Przejdź do zawartości

Pójdziemy w świat/VI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Zofia Żurakowska
Tytuł Pójdziemy w świat
Wydawca Wydawnictwo J. Mortkowicza
Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie
Data wyd. 1935
Druk Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie
Miejsce wyd. Warszawa; Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

VI

 Bobek niejednokrotnie podkreślał swoje stanowisko niezbyt przychylne w stosunku do tej trochę dziwacznej wycieczki swoich państwa, ale ze smutkiem należy zaznaczyć, że nikt się nie liczył z jego zdaniem.
 Rzewna tęsknota ogarniała Bobka na wspomnienie kucharki Bronisławy, trochę surowej, lecz jakże utalentowanej w swoim kuchennym zakresie. Wzdychał ciężko, gdy jakiś przedmiot obcy przypomniał mu kształtem lub kolorem ukochaną poduszkę pod piecem.
 Nie mógł pojąć jaka to konieczność wroga zmusza ludzi, te istoty wspaniałe i dziwne, do zamienienia ciszy i spokoju własnego mieszkania, na skwar, hałas i kurz szerokiego gościńca.
 Co nocy inne łóżko! Co dnia inna miska z jadłem i to nieraz z jakiem jadłem, pożal się Boże!
 Bobek był pieskiem delikatnym i pełnym niepospolitych zalet. Subtelność i wrażliwość jego graniczyły z przeczuleniem. Więc już Bobek nie czuł potrzeby szerokich przestrzeni, nie rozumiał rozkoszy wolnego pędu, nie wiedział jak to pachnie i przewiewa nawskroś, wiatr z końca świata, wiatr z pól i lasów, aż z nad morza!
 Bobek nie umiałby już bronić się zębami przed ręką wroga, ani srogiem warknięciem zaznaczyć swojej pieskiej godności. Można powiedzieć, że z trzech istot: pana, pani i psa, to pies był najdelikatniejszy i najbardziej zniewieściały.
 To też o ile pan i pani czuli się na szerokiej drodze świata pełni sił, radości i zapału, o tyle Bobek tęsknił i podupadał na duchu.
 Bardzo być może, że najwięcej dolegała Bobisiowi ciągła zmiana otoczenia. Zaledwie, pokonawszy wrodzoną nieufność, przyzwyczaił się do ludzi, z którymi los zetknął jego właścicieli, użjuż ruszali dalej i wystawiali go na nowe znaomościznajomości. A Bobek drżał pod dotknięciem obcej dłoni.
 Nieraz przychodziło do głowy Bobkowi, że przecież istniała możliwość zrezygnowania z wycieczki i powrotu pod skrzydło Bronisławy. — Dwie się jednak zjawiały przeszkody: droga daleka, nieznana, i wierność psiego serca. Bobek miewał jeszcze chwile złudzenia, że broni swoich państwa przed wrogiem. Kiedy obszczekiwał zawzięcie jakąś postać podejrzaną, kiedy szedł śladami swej pani, w sercu jego odżywały rycerskie tradycje psiego pokolenia. I zdawało mu się, że gdyby stanął wobec sytuacji, z której niema wyjścia prócz śmierci lub zdrady, wybrałby śmierć. Na razie na ołtarzu przyjaźni składał tylko drobne, ale niezliczone udręki.
 Znaną jest rzeczą, że łatwiej jest zdobyć się na wielki jednorazowy wysiłek w imię swoich ideałów, niżeli w trosce dnia powszedniego zwalczać malutkie przeciwności.
 To też cierpliwość Bobka była na wyczerpaniu.
 Dnia poprzedniego do cna już Bobisiowi zbrzydło towarzystwo bandy rozhukanych dzieci, pośród których pan i panienka zdawali się w swoim żywiole. Nie zliczyć, ile razy pociągnięto go za ucho, kazano mu tańczyć, służyć, gonić — wszystko rzeczy wysoce niesmaczne, jeśli pochodzą od niepowołanych osób. Z panienką wiele razy Bobek ochotnie wyczyniał podobne sztuczki, wcale nie odczuwając ujmy na honorze. Panienka niejednokrotnie kładła mu na karku smaczny kąsek i kazała go szukać — wychwytywała mu z przed nosa kostkę kruchą i zmuszała, aby o nią prosił długiem i cierpliwem służeniem, umieszczała ciastko na Bobisiowej głowie i dawała znak łaski dopiero po chwili męczącego wyczekiwania. Za to wszystko Bobek szanował i cenił panienkę, pana kochał uczuciem czystem i trochę go lekceważył za zbytnią łagodność i czułość.
 Po dręczącym chaosie i wysiłku dnia wczorajszego, po serdecznem rozstaniu z majówkowem towarzystwem noc spędzono na plebanji. Przed Bobkiem otwarło się niebo.
 Spokój, cisza, miły zapach smacznych potraw, miękie kanapy! Okrzętna gospodyni w rodzaju Bronisławy — i żadnych szorstkich dłoni — karesów — i żadnych groźb i krzyków! Bobek chodził delikatnie po czystych, surowych w swej prostocie i porządku pokojach, i oddychał z ulgą. Spał na poduszce, którą proboszcz własnoręcznie położył dla niego przy drzwiach w pokoju gościnnym. Jadł kości kurcząt i kaszkę smażoną na maśle.
 Ale przyszedł dzień następny — fatalny dzień!
