Przejdź do zawartości

Pączek Różany

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Pączek Różany
Pochodzenie Mozajka
Wydawca Teodor Paprocki i S-ka
Data wyd. 1884
Druk Władysław Szulc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II.
Pączek Różany.






Rózia szalała po fortepianie, okna stały otworem na ogród, był śliczny wieczór jesienny.
Znawca nie muzyki ale ludzi, słuchając tej gry, byłby odgadł z łatwością, że nie palce grały i nie myślała wirtuozka wcale o muzyce, ale ją porwał jakiś szał, i tak samo jakby była biegała po polu, przewracała koziołki na trawie, gdyby to przyzwoitem było — latała z wielkim hukiem i wrzawą, po nieszczęśliwym fortepianie.
Z końca w koniec przebiegała go obiema rękami, wrzał czasem tryl długo, rozpryskiwały się arpegia... Muzyki w tem nie było, ale potrzebowała się wychałasować — z jakąś wielką radością, którą miała w duszy.
Śliczna była w tem upojeniu, i zapomnieniu... Maleńka, zgrabna, pulchniutka, pieszczonych kształtów, ― podobną była do porcelanowej figurki, ale ręką mistrza wymodelowanej.
Biała jak mleko, rumiana, niebiesko-oka, z usteczkami jak korale, z włosami, których odbłyski złotem się zdawały lśnić, — była prawdziwem cackiem, na które jeszcze w życiu żaden cień nie padł, żadna gorycz go nie zatruła. Matkę straciła będąc dzieckiem, a ojciec bałwochwalczo przywiązany był do tej jedynaczki.
Mówiono mu, że ją psuje.
— Dajcież mi pokój — odpowiedział — niech choć młodość ma szczęśliwą, życie późniejsze zawsze dość trosk nam przynosi. Pókim ja żyw, niech się bawi — niech stąpa po różach, różyczka moja...
Jak ojciec tak wszyscy w okolicy, zwali ją pączkiem różanym.
Rózia grała — pod oknem otwartem, stał ojciec, pan Ludwik, z zagasłem cygarem w palcach. Był to wcale nie stary jeszcze, piękny mężczyzna, typ twarzy i postać czysto polska, wąs zawiesisty blond, oczy duże siwe, czoło odkryte i szerokie... W tej chwili twarz ta, której charakterem była wesołość i pogoda — zasępiona się zdawała i smutna. Dumał.
Słuchał tej burzliwej muzyki, z jakąś przykrością, bo ją rozumiał...
Rózia miała lat dziewiętnaście, pan Ludwik był bardzo majętny — mógł dać po niej dwakroć gotówką, a dwa lub więcej razy tyle, powinna wziąć była po nim. Roili się więc aspiranci do tej ślicznej rączki, oprawnej w złoto, — oprócz wdzięku i dźwięku, mającej jeszcze za sobą, niepospolite wykształcenie, główkę otwartą, dowcip — urok jaki daje dusza piękna...
Ojciec dla tego skarbu swego wymagał wiele — a pączek różany był też wybredny. Chciała kogoś co by odpowiadał jej ideałowi — coby mógł z nią życie podzielić... tak jak ona pojmowała. W sąsiedztwie poczciwych, dobrych chłopaków było bardzo wielu — ale ideału brakło. Żaden z nich niewytrzymał tych rigorozów, jakim Rózia, bardzo zręcznie ich poddawała.
Po ekzaminie okazywały się niedostatki — braki — ciemne plamy — i dziewczę się rozczarowywało...
Była wymagającą. Oprócz powierzchowności sympatycznej chciała w swym przyszłym człowieku wielostronnie wykształconego — a przynajmniej pragnącego się kształcić i zdolnego rozwinąć.
Ojciec inaczej pojmował to zadanie, i skłaniał się do wyboru zięcia, któryby był bardzo poczciwy, dobry, łagodny, aby Rózia mogła sobie nad nim panować. Ona chciała męża... któryby zapanował nad nią.
Dziewczę było żywe, rozmarzone — samowolne, ale przywiązane do ojca, serdeczne, miłe, dobre!
Przed pół godziną, nim się ta szalona bieganina po fortepianie rozpoczęła, odjechał był — młody panicz, dajmy mu pierwsze lepsze imie Salezego, podupadłej ale bardzo starożytnej rodziny potomek. Chłopak był lat dwudziestu kilku, nadzwyczaj piękny i miły, podróżami po świecie z matką, kosmopolitycznego temperamentu i nałogów — wykształcony, dowcipny, ogładzony... niebezpieczny.
Na pozór wszystko mówiło za nim... Przeciwko niemu tylko — płocha, sfrancuziała, próżna, lubiąca się bawić, niegdyś bardzo piękna i zalotna matka... i — w jej obcowaniu nabyte pojęcia i nałogi.
Ale p. Salezy był w tym świecie, o który się ocierał, tak — wyrobiony czy popsuty, że, gdy mu było potrzeba, umiał być czem chciał. Otóż pączek różany nadzwyczaj mu się podobał, był w nim prawie zakochany, o ile on mógł się kochać. Wprawdzie wielkim nadziejom matki nie odpowiadał, bo ona dla syna chciała milionowej księżniczki i sądziła go jej godnym — ale ― chère maman zgodzić by się musiała...
