Przejdź do zawartości

Pójdziemy w świat/VII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Żurakowska
Tytuł Pójdziemy w świat
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VII

 Na krzakach rozwieszone, suszyły się w słońcu świeżo uprane koszule, pończochy, sukienka.
 Okiem pełnem zwątpienia przyglądała się Henrysia tej garderobie. Otóż okazuje się, że ciężko jest żyć, mając tylko jedną zmianę bielizny i dwie sukienki. Podzieliła się z ojcem swemi spostrzeżeniami.
 — Twoje buty, tatusiu, drą się, przyjrzyj się podeszwie, moje trepy, no! nie warto nawet o nich mówić. Przytem wiesz? ja nie umiem prasować bez żelazka, więc twoje koszule i moje sukienki już bardzo źle wyglądają.
 Ojciec leżał na trawie i patrzał na sunące po niebie obłoki.
 — Może przesadzasz, Henrysiu? — zapytał niepewnie — przecież nie dalej, jak kilka dni temu, gospodyni proboszcza wszystko nam ślicznie poprasowała.
 — Ale przez te kilka dni byliśmy już na deszczu i na wichrze i na trawie, sypialiśmy po różnych dziurach — nieubłaganie dowodziła Henrysia. — Wiesz, tatusiu, że nie jestem elegantką, ale musimy wyglądać okrzętnie. Sam powiedz!
 Ojciec, owszem, był tego samego zdania, ale nie widział żadnej rady.
 — Chyba zajdziemy do jakiegoś domu i poprosisz o żelazko?
 — Nie — twardo zaprzeczyła Henrysia — w żadnym domu nie podzelują nam butów. I zresztą, tatusiu, twoje koszule obrzydliwie upraliśmy, tylko się przypatrz.
 — To ciekawe — zainteresował się ojciec — mamy mydło, mamy mocne ręce i dużo dobrej woli, a mimo to, rzeczywiście upraliśmy dosyć brzydko.
 Henrysia triumfowała. — Aha! widzisz! no to już ci teraz powiem, tatusiu, że, oprócz mydła, trzeba różnych innych rzeczy do prania. I gorącej wody, i sody, i bielidła, a potem jeszcze krochmalu.
 — Bardzo skomplikowane jest życie — ciężko westchnął ojciec. Spróbował jeszcze pertraktować:
 — Więc, Henrysiu, może poszukalibyśmy jakiejś plebanji czy dworu?
 — Nie — już było zupełnie wyraźne, że Henrysia ma jakiś plan gotowy. — Skończy się na tem, że nas gdzieś wyłają. Bo już przecież prosić, żeby nam bieliznę prali, nie można!
 — Henrysiu — powiedział ojciec zrozpaczonym głosem — popatrz na niebo, jest tak szafirowe jak najpiękniejsza farbka, a obłoki jak najczystsze mydliny. Poco mnie męczysz, moja córko, rzeczami, które nie mają żadnego znaczenia!
 — Poto... — Henrysia zrobiła pauzę — poto, że pójdziemy teraz na stację kolejową... widzisz te budynki tam nad torem? właśnie stacja. Wsiądziemy do pierwszego pociągu i pojedziemy do pierwszego po drodze miasta.
 Ojciec przyjrzał się Henrysi z uznaniem.
 — No, no — powiedział — nawet się nie spodziewałem, że taką rzecz można wymyślić. Coprawda, okropnie mi się niechce do miasta...
 — Tylko na parę godzin, tatusiu.
 — Nawet na parę godzin. Ale oczywiście, to będzie najlepsze wyjście z tej trudnej sytuacji. Moglibyśmy, coprawda, zaopatrzyć się w szydła i skórę, i sami sobie zreperować buty, moglibyśmy również kupić te wszystkie twoje chlorki i krochmale, i prać bieliznę. Ale poco? Już tak mądrze jest urządzone na tym świecie, że jest wzajemna wymiana usług. Ja cały rok piszę, rachuję i organizuję za innych ludzi, a inni za mnie robią buty i piorą moje koszule.
 Bardzo na rękę był Henrysi taki światopogląd, choć miała w tej kwestji pewne zastrzeżenia.
 Słońce przypiekało, a niebo oczyściło się gładko z obłoków. Po drugiej stronie rzeczki, na łące, pasły się duże, łaciate krowy, spokojne i zamyślone.
 Na małej stacyjce kolejowej, mimo, że była już ręką miasta, jeszcze wieś panowała niepodzielnie. Zapach koszonej koniczyny, szeroki powiew z pól, a nawet niedaleko toru takie same, pełne godności krowy, lekceważące grozę pociągu i stalowych szyn.
 Ale już w wagonie innem tętniło życiem. Czyliż możliwe, iż to tacy sami ludzie budowali chałupy do ziemi przytulone, stodoły pachnące ziarnem — i te żelazne, niespokojne wagony, pędzące gładko po szynach, do wiadomego celu. Czyż to tych samych ludzi wiodły drogi szerokie, wyboiste, wstęgami trawy i macierzanki znaczone — i te dwie wstęgi stalowe, nieubłaganie równe, z których ani zboczyć, ani zawrócić nie zdoła nikt.
