Pójdziemy w świat/IX
| <<< Dane tekstu >>> | |
| Autor | |
| Tytuł | Pójdziemy w świat |
| Wydawca | Wydawnictwo J. Mortkowicza Towarzystwo Wydawnicze w Warszawie |
| Data wyd. | 1935 |
| Druk | Drukarnia Naukowa Towarzystwa Wydawniczego w Warszawie |
| Miejsce wyd. | Warszawa; Kraków |
| Źródło | Skany na Commons |
| Inne | Cały tekst |
| Indeks stron | |
Tego wieczora jakoś niewyraźnie przedstawiała się przyszłość. Henrysia nie była zadowolona. Ojciec nie zgodził się przenocować w mieście i tak się niedobrze urządził, że kiedy wyruszano w drogę, wszystkie sklepy już były pozamykane i żadnych zapasów nie można było kupić. Zresztą ojciec nie uznawał zapasów.
— W pierwszej wsi dostaniemy jeść, pocóż dźwigać paczki — powiedział.
Henrysia wstydziła się przyznać, że po tym dniu uroczystym i pełnym wrażeń, czuła się zmęczona. Ale humor ją opuścił i dość ospale wlokła się z ojcem, co trochę przystając po drodze. Natomiast Bobek, który się wyspał i najadł w hotelu, dotrzymywał kroku swemu panu i ochoczo biegał w chłodzie wieczoru.
Droga tuż za miastem zapadała w las, o którym ojciec twierdził, że jest mały i zupełnie bezpieczny. Ostatnia kwadra księżyca srebrzyła się na wysokiem niebie.
Henrysia wsunęła rękę w dłoń ojca. Była zmęczona i głodna, więc odbiegła ją dzielność i energja. Po raz pierwszy wspomniała życzliwie o różowych ścianach swego pokoiku w mieście i o gderliwym głosie Bronisławy.
— Co też tam Bronisława robi bez nas? — westchnęła.
Ojciec doskonale wiedział co robi. Chodzi do kościoła na prymarję i na cichą mszę o 8-ej godzinie, potem kupuje pęczek marchewki, kilka kartofli, włoszczyzny i kawałek mięsa i gotuje sobie obiad. (Henrysia westchnęła ciężko). W czasie gotowania rozmawia przez okno z kucharką z przeciwka o tem, że ojciec z Henrysią jeszcze się gdzieś grajdają po świecie, aż strach pomyśleć — i o tem, że dozorca, świnia, kłóci się o każdy dywanik, wytrzepany z balkonu, a po kamienicy tyle żebraków łazi, że nie można nastarczyć. Po obiedzie szoruje kuchnię, ubiera się pięknie i idzie na nieszpory.
— W tę granatową suknię?
— Prawdopodobnie.
— A mieszkania nie sprząta?
— Może czasem i sprząta!
Henrysia starała się zagadać zmęczenie. Już chyba z parę godzin szli, a las nie myślał się kończyć i nigdzie dojrzeć nie było można siedziby ludzkiej.
Ojciec wydawał się żwawszy niż kiedykolwiek i nic nie wspominał o jedzeniu.
— Ciekawa jestem, co słychać u cioci Klary? — rzekła Henrysia, choć wiedziała doskonale, że słychać tam tylko mruczenie antypatycznego kota Alfy i szelest miękkich pantofli po podłodze.
Ojciec uśmiechnął się.
— Co ty tak ciągle o mieście wspominasz? — zapytał.
Henrysia właśnie obiecywała sobie, że już nie będzie robiła żadnych trudności w dniu odwiedzin u ciotki Klary. Nie jest tam przecież aż tak nudno, a nawet te jej placki z serem są dosyć dobre, tylko niesłodkie.
Potknęła się o kamień — ojciec przytrzymał ją za rękę. — No, cóż to? — zapytał — może jesteś trochę zmęczona?
Najgorsze to, że z głosu jego nic nie można wymiarkować, drwi, czy tylko tak dzisiaj nic nie rozumie.