Pięć czy sześć razy Salezy był w Topoli; Rózia odbyła już z nim ekzamina — i zdawało się jej, że znalazła nareszcie — swój ideał. Był to ten o którym śniła.
Salezy ze świata swego wyniósł tę nadzwyczajną giętkość umysłu i dar czynienia się rozumniejszym niż był — którą lepsze towarzystwo celuje.
Rózia potrącała w rozmowie o różne struny myśli i uczuć, wszystkie one brzmiały wdzięcznie. Ani jedna fałszywa nie odezwała się nuta.
I dla tego po wyjeździe Salezego puściła się szaleć po fortepianie, bo była szczęśliwą. Pierwszy raz on jej coś takiego powiedział, co można było jako oświadczenie się tłumaczyć — a ona? nie odpowiadała nic, ale spojrzała tak... On to przecie zrozumieć musiał!
Ojciec stojący pod oknem, kochającem sercem, wszystko to czytał jak w książce. I smutno mu było ― bo, p. Salezy, w jego przekonaniu nie godzien był różanego pączka.
Zaraz po drugich jego odwiedzinach w Topoli, troskliwy p. Ludwik starał się zasięgnąć wiadomości. — Historyę rodziny i domu znał dobrze, szło o młodego panicza. Chłopak był lekkomyślny, namiętny i hulaka.
Mógł wprawdzie wyburzyć się i wyszumieć — ale rachować na to, było niebezpiecznie. Nie mówił córce ojciec o tem co się dowiedział i co ze wszech stron się potwierdzało — czekał. Rózia też z nim wcale dotąd o Salezym nie rozpoczynała rozmowy.
Czuł, że dziewczęciu ten czarodziej mógł się podobać — i to go czyniło takim smutnym.
Fortepian przebrzmiał nareszcie. Rózia ze śpiewką na ustach, wybiegła stęskniona szukać ojca, a znalazłszy go rzuciła mu się na szyję z wezbranem uczuciem.
Była tak roztrzepaną, dziecinną, jak się jej rzadko trafiało. Jednem spojrzeniem chmurkę na twarzy ojca spostrzegła — i musiała się domyśleć co ją sprowadziło...
Wolnym krokiem poszli oboje do ogrodu, który jesień właśnie była fantastycznie przystroiła w te barwy rozliczne, śmierć liściom przepowiadające. Stały drzewa i krzewy jedne złocisto żółte, drugie czerwone, bronzowe, pobladłe. Gdzieniegdzie po ścieżkach leżały już szerokiemi gwiazdami, woskowo żółte liście kasztanów, blado zielone klonów i poczerniałe olszyny... Dzikie bluszcze purpurowemi splotami się wieszały po altanach... W kląbach kwitły jeszcze ostatnie georginie i astry...
— Ślicznie u nas! — zawołało dziewczę.
— Tak — rzekł ojciec — ale ja tego wdzięku jesieni nie lubię, bo mi zimę przepowiada...
— Ale tatku — zima jest także bardzo, bardzo piękna!
— Dla was młodych — odparł p. Ludwik — Nam starym, którzyśmy siły do życia stracili, natura musi młodością dopełniać, to cośmy postradali... Potrzebujemy światła i ciepła więcej, bo w sobie go mniej mamy.
— Wiem — i dla tego Lord Brougham jeździł na zimę do Nizzy... rozśmiało się dziewczę... ale, proszę tatka — możesz być co piękniejszego, jak u nas szronem i brylantami okryte drzewa!
P. Ludwik szedł z głową zwisłą, nie odpowiadając.
— Tatko dziś w takiem usposobieniu!
— A ty — tak dziś jakoś jesteś rozbrykana i wesoła?
— Chciałżebyś mnie widzieć smutną!
— Niech Bóg broni!
Pomyślał chwilę i dodał:
— Lękam się tylko, ażeby ta wesołość twoja nie była w jakim związku z odwiedzinami Salezego...
Zarumieniła się mocno Rózia.
— Dla czegóż tatko się tego lęka! — żywo odezwała się, zwracając ku niemu. Ojciec spojrzał na nią, z takim jakimś wyrazem smętnym, a pełnem przywiązania, że Różyczka się zmięszała. Przybrała postawę poważną.
— Mówmy otwarcie — rzekła — tatko mi to winieneś. Ja nie mam żadnych tajemnic dla niego — niepowinieneś ich mieć dla mnie. Niepodoba się pan Salezy?
— A tobie? — odparł ojciec.
Rózia oczy spuściła, pomyślała, lekki rumieniec okrył twarzyczkę, stała nie pewna trochę co powie i mężnie odparła oczki podnosząc.
— Podobał mi się, podobał nawet bardzo — rzekła — jest przystojny, dobrze wychowany, ma głowę otwartą, temperament wesoły, w obejściu się jest naturalny.
Milcząc słuchał ojciec; musiała długo oczekiwać na odpowiedź — westchnął.
— Komedjant doskonały! — rzekł cicho.
Rózia uderzyła go po ręku.
— Ale tatku! tatku nielitościwy — zawołała. — Godziż się wydawać tak potępiający wyrok na człowieka — nie mając dowodów winy?
