Pójdziemy w świat/VIII
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pójdziemy w świat |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie |
| Data wyd. | 1935 |
| Druk | Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
W mieście była uroczystość.
Na domach powiewały flagi, balkony przystrojono dywanami, a sklepy były zamknięte.
— A tośmy się ubrali, Henrysiu! — powiedział ojciec bez żalu, bo przedewszystkiem bardzo lubił wszelkie uroczystości uliczne, a powtóre domyślał się, że popołudniu pootwierają sklepy.
Na rynku miasta odsłaniano pomnik wolności, w obecności dygnitarzy, przybyłych ze stolicy i miejscowych władz. Wojsko ciągnęło ulicami z muzyką i sztandarami, na których widok odsłaniały się wszystkie głowy.
Henrysia była w siódmem niebie.
— Widzisz, tatusiu, że i w mieście bywa czasem przyjemnie — mówiła, czesząc się pośpiesznie w pokoju hotelowym.
Hotelik był malutki, jak zresztą wszystko w tem mieście. Ojciec i Henrysia z trudem zdołali dostać w nim ostatni wolny pokoik. Cały budynek zajęty był przez dygnitarzy stołecznych.
Okna tego pokoju wychodziły na boczne podwórko. W otaczających go z trzech stron murach, tylko gdzie niegdzie widać było małe, zakratowane okienka, snać nie od pokoi mieszkalnych. Z czwartej strony, niski mur oddzielał podwórko od sadu, a rozłożyste gałęzie drzew zaglądały poprzez wierzch.
W jakiejś chwili, kiedy Henrysia, mydląc ręce, rzuciła okiem w ogród, uwagę jej przykuły trzy niewielkie postacie, które usiłowały się przedostać z gałęzi na mur.
Henrysia przysunęła się do firanki.
Dwóch chłopców, odświętnie ubranych i dziewczynka w świeżej, białej sukience, stali już właśnie na murze i zachowując tysiączne ostrożności, mając widać na celu oszczędzenie uroczystych strojów, spuszczali się na podwórko. Jeden z chłopców dzierżył w dłoni długi, ostro zakończony pręt, który był przedmiotem szczególnego zainteresowania całej trójki.
— Co się tak gapisz, Henrysiu? — zapytał ojciec z głębi pokoju, gdzie usiłował właśnie nadać swym zniszczonym butom świetny połysk młodości.
— Cicho... tatusiu! tu się dzieje coś ciekawego — szepnęła Henrysia, kładąc na ustach namydlony palec.
Ojciec z zainteresowaniem podszedł do okna i już oboje śledzili uważnie poczynania tajemniczej trójki.
Prawie naprzeciw ich okna rysował się na murze ciemny, zakratowany otwór, który najwyraźniej był celem wyprawy spiskowców. Naradzali się chwilę cichemi głosami, gestykulując żywo. Wkońcu starszy z chłopców z widoczną niechęcią, nadstawił plecy, dziewczynka rozpostarła na nich dużą chustkę do nosa, a chłopak młodszy wgramolił się na tę naturalną podstawę, poczem zajrzał poprzez kratę.
— Daleko — powiedział z niepokojem.
— Nie gadaj, tylko rób — szorstko poradził ten, który służył za drabinę.
— Ja nie gadam, tylko nie wiem, czy dostanę. Mania, daj patyk. — Ujął wręczony mu pręt i zagłębił go w otwór ciemny.
Dziewczynka wpatrywała się w niego z wyrazem ostrego niepokoju.
Henrysia zapomniała, że mydło wysycha jej na rękach, a ojciec zataił dech w piersiach.
— Jest! — krzyknął chłopiec z ulgą. Twarz dziewczynki rozpromieniła się, a starszy brat mruknął życzliwie:
— Nie wrzeszcz, tylko się śpiesz!
Tymczasem mały triumfalnie wyciągał z poza kraty rumiany pierożek, nadziany umiejętnie na patyk. Dziewczynka błyskawicznie zdjęła go z ostrza i operację rozpoczęto na nowo.
