to czynność, przy której smutnym być na żaden sposób nie wypada.
Ujrzawszy Izraela, pan Hapergeld senior zrobił duże oczy, to samo uczyniła pani i dziadzio Gancpomader.
Spojrzenie ich, zwrócone do gościa, zdawało się mówić:
— Co ty tu u nas robisz?
Izrael wcale się tem nie zniechęcił, powiedział dobre słowo i usiadł przy stole, zupełnie, jak zaproszony gość.
Nareszcie dziadzio Gancpomader zapytał:
— Co wy robicie tu, Izraelu; o ile wiem, mieszkacie w innej stronie miasta.
— Moje kwiatki — odrzekł — wszędzie rosną i dlatego ja wszędzie bywam.
— A moje kwiatki — wtrąciła gospodyni domu — są jeszcze za zielone dla was. Co wy możecie chcieć od nas, kiedy moja najstarsza dziewczynka ma dopiero dziewiąty rok życia!
Zwanzig uśmiechnął się.
— Gdy wasza najmłodsza dziewczynka będzie miała dziewięćdziesiąt dziewięć lat życia, czego oby w dobrem zdrowiu doczekała, to ja naprawdę nie będę miał tu co robić. Czy wy, pani Jento, macie wyobrażenie, że ja tylko dziewczynki za mąż wydaję?
— Przecież to wasz fach...
— No, a gdzie jest taki kodeks, któryby mi zabraniał chłopców żenić? To także jest mój fach.
Izrael uśmiechnął się bardzo przyjemnie, mrugnął znacząco w stronę pieca i dodał:
— Żeby wasz najstarszy synek, który teraz ma lat ośmnaście, dostał ładną panienkę z bardzo wielkiej familii, żeby wziął za nią porządny posag, to ja myślę, że ani pan Jonas, ani pani Jenta, ani nasz kochany dziadzio Gancpomader, nie zrobiliby z tego powodu awantury. Co myślicie o tem, panie Gancpomader?
— Ja myślę, że wyście powiedzieli mądre słowo.
— A wy co myślicie, panie Jonas?
— Ja myślę to samo, co dziadek.
— A co powiada pani mama?
— Bardzo dobrze.
— Kiedy wy, moi państwo, tak myślicie, to dajcie mi naprzód szklankę herbaty z cukrem, a potem zaczniemy gadać.
Pani Jenta nalała szklankę herbaty.
— Gadajcie, tylko prędzej — rzekła — bo jestem bardzo ciekawa.
— Wasza matka była także ciekawa i wasze siostry są ciekawe — taka natura ich!
— Bardzo mi dziwno, Izraelu, że wy źle mówicie o kobietach; gdyby nie kobiety, coby był wart wasz cały proceder? Wy jesteście brzydki niewdzięcznik.
— Sza, dość! — przerwał dziadzio Gancpomader. — Zwanzig nie na zabawę tu przyszedł. Proszę, niech mówi, my posłuchamy.
Izrael zsunął czapkę na sam tył głowy i podrapał się w rzadką brodę, co zawsze zwykł czynić, gdy chodziło mu o skupienie myśli; potem zabębnił palcami po stole — zapewne dla zaalarmowania inteligencyi i uwagi obecnych. Po chwili wzniósł oczy w górę i rzekł sentencyonalnie:
— Nie zaszkodzi, jeżeli dzieci pójdą precz.
Dziadzio kiwnął głową i rzekł:
Kinder, weg!
Na tę komendę pierzchnęli chłopcy z pod pieca, a dziewczynki z pod okna i zniknęli za drzwiami.
— No, teraz niech mówi Izrael.
— Dlaczego ja nie mam mówić? Owszem, zaraz będę mówił. Znacie zapewne pana Netla Luftermana z Twardej ulicy?
— Znamy.
— To jest bardzo porządny kapitalista.
— Czem on się trudni? — spytał dziadzio.
— Handluje trochę pieniędzmi, tak samo, jak Jonas Hapergeld; do współki z Ickiem Blinderem ma biuro, z Mośkiem Piernikiem fabrykę; wszyscy ludzie z tego biura i wszyscy z tej fabryki siedzą u niego w kieszeni i płacą mu bardzo ładny procent. Prócz tego, sam na siebie też ma kilka bardzo porządnych miejsc, które są intratne i pewne. On ma jednego takiego pana, który płaci jak bank i daje pięć, sześć, miesięcznie od jednego słowa. Netel mieszka bardzo porządnie: ma cztery pokoje na drugiem piętrze, ładne meble, wielkie szafy z odzieniem; ma srebrne rzeczy, ma złote rzeczy, rozmaite rzeczy ma, jeszcze z dawniejszych czasów, kiedy można było trochę bawić się na zastawy.