— Uderzyłam się w nogę — powiedziała Henrysia ponuro, ale nie przystanęła. Zawziętość ścisnęła jej serce. Dobrze, jeśli ojciec udaje, albo naprawdę nic dzisiaj sam odczuć nie umie, to ona nie zdradzi się z niczem. Zemdleje z głodu, upadnie ze zmęczenia, rozchoruje się i umrze, ale nie powie ani słowa. Dlaczego dotychczas zawsze przeczuwał jej myśli, uprzedzał pragnienia, troskliwą otaczał czujnością, a dziś jest jak gdyby nieobecny, zatopiony w jakichś myślach, obcych i dalekich?
A nawet zaczął opowiadać głosem pogodnym i lekkim o przygodzie, która mu się zdarzyła kiedyś:
— Zdaje się, że właśnie wtedy byłem w twoim wieku. Henrysiu — mówił — nie wiem dlaczego przypomniała mi się ta historja, może z powodu tej łuny zachodu na niebie. — Chodziłem do szkoły w małem miasteczku, gdzie mieszkali wówczas moi rodzice. Naszym profesorem gimnastyki w szkole był junacki osobnik, który jednocześnie piastował godność naczelnika straży ogniowej. Otóż właśnie kiedyś, gdy fikaliśmy w najlepsze koziołki na trapezach, a nauczyciel wrzeszczał — „fikasz, smyku jeden, jak żaba“ — z wieży strażackiej zatrąbiono na alarm.
Nasz gimnastyk porwał się dziarsko, wrzasnął: „żebyście się nie ważyli pchać do ognia“, i dla przypieczętowania zakazu, zamknął nas na klucz, a sam poleciał na stanowisko.
Postaw się tylko, Henrysiu, w naszem położeniu! Czternastu kandydatów na bohaterów pod kluczem, w pokoju, podczas, kiedy całe miasto pędzi do pożaru, po ulicach dudni straż ogniowa i dzwon kościelny dzwoni na trwogę.
— Czy długa jest ta twoja historja? — zapytała Henrysia nieprzychylnie.
— Nie bardzo długa, Henrysiu.
Ojciec był ciągle bardzo pogodny.
— Naturalnie powyskakiwaliśmy przez okna — ciągnął dalej — wszyscy z przekonaniem w duszy, że bez naszej pomocy całe miasto spłonie. Narazie płonęły tylko dwa drewniane domki, na bocznej ulicy, w ogrodzie. Tłum był wielki i straż uwijała się sprawnie, pod komendą naszego dziarskiego pedagoga...
Henrysia szła już nie dobrowolnie, a mocą rozpędu; zmartwiałe nogi jakoś machinalnie podnosiły się i opuszczały na ziemię z dręczącą równomiernością. Do końca życia znienawidziła tę historję o pożarze. Słuchała jej teraz wrogo i bez ciekawości.
— Z początku oszołomił nas tumult, dym i krzyki — opowiadał ojciec, jakgdyby nigdy nic. Wkrótce jednak zrozumieliśmy, gdzie jest nasza powinność. Przynajmniej ja osobiście i kilku moich przyjaciół poczuliśmy się powołani do wielkich czynów. Nabraliśmy pewności, że trzeba się wpakować do płonącego domu i wynieść z płomieni kołyskę z dziećmi, ale a nuż?
Zaledwie jednak wdarliśmy się w dym, tuż nad nami zagrzmiała komenda naszego profesora, i o hańbo, o wstydzie! strażacy wygrzebali nas z ognia, jak ziemniaki z popiołu i wynieśli na placyk przed domem. Dla wszelkiej pewności kazano nas związać wszystkich razem, jak pęczek szparagów na sprzedaż i jeszcze pozostawiono przy nas strażaka. I staliśmy tak, Henrysiu, powiązani, w obliczu płonącego domu, ratowanego przez innych, i mogliśmy dowoli pławić się w ogniu upokorzenia. W owej chwili najsroższe tortury wydawały nam się za łagodne dla naszego nauczyciela — który sam przecież używał na tym ogniu, co się zmieści!