Za czwartym pierożkiem ojciec powiedział na nowo:
— Małe szelmy! po jednym im powinno wystarczyć!
Kiedy zaś siódmy wyjeżdżał na światło dzienne już i Henrysia wypowiedziała swoje zdanie.
— Objedzą się, jak prosięta. Bardzo dobre muszą być te pierożki, tatusiu. Jak ty myślisz, z mięsem, z kapustą, czy z konfiturami?
— Mimo, że, jak się zdaje, są to dzieci naszego hotelarza — powiedział ojciec — jednak nie powinny tak przesadzać. Powiem im, że...
Nie zdążył powiedzieć. Na podwórku zrobił się nagle popłoch. Mały chłopak, jak piłka, skoczył z pleców brata, pierożki momentalnie zostały rozmieszczone po kieszeniach i cała trójka z wielkim pośpiechem ulotniła się z podwórka. Snać jakieś niebezpieczeństwo zjawiło się na horyzoncie, choć ojciec i Henrysia nic nie dostrzegali niepokojącego.
Potem zjedli pośpiesznie śniadanie, rzewnie wspominając pierożki i poszli na rynek, by się przypatrzeć uroczystości. Zaraz na wstępie natknęli się na hotelarza. Szedł, prowadząc pod rękę swoją ustrojoną żonę, a przed nimi kroczyło troje, dobrze znanych Henrysi dzieci, z minami niewiniątek.
Hotelarz widocznie miał serce otwarte dla wszystkich, zarówno jak i drzwi swego hotelu, bo zaraz serdecznie zaproponował swoim gościom opiekę. — My mamy dobre miejsca na trybunach. Jakoś się zmieścimy razem. Bardzo proszę, niech państwo idą z nami.
Zanim jednak zdołano się dostać do trybun, tłum ścisnął całe towarzystwo w niewiarogodny sposób! — Zrobią z nas konserwy — jęczał hotelarz czerwony i zlany potem. — Nigdy nie myślałem, że to tak przykro być prasowanym. Moja Basiu, czy ty zastanowiłaś się kiedy nad tem, w jak niemiłej sytuacji stawiamy nasze sery.
Na trybunach wszyscy odżyli. Pełno tu było pań w jasnych sukniach, z kolorowemi parasolkami, dzieci z kwiatami w rękach, panów ważnych i pełnych godności.
Pomnik jeszcze był przysłonięty, szarą płachtą, a z boku, na wysokiej trybunie, stał siwy pan i przemawiał z ogromnym zapałem.
Henrysia nie słuchała, bo całą jej uwagę zajęło wojsko, cechy ze sztandarami, delegacje w strojach ludowych, szeregi skautów i skautek, błyszczące trąby muzyki wojskowej.
Ani się spostrzegła, jak pan przestał mówić.
Wówczas rozległy się komendy, buchnęły dźwięki hymnu, a szara zasłona opadła na ziemię.
Wszystkie twarze płonęły radością. Na bronzowy posąg wolności, którego ramiona wystrzeliły ku niebu, jak okrzyk serc, wezbranych zachwytem, posypały się kwiaty letnie — czerwone, ogromne maki, róże wielobarwne, kampanulle, goździki!
Henrysia śpiewała pełną piersią. Jakaż to rozkosz, jaka rozkosz śpiewać — kocham cię, ziemio moja, miłuję cię słońce, i was ludzie wszyscy, bracia moi!
Może inne były słowa pieśni, ale to przecież miały znaczyć!
Starszy chłopiec z trójki hotelarza powiedział ponuro do brata. — Mam pełną kieszeń syropu, zdusili moje pierożki!
— O rety! — jęknął młodszy i szybko zasłonił sobą kompromitującą plamę na portkach brata, ale już było zapóźno. Dostrzegła ją matka i nieomylnym instynktem wiedziona, sięgnęła do kieszeni przestępcy.