— Ja wiem — rzekł dziadzio — ale idźmy do interesu. Domyślam się, że Lufterman ma córeczkę.
— Ma się rozumieć. Lufterman wydał już za mąż dwie córki, obie bardzo dobrze; teraz miałby ochotę wydać trzecią i właśnie ja mu mówiłem, żeby nie patrzył tyle na pieniądze, ile na godną familię, a zdaje mi się, że państwo Hapergeld to właśnie jest bardzo godna familia.
— I mnie się tak zdaje — wtrąciła pani Jenta.
— Dziewczynka jest śliczna, bardzo edukowana, elegantka, nie wygląda wcale jak żydówka, ale jak wielka dama. Żebyście zobaczyli, jak ona się wystroi, to naprawdę jest co widzieć! Na ulicy, to się ludzie oglądają.
— Idźcie wy do rzeczy. Z tego, że się kto na nią ogląda, my nie będziemy mieli nic...
— Już idę, już jestem. Słuchajcie-no, prócz edukacyi, ona będzie miała trochę garderoby i trochę srebrnych rzeczy, będzie miała trochę pieniędzy. Mało wam jeszcze?
— Mówcie po ludzku. Ile to jest na ruble?
— Dużo, wcale dużo! Sama garderoba, bielizna, pościel, może być warta na moje oko trzysta rubli; srebrne i złote rzeczy dwieście rubli, a posag... no, co do posagu, można się targować. Lufterman deklaruje pięćset rubli, ale jak go mocno przyciśniecie, da więcej. On jest szczery człowiek, chciałby prędko wypchnąć córkę z domu.
Wszyscy umilkli.
Pan Hapergeld, dziadzio Gancpomader, Srul Zwanzig, oparli ręce na stole i zaczęli bębnić palcami, co miało oznaczać wielki pochód myśli.
Pani Jenta też pukała w stół tłustym, krótkim palcem, ale nie odzywała się wcale, nie chcąc przeszkadzać mężowi i ojcu.
Niech oni wpierw skombinują i obliczą, jak się należy.
Po kilku minutach dziadzio Gancpomader rzekł lakonicznie:
— Mało.
— Bardzo mało — powtórzył, jak echo, pan Hapergeld.
— Wcale nic! — krzyknęła pani Jenta i natychmiast poczerwieniała mocno na twarzy. — Ja mam oddać Luftermanowi moje pierworodne dziecko za głupie pięćset rubli? Niech lepiej Lufterman nogi połamie!
— Daj pani pokój; za co on ma nogi połamać? Interes — jest interes; jeszcze nie powiedziane ostatnie słowo, można się targować. Prawda?
— Prawda — rzekł dziadzio — można się targować; nie róbmy po waryacku, zastanówmy się. Pięćset rubli jest, podług mojego rozumienia rzeczy, bardzo mało.
— Za pozwoleniem; może być mało, a może być i bardzo dużo; zależy od tego, ile deklaruje dać synowi pan Hapergeld. Uważajcie, że tamta strona daje garderobę, daje trochę srebra i złota, co razem z gotowizną uczyni cały tysiąc rubli; wy ze swojej strony nie powinniście dać mniej, jeżeli zgadzacie się na pięćset rubli posagu. Musi być równość — inaczej na nic. No, czy pan Hapergeld potrafi dać synowi tysiąc rubli?
— Obaczymy, obaczymy, może dam więcej, może mniej, może wcale nic nie dam.
— To zrobicie głupstwo. Lufterman jest bogaty, ma dużo pieniędzy w ruchu, dzieci jego z czasem mogą mieć majątek. Trzy córki, dwóch synów; tymczasem więcej nie ma i chyba nie będzie. On już nie młodzik, ten Lufterman. I trzeba znać jego naturę, on teraz niewiele daje, a gdy się jemu poszczęści, gdy zrobi dobry geszeft — to da dzieciom! Komu ma dać, jeżeli nie dzieciom? Przecież jest porządny żyd, w karty nie gra, na żadne zabawy nie chodzi, hulania wcale nie lubi. Nabożny człowiek i uczony.
Dziadzio Gancpomader stuknął się palcem w czoło.
— Wiecie co — rzekł — mnie się przypomina, mnie się coś zdaje, że on w kryminale siedział.
— Cokolwieczek, ale bardzo mało, tak jak nic; nieszczęście każdemu może się przytrafić. On handlował koronkami, sprowadzał z zagranicy. Rozumiecie, że to jest ślizki interes. To trudno, my jesteśmy prześladowany naród, my cierpimy...