P. Ludwik wziął pod rękę córkę i dalej szli ścieżką.
— Znasz mnie tyle — rzekł powoli — żeś posądzić potępienie bez dowodów nie powinna... Pytasz mnie, odpowiadam. Nie żądaj jednak tłumaczeń i objaśnień, bo tych bym ci dać nie mógł. Są one takiej natury, że o twoje śliczne uszka obijać się nie powinny.
Rózia pobladła.
— Ale, tatku! tatku!
Głosik jej był tak błagającym, że pan Ludwik ulitował się nad nią, pocałował w czoło i — dodał:
— Wszystko to zawczesne, spodziewam się. Mógł ci się podobać p. Salezy — jest miłym w towarzystwie, ale nie zaszło nic takiego co by... nam kazało opłakiwać, żeśmy zawiedli się na nim.
— Zapewne, zapewne — dodała śpiesznie Różyczka — zawsze to jednak smutno być oszukanym — i przekonać się, że tak ludziom wierzyć nie można.
— Ale — wierz mi, tatku — goręcej coraz ciągnęła córka — że ludzie są źli, że ich sądom i plotkom nie zawsze można dać wiarę. Może go przed tobą ogadali.
— A gdybyśmy tę drażliwą przerwali rozmowę? — wtrącił p. Ludwik. — Uważaj com powiedział za prostą z mej strony przestrogę. Bądź uważną, patrz sama...
Nie spostrzegł ojciec, a Rózia może nie uczuła, że dwie łezki stanęły jej w oczach.
— Mnie się zdaje — odezwała się cicho — że gdy coś jest fałszywego w człowieku, musi się on z tem zdradzić. Zawsze wyda się to jakąś dysharmonią twarzy ze słowem, słowa z wejrzeniem. Niepodobna tak czuwać nad sobą, aby nigdy się nie zaniedbać... W p. Salezym... ja niewiem, wszystko się tak zdaje naturalnem, niewymuszonem, otwartem... A przytem, tatku kochany — ja się może mylę, ale więcej bym się obawiała człowieka umysłowo upośledzonego choć dobrego, niż wykształconego... choćby z wadami. Z rozumnym wiele można rozumem... z...
— Z głupim, to prawda — przerwał ojciec – życie jest ciężkie, ale inteligencya nawet wcale nie pospolita łączy się często z takim brakiem charakteru.
— Możeż to być!...
Rózia z rozpaczą niemal wykrzyknęła te słowa; rzecz dla niej była niepojęta. Ojciec szedł dalej w myślach zatopiony — oczyma rzucając dokoła, jak gdyby szukał przedmiotu, któryby mu zręcznie dozwolił zmienić tok rozmowy. Nie było to łatwo, bo Różyczka mocno wzruszona, nie mogła i nie chciała oderwać się od tego, co ją żywo obchodziło.
— Mówmy szczerze, tatku — o ile się to da — odezwała się. Cóż masz przeciwko niemu?
— Płynie w nim krew matki, równie pełnej uroku, talentów, rozumu, a płochej i niestatecznej – mówił ojciec. Wychował się przy niej, — nie mógł być innym, jak jest. Może on najmniej winien temu — lecz obawiać się go potrzeba. Dla ludzi tego rodzaju życie nie ma obowiązków, nie znają ofiar — nie rozumieją cierpienia — wszystko poświęcić gotowi dla siebie, dla próżności swej, fantazyi... nawet rozrywki tylko.
— Najprzyjemniejsi w towarzystwie, są nielitościwemi w rodzinie...
— Nie — mnie się to jakoś w głowie pomieścić nie może — przerwała Rózia. — Tyle szlachetności jest w jego każdem słowie, takie poczucie piękna moralnego... tyle poezyi w nim...
— Różyczko moja — przestań, proszę — zawołał p. Ludwik. — Postrzegaj dłużej, z pewnem niedowierzaniem, może sama przyjdziesz do innego przekonania.
Dziewczę potrzęsło główką.
— No, to ja tatka proszę, nawzajem — rozsłuchaj się i rozpatrz pilniej... Może i ty zmienisz zdanie. Otwarcie powiem, nikt mi się tak nie podobał, jak pan Salezy. Rozczarowanie byłoby dla mnie bolesnem bardzo... bardzo...
Widząc ją zasmuconą, p. Ludwik potrafił rozmową zwrócić i nadać jej żartobliwy ton. Nim doszli nazad do domu, Rózia zdawała się uspokojoną, a pan Ludwik przyznał, że mógł się ze zbytniej troskliwości omylić.
Nie pozostało to jednak bez skutków.
Cały tydzień potem upłynął, a p. Salezy się nie pokazał. Trafem przybył potem tego samego dnia, gdy gościem w Topoli, był, wcześniej przyjechawszy — p. Narcyz, także jeden z pretendentów Różyczki. Los go postawił, jakby dla kontrastu ze ślicznym, eleganckim i pełnym wdzięku Salezym.
Oprócz imienia, które Różyczka znajdowała śmiesznem, miał p. Narcyz powierzchowność tak pospolitą, parobkowatą, twarz rumianą, poczciwą, pucołowatą — bez wyrazu — był tak naiwnym prostaczkiem — że, pomimo wielu przymiotów, wydawał się w salonie nie na swojem miejscu.