Cóż to, Henrysiu, przystajesz?
— Tatusiu... tatusiu... ja jestem zmęczona...
Ojciec okazał współczucie, wprawdzie umiarkowane, ale jednak zajął się tą sprawą. Powiedział, że wobec smutnej prawdy, że nigdzie ani śladu domostwa, przenocować muszą w lesie.
— Jakto w lesie? — głos Henrysi zadrżał.
Ojciec jej zboczył z drogi i szukał wygodnego miejsca. Znalazłszy zaciszny kąt między krzakami, rozesłał swój płaszcz na trawie, a plecak położył zamiast poduszki.
— Nie chce mi się spać, Henrysiu, będę tu siedział koło ciebie, a ty się połóż i śpij. Niedługo będzie świtało, wówczas może się od kogo dowiemy, gdzie znaleźć jakieś osiedle.
Milcząc głucho, Henrysia zawinęła się w płaszcz i wyciągnęła na trawie, ojciec ułożył jej głowę na swoich kolanach. Ale jego ciepłe ręce, które tak dobrze było zawsze trzymać w dłoniach i przytulać do twarzy, tym razem wydały się Henrysi nieżyczliwe i bezradne. Tak, po raz pierwszy oto w życiu ojciec wydał jej się bezradny!
— Drzewa nie śpią w nocy, raczej o południu — mówił ojciec cichym głosem (dlaczego nawet nie wspomniał o niedoli tej męczącej i głodnej nocy, dlaczego nie mówił o jedzeniu?).
— Drzewa czuwają i myślą, rozumieją, gdy jest ciemno, sens życia i śmierci, rozmawiają z Panem, który z niebios schodzi pomiędzy nie.
Henrysia zasnęła.
Zbudził ją chłód poranka. Słońce jeszcze się kryło za horyzontem, ale jasno już było prawie, a wszystkie ptaki śpiewały, pełne radości i oczekiwania. Ptaki niefrasobliwe i wolne, z porankiem się witały pełną piersią.
Henrysi wydało się, że już nie będzie mogła wstać. Nogi, ręce, kark, wszystko było obolałe, połamane i bezsilne.
— No, jakże tam, Henrysiu? — zapytał ojciec. Był blady, ale uśmiechnięty wesoło. — Spałaś tylko godzinę — ciągnął, widząc, że odpowiedzi nie można się spodziewać od tak zgnębionej osoby — ale teraz już niedługo znajdziemy dom jakiś. Wyśpisz się i najesz. Jakie krótkie są teraz noce i jak ciepłe!
Widocznie na świecie niema rzeczy krótkich i długich, zimnych i ciepłych, bo oto dla niej, dla Henrysi, ta noc była najdłuższa z przeżytych, a ten poranek najchłodniejszy. Trzęsła się.
Ojciec kazał jej zdjąć płaszcz i pobiegać dla rozgrzewki, ale, że się wzbraniała, nadąsana i oporna, zaczął się z nią boksować i zmusił swoją gniewną córkę do ruchu, w którym zrobiło jej się wkońcu ciepło.
Potem ruszyli dalej.
— Coprawda — powiedział ojciec — wczoraj wstaliśmy o świcie; cały dzień w mieście śpiewaliśmy hymny, drepcąc w tłumie. Obiad był marny, bo nasz hotelarz, pełen zrozumienia swoich obowiązków narodowych, wszystko, co lepsze, oddał jenerałom i posłom. Kolacja...
— Kolacji nie jedliśmy wcale — szorstko przerwała Henrysia.
— Wcale? ach, prawda, nie jedliśmy. No a tę noc przewędrowaliśmy lasem. Może to i nic dziwnego, że jesteśmy trochę zmęczeni. Nie trać ducha, Henrysiu.
Ach, jakże byłoby dobrze rozpłakać się!
