Pójdziemy w świat/V
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pójdziemy w świat |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie |
| Data wyd. | 1935 |
| Druk | Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Któregoś dnia wycieczki rzekł ojciec do Henrysi:
— Odeszliśmy bardzo daleko od rzeki, trzeba do niej wrócić, moja córko.
Oboje byli zdania, że woda w rzece, jak krew w tętnicy, jest rytmem życia.
Po szeregu burz, w czasie których chronić się musieli, to po wsiach, to w szkole albo na plebanji — dzień był nareszcie pogodny i gorący.
Ile razy droga wywiodła wędrowników na szczyt wzgórza — uśmiechem przyjacielskim pozdrawiała ich z oddali połyskująca rzeka, a czem więcej się do niej zbliżali, tem szersza i weselsza rozlewała się przed ich oczyma.
Gdy wyszli z niewielkiego lasku na zieloną łąkę brzegu — wpadli w sam środek licznej i bardzo hałaśliwej gromady chłopców i dziewcząt.
Henrysia wprawnem okiem zbadała sytuację i oceniła ją jednem technicznem słowem — Majówka.
Tak, nie ulegało już żadnej wątpliwości, że była to najformalniejsza majówka. Liczne koszyki z prowiantami, białe sukienki dziewczynek, duży zapał organizacyjny po skautowsku ubranych chłopców, dowodziły tego niezbicie. Starszych osób było niewiele, ale przecież dawała się spostrzedz bardzo wesoła osoba średniej tuszy, ze srebrnym woreczkiem w ręku, i ogromnie do niej podobny starszy pan, w jasnej kurtce z czeczunczy.
Towarzystwo to widocznie niedawno wysiadło z dwu motorówek, które odpływały teraz w kierunku miasta, posyłając na fale ochoczy stukot swych motorów.
— Jabym radził w lasku — wybijał się z gwaru donośny głos.
— Nie, nie, nie. Nad rzeką.
— Słońce.
— Wcale dziś nie zabardzo gorąco!
— Lody się stopią.
— Wanda, nie wrzeszcz jak pentarka.
— Jabym radził w lasku...
Ale już kilka bardziej przedsiębiorczych jednostek rozścielało biały obrus na łące, tuż nad wodą.
Ojciec i Henrysia ruszyli wolniutko w swoją drogę, tylko Bobek ociągał się nieco przy koszykach, aż Henrysia musiała ostro przywołać go do porządku.
— Możeby zaprosić tego pana z dziewczynką? Jacyś bardzo przyjemni! — zawołała nagle wesoła pani.
— Naturalnie! Hop, hop, proszę zaczekać, niech pan zaczeka, proszę pana! — i cała gromada białych dziewczynek i zielonych chłopców opadła ojca i Henrysię ze wszystkich stron.
Dziewczynka ciemnowłosa, bardzo rumiana i mocna, wywalczyła sobie w zgiełku prawo jeneralnego przedstawicielstwa gromady i powiedziała uprzejmie.
— Bardzo, bardzo prosimy, żeby państwo zechcieli z nami zjeść podwieczorek.
— Przedstaw się, przedstaw — doradziło jej kilka głosów.
— Cicho bądźcie.
— Moi rodzice urządzili właśnie wycieczkę z podwieczorkiem, bo dziś są imieniny mojej siostry, Helenki.
— To wszystko niepotrzebne, potem opowiesz, teraz tylko zapraszaj.
— O jej! jacyście nieznośni! Ogromnie państwa zapraszamy i nasi rodzice też.
Henrysia ścisnęła rękę ojca — ogromną miała ochotę przyjąć zaprosiny, ale gdyby to od niej zależało, odmówiłaby. Zupełnie obce osoby! to nie wypada! Henrysia bardzo była wrażliwa na tym punkcie i często jej się zdawało, że starsze osoby popełniają nietakty.
A ojciec zgodził się odrazu. Witał się z rodzicami rumianej dziewczynki jak ze znajomymi od stu lat.
— Ach jak to przyjemnie, że się pan zgodził — cieszyła się pani. — Odrazu spostrzegłam, że pan jest bardzo miły, nieprawda, Dominiku?
— Ja także, Julciu — równie serdecznie radował się pan w jasnej kurtce. — Odrazu pomyślałem sobie: to jakiś bardzo miły pan, z bardzo miłą córeczką.
Henrysię złapała za rękę dziewczynka o długim warkoczu, bardzo wysoka i chuda i wciągnęła ją w sam środek zamieszania.