— To prawda.
— Mówcie swoje słowo: ja nie mam czasu, a nie myślcie, że będę miał z wydaniem córki Luftermana kłopot; dwie wyswatałem w swoim czasie od jednego słowa; trzecia też siwych włosów w panieństwie nie doczeka. Ja prosto ztąd idę do Jankla Bluma; on ma też syna w waszym wieku, bardzo mądrego chłopaka, w trzech słowach interes się zrobi. Bądźcie zdrowi, życzę wam dobrej nocy i dobrego roku.
— Zaczekajcie — rzekł dziadek — ożenić chłopca nie tak łatwo, jak kupić za dwa grosze bułkę; dajcie nam czas do namysłu.
— Ile?
— Dzień, dwa...
— Dobrze, niech będzie dwa. Na trzeci dzień ja przyjdę do was wieczorem.
— Przyjdźcie — odezwał się dziadek — dwa dni będziemy myśleli, potem dwa dni będziemy gadali, a jeszcze potem, albo co zrobimy, albo nic nie zrobimy, jak zwyczajnie w handlu. Zgoda?
— Bardzo dobrze. Za dwa dni.
— Za dwa. Dobranoc.
— Dobranoc.
Izrael wyszedł.
Dziadzio Gancpomader pogładził siwą brodę i rzekł:
— Czas leci, bardzo prędko leci; niedawno nasza Jenta była maleńka, niedawno ją wydaliśmy za mąż, teraz myślimy żenić najstarszego jej syna.
— To jest prawda, czas leci — rzekła z westchnieniem pani Jenta i spojrzała ukradkiem w lustro — dawniej byłam zdrowa, teraz jestem taka delikatna i osłabiona, że się we drzwi zmieścić nie mogę.
— Słuchajcie — rzekł dziadek — Jonas ma swój rozum, ja nie przeczę; on się zna na interesach, on się prędko dorabia pieniędzy, on sprytny jest. On sam doskonale wie, co ma odpowiedzieć na propozycyę Izraela.
— Ja wiem — mruknął Hapergeld.
— Wierzę; nie zaszkodzi jednak, jeżeli posłuchacie mojej rady; ja mam doświadczenie, jestem, chwała Bogu, nie dzisiejszy. Podług mojego zdania — należy potargować się i przyjąć. Targować się trzeba do siedmiuset pięćdziesięciu rubli w gotówce. Więcej Lufterman nie da. Ty musisz dać tyleż gotówki, co i on, a oprócz tego wartość srebra i wartość garderoby. Więc ty musisz dać w gotowiźnie tysiąc dwieście pięćdziesiąt rubli. Odejdzie koło dwustu rubli na zagospodarowanie państwa młodych. Zostanie kapitału tysiąc ośmset rubli. To na początek ładna jest suma.
— Bardzo ładna — rzekł Hapergeld — ja zaczynałem od pięciuset.
— Z przeproszeniem twego honoru — rzekł dziadzio Gancpomader — ty jesteś głupi i chwalić się czem nie masz. Ja zaczynałem od pięciu i Bogu dzięki żyłem, handlowałem, wyposażyłem dzieci, a jak mi się spodoba dać wnuczkowi dwieście rubli, to Gancpomadera jeszcze na to stać. I dam całe dwieście, niech oni mają całe dwa tysiące. Dwa tysiące w ruchu, licząc pięć na miesiąc, powinny przynieść w pierwszym roku tysiąc dwieście, to już mamy 3,200 — na drugi rok będzie 4,120, na trzeci 6,592, jak dobrze pójdzie, może i całe siedem tysięcy. Ja nie rachuję wiele, tylko pięć procent. Żeby nie żyli z tych pieniędzy przez lat pięć, to ich kapitalik podniósłby się blisko do dwudziestu tysięcy rubli, ale młodzi potrzebują żyć, a my starzy, rachując, musimy odliczyć coś na straty. Może się zdarzyć, że dłużnik umrze, że stanie się niewypłacalny, rachunek może omylić. Nie omyli on grubo, ale tak sobie, cokolwiek. Czy ty uważasz, Jonas, co ja tobie powiadam?
— Bardzo dobrze uważam, mówcie dalej.
— Niech ojciec mówi dalej — wtrąciła pani Jenta.