 Po południu, w porze podwieczorkowej, pan i panienka zaczęli się zachowywać tak, jakgdyby mieli zamiar ruszyć w dalszą drogę.
 Bobiś jeszcze własnym oczom nie wierzył, choć dojrzał już plecak na ramionach panienki, choć już kapelusz znalazł siesię w rękach pana, choć już proboszcz i gospodyni od ganku żegnali ich przyjaznemi głosami.
 — No, Bobek, czego czekasz? — zawołała panienka już z drogi. — Bobek, tu!
 Pies rozpaczliwie zakręcił się na miejscu, skoczył do ręki proboszcza, trącił kolana gospodyni nosem i stanął jak wryty. Chwilę patrzał nieprzytomnie na drogę, aż nagle porwał się i dognał państwa.
 — No, przecież! — powiedziała panienka, ale Bobek tylko zaszczekał z jękiem, zapłakał z dna serca i pędem wrócił na plebanję.
 — Kiedy tak, to zostań sobie — krzyknęła z gniewem panienka, ale pan tylko się roześmiał; ani przez chwilę nie pomyślał, aby Bobiś miał ich porzucić naprawdę.
 Proboszcz i gospodyni śmieli się także.
 — Nie poradzi zostać! — krzyknęła gospodyni — jak tylko państwo odejdą kawałek — dogoni!
 Więc odeszli zupełnie spokojnie i trochę rozgniewani. A proboszcz i gospodyni także poszli do swoich spraw.
 Bobiś jeszcze raz wypadł na drogę, ale zaraz wrócił. Przewinął się do gościnnego pokoju i położył na poduszce. Głowę wtulił między wyciągnięte łapy i zamknął oczy. Starał się zapomnieć o tem, co się dzieje — że oto odchodzą od niego, drogą nieznaną. — Pan i Pani, a on zostaje na hańbę swej powinności. I porażony zbrodnią popełnioną, nie czuł, ani widział, że zbliża się burza, a przecież się zbliżała — na dworze i w jego sercu.
 Gospodyni weszła do pokoju, ażeby pozamykać okna.
 — Patrzcie państwo — zawołała — a ten pies jeszcze tu!
 Bobek się zerwał.
 — Już teraz nie dogoni, ze dwie godziny temu wyszli! — powiedział proboszcz. Trzeba go zamknąć, żeby się gdzie nie zawieruszył, pewnie po niego wrócą.
 Ale Bobisia jakgdyby kto ukłuł w serce! Skoczył mimo gospodyni, wytrącił proboszczowi wazonik z rąk i jak oszalały wypadł na dwór.
 Gnał i gnał prosto przed siebie, drogą, którą Oni odeszli. Pęd jego mieszał się ze smugami deszczu. Grzmiało. Na dworze zbierały się kałuże, a Bobek wpadał w nie, rozpryskiwał wokoło, nie dbając o nic.
 — Wściekły pies — mówili ludzie, którzy patrzyli przez okna na burzę.
 A kiedy burza minęła — nadeszła noc.
 Bobek zmoknięty i zziajany biegł drobnym truchtem, z nosem przy ziemi.
 Czemuż, czemuż ich opuścił! Czemuż ich wydał samotnych złemu losowi, czemuż zawiódł ich ufność, sprzeniewierzył się i poniechał obowiązku! On, Bobek, piesek bez rasy i wartości, słaby i niepotrzebny, a przecież tak kochany, psuty i ceniony, jakgdyby wistocie jakąś panu swemu przyniósł korzyść.
 Biegł Bobiś i niósł w swojem znękanem sercu głębokie poczucie własnej słabości i winy. I to już czuł najgłębiej, że nie żyć mu na tym świecie, jeśli nie odnajdzie swoich państwa.
 Noc już była, a księżyc wytoczył się wysoko pełny i jasny. Chmury się przewaliły za horyzont, a niebo roziskrzyło mnogością gwiazd niezliczonych. Żaby w stawach zawodziły swoją pieśń chóralną, długo, bez końca. Na chwilę krótką wszystkie razem milkły — potem jedna pytała — czy już? Czy już siostry śpiewać będziemy o nocy letniej? — Już — O mgłach nad łąkami, o wodzie, chłodnej wodzie, i sitowiu, o życiu radosnem? — Już — i o zimowej śmierci? — już — i o cichej śmierci!
 O tej porżeporze pan i pani — ojciec i Henrysia, przeczekawszy burzę na poczcie miasteczka, powracali szosą na plebanję. Henrysia nie czuła zmęczenia, Henrysia nie chciała jeść ani spać! Nie słyszała koncertu żab, ani widziała księżyca.
 — Pocośmy odeszli, tatusiu? — mówiła zbolałym głosem — trzeba mu było wytłumaczyć.
 — Lepiej, żeby sam zrozumiał, Henrysiu — pocieszał ojciec. Niedobrze jest przymuszać istoty żywe do spełniania obowiązków uczucia, na nic się przymus nie zdaje. Lepiej, gdy serce zmusi samo.
 — Ale jeżeli zmusi zapóźno, to co?
 Ojciec także był trochę niespokojny, chociaż nie chciał tego okazać.
 I właśnie, kiedy już zamilkli oboje, nie chcąc się wzajem obdzielać smutkiem, Bobek ni stąd ni zowąd, nawinął się pomiędzy nich.
 Och, mokry był, utytłany w błocie, drżący, śmierdzący wilgotną szerścią — a jednak Henrysia tuliła go do serca i obdarzała najczulszemi wyrazami.
 — No, widzisz, Henrysiu — powiedział ojciec z przerażeniem — i cóż my teraz zrobimy? Gdzież się podziejemy tej nocy?
 Poszli zastukać do okien, w których się jeszcze świeciło.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Zofia Żurakowska.