Doskonały gospodarz, wielki myśliwiec, zadomowiony, hreczkosiej, był najlepszym synem dla starych rodziców, uprzejmym sąsiadem — i słynął z dobrego serca — ale był niezgrabny...
Obracał się z trudnością, potrącał zawsze o coś, nogami stukał i mowę miał, co u nas się nadzwyczaj często trafia, nieznośnie krzykliwą. Musi to być spadek po republikańskim obyczaju, ale Polaków, po tej mowie, niemal wrzaskliwej, poznają wszędzie. Miał ją i p. Narcyz.
Wykształcenie jego nie odznaczało się wcale, i zdawało się, że winą tego był umysł tępy trochę, bo wychowanie odebrał staranne. Ale — serce było najlepsze.
Obok niego p. Salezy wydawał się jak dyament przy kartoflu, który także jest bardzo poczciwy, czasem smaczny — ale trudno powiedzieć, by był ładny.
Począwszy od stroju, który nigdy nie raził niczem wyszukanem i jaskrawem, gdy nieszczęśliwy Narcyz miał słabość do niebieskich krawatek — aż do twarzyczki klasycznie pięknych rysów, czarnych oczów, w których błyszczał rozum i życie — wszystko w p. Salezym uderzało wdziękiem naturalnym dobrego smaku.
Różyczka tylko tego nie mogła dostrzedz, że w Narcyzie było wiele szczeroty i uczucia, a w nim stłumiona namiętność dawała ton fizyonomii.
Miał lat dziesięć ten śliczny chłopak, gdy go już służba, z którą pieszczoszek obcował, popsuła... Matka, zajęta sobą naówczas — i później, więcej dbała o wyrobienie mu powierzchowności dystyngowanej, niż charakteru. Można było powiedzieć, że całe życie uczył się kłamać tylko, a sztukę tę doprowadził do tak wysokiego stopnia, iż był w niej mistrzem.
Zmuszony oszukiwać matkę, wierzycieli, przyjaciół i przyjaciółki, miał wprawę nadzwyczajną.
Mógł się z niego zapewne wyrobić później człowiek bardzo przyzwoity, ale tymczasem był to tylko, goniący za wszystkiemi życia przyjemnościami śliczny panicz, który nie myślał o niczem, prócz — używania.
W towarzystwie męzkiem słynął z pomysłów często tak śmiałych, a dziwacznych, iż się stały historycznemi.
Lecz, gdy potrzeba było być skromnym, spokojnym — dobrodusznym — i przeżyć jakiś czas w towarzystwie osób poważniejszych, umiał się do nich zastosować tak, że się nudząc — wydawał szczęśliwym.
O tych wybrykach p. Salezego, o jego długach — ojciec Różyczki był uwiadomionym dokładnie — ale dziecku powiedzieć nie mógł. Spodziewał się, że Rózia raz ostrzeżona — sama odkryje plamy na tem słońcu.
W istocie dnia tego przyjęła go, znudzona wprzód przez poczciwego Narcyza, trochę zimno — lecz w pół godziny potrafił ją oczarować p. Salezy i wejrzeniami i słowy, tak, że w duchu powiedziała sobie.
— Nie — to być nie może, człowiek ten fałszywym nie jest...
Niestety — Różyczka była zakochaną w nim, choć się sama przed sobą do tego nie przyznawała.
— On! komedyant! On! — powtarzała w duchu.
To ją nawet ujmowało i przemawiało za nim, że, gdy wszyscy z Narcyza podżartowywali, p. Salezy się z nim obchodził grzecznie i nie uwydatniając jego śmieszności, zręcznie i litościwie je osłaniał...
P. Ludwik przyjmował swych gości z powagą ojca, który nad córką czuwać musi.
Salezy, z nadzwyczajnym taktem, nie dworował mu i nie nadskakiwał zbytecznie — ale już jego sposób myślenia zbadawszy, zastosowywał się do niego z naturalnością wielką.
Pan Narcyz przypadł dnia tego gospodarzowi więcej w udziale, aniżeli młodej pani — i mógł się tem pocieszać, że go p. Ludwik bardzo serdecznie i poufale przyjmował. — Oni się też dobrze z sobą godzili.
— Bystry bardzo postrzegacz, Salezy z obejścia się panny z sobą wniósł, że coś — zajść musiało. Odcień w obejściu się jej z nim był zaledwie dostrzeżony, ale nadzwyczaj czuły i przenikający panicz — nie umiejąc go sobie wytłumaczyć — wiedział, że dnia tego Różyczka pilniej mu się przyglądała i badała.
Tem ostrożniejszym stał się i skromniejszym a czulszym.
Pomimo czujności ojca i pani Larysowej — która jako ciocia zastępowała gospodynię; p. Salezy znalazł sposób po cichu słów kilka zamienić.
Przerywano im — lecz nie umiano całkiem przeszkodzić. W tych słowach kilku były zawiązki... przyszłości.
Różyczka — nie pozbawiła nadziei, lecz nie chciała wiązać się niczem.
Salezy tego dnia zdawał się wysadzać na popis ze wszystkiemi przymiotami, których nie miał, a wiedział że one mu tu były potrzebne. Gdyby p. Ludwik nie miał faktów i głębokiej znajomości ludzi, byłby może nawet jego potrafił sobie pozyskać. W duchu oddawał mu sprawiedliwość — że niepoczciwy panicz był — niebezpiecznym i czarującym.
