Pójdziemy w świat/X
| <<< Dane tekstu | |
| Autor | |
| Tytuł | Pójdziemy w świat |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie |
| Data wyd. | 1935 |
| Druk | Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Brzegiem rzeki wracali do domu.
Miasto już tam w oddali wystrzelało ku niebu wieżycami kościołów, rysowało się surowemi linjami zamków i klasztorów, ku ziemi się kłoniło dachami niskich domów. Powietrze, woda i słońce zasnuwały jego sylwetę niebiesko-złotą mgiełką, że ledwo się z pod niej wyłaniał kolor dachów i murów.
Kończyła się już wycieczka letnia, swobodna włóczęga po świecie jasnym, ale ojciec i Henrysia nie czuli smutku. Oboje wiedzieli dobrze, że z przyszłości wyjdą im na spotkanie nowe życia sprawy i zdarzenia — a wszystkie ciekawe. Lubili przecież nie tylko wycieczki wakacyjne, ale i dzień powszedni, z którego tyle im się zawsze wysuwało treści, że nie potrzebowali koniecznie szukać po świecie przygód.
Ojciec i Henrysia pracowali ochotnie, a także z rozkoszą oddawali się lenistwu dni świątecznych. Przepadali za ciszą i ciepłem własnego mieszkania — i z radością wałęsali się po nieznanych stronach. Zaciekawiali ich ludzie, zwierzęta i wszystkie rzeczy, to też życie nigdy nie było dla nich nudne. — Ogromny mieli wybór, ogromną rozmaitość radości i smutków.
— Owszem, Henrysiu, zdarzają się bardzo smutne i złe rzeczy człowiekowi, nawet czasem takie, na które niema rady — powiedział właśnie w owej chwili ojciec — ale sama się przekonasz, życie jest tak bogate, tak ogromne, że choćbyś nie wiem jak cierpiała, zawsze potrafi cię ogarnąć na nowo, odświeżyć ci duszę i pozyskać ją sobie. „Jako u orłów odnawia się młodość twoja“, moja córko.
Henrysia wiedziała dobrze, że ojciec słowa swoje opierał na doświadczeniu, więc ufała temu, co mówił. Narazie jednak nie potrzebowała odnowienia swojej młodości.
Właśnie, naciągnąwszy trykot kąpielowy, wskakiwała w zimne fale, wydając dziki okrzyk radości i strachu. Więc ojciec zrezygnował z dalszego filozofowania i poszedł za jej przykładem.
Mnóstwo ludzi kąpało się w rzece — to też rozbrzmiewała gamami śmiechów i krzyków.
Z łodzi żaglowej, która się kołysała na wodzie, raz wraz wskakiwali w głęboki nurt młodzi chłopcy, rękami nad głową łuk uczyniwszy. Wypływali na powierzchnię tak daleko od miejsca, w którem zapadali w wodę i po tak długiej chwili, że Henrysi aż dech zamierał w piersiach.
Bobek stał na brzegu i głośno wyrażał państwu swoje oburzenie.
— Ach, Bobku, zamiast szczekać, chodźno tu do wody.
Bobek odszczeknął parę obraźliwych słów.
— Nie znasz się, mój psie ani na higjenie, ani na przyjemności — powiedział mu ojciec. — Ale, że z istotami nierozsądnemi nie należy się liczyć, więc wykąpiemy cię, pomimo twego sprzeciwu — i ojciec wyszedł z wody.
Bobek natychmiast przewąchał jego zamiary i kilku giętkiemi ruchami, które miały wyrażać jedynie najpoddańsze uczucia, oddalił się przecież od brzegu na przyzwoitą odległość.
Ojciec spróbował stanowczości. — Bobiś, tu — rozkazał krótko.
Piesek ruchem łaskawym, pochylił mordkę ku ziemi, zwinął się wdzięcznie, ogon stulił, ale nie zmienił stanowiska.
Zirytowany ojciec ruszył ku niemu, ale Bobek w tejże samej chwili odskoczył dalej.
Właśnie najbardziej oburzająca była okoliczność, że Bobek nie wypowiadał się otwarcie, że nie szczekał raz i drugi — dajcie mi święty spokój, sami sobie właźcie do zimnej wody, jeśli wola, a mnie nie zawracajcie głowy.
Przeciwnie, wszystko w Bobisiu wyrażało zgodę i poddanie się woli pana — i ruch głowy przymilny i nagięcie karku, i pokora ogona, a jednocześnie odległość między nim i panem nie zmniejszała się wcale, mimo energicznych wysiłków pana.
Henrysia w wodzie zanosiła się od śmiechu.
— Wyrodna córko — zawołał ojciec, który nie mógł głosowi swemu nadać odpowiedniego patosu, gdyż prostota stroju kąpielowego, niweczyła te intencje — zamiast wyśmiewać się, chodź, dopomóż mi w poskromieniu tego buntownika.
Henrysia z całą ochotą wyskoczyła na brzeg i zabiegła Bobkowi drogę od lewej strony.
Obserwując Bobka, zwiniętego w kłębek na poduszce, albo podziwiając jego wychowanie przy stole, gdy siedział wytwornie, między swym panem a panią, trudno byłoby uwierzyć, ile zaciętej woli mieści się w jego uprzejmym łebku.
Ojciec sam sobie nie wierzył.
— Henrysiu! — wykrzyknął zadziwiony — popatrz ile nowych zalet objawia się nam w Bobku. Ma swoją wolę, swój osobisty pogląd na sprawy! Jedno z dwojga, albo nam go odmienili w drodze, albo nie znaliśmy go dotąd.