— Polecam ci ten koszyk, tam są owoce, nie dopuść do niego chłopców bo wszystko wyjedzą. Ja właśnie jestem ta Helenka, o której mówiła Wanda. Wogóle jest nas jeszcze dwie, to razem cztery siostry. Widzisz ta mała czarnooka to Anulka, najmłodsza, a ta chuda, poważna, to Jadwisia, najstarsza. Tamte dwie to nasze kuzynki, a chłopcy to kuzyni i przyjaciele. Siądźmy sobie tutaj, nic nie będziemy robiły, a nikt się tego nie domyśli. To jest, widzisz, mój system, siadam w miejscu widocznem i bardzo dużo kwiczę — wszyscy myślą, że ja jedna coś robię — roześmiała się jak szalona.
Chłopcy przynosili z lasku suche gałęzie i rozpalali ognisko. Dziewczynki ustawiały na obrusie liczne półmiseczki, ryneczki, dzbanki, butelki.
— Niepojęta rzecz, jak oni wszyscy wrzeszczą — trzepała dalej Helenka. — Zresztą nasza rodzina cała tak. Jak jest czasem zjazd rodzinny, to, mówię ci, można zwarjować. Zupełnie jak na czarnej giełdzie.
Henryka spojrzała z zaciekawieniem.
— A byłaś kiedy na czarnej giełdzie? — zapytała pełna podziwu.
— Nie, ale widziałam w kinie. Ani jednego milczącego wuja niema u nas, kręcą się i cieszą jak gdyby jeden z członków rodziny został prezydentem i wszystkim obiecał teki ministerjalne. A tymczasem cóż? Tatuś jest aptekarzem a wujowie to nawet nic wielkiego, jeden na poczcie, drugi w fabryce, trzeci ma sklepik. Jurek, ani się waż! jak wszyscy będą jedli, to i ty dostaniesz.
— Błagam cię, żyrafo oswojona... upadam z pragnienia, jak Agar na puszczy. Pracowałem, jak murzyn w plantacji cukru.
— Wynoś się. Co sobie ta panienka o tobie pomyśli?
— Czy będziemy najpierw jedli, czy pierw będzie przedstawienie?
— Mamusiu, co mama woli? przedewszystkiem nakarmić ciało czy duszę?
— Uprzedzam — pokarm duchowy jest z kuchni Słowackiego, podczas kiedy cielesny wyszedł z rąk nadobnych czterech sióstr. Ja dałbym pierwszeństwo wieszczowi, zważywszy...
— Zanim zważysz, wierszokleto, orędowniku wielkiej sztuki, muchy powpadają do kawy, mrówki zajmą się pracowicie tortem, a z lodów zostanie miłe wspomnienie i niewyraźna ciecz.
— Trzeba jeść — powiedziała krótko i stanowczo pani.
Jedzono z zapałem i energją. Z początku Henrysia starała się być bardzo wytworną i tylko od niechcenia pojadała coś nie coś, choć oczy jej się śmiały do dawno niewidzianych przysmaków, ale wkrótce pokonała ją ogólna atmosfera prostoty. Było jasne, że nikt w tem towarzystwie nie oceni jej powściągliwości. Przytem Helenka ostrzegła przyjacielsko: — Jedz prędzej, bo wkrótce nic nie zostanie.
Rzeczywiście, wkrótce nic nie zostało, oprócz koszyka owoców, które zachowano na powrotną drogę.
Wtedy rozpoczęła się druga część uroczystości.
Wysoki chłopiec, nazwany przez Wandę wierszokletą, wypowiedział: „Smutno mi Boże“, czego wesoła rodzina wysłuchała z takiem wzruszeniem, że aż sama pani musiała uciec się do pomocy chustki do nosa.
Potem Anulka, dygnąwszy krótko i niedbale, wytrzepała jednym tchem i z wyraźnem lekceważeniem znaków przestankowych: „Niechaj mnie Zosia o wiersze nie prosi“.
— Anulka nie ma zdolności do deklamacji — westchnęła matka, szukając współczucia u ojca Henrysi — jak pan myśli, czy to się da wyrobić?
— A czy to konieczne, proszę pani? — zapytał ojciec.
Zacna osoba spojrzała na niego ze zgorszeniem:
— Naturalnie — wykrzyknęła bez namysłu — ma się rozumieć, że powinna lubić i umieć deklamować. Mój drogi panie, ładnieby życie wyglądało, gdyby się nie kochało wierszy! Także pomysł! No, niech pan sobie wyobrazi — nic tylko apteka i kuchnia.