Różyczka spoglądała na ojca z minką, która zdawała się mówić — a co, tatku? nie za surowym jesteś sędzią?
Długie te odwiedziny, nie pociągnęły za sobą żadnych następstw, bo dobry tatko znajdował, że raz przestrzegłszy córkę, męczyć jej i nudzić nie był powinien. Nie wznowił więc nawet tego przedmiotu — i resztę zostawił czasowi.
Jesień ustępowała zimie. Salezy bywał zawsze, chociaż parę razy na czas dłuższy zmuszony się był oddalić — zdawał się jednak coraz bardziej zakochanym, a Różyczka o nim tylko marzyła. Ojciec milczał. Staranie się o pannę widoczne, nie miało jeszcze charakteru urzędowego, a wstęp ten przeciągał się może zbyt długo. Różyczkę, która pewną była Salezego, niecierpliwiło to trochę, lecz dorozumiewała się, że matka musiała stać na przeszkodzie. Była więc cierpliwą.
Pan Ludwik, który najwięcej rachował na to, że się to rozerwie i na niczem spełznie, chciał przyjść w pomoc losowi, do którego wzdychał, aby swą interwencyą, uwolnił go od troski. W Kijowie mieszkała ciotka rodzona Rózi, siostra jego, kontrakty obiecywały się świetne. Chciał córkę zawieść na nie, a po cichu nadzieję miał jakąś, że — znajdzie może kogo innego, że wspomnienie Salezego się zatrze. Nie mówiąc o tem z góry, chciał Różyczkę na czas jakiś u siostry zostawić.
Myśl ta przyszła do skutku bez oporu. Wybrali się z p. Larysową towarzyszącą im, naprzód do Żytomierza, zkąd do Kijowa pocztą udać się mieli.
Dosyć późno zajechali do hotelu, w którym najlepszy jaki był pokój, przytykający do próżnego naówczas saloniku, zajęła Różyczka z Larysową, a p. Ludwik stancyjkę na przeciw.
Po herbacie, znużeni wszyscy drogą, prędko się spać pokładli. Łóżeczko, na którem posłano Rózi znajdowało się przyparte do zamkniętych drzwi dzielących od pustego salonu.
Zasnęły wkrótce obie panie. Rózia miała zwykle sen spokojny i głęboki, zdrowej młodości właściwy, dnia tego usnęła prędzej jeszcze po drodze.
Nie wiedziała jak długo trwał sen, gdy śmiechy i głośna rozmowa nagle ją rozbudziły. Potrzebowała chwili dopóki się nie opamiętała gdzie była i co to znaczyć miało.
W sąsiednim pokoju rozlokowywał się tylko co przybyły podróżny. Rózia nie była pewna, czy się nie myliła, ale — serce jej uderzyło — głos, zdawał się być znajomym. Tak — był to głos i śmiech Salezego.
Drugiego przypomnieć sobie i rozpoznać nie mogła. Był to ktoś starszy, ale poufale znajomy, który wszedł razem z Salezym, spotkawszy go przybywającego.
Nadzwyczaj przykro się jej zrobiło, że mimowolnie miała podsłuchać rozmowę, ale zarazem budziła ona w niej ciekawość nadzwyczajną.
— Cóżeś ty z sobą robił pod te czasy, mówił starszy poufale i rubasznie. Powinienem właściwie inaczej obrócić pytanie i powiedzieć tylko — gdzieś bywał. To co robiłeś to wiemy wszyscy — bałamucisz dziewczęta? któraż tam teraz pada ofiarą umizgów pięknego Salusia?
Salezy rozśmiał się — ale śmiechem jakimś przykrym, jakiego Różyczka nigdy nie słyszała. Ścisnęło się jej biedne serce i żywiej potem bić zaczęło.
— Przyznaj się, ciągnął dalej starszy, czy pułkownikówna, czy podkomorzanka, czy zawsze pączek różany jeszcze. Salezy odparł żywo.
— Sądzę że regestr nieskończony.
— No — ale cóż z tą Różyczką? Ludzie mówią żeś na seryo zaszłapał, i że myślisz o ożenieniu.
— O! do tego daleko — rzekł zimno Salezy. Dziewczę śliczniuchne, ani słowa, bardzo miłe i roztropne, ale dwakroć posagu, a reszta po najdłuższem życiu papy, który jest tak zdrów, że gotów żyć pięćdziesiąt lat, to ani mamie, ani mnie nie — pasuje!
— Hm — mówił drugi. — Więc się nie kochasz i nie szalejesz, jak głoszą?
— Mój panie Franciszku — westchnął Salezy — ja do tego kochania i zakochania się o którem mówicie, jestem już za stary a nie dosyć naiwny. Dziewczyna, rodzaj piękności bardzo piquante, niby francuzkiej subretki — zachwycająca, prawda! Gdyby była do zdobycia bez przysięgi i ołtarza zrujnowałbym się dla niej... ale ożenienie jest rzecz seryo. Mama ma słuszność — a przytem, owa Różyczka, jedynaczka, pieszczoszka — robi z tatkiem co chce i niezawodnie męża by tak samo wodzić chciała.
— Ale — mój Salezy, jeżeli rzeczywiście na seryo się o nią nie starasz... po cóż bałamucić? rzekł drugi.