— Ja ci mówiłam, tatusiu, że on nie jest taka fajtłapa, jak się zdaje.
— Nic nie mówiłaś.
— Ale myślałam!
— Jeżeli się coś myślało, ale nie mówiło, to potem nie należy o tem wspominać, bo i tak nikt nie uwierzy — powiedział ojciec i rozpoczął nową ofensywę. Złączyli swoje wysiłki, skoordynowali ruchy, ułożyli nawet naprędce maleńki plan działania — wszystko nadaremno.
Bobek najwyraźniej uznał, że najpolityczniej będzie udawać, że wszystko to razem jest zabawą w polowanie. Już się nie łasił i nie przybierał pokornych min, tylko szczekał zaczepnie, śmiał się, zabiegał z tej i owej strony, i zawsze w ostatniej chwili wymykał się z rąk swoich prześladowców.
— Wycieczka wyrobiła w nim gibkość i sprężystość — powiedział ponuro ojciec.
Tymczasem konfliktem Bobka z państwem powoli zainteresował się cały brzeg. Kilka osób powyskakiwało z wody, ten i ów dźwignął się z piasku. Z dużem zaciekawieniem śledziły ich oczy podstępne ruchy ojca i Henrysi, oraz drażniącą zręczność krnąbrnego Bobka.
— Oho! już go złapią! — powiedziała okrągła panienka w żółtym kostjumie i czarnej czapeczce.
— Mowy niema! to zręczny piesek — pochwalił chłopiec w pasiastym trykocie.
— Znienacka, panienko, przysiąść i znienacka skoczyć! — wrzeszczał gruby pan, zupełnie zmoczony.
— Trzeba go oskrzydlić — doradzał chłopak w siatce na głowie.
— Jabym radził tak: niech się uspokoi, przysiądzie, a wtedy udać, że niby nigdy nic i przychwycić!
— Phi! ja stawiam na pieska! Nie da się.
— A ja na tę panienkę, doskonale biega.
— Napewno ten pan złapie, bo ma dobrą metodę. I nagle cała banda od słów przeszła do czynów. Rozbrzmiało powietrze wojennemi okrzykami — łapaj, trzymaj, niech pan broni tej placówki! na prawo, na lewo, do środka, brawo piesek!
Bobek zrozumiał, że zbliża się kres niepokojącej zabawy. Ruchem rozpaczliwie zwinnym, rzucił się między nogi grubego pana, który rozciągnął się na piasku, przeskoczył panienkę w czarnej czapeczce, okrążył chłopca w siatce, i już zdawało mu się, że widzi przed sobą wolną drogę, gdy z rzeki wyłoniła się jakaś otyła pani w czerwonym kostjumie i pochwyciła go w objęcia.
Tłum otoczył ich.
— Trzęsie się ze strachu, biedny piesek — powiedział z rozczuleniem gruby pan, dokładnie z przodu oblepiony piaskiem.
— Nie ze strachu, tylko ze zmęczenia.
— Bardzo miły piesek, dlaczego on się tak boi wody, proszę pana — pytał chłopak w siatce.
— Teraz trzebaby mu dać walerjanowych kropli.
— A ja uważam, że trzeba go ukarać.
— Mój panie! to już sprawa jego właściciela! — oburzył się starszy pan, który bardzo polubił Bobka. Przecież przez niego leżał brodą w piasku, jak za najlepszych, dziecinnych czasów.
Ojciec wziął Bobka na ręce i głaskał jego przerażoną mordkę.
— No widzisz, Bobek, warto było tak się kompromitować, co? — mówił mu łagodnie.
I mimo wszystko wykąpano Bobka, a uroczystości tej przyglądali się ze współczuciem i zadowoleniem, złośliwością i żalem, wszyscy uczestnicy naganki.
Potem już wrócili, ojciec, Henrysia i Bobek do miasta. Powitało ich mieszkanko chłodne, ciche i stęsknione. Na stole jadalnego pokoju stał w glinianym dzbanku bukiet floksów, który niewiadomo właśnie dlaczego przyniosła Bronisława z targu.
Bobek z zadowoleniem obiegł mieszkanie, obwąchał kuchnię, pokręcił się w łazience, a potem wskoczył na krzesło pod oknem jadalnego pokoju i patrząc na drzewa i na daleką perspektywę ulicy, zaszczekał żałośnie. Może być, że zatęsknił nagle do szerokiego oddechu wolnej przestrzeni.
— Zeszliśmy kawał świata, Bronisławo — powiedziała Henrysia, siedząc na zielonej skrzyni w kuchni.
— A ja, nawet że już poprosiłam pana o pensję — z godnością oznajmiła kucharka. — Nie będę w takim domu służyła, gdzie człowiek przez cztery tygodnie nie ma do kogo ust otworzyć, i siedzi z założonemi rękami, jak ten głupi.
Henrysia ze smutkiem pokiwała głową.
— Zrobi nam Bronisława wielki zawód — westchnęła. — Bo wie Bronisława o czem przekonaliśmy się w tej drodze? Że prawie wszyscy ludzie są sobie braćmi, a nawet także i zwierzęta, i wszystko takie jest przyjacielskie! I gdybyśmy zawsze chcieli o tem pamiętać, i Bronisława, i ja, i... wogóle, to... no, to rozumie Bronisława?
— Tere, fere, kuku! — powiedziała na to kucharka i z energją zaczęła trzepać podróżne ubranie pana. Potem jednak została na miejscu i wytłumaczyła ciotce Klarze, że — jakbym odeszła, to pan i panienka, i nawet ten niewinny pies, całkiemby, nie daj Boże, powarjowali.