— Pierożki! — krzyknęła ze zgrozą. — Nie mówiłam ci, Ksawery, że brakuje pierożków w śpiżarni?
Hotelarz pokiwał głową. — Wartoby go sprać, powiedział, ale jakoś nie mam do tego serca dzisiaj.
A że wszyscy byli bardzo głodni, a na trybunie mówił nowy pan, szepnął do młodszego syna. — Może twoich nie zgnietli, co?
— Proszę, tatku — powiedział malec, uprzejmie podając swoje śliczne, cudem ocalałe pieróżki. Zgniecione zjedzono zresztą także.
Później, z okien sali hotelowej przyglądali się ojciec i Marysia wojsku, powracającemu z parady. I patrząc na te szeregi karne, doskonale ubrane, chłonąc oczami ich ruch, niezawodnie sprawny, uniesiona egzaltacją brawurowej muzyki, Henrysia podniosła ku ojcu błyszczące oczy i krzyknęła:
— Tatusiu, jabym chciała, żeby była wojna!
Gwałtownym ruchem odwrócił się ku niej. — Co takiego? — zapytał ostro.
Henrysia nie stropiła się, mimo surowości, która na nią uderzyła z tych słów. — Chciałabym, żeby była wojna! — powtórzyła uparcie z obrażoną miną.
— Ach tak, ach tak? — głupie, bezmyślne dziecko! — rzekł ojciec z gniewem.
Henrysia uniosła się:
— Tylko w czasie wojny są bohaterowie! Ja wiem, że starsi nie lubią wojny, bo starsi są tchórze i wolą żyć spokojnie — mówiła w łunie rumieńca. — Ale to przecież cudownie bić się, zwyciężać, dostawać krzyże! I wszystko się wtedy poświęca dla ojczyzny. A ja byłabym sanitarjuszką i pielęgnowałabym rannych. I rzucałabym kwiaty żołnierzom, którzyby szli na front!
Ojciec miał twarz zmienioną gniewem, ale spokojnie powiedział:
— Rzucałabyś kwiaty ludziom, którzyby szli na śmierć. Ogromnieby im te twoje głupie kwiaty były potrzebne w okopach, w błocie, w kałużach krwi. A wiesz, czem płaciliby twoi bohaterowie za krzyże? Ślepotą, kalectwem, rozmiażdżoną twarzą!
— Wcale nie! — krzyknęła Henrysia.
Ojciec jej nie słuchał. — Popatrz, takie wesołe miasteczka jak to, zmieniłyby się w kupę gruzów, z tych wsi, przez które wędrowaliśmy, powstałyby zgliszcza. A te dzieci, biało ubrane, które rzucały kwiaty na pomnik, tułałyby się obdarte i głodne, bezdomne — ojciec nagle ręce załamał. — Ach, Boże — powiedział jakimś przerażonym głosem — zaledwie mija pokolenie, które znienawidziło wojnę, już podrasta drugie, które jej pragnie, które ją przeklinać będzie, zapóźno. Henrysiu, zrozum — już się nie gniewał, tylko prosił — jedna tylko sprawa na świecie warta jest wojny, to Wolność. Ale to jedyna rzecz godna krwi i łez człowieczych. Przypomnij sobie prawo najwyższej mądrości, słowa Boże. Wolno bronić swego życia i życia swego narodu, ale napadać nie wolno! Nie wolno pragnąć wojny, to grzech śmiertelny. Henrysiu, wojna to śmierć, głód, bezdomność, nędza, tęsknota, niepokój, cierpienie! — chwilę szukał słów, któremi najpewniej trafićby można do serca córki. — Jabym poszedł na tę wojnę, której pragniesz i nie wróciłbym może.
Henrysia czuła już głęboko w duszy słowa ojca. Ale pełna ambicji i uporu, nie chciała okazać swej porażki.
Powiedziała ze sztucznym uśmiechem:
— Wróciłbyś, tatusiu. I w dodatku byłbyś jenerałem i miałbyś pełną pierś krzyżów!
Ojciec już nic nie powiedział więcej.