— Panie Franciszku, szydersko zawołał Salezy, któż wie na co się to przyda? Przypuśćmy, że pójdzie za pana Narcyza, będę miał gotową drogę do najcudowniejszego romansu z mężateczką! Narcyz jest safanduła dobroduszny...
— Przewrotność dowodząca że bywałeś w dobrej szkole! rozśmiał się drugi. — Mógłbyś się jednak omylić w rachubie.
— O! o! o! zaśmiał się z wyrazem zarozumiałości Salezy. Mama jest przeciwna, ażebym sobie tak rychło świat zawiązywał i ciągle mi mówi, że powinienem sobie przyzwoitą liaison z osobą zamężną zawiązać.
Milczał słuchający p. Franciszek, a Salezy mówił dalej.
— Tymczasem jestem jeszcze dosyć młody i niewybredny i każdy ładny pyszczek mnie pociąga!
— Dokąd że jedziesz — przerwał gość — nie na kontrakty do Kijowa?
— Później trochę tam będę — odparł Salezy i dodał tajemniczo. Mam tu pewny interesik, o którym się nie mówi.
Zaczęli szeptać po cichu — niebyło nic słychać — potem p. Franciszek dodał głośniej.
— Stara baba — rozwódka — zniszczona życiem, ograniczona — śmieszna.
— Wszystko to prawda — odpowiedział Salezy — ale ma jeszcze wiele werwy, i jest się bez ceremonii. Stół doskonały, wieczory przechodzą wybornie.
— No — a półkownik?
— Poszedł do odstawki.
Śmieli się.
Rozmowa dalej szła tak wybuchami, nierówno, szeptana i głośna.
P. Franciszek zaczął raz jeszcze prześladować Salezego Pączkiem Różanym — na co on odpowiedział z cynizmem szkaradnym. Szczęściem nie przeciągnęło się to długo, godzina późna była, gość odszedł, a Salezy musiał się spać położyć, bo w pokoju ucichło.
Nazajutrz, rano bardzo, wyjechał p. Ludwik z córką i Larysową.
Przy śniadaniu spojrzawszy na Różyczkę, znalazł ją ojciec tak jakoś dziwnie i strasznie zmienioną, bladą, osłupiałą, że chciał posłać po doktora, ale Rózia przestraszona zaczęła go tak zaklinać i prosić, aby jechać natychmiast, co najprędzej i tłumaczyć swą niedyspozycyę zmęczeniem i złym snem, że posłuszny p. Ludwik zaprzęgać kazał i — wyruszyli.
W drodze, pomimo świeżego powietrza, nie polepszyło się Różyczce. Ojciec i Larysowa niespokojni patrzyli na nią — nie mogąc dociec co jej było, a lękając się początku jakiejś choroby groźnej, gdyż inaczej zmiany tak nadzwyczajnej w dziewczęciu wczoraj wesołem, zdrowem, śmiejącem się, szczęśliwem, niepodobna było pojąć. Wieczorem rozstając się z ojcem, skakała jeszcze jak ptaszek. Teraz była to istota znękana, nieszczęśliwa, a nie przyznająca się do cierpienia, choć łkanie miała w głosie.
W ciągu podróży nic się nie zmieniło, stan ten pogorszył się prawie. Niezmiernie strwożony ojciec obiecywał sobie, bądź co bądź, za przybyciem do Kijowa, wezwać lekarza.
Nie przypuszczał aby to co innego być mogło i tylko niezrozumiała choroba jakaś. Pośpieszano więc z przebieżeniem przestrzeni dzielącej Żytomierz od Kijowa, gdzie pani Justyna, siostra Ludwika oczekiwała już na nich.
Marszałkowa — gdyż mąż jej nosił ten tytuł trzema wyborami mu przyznany, miała dom na stopie bardzo pańskiej. Była to osoba majętna, już nie młoda, jedną córkę mająca zamężną, a drugą na wydaniu. P. Marya i Różyczka znały się mało i widywały rzadko. Charaktery też i wychowanie, różniły je od siebie. Utalentowana, świetniejąca w salonach, śmiała, piękna, ale tą pięknością młodości, która nic nie mówi. P. Marya miała pozornie wyższość nad wieśniaczką — w istocie Różyczka nieskończenie ją przechodziła umysłem i zdrowem pojęciem życia.
Marszałkowa, która znała siostrzeniczkę ślicznym wesołym trzpiotem, — nie mogła jej teraz poznać, tak była zmienioną. P. Ludwik opowiadał z trwogą, że zachorowała w Żytomierzu.
Nazajutrz przybył doktór.
Stary to był praktyk, wiele mający pięknych pań w swojej opiece.
Różyczka o chorobie swej nic mu powiedzieć nie mogła — on znaleść nic innego nie umiał nad wielkie podrażnienie nerwowe.
Pytał ojca — ale ten się zaprzysięgał, że żadne wrażenie moralne nie mogło być przyczyną choroby — bo ta zjawiła się po spokojnie spędzonej nocy w Żytomierzu. Wieczorem była wesołą, nagle wstała tak nie do pojęcia zmieniona.
— Trzeba więc czekać, aby coś dyagnozę umożebniło — rzekł doktór — ja tu nic niewidzę nad... jakby skutek przedwczesnego zmartwienia.