Musiała urwać, bo już Wanda mówiła przejętym głosem: „Piramidy, czy wy znacie...?“ — więc zmieniła się cała w słuch, ściskając w ręku swoją srebrną, plecioną torebkę. Wanda deklamowała ze wzruszeniem i zapałem, ale piękno rozśpiewanego słowa, w zestawieniu z błyskiem fali, rozdzwonioną ciszą łąki i nieba, objawiło się Henrysi dopiero, gdy zaczął mówić jeden z chłopców. Bo on właśnie nie deklamował, a mówił spokojnie, bez żadnej przesady, a z wielką mocą i uczuciem.
— „Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami...“ — Matka czterech dziewczynek znowu musiała sięgnąć po chusteczkę. — Ach, — westchnęła — i pan się pyta czy to konieczne? Przecież ten Słowacki tak samo żył, jak my, a kiedy o tem mówi, to się rozumie, że życie naprawdę jest ładne, tylko trzeba o tem pomyśleć. I czyżby człowiek mógł tak szczerze śmiać się potem, gdyby się nie wypłakał przy tych wierszach.
Henrysia wodziła oczami po zebranych — wszyscy, począwszy od pana, a skończywszy na małej, pucołowatej Zosi, słuchali z zapartym oddechem. Jedna tylko Anielka nudziła się widać na potęgę, ale snać zaprawiona już do takich poetyckich produkcyj, znosiła je dosyć spokojnie, ciągnąc zlekka Bobisia za uszy.
— Teraz się już nareszcie będziemy bawić — wygłosiła z westchnieniem ulgi, gdy uroczystość zakończyła się sceną z Balladyny, odegraną przez Jadwisię, Wandę i dwu młodych kuzynków.
— W co się będziemy bawić?
— W polowanie, w polowanie! — że okrzyk był jednogłośny, na tem stanęło. Ale rozpoczęła się natychmiast zażarta walka o stanowisko lisa.
Henrysia nie znała tej gry, gwałtowność kłótni jednak wyrobiła w niej przekonanie, że urząd lisa był ogromnie korzystny i zaszczytny, to też narówni z innymi domagała się tej godności kategorycznie.
— Ja jestem tego zdania, że gościowi należy ustąpić — przekrzyczała innych Helenka.
Nastała chwila ciszy, pełna wahania. — No tak — westchnęła Wanda, ale jeden z chłopców zaprotestował — gość i tak ma już dosyć przyjemności, że jest gościem, no nie?
Zwymyślano go, poczem większość obrała lisem Henrysię i poleciła jej, by sobie naznaczyła towarzysza.
— Ja... ja właściwie nie znam tej gry — przyznała się dziewczynka, ale na towarzysza mogę wybrać Helenkę.
Objaśniono ją chóralnie i tak chaotycznie, że nie pozostało jej nic innego jak zdać się na doświadczenie Helenki.
— Czy masz zegarek? Nie, no to ja biorę od Jadwisi. Słuchajcie, jest godzina szósta i pół, o szóstej czterdzieści możecie ruszać, dowidzenia.
Wzięły się za rękę i pobiegły do lasku.
Teraz Helenka opowiedziała o co idzie. Lisy mają dziesięć minut czasu na schowanie się. Po ich upływie myśliwi ruszają naprzód, rozstawieni co dwadzieścia kroków. Jeżeli w ciągu następnych dziesięciu minut nie dostrzegą lisa, lis musi oznajmić się gwizdem, jeśli dostrzegą, sami gwiżdżą i rozpoczyna się polowanie. Meta jest w miejscu startu. Trudność dla myśliwych polega na tem, że nie wolno im się w gonitwie zetknąć, gdyż ci, którzy się bezpośrednio zderzą, wypadają z gry, to krępuje ich rozpęd i ruchy, nie wolno im również czyhać na zwierzę przy mecie. Pozatem lisy do trzech razy, mają prawo wyrwać się z rąk myśliwego i uciekać dalej. Tylko jeden łowca ma prawo trzymać lisa.
— To wszystko jedno — powiedziała Henrysia — ich jest czternaścioro, a nas dwie, napewno złapią!
— Nie koniecznie. Jeżeli dwu albo trzech razem cię goni niema niebezpieczeństwa, bo prawie zawsze razem cię dopadną i razem odskoczą, a wtedy hajda w step. Radzę ci przytem, kieruj się na słabszych, jak cię taki złapie, idź sobie z nim spokojnie, przed samą metą wyrwij się i już. Tylko, niestety, oni już znają ten sposób i zawsze znajdzie się po drodze jakiś osiołek, który każe malcowi puścić i sam cię złapie, ale przy tej zamianie masz szansę wymknięcia się.