 Wagon pełen był ludzi, wiejskich i miastowych. Siedzieli w upale i ścisku, na drewnianych ławkach — ten z koszykiem na kolanach, ów z tobołkiem u nóg i parasolem w ręku.
 Na nowowchodzących do przedziału spoglądali niechętnem okiem. Tu i owdzie jakaś jejmość szerzej się nawet rozsiadła, aby już przecie nie przyszło na myśl przybyszom, że mogłoby się tu dla nich jeszcze miejsce znaleźć.
 Jeden tylko młody robotnik poruszył się i zdjął z ławki swoją torbę, by uczynić trochę miejsca dla Henrysi i jej ojca.
 Ożywiona rozmowa, którą przerwało wtargnięcie do wagonu nowych podróżnych, potoczyła się dalej. Odrazu można było spostrzec, że rej między wszystkimi wodzi starszy, dość zażywny jegomość, siedzący pod drzwiami. Wszyscy zgodnie kiwali głowami, słuchając jego mowy.
 — Takie czasy, że niech Pan Bóg broni — twierdził ów robotnik o szerokiem obliczu. — Czy to rząd powinien pozwalać na takie porządki. Dawniej to inny ład był i na kolei i w urzędach, a nawet, że i podatków się takich nie płaciło, jak teraz.
 — Nawet, że jeszcze rząd dopłacał poniektóremu — ironicznie wtrącił młody robotnik.
 Jegomość spojrzał nieufnie, ale zignorował niewczesny żart. Ciągnął dalej, wśród ogólnie przychylnej atmosfery.
 — Albo czy to powinno tak być, żeby człowiek dwie godziny czekał na pociąg? W Ameryce, to panie, co minutę walą pociągi — przyjdziesz, wsiądziesz i jazda!
 — Co minutę? — zdziwił się robotnik. — Dziesięć pociągów na minutę wychodzi z każdej stacji. Chcesz jechać z Pacanowa do Kielc, to ci dziesięć pociągów co minuta odchodzi, że sam nie wiesz do któregoby to wsiąść.
 Tu i owdzie rozległ się śmieszek. Jegomość poczerwieniał, zmiażdżył przeciwnika wzrokiem i odwróciwszy się do niego plecami, spróbował na nowo opanować sytuację.
 — Zarobki tera takie, że człowiek mało z głodu nie zdechnie!
 — Pewnie, pewnie — zgodzili się wszyscy odrazu i stworzyli wspólny front przeciw opuszczonemu robotnikowi.
 — Dawniej, jak człowiek uczciwie pracował, to na starość grontu sobie kupił i odłożył kawałek grosza.
 — Nie wiecie to, moi państwo? — westchnął z zachwytem robotnik — złotem ci, człowieku, płacili, złotemi rublami! Jakieś sobie przepracował tych marnych szesnaście godzin na dzień, to po fajerancie zarobku nie mogłeś udźwignąć do domu, samochodem trza cię było odwozić! Ehe, niema, jak dawne czasy, dawniej to nawet, że czasem trafiał się mądry człowiek, a dziś to już same durnie!
 Gruchnął śmiech, a jegomość zerwał się z miejsca.
 — To może ja jestem dureń? — zapytał groźnie.
 — A niech Pan Bóg broni; — poważnie zaprzeczył robotnik. — Ja tylko tak sobie o dawnych czasach. Każdemu jest wiadomo, że dawniej to kury znosiły same dukaty. Jak jechałeś koleją, to ci do biletu dopłacali, niewiele, ale zawsze kilka groszy. Chleb i kiełbasę to rozdawali na każdym rogu, a już żeby kto był chory, albo umarł, to ani mowy! Rząd porządku pilnował, nie to co teraz — co jak się kto spóźni na kolej, to potem musi czekać dwie godziny!
 Już teraz cały przedział się śmiał, aż z sąsiednich zaglądały ciekawe głowy.
 Jegomość zsiniał z oburzenia i już miał wybuchnąć gniewem, gdy ojciec Henrysi wtrącił się do rozmowy:
 — To już tak jest na tym świecie, że wszystko, co było kiedyś wydaje się lepsze od tego, co jest. A przecież to tylko toczy się koło. — Dziś temu lepiej, jutro tamtemu.
 — Najgorsze to jest narzekanie — stwierdziła ta z pośród kobiet, która przed chwilą najgoręcej wtórowała lamentom jegomościa.
 Pociąg zwalniając biegu, zaczął wymijać szeregi towarowych wagonów. Szyny zdwajały się i potrajały przed budynkami stacji.
 Robotnik wstał i podjął swój tobołek.
 — Ja tam jedno wiem — rzekł, błyskając zębami w uśmiechu — że wolę dziś, jak wczoraj. Wczoraj już djabli wzięli, a dziś to można jeszcze zostać prezydentem, jakby na którego padło.
 Ojciec i Henrysia wysiedli wślad za nim i pożegnali go uśmiechem zrozumienia.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Żurakowska.