— Ale żadnego nie miała! wołał ojciec zrozpaczony.
Marszałkowa, córka jej, ojciec, Larysowa, wszystko chodziło troskliwie około tej biednej Różyczki, która starała się uśmiechać i uśmiech jej zamierał na ustach, mówiła coś i łzy miała w oczach bez przyczyny — nie słyszała co do niej mówiono... słowem przerażające zdradzała cierpienie.
Nie było sposobu ani się go domyśleć, ani odgadnąć. Larysowa co ją wychowała, a miała całą jej ufność, w końcu zaczęła zaklinać ażeby — jeżeli coś było... co chciała utaić przed ojcem — jej zwierzyła przynajmniej.
Różyczka uścisnęła ją ze łzami w oczach.
— Niema nic! cóżby mogło być! rzekła smutnie — ja sobie jestem głupia dzieweczka, rozpieszczona. Nie trzeba na to zważać.
Kilka dni trwało to niespokojne czuwanie i badanie, w końcu Pączek Różany, jakby się na ogromny zdobył wysiłek, zaczął udawać wesołość — przybrał dawne formy, ale oczy ojca i Larysowej, widziały dobrze, że to było wymuszone i nienaturalne.
Zdawało się pannie Maryi, marszałkowej i ojcu, że przygotowujące się bale, wieczory, koncerta — rozbawią biedne dziewczę. Nie mogła się oprzeć naleganiom, musiała towarzyszyć kuzynce, stroić się i uśmiechać — lecz wszyscy co ją znali dawniej, znajdowali zmienioną i — trwożyli się. Marszałkowa jedna utrzymywała, że to są takie kaprysy młodości — giboulets d’avril, jak je zwała — które przejść muszą.
Świetne pod wszelkiemi względami były kontrakty tego roku, cukier w dobrej cenie, pieniędzy dużo, towarzystwo ożywione, pięknych pań wiele.
Nie było dnia bez zabawy jakiejś, a często dwie i trzy potrzeba było odbyć z obowiązku, aby nie chybić nikomu.
Różyczka czasem się uwalniała, a pod koniec kontraktów, ściskając ojca za szyję, szepnęła mu.
— Jeśli chcesz bym ozdrowiała — do domu — proszę cię — wracajmy do Topoli.
Marszałkowa była innego zdania — ale ojciec uległ córce. Zapowiadało się jeszcze balów kilka, gdy wyruszyli z powrotem. Zdziwiło trochę p. Ludwika, iż Różyczka w Żytomierzu, ani się zatrzymywać, ani odpocząć nie chciała.
Jechali więc wprost do domu.
Dawne życie na wsi Różyczki, jej nawyknienia, tak były wszystkim znane a niezmienne, iż po powrocie stary ten tryb chciała zaprowadzić Larysowa — spodziewał się po nim wiele ojciec — gdy Różyczka zaraz od pierwszego dnia wyłamywać się z niego poczęła.
Niemiała najmniejszej ochoty do muzyki, która ją wprzódy mocno zajmowała, siedziała w swoim pokoju, a Larysowa śledząca jej ruchy i zajęcia, przekonała się że daleko mniej czytała — i długie godziny spędzała chodząc zadumana.
Wszyscy dawni ulubieni poeci — poszli do szafki. Na stoliczku znalazło się — naśladowanie Chrystusa Pana i parę książek, które dawniej znajdowała nudnemi.
Ojciec, dawniej z taką rozkoszą widujący ją śmiejącą się, trzpioczącą, niemógł niczem zabawić i ani na chwilę rozweselić.
Szczęściem zajęty zapewne gdzie indziej p. Salezy, nie nadjeżdżał.
Ojciec — który posądzał że przywiązanie ku niemu mogło być przyczyną tej niewytłomaczonej zmiany, gotów już był — znosić go, byle ratować córkę, która w oczach mu gasła.
Dnia jednego nadjechał poczciwy pan Narcyz i wygadał się z tem, iż i Salezy, po powrocie z Żytomierza się tu wybiera.
Wieczorem po jego odjeździe, z wielkiem zadziwieniem spostrzegł ojciec zbliżającą się Różyczkę, która zaczęła od tego, że go w rękę pocałowała.
— Mam tatkę o coś prosić — rzekła.
— Dziecko moje... mów! najchętniej...
Zawahała się Różyczka.
— Jeżeli ten p. Salezy przyjedzie — bądź łaskaw... skomponuj co chcesz, a uwolń mnie od przyjmowania go.
Widząc zdumienie na twarzy ojca — dodała żywo.
— Tatko masz zawsze słuszność — niebył on wart tej słabostki jaką miałam dla niego, bom — miała ją ― niestety. Gdyby go można tak się pozbyć, ażeby nie powrócił więcej.
— To będzie trudnem — rzekł p. Ludwik — ale gdy parę razy nie wyjdziesz do niego, sądzę, że się przecie domyśli.
Ojciec miał na ustach pytanie, co spowodowało tę zmianę przekonania o Salezym — nie śmiał jednak badać ją natrętnie.
Sama ona dodała po chwili obojętnie.
— W Kijowie słyszałam o nim wiele, nie pochlebnych wcale rzeczy.