Za laskiem biegła szeroka droga. Z prawej strony bieliła się wieś, z lewej falował łan pszeniczny. Za drogą w niewielkiej odległości widniał stary ogród, otoczony murem.
— Chodźmy do wsi, tam łatwo będzie się schować — poradziła Henrysia.
— Nie wolno. We wsiach ani domach nie wolno. Zostaje nam do wyboru lasek, albo tamten ogród, ale jest, niestety, otoczony murem, widocznie nie wolno tam wchodzić.
— Ech! — Henrysia bardzo była przedsiębiorcza i gardziła niebezpieczeństwem, od ojca nauczyła się przytem zaufania do ludzi — ech! nic nam nie będzie, jeśli wejdziemy. W razie czego wytłumaczymy o co idzie. Zresztą widzisz, to nie jest sad, nie posądzą nas o wyprawę na owoce. Lećmy, bo już późno.
Wskok przebiegły rżysko, dzielące ogród od drogi. Okazało się zbliska, że mur już jest mocno szarpnięty zębem czasu i bardzo łatwy do przebycia. W parę sekund już obie dziewczynki stały po przeciwległej jego stronie, w wysokiej trawie.
Pierwsza spostrzegła się Henrysia.
— To cmentarz! — krzyknęła z przerażeniem.
Helenka rozejrzała się dokoła. Rzeczywiście był to cmentarz już bardzo stary i całkowicie zaniedbany. Trawa porastała jednolicie mogiły i ścieżki, że już tylko nierówność gruntu i pochylone krzyże znaczyły miejsca grobów. Wielkie drzewa rozrośnięte szeroko, brzozy białe o listeczkach drgających jak plamy świetlne na wodzie, lipy słodko pachnące, akacje wyniosłe, świerki obojętne i kasztany rozłożyste, otaczały opuszczone groby ramionami zieleni. Ptaki aż się zanosiły śpiewem u góry, trawa aż drżała od sykania koników polnych, motyli całe eskadry przelatywały w gorącem, pachnącem powietrzu.
Widać było, że o tym cmentarzu już nikt z ludzi nie pamięta. Życie się tu panoszyło nowe, nad wszelki wyraz radosne i smętne — przyrody samej sobie tylko rozkwitłej.
— No więc cóż? — niepewnie mruknęła Helenka.
Henrysia szepnęła: — Gdy gwizdną, szparą w murze zobaczymy którędy najłatwiej będzie można uciec. A oni pewnie tu nie wejdą.
— E... kto wie?
— Oni nie potrzebują się śpieszyć, więc zauważą, że to cmentarz. Tylko... słuchaj, Helenko, może nie powinnyśmy się chować na cmentarzu?
Umilkły na długą chwilę i z poszumu liści, z ptaszych śpiewów, z blasku i barwy mnogich kwiatów — wyniosły w duszach pewność, że już nie było na tym cmentarzu umarłych. Że już ziemia miłosierna przygarnęła swoje dzieci uściskiem najszczerszej miłości i życiu oddała na nowo ich ciała odrodzone.
— Możemy tu usiąść i czekać pocichutku — powiedziała wkońcu Helenka. I nawet pomódlmy się trochę. Tu jest bardzo ładnie i wcale się czegoś nie boję.
Henrysia chciała odpowiedzieć gdy nagle od lasu dobiegły głosy. Chwyciły się więc za ręce i błyskawicznie zaszyły w gęstwę krzewów koło kapliczki.
Głosy zbliżały się, liczne i znajome. Za chwilę już rozbrzmiewały pod murem cmentarza. Myśliwi okrążyli go dookoła i pełni zawodu naradzali się kłótliwie.
— Wracajmy do lasku.
— Dalej pójść nie mogły, bo zboże.
— Może w zbożu?
— Wiesz przecie, że nie wolno!
— Z taką Helenką to nigdy nie wiadomo.
— Wiadomo. Są w lasku na pewniaka.
— Za dwie minuty termin. Gwizdną i tyle ich będziemy widzieć.
— Do lasku, galopa! — skomenderowała Wanda i pognali.
— No chwała Bogu — szepnęła Helenka, wypuszczając rękę Henrysi, którą ściskała kurczowo.
— Za minutę... — urwała i nastawiła ucha. Jakiś głos lekki jak pajęczyna i jak pajęczyna chwytliwy, doleciał z za ściany kapliczki.
Znowu uchwyciły się za ręce.
— ...Błogosław, duszo moja, Panu...
