Pająki (Junosza, 1894)/Rozdział I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Pająki
Podtytuł Obrazek z życia warszawskiego
Data wydania 1894
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk Rubieszewski i Wrotnowski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ I.
w którym namalowane jest tło obrazu, tudzież sylwetka bardzo zbiedzonego człowieka.

Dużo, dużo, sługa wasz, czytelnicy, napsuł w swojem życiu farb przeróżnych na malowanie łąk zielonych, złocistych kłosów pszenicznych, czerwonych maków, bławatków modrych, wody srebrzystej, co się strumieniami po kamykach toczy, lub wielką zwierciadlaną taflą lśni w jeziorach i stawach, w tym atoli obrazku, który wam dziś pokazać zamierza, tło będzie szare, ciemne, prawie czarne.
Nie ma ono nic wspólnego z pięknościami przyrody, z urokiem ciszy wioskowej, z tym przedziwnym wdziękiem, jaki ma najdrobniejszy kwiatuszek polny sam w sobie i cała sielska przyroda w całości. Nie na trawy aksamitne i nie pod konary leśnych olbrzymów, ale na twardy bruk miejski pójdziemy; nie będziemy się wpatrywali w te barwy świetne, jasności i cienie, jakiemi Stwórca ziemię ozdobił, ale zajrzymy w głąb pewnej sfery stosunków, przez ludzi stworzonych, zajrzymy niby w głąb studni. Nie trzeba się obawiać zawrotu głowy, lecz patrzeć śmiało, bez drżenia, patrzeć i w tę otchłań ciemną, i w... samych siebie także, a może też nie jednemu przyjdzie do głowy, żeby studnię zdradziecką, gotową niebacznego przechodnia pochłonąć — ocembrować przynajmniej, jeżeli nie zasypać zupełnie; może niejeden powie młodemu: „Omiń zasadzkę, bo zginiesz!“ — a nieszczęśliwego, który nad skrajem przepaści się znajdzie, pochwyci w porę za rękę, powstrzyma i na właściwą naprowadzi drogę. Ciemne tło niech nie odstrasza widza, bo prawdę poznać i znać trzeba, a nie wszystko, co życie daje, jest jasne i piękne. Drogi, po których kroczymy, nie są usłane kwieciem, nie są nawet wyłożone wszędzie, twardemi, lecz równemi kamieniami; nieraz ścieżka, po której nam od kolebki do grobu iść kazano, urywa się w manowcach i ginie, albo też na zdradzieckie bagno prowadzi. Kto zna niebezpieczeństwo, ten go unika, kto nie zna, na zgubę się naraża.
Oto racya bytu tego obrazka, który wam naszkicować zamierzam. Pewien mizantrop napisał w swoich pamiętnikach, że „dla niektórych ludzi największym ciężarem życia jest... samo życie.“
Nie jest to czcza igraszka słów, ale prawda, nie zgryźliwy aforyzm pesymisty, lecz trafna uwaga obserwatora.
Najstraszniejszem ze wszystkich cierpień ludzkich jest bezsilność; najokropniejszą śmiercią — śmierć w bagnie.
W sferze stosunków ludzkich bagien nie brak, czyhają one na nieopatrznych.
Bagno!
Skoro stanąłeś na jego powierzchni zdradzieckiej, już jesteś zgubiony. Zdaje ci się, że masz przed sobą zieloną, porosłą trawą równinę, że przebiegniesz przez nią szybko, bezpiecznie i staniesz u zamierzonego celu. Łudzisz się, nieszczęśliwy, bo już nigdzie nie dojdziesz.
Pod ową trawą zieloną, pod mchami, kryje się zasadzka.
Zapadłeś po kostki, ale nie uważasz na to, cóż wielkiego! Silny jesteś, młody, wyrwiesz się i pobiegniesz naprzód.
Nieprawda!
Nie wyrwiesz się i nie pobiegniesz — zginiesz. To nie głębina jeziora, to nie wir wartkiej rzeki, z którym możesz walczyć ramionami silnemi.
Nie; to błoto oślizgłe, lepkie, błoto pod warstwą zieleni. Ono cię nie pochłonie, jak rzeka, ale cię zje powoli, wciśnie cię w siebie, wchłonie. Ono swych ofiar nie zabija odrazu, ale połyka je powoli, jak wąż, wysysa, jak pająk.