Henrysia powiedziała nienaturalnie swobodnym głosem:
— Nie bardzo jestem zmęczona i jeść mi się nie chce. Czego ten głupi Bobek znów się śmieje?
Las się skończył, a zaczynał się wielki, złoty łan zboża. Z tego miejsca nie było widać wsi, ani ludzi, ani zwierząt — nic, jeno ten łan, falujący po obu stronach drogi, jak rozkołysane morze.
Henrysia usiadła na ziemi.
— No, dobrze — powiedział ojciec — widzę, że nie możesz iść dalej. Zaczekaj tu z Bobkiem, a ja wejdę na to wzgórze i rozejrzę się po okolicy.
Odszedł — Henrysia nie pożegnała go ani słowem. Z oddali jeszcze krzyknął: — Tylko nie ruszaj się z miejsca, bo się rozminiemy!
Henrysia oparła się o drzewo i siedziała, jak martwa. Nie myślała o niczem, nie miała siły strzepnąć mrówki z ręki, ani odsunąć włosów, które się zsunęły na oczy. Ach, oto już słońce się podniosło i ogrzewa umęczone ciało ciepłem swych promieni. Oczy zamykają się same, głowa pochyla na ziemię. Co tak ciągle dokucza? Co to przytłacza nogi, i przyciska ręce?
Ocknęła się z ciężkiego snu i wyprostowała. Słońce już wysoko wystrzeliło ponad horyzont. Długo, długo szukała Henrysia wytłumaczenia dla tych wszystkich, otaczających ją rzeczy. Dlaczego pole, zboże? Skąd ten las za plecami? Nagle przypomniała sobie. A to przedewszystkiem, że ojciec odszedł, a ona miała czekać.
— Pewnie spałam tylko parę minut — pomyślała sobie i nagle poczuła w sercu przypływ energji.
— No, mój Bobku! — powiedziała raźno — zmachaliśmy się, jak nieboskie stworzenia! Gdyby to widziała Bronisława, no!
Rozwinęła plecak, przetarła twarz i ręce kolońską wodą, poczesała włosy.
Teraz przyszło jej na myśl, że kiedy ojciec odchodził, słońce wysuwało się zaledwie z za linji horyzontu — popatrzała na niebo; teraz oślepiające i mniejsze zda się, niż o wschodzie, już się toczyło wysoko, rzucając krótkie cienie.
Nagły niepokój przeszył serce Henrysi. Cóż to się stało z ojcem? A może... może słońce tak prędko sunie o świcie, że... jednak nie, wczoraj, onegdaj oglądała wschód słońca, więc już wie, jak szybki jest jego ruch. Teraz może być godzina... dziewiąta! A ojciec odszedł między trzecią a czwartą.
Henrysia oparła się o pień dębowy. Cała krew odpływa z serca gdzieś w ziemię — ręce robią się bezsilne, uginają się nogi! To jest przecież pewne, że ojciec dobrowolnieby jej nie opuścił, nie zostawił tu samej! Minęło sześć godzin — jeśli dotychczas nie wrócił, to znaczy, coś mu się stało.
— Boże, jakaż ja jestem głupia! — krzyknęła nagle, załamując ręce — może to jeszcze nie dziewiąta, przecież się nie znam tak dobrze na słońcu!
Tam, niedaleko na polu żytniem, ujrzała kilkoro ludzi, posuwali się wolno naprzód, kłoniąc się ziemi żniwnym ruchem.
Henrysia popędziła ku żeńcom, nie czując zmęczenia.
— Czy... czy... przepraszam, która godzina? — zapytała, ledwie uchwyciwszy oddech.
— A będzie już, panienko, niedługo dziesiąta — powiedziała jedna z kobiet, spoglądając na niebo.
— A czy... nie przechodził tędy jeden pan w szarem ubraniu?
— Iść, to tam różni przechodzili drogą. Panienka się zgubiła?
— Nie... czy napewno...