— To niemożliwe... — drżącym głosem wyszeptała Helenka.
— ...i wszystko, co jest we mnie, świętemu Imieniowi Jego...
Henrysia wstała.
— Gdzie ty idziesz, stój.
— Trzeba zobaczyć...
— Proszę cię, proszę cię, nie odchodź! — błagała Helenka.
— No to chodź ze mną!
— Za nic, za nic na świecie!...
— ...ratuje On twe życie od śmierci, nasyca On dobrami pragnienia twoje...
— Ktoś się modli.
— Nikogo nie było, nikogo! przecież sama widziałaś, że nikogo nie było na cmentarzu. Uciekajmy!
Właściwie to i Henrysia poczuła ochotę do ucieczki, ale nie śmiała już teraz ruszyć się z miejsca.
— ...człowiek, dni jego jako trawa, i jako kwiat polny, tak przekwita on... i nie rozpoznasz miejsca, kędy był.
W pamięci Henrysi stanęła ostro opowieść panny Zosi, jej oczy jasne i głos przezroczysty.
— ... i wszystko, jako proch, zwietrzeje...
Helenka uczyniła heroiczny wysiłek, dała susa z gęstwiny, dopadła muru i dopiero na jego szczycie obejrzała się za Henrysią.
— Jeżeli panna Izabella-Zosia nie przeraziła się trzech zjaw nocy, jeżeli w ślad za tem zdobyła się na czyn bohaterski, to ja także się zdobędę! — zdecydowała się nagle Henrysia i krokiem pewnym weszła do kapliczki.
Na jej środku, twarzą ku drzwiom, klęczała postać. Dwie zupełnie żółte, jak z wosku ręce, rozpostarte, wyciąga ku niebu. Oczy tak jasne, że prawie białe, patrzały z twarzyczki wyschłej, zmarszczkami pokreślonej tak, że wyglądała jak skrzydło motyla. Z oczu płynęły dwie strugi łez spokojnych, a twarz raczej zachwyt wyrażała, niż rozpacz.
Henrysia już nie bała się wcale. Powiedziała cichutko:
— Wiem, że pani jest duchem, ale ja jestem żywa. Proszę mi powiedzieć czego pani potrzeba. Ja wszystko zrobię.
Klęcząca postać widocznie kończyła modlitwę, bo, przeżegnawszy się, potrzykroć ucałowała kamienną podłogę kapliczki.
Przez wybite okienko wleciała jaskółka i znikła w gniazdku, ulepionem nad ołtarzem.
— Przyszła tu pomiędzy umarłych mała dziewczynka — powiedziała postać, leciutko wstając z klęczek.
— Przyszłam — Henrysia skinęła głową — i proszę pani, co mam robić?
— Żyj sobie na słoneczku, dzieciątko — uśmiechnęła się staruszka, a uśmiech jej był naprawdę anielski.
— Ja sobie żyję, ale co mogłabym dla pani zrobić, czego pani potrzeba do zbawienia?
Staruszka kiwała głową, błądząc oczami po niebie i koronach drzew. — Ho, ho — powiedziała — łaski Bożej, łaski Jezusowej i śmierci! — do serca Henrysi zakradło się zwątpienie. — Widzisz, dzieciątko, już wszyscy tu leżą, już nawet i ten cmentarz za stary dla was, a mnie jeszcze Pan Jezusik nie woła do siebie. Ale zawoła, zawoła! Ufaj duszo ludzka śmierci. Nie zapomni o tobie!
Już Henrysia nie miała wątpliwości. Podeszła i pocałowała rękę staruszki.
— Przepraszam — powiedziała — ja myślałam, że pani jest dusza pokutująca.
Ale staruszka zdawała się nie słyszeć tego tłumaczenia. Schodziła powolutku, po mchem osnutych stopniach kapliczki i szeptała do siebie jakieś słowa cichutkie i jasne, jak przesączone poprzez liście światła słoneczne, na trawie zarośniętych mogił.
∗ ∗ ∗ |
Lisa schwycił chłopiec z rozwichrzoną czupryną, ale straciło to znaczenie wobec opowieści dziewczynek. Helenka i Henrysia nie starały się ubarwić zdarzenia, mimo to wszystko wyszło jakoś nieprawdopodobnie i część towarzystwa zachowała się dość sceptycznie.
— Rozumiem — rzekł chłopiec — to dlatego dałyście się złapać! Inaczej napewnobyście uciekły, prawda? Z temi dziewczynkami to zawsze tak.
I nie można mu było wytłumaczyć!