— No, słuchajcie. Za moich czasów, jak ja byłem młody, na prowincyi praktykował się u żydków bardzo dobry obyczaj. Państwo młodzi przez trzy lata siedzieli u jednych rodziców, a przez drugie trzy u drugich. Razem to jest sześć lat. Oni mieli darmo jedzenie, mieszkanie, wszystko, co potrzeba, nie kłopotali się o nic. On praktykował u starszych, trochę handlował, trochę książki nabożne czytał — ona praktykowała w gospodarstwie domowem przy jednej, to przy drugiej matce i wprawiała się do interesów, do drobnego handlu. Było dobrze, a kapitałem państwa młodych, tym właśnie, co był im dany na posag, tym czasem obracali ojcowie. Wszystek zysk szedł na powiększenie. Rozumiesz, co znaczy w dobrem ręku żydowskiem kapitał przez sześć lat! On się powiększy przynajmniej pięć razy, a przy szczęściu, sześć i siedem i osiem. Skończyło się sześć lat, młodzi odbierają swój kapitał i już zaczynają handlować sami. Czy to jest źle, powiedz Jonas?
— Ja wiem, to jest bardzo doskonale.
— Więc ja ci radzę życzliwie, ty mnie posłuchaj i utrzymaj starą modę. Ona dobra jest, wymyślili ją starzy ludzie, a my nic lepszego dla dzieci nie znajdziemy. Ja wiem, że w Warszawie musi być inaczej; mieszkanie młodym trzeba dać osobno, ale można ich utrzymać pieniędzmi. Ty będziesz dawał przez trzy lata po siedem i pół rubli tygodniowo. Lufterman da drugie tyle. Na dwoje młodych piętnaście rubli na tydzień wystarczy, choćby nawet mieli trochę fanaberyi. Pieniądze posagowe wy puśćcie tymczasem w ruch.
— Jakto wy?
— No, ty i Lufterman.
— Do współki?
— Dla dzieci. Lejbuś będzie przy was uczył się interesów, będzie praktykował; nawet podług mego zdania lepiej, żeby praktykował nie przy tobie, ale przy Luftermanie.
— Dlaczego ja mam być gorszy od Luftermana? Czy on wszystkie rozumy zjadł?
— Ja nie powiadam, żeś ty, broń Boże, gorszy, mnie zdaje się nawet, że ty lepszy jesteś, ale zawsze co dwie głowy, to nie jedna. Ty masz swoje sposoby i wybiegi, Lufterman ma swoje. Lejbuś twoje zna, albo prawie zna, dlaczego nie ma poznać sposobów Luftermana? Co ci to szkodzi, że on będzie miał rozum za dwóch? Zrób tak, jak ja ci radzę. Słuchaj mnie. Lejbuś powinien się ożenić z córką Luftermana, Zwanzig przyszedł tu w dobrą godzinę; podług mego rozumienia, w bardzo dobrą.
— Bardzo was przepraszam, ale tego nie rozumiem, dlaczego mój syn ma brać koniecznie Luftermana córkę, alboż ona jedna na świecie? Tyle jest w Warszawie żydówek, mają posagi w pieniądzach, w towarach, mają sklepy, małe fabryczki, różne sposoby do życia. Dlaczego on nie ma jednej z takich dostać?
— Jonas, Jonas, ty powiedziałeś wielkie głupstwo, poprostu niedorzeczność, aż niemiło słuchać takiej mowy.
— Głupstwo?
— No, tak.
— W czem?
— W twoim rodzie nie było fabrykantów, nie było właścicieli sklepów, nikt się nie trudnił żadnem brzydkiem rzemiosłem, dlatego możemy powiedzieć, że nasza familia, to jest wielka familia, sami kapitaliści; nie mieli wielkich pieniędzy, nie obracali milionami, lecz kręcili dziesiątkami i setkami bardzo szybko i to im wychodziło na pożytek. Oni się trudnili tylko wyłącznie lichwiarstwem, a to jest bardzo dobry proceder, to jest szlachetny interes. Goje brzydzą się nami, co to szkodzi? Niech oni się brzydzą, aby płacili procent. My chcemy żyć, a z czego żyć? Drzewo rąbać, czy wodę nosić, nie pasuje dla naszego honoru. Dla nas pieniądze muszą robić, od tego są pieniądze i od tego jesteśmy my. Twój Lejbuś nie jest bardzo zdatny do sklepu, a wcale niezdatny do fabryki, albo do rzemiosła; do obracania pieniędzmi on jest bardzo zdatny i dlatego ja myślę, że się powinien z córką Luftermana ożenić. Ja powiedziałem ci już wszystko, co miałem powiedzieć, a ty, Jonas, pomyśl dobrze o tym interesie, żebyś wiedział, co mówić, gdy za dwa dni przyjdzie Zwanzig...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.