To jest bagno...
Zapadłeś tylko po kostki, a jesteś uwięziony na zawsze; chcesz się wydobyć — toniesz głębiej — szarpiesz się, chcesz wyskoczyć, gęsta topiel nie puszcza, chłonie cię po odrobinie, po troszku; zapadasz głębiej o linię, o cal, ale zapadasz stale i bez przerwy.
Bagno nie zna spoczynku w pochłanianiu. Bo i z jakiej racyi ma znać spoczynek, skoro bez żadnego trudu pochłania. Ofiara zapada się własnym ciężarem, a każdy wysiłek, w celu wydobycia się podjęty, bardziej ją tylko w głąb popycha.
Ono jest grzązkie, rozstępuje się pod twoim ciężarem; zabiera cię po pas, po szyję, po brodę; lepkie błoto tamuje ci oddech — dusisz się, giniesz śmiercią powolną, okropną śmiercią. Przepadłeś, błoto zamknęło się nad twoją głową, zniknąłeś z powierzchni ziemi — nie ma cię, a bagno zieleni się dalej i czeka na nowe ofiary.
W całej przyrodzie, w świecie znanym nam i widomym, na ziemi i w wodzie, w świecie roślinnym i zwierzęcym, są stworzenia, które opierają swą istność na życiu innych stworzeń.
Złośliwy grzyb pożera najtęższą sosnę, drobny robaczek dęby obala i w próchno je zamienia, pijawka cudzą krwią się pasie, pająk misterne siatki na muchy zarzuca, a nasz ludzki świat bardzo jest do świata przyrody podobny. Porównania pełnemi garściami czerpać można; gdzie tylko okiem rzucisz, analogię spostrzegasz.
Świat starożytny, zamierzchły świat minionych pokoleń, tworzył już różne bajki o zwierzętach, a i dziś te bajki, po dziesiątkach wieków, na prawdzie nie straciły i tak dobrze do współczesnych naszych stosunków, jak i do owych z przed lat tysięcy, zastosować się dadzą.
Lis z Talmudu, lis Ezopa, Reineke Goethego, czy lis Lafontaina — to jeden i ten sam — chytry, podstępny, zdradziecki.
Uprawia on łotrostwa i praktyki swoje według jak świat starej metody i czy w zamierzchłych czasach, czy dziś, ma w świecie ludzkim naśladowców.
Im baczniej i uważniej przypatrywać się będziemy stosunkom ludzkim, tem wyraźniej przedstawi się podobieństwo ich do stosunków w przyrodzie istniejących. I brutalna walka o byt, w całej ohydzie swojej, i próżniaczy świat istot pasożytnych, i ponury światek podstępnych pająków i rojowiska pijawek i bagna niezgruntowane, bezdenne. Duch ludzki wyrywa się ku ideałom, ale nieubłagane prawo życia ściąga go na dół i paragrafom swego kodeksu poddaje. I na walkach z temi paragrafami schodzi nieraz życie całe, rozbija się o nie, marnuje i niweczy.
Dużo, dużoby na ten temat powiedzieć można, ale lepiej będzie, gdy czytelnik z opowieści naszej sam wnioski zechce wyciągnąć; my mu damy tylko materyał.
Na ciemnem tle niniejszego obrazu, wśród grupy różnych postaci, rysuje się sylwetka zbiedzonego człowieka. Nie stary on, ale siwy, jak gołąb; nie chory, a przecież skulony, jak gdyby go wielki ciężar bólu przygniatał; nie próżniak, a przecież zawsze biedny; nie pijak, a zatacza się nieraz — tak go własna niedola odurza. Obok niego kroczy kobieta, tak samo złamana i zgnębiona, jak on i oboje idą przez życie, niosąc ciężar obowiązków, bez nadziei lepszego jutra, z rezygnacyą, która prawie apatyi się równa.
To jest mąż i żona.
On się zowie Karol Prawdzic, ona ma imię Janiny — żyją z sobą dopiero lat piętnaście, a już mają wszelkie prawa do złotego wesela, bo te piętnaście — pięćdziesięciu są równe.
Dlaczego?






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.