Nagle przypomniał się Henrysi ostatni okrzyk ojca: „tylko nie ruszaj się z miejsca, bo się zgubimy“, zawróciła więc i nie zważając na zdziwienie kobiet, pomknęła zpowrotem na swoje stanowisko.
Plecak leżał w miejscu, gdzie go porzuciła. Bobek zaszczekał na niego porozumiewawczo.
Teraz Henrysia usiadła na ziemi i całą siłą woli opanowała się. Jeszcze raz od początku przemyślała wszystko.
Odszedł o wschodzie, to znaczy między trzecią a czwartą, miał zamiar tylko spojrzeć ze wzgórza, czy nie widać gdzie wsi lub folwarku. Ona... zasnęła prawie zaraz i... minęło sześć godzin, a ojca niema!
Więc cóż się mogło stać? Zobaczył wieś i poszedł do niej? Nie, nie, i nie! Czyżby opuścił swoją małą, zmęczoną, śpiącą córkę, samą jedną, w pustem polu, na całych sześć godzin? Więc cóż się mogło stać?
Spróbowała wołać, ale w odpowiedzi cisza stawała się tem głębsza, a cykanie koników polnych, tem ostrzej dźwięczało w powietrzu.
Bobek przysiadł nagle na ogonie i podniósłszy łeb, zawył rozpaczliwie. Henrysia zatrzęsła się.
— To było o świcie — myślała — na drodze pustki. Ojca mógł napaść jakiś włóczęga, zbój i...
— Tatusiu, tatusiu! — krzyknęła i przypadłszy do ziemi, zaniosła się płaczem.
Aż nagle poczuła na ramionach ręce ojca.
∗ ∗ ∗ |
Śmieli się i płakali, trzymając się w objęciach. Ojciec całował słone oczy swojej córki, gładził jej włosy czarne, gorącą dłonią — przyciskał ją drżącą do serca. Wkońcu kazał jej napić się mleka — sam podawał jej termos do ust.
Ale Henrysia ciągle płakała — już nie z żalu i niepokoju, tylko ze zmęczenia.
Zaprowadził ją ojciec do jakiegoś domu za wzgórzem, położył do łóżka czystego, ochłodził jej twarz zimną wodą. Coś tam opowiadał jakiejś obcej pani, ale Henrysia mało co słyszała.
Potem siedział przy swej córce, trzymając jej rękę w dłoni. W tym to pokoju poznała Henrysia rozkosz uspokojenia, łaskawość miękkiego łóżka po nocy bezsennej, ożywczy chłód czystej pościeli. W tym to pokoju, trzymając rękę ojca, zrozumiała, że posiadanie go nie jest prawem wiecznem, a tylko szczęściem wyjątkowem. Cichutko szeptał do niej:
— Więc, widzisz, Henrysiu, czasem się odchodzi i nie wraca więcej. I widzisz, można nie mieć domu, i długo tak tułać się po obcych drogach, i można marzyć nadaremno o kawałku chleba. Tak jest na wojnie, Henrysiu — tylko jeszcze stokroć gorzej. Bo ty, przez chwilę tylko niepokoiłaś się i cierpiałaś głód i zmęczenie, a na wojnie żołnierze i wygnańcza ludność ze wsi i miast zbombardowanych, lata całe znosić to muszą. A szlak wielkiej wojennej parady, znaczony jest lasem krzyżów, nietylko na piersiach, ale i na mogiłach.
— Czy ty to zrobiłeś naumyślnie, tatusiu? — zapytała w bezmiernem zdumieniu Henrysia.
— Czuwałem nad tobą cały czas z lasu — powiedział, gładząc jej rękę. — Chciałem, żebyś zrozumiała, odczuła choć w przybliżeniu. To ty będziesz kiedyś rządzić światem, Henrysiu. Ty i twoi rówieśnicy! Trzeba, żebyśmy nienawidzili wojny. I tylko jedna rzecz jest jej warta — Wolność.