Starała się mówić tak, jakby ją to wszystko bardzo mało obchodziło — ojciec jednak uczuł, że rozczarowanie bolało.
Salezy zjawił się i — pan Ludwik przyjął go sam, zimno, grzecznie, sucho, na zapytanie o córce, odpowiadając, że od niejakiego czasu była cierpiącą.
Chociaż nie lubił Salezego i wstręt miał do niego, z taką troskliwością, na pozór szczerą, zaczął się gość dopytywać o chorobę, iż p. Ludwik powiedział mu, że w podróży do Kijowa jeszcze zasłabła.
Przytomna Larysowa z gadatliwością kobiecą, dodała, że w tem było coś nadzwyczajnego, bo przybyła do Żytomierza zupełnie zdrową, wesołą i położyła się spać żartując i śmiejąc, a wstała nagle tak zmieniona.
— Kiedyż to było? zapytał Salezy.
— O! mogę nawet dzień oznaczyć, bom go dobrze zapamiętała — odezwała się Larysowa, wymieniając datę.
P. Salezy słuchał z uwagą wielką — nie odpowiedział nic. Siadł przy stole, zabawił chwilę i ceremonjalnie pożegnawszy się, odjechał.
Dla niego wszystko to było wytłumaczonem. Pamiętał głośną swoją rozmowę z p. Franciszkiem i nazajutrz rano dowiedziawszy się kto przez drzwi nocował, był zrazu strwożony. Oba jednak z p. Franciszkiem powiedzieli sobie, że kobiety spały, że słyszeć ich nie mogły i że... mówili po cichu.
P. Salezy ani myślał się już uniewinniać, ni popsutej sprawy naprawiać. Przychodziło to bardzo nie w porę, bo interesa się pogorszyły, a matka gotową była już zgodzić się na Różyczkę, byle ojciec jej długi na majątku ciążące spłacił. Zamiast Różyczki potrzeba było ratując się, żenić z ową rozwódką, po bardzo burzliwej przeszłości...
Życie w Topoli, zwolna nowe formy przybrało. Smutek Różyczki, który na świeżutkiej twarzyczce zostawił niepowrotne ślady, stał się jej stanem normalnym. Ojciec bardzo pragnął wydać ją za mąż, ona słuchać o tem nie chciała.
— Bardzo mi tak dobrze... przy tatku, — nic nie brak — jestem, o ile mogę być szczęśliwą! nie myślmy o tem.
P. Ludwik zwiędły ten tak nagle kwiatek chciał ratować. Po różnych a bezskutecznych próbach, zmyślił, że jemu lekarze nakazali jechać na południe ― i życzył sobie, aby mu Różyczka towarzyszyła.
Zgodziła się na to.
Wybierali się już w podróż, gdy jednego dnia pan Narcyz przybył z matką — niespodzianie i oświadczył się.
Różyczka podziękowała mu, ze smutnym uśmieszkiem.
— Nie obrażaj się pan moją odmową — rzekła po cichu — ja wcale za mąż iść nie myślę. Mam dla pana szacunek szczery — ale byłbyś ze mną nieszczęśliwy.
Podróż do Cannes, gdzie mieli przepędzić zimę ― trochę ożywiać się zdawała Rózię, — nowe kraje, widoki, tysiące przedmiotów znanych z opisów a teraz przesuwających się przed oczyma — chwilami nawet ją rozweselały. Lecz zdrowie było wątłe, siły powracać nie chciały. Stan zamiast się polepszać, widocznie pogarszać się zaczął. To powietrze południa podbudzające, żywiej popędzające obieg krwi, przyśpieszyło rozwinięcie się choroby, która w wieku Różyczki i tak zwykle z niezmierną wzrasta szybkością.
I jakby — na przekorę tej groźbie śmierci — dziewczę stało się weselszem, swobodniejszem, szczebiotało po dawnemu, bawiło się kwiatami, wyciągało ojca na przechadzki.
Z wiosną, kaszląca, blada, wynędzniała, ale śliczna zawsze Różyczka powróciła do Topoli.
I znowu odżyła jakoś w tem wiejskiem powietrzu naszem — o ile siły jej pozwalały, nadzwyczaj chciała być czynną, w ogrodzie, w domu, wszędzie. Fortepian tylko, gdy do niego probowała usiąść i gdy się go dotknęła, czynił na niej wrażenie dziwne — zaczynała płakać i uciekała.
Pierwsza wiadomość która ich spotkała w Topoli, była — o małżeństwie sławnej rozwódki z Salezym. Wesele miało być nadzwyczaj huczne i wspaniałe. Słysząc o tem Różyczka nieco pobladła — uśmiechnęła się i zapytała ojca, czy i pan Narcyz się nie ożenił.
Ale o tem nie wiedział nikt.
Lato było gorące bardzo i stan Różyczki się pogorszył znacznie, a gdy jesień nadeszła i ojciec chciał znowu wieźć ją do Nizzy lub Cannes — było za późno.
Ona sama nie miała ochoty opuszczać już Topoli. Przeżyła tu jeszcze zimę, zobaczyła uśmiechającą się wiosnę nową — i jednego wieczora zasnęła, aby się już nie obudzić.
Z ust jej nie wyrwała się żadna skarga, — żadne słowo, coby dozwoliło odgadnąć — co ją zabiło.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.